11.08.2016

Dwieście siedemdziesiąt

Renesmee
Miałam wrażenie, że trwam w jakimś cholernym, niekończącym się koszmarze. Krążyłam nerwowo, niezdolna do tego, żeby ustać w miejscu i marząc jedynie o tym, żeby w dziecinnym odruchu zakryć uszy dłońmi, byleby przestać słyszeć cokolwiek. Usiłowałam nie zastanawiać się nad tym, co działo się w pokoju na piętrze, który sama wskazałam Rufusowi i Marco, ale to wcale nie było takie proste, zwłaszcza gdy dysponowało się wyostrzonymi zmysłami, które – jak na ironie – wydawały się czulsze niż kiedykolwiek wcześniej, reagując na nawet najbardziej subtelny, pozornie nic nieznaczący bodziec. To sprawiało, że czułam się tak, jakbym nagle znalazła się na skraju szaleństwa, doświadczając wszystkiego w tak intensywny sposób, że zaczęło jawić mi się jako coś nieprawdopodobnego.
Dobra bogini, dlaczego?, tłukło mi się w myślach raz po raz, chociaż odpowiedzi wciąż nie nadchodziły, a ja już jakiś czas temu zaczęłam w nie wątpić. Cokolwiek się działo, nie było normalne, przynajmniej z mojej perspektywy. Próbowałam stwierdzić, czego tak naprawdę powinnam się spodziewać albo przekonywać samą siebie, że wszystko jakoś się ułożyć, ale podświadomie czułam, że oszukuję samą siebie. Drżałam, raz po raz przyłapując się na tym, że bezwiednie zaplatam ramiona na brzuchu, rozpamiętując to, co – przynajmniej z mojej perspektywy – miało miejsce blisko czternaście lat wcześniej.
Och, tak, nie mogłabym tego zapomnieć. Trudno było wyrzucić z pamięci paniczny strach, ból brzucha i to, jak poczułam się, kiedy zauważyłam krew na udach. Chyba nigdy nie bałam się bardziej niż wtedy, gdy do głowy przyszło mi, że mogłabym stracić Alessię i Damiena – tak po prostu, po tylu dniach starań i walki. W gruncie rzeczy nawet gdybym była świadoma istnienia nowego życia chociażby kilka godzin czy minut, cierpienie byłoby równie intensywne, bo nie potrzebowałam wiele czasu, żeby otoczyć bliźniaki bezgraniczną miłością. W efekcie przeżywałam to, czego doświadczyła Allegra tak intensywnie, jakbym sama po raz kolejny przez to przechodziła – z tą tylko różnicą, że w moim przypadku skończyło się wyłącznie na strachu.
Tym razem mogło być inaczej i ta perspektywa była przerażająca.
Nie krzyczała, a przynajmniej nie nieprzerwanie, chociaż kilka razy słyszałam dość, by zaczęło robić mi się słabo. Jakiś czas wisiałam na telefonie, próbując dodzwonić się do Damiena w nadziei na to, że zdolności chłopaka wystarczą, żeby opanować sytuację, ale odpowiadała mi poczta głosowa. To jedynie potęgowało panikę, a ja byłam bliska tego, żeby zadzwonić do dziadka, jednak w ostatniej chwili się powstrzymałam. Po pierwsze, był Rufus, który najpewniej zabiłby mnie za próbę podsuwania mu kogoś do pomocy, skoro sam o nią nie prosił. A po drugie… Och, gdybym zmusiła wampira do tego, żeby przyznał, iż jest bezradny, to byłoby niczym definitywny koniec, a na to zdecydowanie nie byłam gotowa.
Potrzebowałam trochę czasu na to, żeby zapanować nad sobą na tyle, by zmusić się do opuszczenia piętra. Nie pojmowałam własnych masochistycznych zapędów, które sprawiały, że wciąż kręciłam się przy sypialniach, pomimo tego, że jakaś cząstka mnie absolutnie nie chciała brać udziału w tym, co właśnie miało miejsce. Wciąż czułam się okropnie, kiedy bez pośpiechu zeszłam po schodach, poruszając się ludzkim tempem. Miałam wrażenie, że moje ciało waży tonę, a kolejne ruchy są absolutnie niezgrabne i tak ociężałe, że przypisanie mi gracji nieśmiertelnej okazałoby się czymś nieprawdopodobnym.
Na dole było ciszej, a może to mnie udało się wyciszyć na tyle, bym przestała z taką uwagą śledzić to, co działo się za zamkniętymi drzwiami. Mimowolnie odetchnęłam, przynajmniej do momentu, w której nie zauważyłam siedzącej na najniżej położonych stopniach Layli, która mocno tuliła do siebie Claire. Na dłuższa chwilę zamarłam, w milczeniu wpatrując się w szwagierkę i jej córkę, kiedy uświadomiłam sobie, że nie tylko ja przeżywałam sytuację aż do tego stopnia. Co jak co, ale siostra Gabriela na pewno wiedziała, czym jest ten szczególny rodzaj bólu; gdyby było inaczej, Claire nie zostałaby jedynaczką, najpewniej mogąc cieszyć się bliźniakiem – tak w końcu od zawsze zdarzało się w każdym kolejnym pokoleniu Licavolich. Jeśli ktoś rozumiał, czym jest ból, to zdecydowanie Lay – nie wspominając już o tym, że córkę tez na swój sposób straciła, wciąż próbując radzić sobie z budowaniem relacji, która jeszcze kilka lat temu nie miała prawa istnieć.
Moja szwagierka nie drgnęła, kiedy podeszłam bliżej, ale Claire bez chwili wahania poderwała głowę. Krótko spojrzała mi w oczy, a ja przekonałam się, że jej własne były napuchnięte od płaczu. W tamtej chwili nie szlochała, być może zbyt przejęta bliskością Layli, a może oszołomiona do tego stopnia, by okazywanie uczuć zaczęło być problematycznie. Jakkolwiek by jednak nie było, w odpowiedzi na moje pojawienie się – wciąż pozwalając przy tym na to, żeby matka ją obejmowała – bez słowa wyciągnęła w moją stronę zwiniętą w pięść dłoń. Początkowo nie rozumiałam, jak powinnam rozumieć ten gest, ale pomimo tego sama również nadstawiłam rękę, pojmując wszystko dopiero w chwili, w której Claire podała mi zwitek papieru.
Serce zabiło mi mocnej, bo w tamtej chwili zrozumiałam, chociaż wcale nie byłam pewna, czy tego chcę. Nie od razu zareagowałam, tak długo, jak tylko mogłam odwlekając konieczność rozprostowania papieru i zapoznania się z jego treścią. Nie byłam zaskoczona widokiem drobnego, lekko pochyłego pisma, odrobinę tylko nieczytelnego przez to, że linijki tekstu zostały zapisane czymś, co chyba było fioletowym markerem albo pisakiem. Jakkolwiek by jednak nie było, zdołałam rozróżnić poszczególne wyrazy, przy okazji mimochodem zauważając, że mam przed sobą trzy krótkie linijki.
Kolejne haiku.
Nie miałam pewności, kiedy ostatnim razem trzymałam w rękach jakikolwiek wiersz Claire, ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze było to, że rymowanki, które wychodziły spod ręki siostrzenicy Gabriela, nigdy nie wróżyły nic dobrego.
Czasem strata
Niesie ze sobą
Ukojenie
Coś ścisnęło mnie w gardle, chociaż sama nie byłam pewna, co było tego przyczyną. Poczułam wilgoć na policzkach, więc pośpiesznie uciekłam wzrokiem gdzieś w bok, próbując przekonać samą siebie, że tym razem „strata” wcale nie oznacza tego, co w naturalny sposób nasunęło mi się na myśli. Czułam, że to z mojej siostry idiotyczna próba ucieczki przed prawdą, ale wolałam trwać w iluzji, bo tylko ta pozwalała mi utrzymać się przy zdrowych zmysłach. Nie chciałam zastanawiać się nad tym, czy to ma jakikolwiek sens; ja wiedziałam swoje, a przynajmniej próbowałam udawać, że tak jest, w pamięci raz po raz roztrząsając tych kilka linijek, które w kilka zaledwie chwil zdążyły wyryć się w moim umyśle.
Ukojenie? Gdzie w tym miejscu było miejsce na jakiekolwiek oznaki spokoju czy ulgi? To miał być rodzaj pocieszenia dla któregokolwiek z nas, a już zwłaszcza Allegry, która najpewniej właśnie traciła istotę, którą przez ostatnie tygodnie bez wątpienia zdążyła pokochać? Jak miałabym to zrozumieć i…?
Mi amor
Wzdrygnęłam się, po czym poderwałam głowę, momentalnie reagując na spokojny głos Gabriela. Dłoń machinalnie zacisnęłam w pięść, ponownie mnąc haiku Claire, chociaż prawie nie byłam tego świadoma. Ostrożnie wyminęłam Laylę i jej córkę, schodząc z ostatnich stopni, by móc zajrzeć do salonu i przekonać się, że mój mąż siedział na kanapie, tuląc do siebie Isabeau. Uniosłam brwi, co najmniej zaskoczona widokiem, który zastałam – kruchej, pogrążonej we śnie kapłanki, która pozwalała na to, żeby brat trzymał ją w ramionach i raz po raz przeczesywał palcami jej włosy. Wydała się nienaturalnie wręcz spokojna i delikatna, a to zdecydowanie nie było do niej podobne, zwłaszcza w ostatnim czasie. Ba! Nie sądziłam, by nawet dawna, silna Beau kiedykolwiek pozwoliła Gabrielowi traktować się jak dziecko, niezależnie od tego, jak bardzo cierpiałaby w danym momencie; po tym, jak odrzuciła człowieczeństwo, takie rozwianie jawiło mi się jako tym bardziej nieprawdopodobne.
Podeszłam bliżej, uważnie obserwując męża i próbując ocenić, czego powinnam się po nim spodziewać. Spróbował się do mnie uśmiechnąć, ale wyszło mu to marnie, a może to ja byłam już zbyt doświadczona, by był w stanie mnie zwieść. Westchnął cicho, ostatecznie przenosząc wzrok na siostrę i jakby od niechcenia wzruszając ramionami.
– Uśpiłem ją – powiedział, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
Spojrzałam na niego z powątpiewaniem, powstrzymując się przed uwagą na temat tego, że Isabeau na pewno nie miała być z tego powodu zadowolona. W tamtej chwili nie miałam pewności nawet co do tego, co przyniosą następne godziny, więc roztrząsanie zachowania dziewczyny tym bardziej nie było na moje nerwy.
– Co z Beau? – zapytałam w zamian. Nie miałam wątpliwości co do tego, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co miałam na myśli.
– Nie mogła przestać płakać – przyznał, ostrożnie dobierając słowa. Lekko przekrzywił głowę, wciąż uważnie przypatrując się ułożonej w jego ramionach wampirzycy. – Nie wiem czy to dobra wiadomość, ale… chyba dzięki temu wróciła – dodał, pod koniec wypowiedzi przenosząc wzrok na mnie.
Jego ciemne oczy miały w sobie coś przenikliwego, co sprawiało, że niezmiennie czułam się naprawdę dziwnie. Kiedy sprawy miały się źle, a mój mąż zachowywał się w taki sposób, wtedy zaczynałam mieć wrażenie, że tak naprawdę jestem intruzem i że nigdy tak naprawdę nie zrozumiem łączących Licavolich relacji. Gdy w grę wchodziła którakolwiek z sióstr Gabriela, wtedy wszystko inne przestawało się liczyć i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę.
– Jej emocje… – Zawahałam się na moment. – Rufus miał rację – nie tyle zapytałam, co najzwyczajniej w świecie stwierdziłam fakt.
Chłopak nawet się nie skrzywił.
– Tym lepiej – stwierdził z powątpiewaniem w głosie. – Chociaż nie wiem, co z Beau. I Allegrą… To nie jest takie proste – westchnął, a ja poczułam, że zaczyna robić mi się naprawdę niedobrze.
Teraz pozostawało nam czekać i to wydawało mi się najbardziej przerażając.
Damien
– Jesteś pewna?
Liz drgnęła, po czym rzuciła mu bliżej nieokreślone, zlęknione spojrzenie. Dziwnie było spoglądać na nią, kiedy była w takim stanie – po prostu krucha i przerażona, jakby za moment miała rozpaść się na kawałeczki, przytłoczona wszystkim tym, co działo się wokół niej. To sprawiało, że chciał ją chronić, chociaż zarazem nie wyobrażał sobie tego, żeby tak po prostu mu pozwoliła. Pod wieloma względami pozostawała silną indywidualistką, która pragnęła nauczyć się bronić samodzielnie, zamiast czekać aż ktokolwiek ją w tym wyręczy. Nawet jego zaczynała odsuwać, chociaż nie zmieniało to faktu, że byli razem – i że był gotów zrobić dla niej naprawdę wiele.
Pamiętał, gdzie znajdowały się sklep oraz mieszkanie Niny. Od Setha dowiedzieli się, że poza chaosem, to drugie nie wyglądało aż tak źle, cokolwiek powinni przez to rozumieć. Damien podejrzewał, że kobieta nie zginęła u siebie, a przynajmniej zakładał, że gdyby tak było, wtedy policja zajęłaby się ogrodzeniem terenu. Czegokolwiek nie dokonałby Jason, wejście do kawalerki nad sklepem pozostawało łatwym zadaniem, nie tylko dlatego, że Elizabeth miała kluczę – tak na wszelki wypadek, bo babcia nigdy nie miała nic przeciwko temu, żeby do niej wróciła, gdyby mieszkanie z rodzicami okazało się zbyt trudnym zajęcie.
Nie miał pewności, dlaczego Liz w ogóle chciała zobaczyć to miejsce, ale nie próbował pytać. Był w stanie zrozumieć, że ktoś, kto z dnia na dzień stracił całą rodzinę, rządził się swoimi prawami, tym bardziej, że dziewczyna wciąż była w żałobie i swoistym szoku. Pozwalał jej działać po swojemu, jednocześnie czuwając i usiłując jakkolwiek zapewnić jej bezpieczeństwo, tym bardziej, że w emocjach bardzo łatwo było posunąć się do czegoś co najmniej głupiego. Nie podejrzewał Elizabeth o szaleństwo, a tym bardziej lekkomyślność, nie zmieniało to jednak faktu, że była w niebezpieczeństwie. Musiał ją chronić, tym bardziej, że Jason nie zamierzał tak po prostu siostrze odpuścić; z jakiegoś powodu pragnął ją przemienić, a Damien obawiał się tego, że to prędzej czy później mogłoby mu się udać.
Martwił się również o Liz, zwłaszcza po tym, jak wyraziła swoje zdanie na temat ewentualnego zostania wampirem. Nie chodziło o to, że mógłby mieć do niej pretensje; potrafił zrozumieć, skąd brało się przerażenie, które towarzyszyło jej na samą wzmiankę o tym, że mogłaby zostać nieśmiertelną. Niechęć do jego pobratymców wydawała mu się zrozumiała, tym bardziej, że dziewczyna nigdy nie oskarżyła o nic ani samego Damiena, ani kogokolwiek z jego rodziny. Tutaj chodziło o coś więcej – o swoisty lęk, mający związek z tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby jednak przeszła przemianę. Bała się upodobnić do brata, którego miała za potwora, a żeby nie dopuścić do czegoś takiego… wydawała się zdolna do wszystkiego – w tym również do popełnienia samobójstwa.
Wiedział, że wciąż nosiła przy sobie broń, chociaż wcale nie był zachwycony tym, że ostatecznie wymogła na nim, by jej ją oddał. W stanach posiadanie pistoletu było legalne, ale nie w kwestii prawa leżał największy problem. Wszystko sprowadzało się przede wszystkim do tego, że któregoś razu Liz mogłaby jednak wycelować w siebie i jednak pociągnąć spust. Nie wyobrażał sobie tego, a perspektywa jej śmierci wydawała mu się bardziej przerażająca, aniżeli sam fakt tego, że mogłaby zostać wampirem. Pod tym względem wszystko było nie tak, a Damien momentami nie miał już pewności jak i dlaczego powinien się zachowywać, żeby mieć szansę zapanować nad sytuacją. Obawiał się, że ona potrzebowała czegoś więcej, a to wydawało się leżeć poza jego zasięgiem, tak jak i perspektywa przyniesienia jej prawdziwego ukojenia. Jego dar był bezużyteczny, gdy w grę wchodził ten szczególny rodzaj psychicznego ból, a po stracie, której doznała, Elizabeth była go pełna.
Jakby tego było mało, sam fakt tego, że wiedziała o wampirach, mógł okazać się problematyczny. Gdyby wciąż znajdowali się w Mieście Nocy, taki stan rzeczy wydałby mu się naturalny – to, że dziewczyna zdawała sobie sprawę z tego, iż po świecie chodzili nieśmiertelni. „Otwarty świat” poza tym małym kawałkiem francuskiego łańcucha gór Écrins rządził się innymi prawami, a to mogło okazać się problematyczne, jeśli nie wręcz niebezpieczne – i to zwłaszcza dla Elizabeth. Aż nazbyt dobrze pamiętał o Volturi i o tym, jakie ci mieli stosunki z rodziną jego mamy. Każda dodatkowa komplikacja mogła okazać się idealnym pretekstem dla Włochów, a to zdecydowanie nie było dobrą wiadomością. Wręcz przeciwnie – gdyby dowiedzieli się o Liz…
Wtedy naprawdę mogła zginąć. Albo stać się wampirzycą, a żadne z tych rozwiązań nie wchodziło w grę.
Obserwował ją w milczeniu, kiedy z uwagą wodziła wzrokiem na prawo i ledwo, niespokojnie rozglądając się dookoła. W ciemnościach rysował się zarys znajomych już mebli, chociaż Damien miał wątpliwości co do tego, czy wszystkie były na swoim miejscu. Kawałki drewna walały się po podłodze, tak jak i pokaźny stos dotychczas pochowanych do szafki rzeczy; cokolwiek się tutaj działo, Nina najwyraźniej nie poddała się bez walki. Już wcześniej zdążył zaobserwować, że ta kobieta była wyjątkowa i bardzo uparta – w końcu Liz po kimś miała te swoją butność – ale to i tak wydało mu się co najmniej niezwykłe.
– Czego szukasz? – zapytał z powątpiewaniem, próbując zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Wcześniej go zignorowała, ale nie zamierzał tak po prostu odpuścić.
Odpowiedziało mu milczenie, przez co ledwo był w stanie powstrzymać poirytowane warknięcie. Rzadko tracił cierpliwość – Aldero nie bez powodu próbował żartować sobie na temat Świętego Damiena – jednak w tamtej chwili czuł się tego bardzo bliski, tym bardziej, że Liz nie ułatwiała mu zadania. Nie pojmował jej zachowania, a tym bardziej nie był w stanie obojętnie znosić przeciągającego się milczenia.
Westchnął, po czym zrobił krok w jej stronę. Liz Nawet na niego nie spojrzała.
– Elizabeth.
Wyprostował się niczym struna, wciąż jednak unikała spoglądania w jego stronę. Wyraźnie spięła się na dźwięk swojego imienia, zwłaszcza wypowiedzianego mniej stanowczym niż dotychczas tonem. Cokolwiek chodziło jej po głowie, ostatecznie tego nie wyraziła, a i Damien został nauczony zbyt wielkiego szacunku do prywatności i kobiet, by próbować wykorzystywać swoje zdalności. Kto jak kto, ale Elizabeth na pewno zasłużyła chociaż na tyle, nawet jeśli jej zachowanie niezmiennie wzbudzało w nim wątpliwości.
– Nie jestem pewna – wyszeptała tak cicho, że gdyby miała do czynienia z kimś nieobdarzonym wyostrzonymi zmysłami, pewnie by jej nie zrozumiał.
Westchnął cicho, powoli zaczynając żałować tego, że ot tak zgodził się na wspólną wyprawę do miasta. Wciąż nie wiedział, czego tak naprawdę powinni się spodziewać i czy ufanie Liz we wszystkich kwestiach jest aż tak dobrym pomysłem. Czuł jej ból i to o wiele intensywniej, aniżeli mógłby sobie tego życzyć, tym bardziej, że związana ze zdolnościami Uzdrowiciela empatia potrafiła być prawdziwym przekleństwem. To sprawiało, że instynktownie pragnął jej pomóc, ale nie wiedział jak, niezdolny do tego, żeby ukoić ten szczególny rodzaj cierpienia.
Elizabeth przez dłuższą chwilę milczała, niespokojnie krążąc tam i z powrotem, i wodząc wzrokiem dookoła. Dopiero po kilku sekundach zdecydowała się na niego spojrzeć i jednak przerwać panującą ciszę:
– Damien? – zaczęła tak niepewnie, że aż poczuł się z tym źle, dochodząc do wniosku, że jednak mógł ją w jakiś sposób urazić.
– Tak? – Usiłował brzmieć w delikatny, kojący sposób.
Spojrzała mu w oczy. Jej własne – zielone i poważne – wydawały się ciemniejsze niż zazwyczaj.
– Czy mógłbyś… ehm… – wyrzuciła z siebie na wydechu. – Mógłbyś zostawić mnie na chwilę samą, proszę? – wyrecytowała niczym automat, tym samym skutecznie wytrącając go z równowagi.
Otworzył i zamknął usta, niezdolny do tego, żeby tak po prostu jej odpowiedzieć. Chociaż to była zaledwie niewinna prośba, coś w tych kilku słowach sprawiło, że poczuł się źle. Jasne, potrzebowała samotności – potrafił to zrozumieć, ale…
– Oczywiście – zapewnił cicho, a ona odetchnęła. Chyba powinien był poczuć się dzięki temu lepiej, jednak nic podobnego nie miało miejsca. – Tylko nie za długo, okej? Jakby coś się działo…
– Będę krzyczeć – obiecała, chociaż podejrzewał, że to nie wrzask stałby się w tym wypadku priorytetem… Przynajmniej nie dla Liz.
Nie, gdyby coś faktycznie się wydarzyło, wtedy jak nic próbowałaby walczyć sama, tak jak w domu rodziców. Wyjęłaby broń, a potem… posunęła się do zrobienia czegoś albo cholernie odważnego, albo wręcz przeciwnie. Z jakiegoś powodu łatwo było mu sobie to wyobrazić, tym bardziej, że już przekonał się do czego pozostawała zdolna ta dziewczyna; co więcej, wydawało mu się to naprawdę przerażające, nawet jeśli Elizabeth bez wątpienia spoglądała na tę sprawę zupełnie inaczej.
Niechętnie wycofał się na klatkę schodową, bez pośpiechu schodząc na dół. Nawet chłodne powietrze nie przyniosło mu ulgi, a Damien chcąc nie chcąc raz po raz oglądał się przez ramię, nasłuchując jakichkolwiek oznak bytności Liz. Był w stanie ją wyczuć i stwierdzić, że wciąż jest w mieszkaniu, to jednak go nie satysfakcjonowało. Pragnął być obok, upewnić się, że jest naprawdę bezpieczna, a potem najlepiej wziąć ją w ramiona albo…
Wyjął telefon, chcąc zająć czymś myśli i ręce. Wbił wzrok w wyświetlacz, uprzytomniając sobie, że tuż po wyjściu z domu wyłączył komórkę, by nikt nie przeszkadzał jemu i Elizabeth. Co prawda nie sądził, żeby pod jego nieobecność wydarzyło się coś istotnego, ale…
Z tym, że prawda okazała się inna – cała skrzynka wiadomości głosowych nie mogła być przypadkowa. To, że wszystkie dawały jeden, dość istotny przekaz, również.
„Wracaj do domu”.
Nie zastanawiając się długo, popędził po swoją towarzyszkę, chociaż podejrzewał, że nie będzie z tego zadowolona.
Cokolwiek działo się w domu, musiało być bardzo, ale to bardzo złe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa