17.08.2016

Dwieście siedemdziesiąt sześć

Elena
Miała złe przeczucia od chwili, w której dostała SMS-a od Aldero – lakoniczną prośbę o natychmiastowe spotkanie z nią i jej „cholernym kochankiem”. W gruncie rzeczy to jedno zdanie i dobór słów sprawiały, że wszystko brzmiało bardziej jak rozkaz, co w najmniejszym nawet stopniu nie sprawiło, że Elena zaczęła pałać szczególnym entuzjazmem do perspektywy zobaczenia się z kuzynem. Nie miała pojęcia, jak tak naprawdę prezentowały się relacje z Al’em, a chłopak swoim zachowaniem wcale nie ułatwiał zrozumienia tego, naprzemiennie starając się, by po chwili rzucił wyjątkowo trudną do cierpliwego znoszenia złośliwością.
Była z Rafaelem w apartamentowcu, kiedy jej komórka zaczęła wibrować. Odkąd niejako przyznała się Lawrence’owi do tego, jak prezentowała się sytuacja, a po wszystkim dodatkowo jeszcze wtajemniczyli Sage’a, przebywanie w mieszkaniu stanowiło swego rodzaju normę. Zwykle wybierali momenty, w których żadnego z wampirów nie było w pobliżu, dzięki czemu mogli cieszyć się prywatnością, przy okazji nie wchodząc sobie nawzajem w drogę. Wiedziała, że L. nie był zachwycony decyzjami, które podejmowała, ale nawet jeśli miał jakiekolwiek uwagi, nie komentował tego, co przyjmowała z ulgą. Co więcej, możliwość korzystania z sypialni czy chociażby kanapy w salonie, stanowiła o wiele bardziej atrakcyjna formę, aniżeli przesiadywanie przy kapliczce. Co prawda Rafael nie zawsze się z tym zgadzał, wciąż z uporem stawiając ją w sytuacjach, w których miała ochotę go zabić za kolejne lekcje walki czy bezsensowne ganianie po lesie, ale przynajmniej mogła liczyć na jakieś… bardziej romantyczne wieczory…
Nie żeby „romantyzm” rozumieli w ten sam sposób. Dla niego szczytem zadowolenia najwyraźniej były pocałunki i to, żeby móc się na nią gapić albo okazyjnie potrzymać w ramionach. Podejrzewała, że w takim tempie sama po wieczność zostanie dziewicą, ale na dłuższą metę była w stanie to znosić – przynajmniej tymczasowo.
Jakkolwiek by jednak nie było, perspektywa ponownego spotkania z Aldero, kiedy obok miał znajdować się Rafa, zdecydowanie nie brzmiała dobrze. Najwyraźniej pojęcie „zazdrości” stanowiło jedno z tych, które demon doskonale znał, a to oznaczyło, że mogła spodziewać się tego, że jak jej kuzyn palnie coś wyjątkowo głupiego (prawdopodobieństwo: sto procent), przy pierwszej okazji zostanie wyrzucony z balkonu. To nie brzmiało dobrze, a ona miała ochotę odpisać chłopakowi, by sobie darował i ewentualnie porozmawiał tylko z nią, jednak i po temu nie miała okazję.
Cholernym kochankiem? – usłyszała tuż za plecami głos Rafaela i przez moment miała ochotę mu przyłożyć, zwłaszcza kiedy uprzytomniła sobie, że jak gdyby nigdy nic czytał sobie jej wiadomości. Podejrzewała, że pojęcie prywatności i tajemnicy korespondencji jedynie by go rozbawiło, więc powstrzymała się od komentarza. – Jakież to urocze.
– Zależy z czyjej perspektywy – rzuciła cierpko, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami. – Potem z nim porozmawiam.
Rafa uniósł brwi.
– Dlaczego? – przerwał jej niemalże pogodnym tonem. – Wygląda to trochę tak, jakby miał coś ważnego… I obraża mnie – dodał, najwyraźniej usatysfakcjonowany taką perspektywą.
Och, tak, na pewno. Nazwał cię moim „kochankiem”, a to zdecydowanie zbyt dobitne słowo, pomyślała z przekąsem.
– Hm, niech się zastanowię… Bo L. nie będzie zachwycony z trupa na dywanie? – zapytała z powątpiewaniem. – Ja zresztą też. To jednak mój kuzyn – przypomniała, chociaż ta kwestia wydawała się dość sporna; to, jak miały się relacje jej i Devile’a, również. – Nie chcę po prostu, żebyście się znowu przy mnie kłócili, jasne?
– Tak nisko mnie cenisz, lilan? – obruszył się demon. Momentami sama nie była pewna, czy mówił poważnie, czy może się z nią droczył. Szczerze powiedziawszy, chwilami miała wrażenie, że sam Rafael jeszcze nie jest tego pewien. – Wydaje mi się, że podczas ostatniej rozmowy wyjaśniliśmy sobie wszystko tak, jak być powinno. Nie sądzę, żeby twój kuzyn – podjął, po czym wywrócił oczami – życzył sobie spotkania ze mną, gdyby nie miał ci czegoś ważnego do przekazania. To tak z mojej perspektywy, więc jeśli nie wpadłaś na pomysł na tyle głupi, jak próba ukrycia czegoś przede mną…
Nie musiał kończyć, by w pełni pojęcia do czego w tamtej chwili zmierzał. Chyba nigdy nie miała być w stanie pojąć tego, jak niewiele potrzebować do tego, żeby nie tylko przekazać wszystko to, co w danej chwili myślał, jak i przy okazji w dość subtelny sposób móc ją obrazić. Najbardziej urocze i irytujące zarazem było w całej tej sytuacji to, że sam zainteresowany nie widział w takim zachowaniu niczego złego, a ona nie miała pojęcia, jak najlepiej byłoby wytłumaczyć mu kwestię czucia i tego, że słowami jednak można było kogoś zranić.
Ostatecznie nie odezwała się nawet słowem, chcąc nie chcąc dochodząc do wniosku, że w słowach Rafaela było bardzo dużo racji. Nie była zachwycona tym, że po raz kolejny mogłaby znaleźć się w jednym pomieszczeniu z dwoma pożądającymi ją mężczyznami, ale usiłowała o tym nie myśleć. W porządku, to mogło okazać się problematyczne – bez wątpienia miało takie być – ale mimo wszystko…
Słodka bogini, daj mi cierpliwości…
Mimo wszystko poczuła nieopisany, trudny do zignorowania niepokój, kiedy pomyślałam o tym, czego faktycznie mógł chcieć od niej Aldero. Był przygaszony, zwłaszcza w ostatnim czasie, odkąd Allegra straciła dziecko. Wiedziała, że to było dla niego trudne – i że tak naprawdę o wszystko obwiniał Dimitra, bo gdyby nie incydent z Miasta Nocy, Isabeau nigdy by się nie załamała. Sama nie czuła się szczególnie zaskoczona całym tym systemem przyczyn i skutków, aż nazbyt dobrze rozumiejąc, jak jedna decyzja może pociągnąć za sobą dziesiątki kolejnych. Wolała nawet nie zastanawiać się nad tym, co by było, gdyby kilka tygodni wcześniej nie poszła szukać piłki albo za Ravenem, kiedy…
To było coś innego od zdrady kogoś, kogo miało się za ojca, niemniej była w stanie Aldero zrozumieć. Samo cierpienie również zaczynało jawić jej się jako coś zrozumiałego i przerażająco wręcz bliskiego, zwłaszcza po tym, co spotkało Elizabeth. Czuła, że dzieje się coś niedobrego – jedna zła rzecz za drugą – i że wszystko się ze sobą łączy, ale wciąż nie potrafiła stwierdzić w jaki sposób. Teraz z kolei działo się coś na tyle poważnego, by Al chciał się widzieć również z Rafaelem, a to…
No cóż, zdecydowanie nie wróżyło nic dobrego.
Odpisała, chociaż sama nie miała pewności, czy robi dobrze. Nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony Rafaela, wysłała kuzynowi znany mu już adres apartamentowca, bynajmniej nie zamierzając trudzić się jakimikolwiek wyjaśnieniami w kwestii tego, co i dlaczego robiła u Lawrence’a. Zaraz po tym wybrała numer właśnie do dziadka i – z premedytacją ignorując przy tym pytające spojrzenie towarzyszącego jej demona – przyłożyła telefon do ucha.
– Coś istotnego, czy skończył ci się lakier do paznokci? – usłyszała już na wstępie i aż prychnęła, rozdrażniona takim powitaniem. To, że raz skorzystała z tego, że był w mieście i poprosiła o to, żeby znalazł po drodze jakąś drogerię, niczego jeszcze nie oznaczało.
– Aha, tak – warknęła, nie mogąc się powstrzymać. – I tampony. Załatwisz to dla mnie? – dodała przesadnie słodkim tonem.
Poczuła na sobie zaciekawione spojrzenie Rafaela. Słodka bogini, zapytaj mnie, czym są, a zrobię ci krzywdę!
– Jaja sobie ze mnie robisz? – Sądząc po tonie Lawrence’a, wątpił już w nią do tego stopnia, by brać pod uwagę każde dostępne rozwiązanie. – Zresztą nieważne. To, że dałem ci klucze, jeszcze nie oznacza, że będę robił za twoją służkę, więc z góry sobie ustalmy, że…
– Coś się stało – przerwała mu zniecierpliwionym tonem. Wolała nie czekać na cały wykład na temat swojej rzekomej niewdzięczności. – Aldero uważa, że coś ważnego. W skrócie: byłoby dobrze, gdybyś wrócił wcześniej – wyjaśniła i nie dodając niczego więcej, po prostu się rozłączyła.
W milczeniu spojrzała na pociemniały wyświetlacz komórki, zanim ostatecznie westchnęła i schowała telefon do kieszeni. Nie miała pewności, dlaczego perspektywa rozmowy z Al'em wciąż wzbudzała w niej najgorsze przeczucia, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Właściwie sama nie miała pewności, dlaczego w ogóle poprosiła L. o towarzystwo, ale z drugiej strony… Cóż, trójkącik z dwoma zakochanymi w niej mężczyznami zdecydowanie jej nie kręcił. Co więcej, nie mogła zapomnieć o tym, że Lawrence się o nią troszczył i wiedział dość, by w razie ewentualnego problemu móc coś zdziałać. To również wydało jej się istotne, chociaż coraz bardziej niepokoiło ją to, że kolejne osoby mogłyby wiedzieć o niej i Rafaelu. Byli już Mira, Aldero, L. i Sage; w takim wypadku mogła już tylko czekać, aż w końcu dowiedzie się reszta rodziny, choć tego zdecydowanie sobie nie wyobrażała.
Mamo, tato, chodzę z demonem… To nic, że w przeszłości wymordował ileś tym istnień i dotychczas stał po stronie złej królowej, która omal nie pozabijała was wszystkich – przy mnie się zmienił i jest nam cudownie!, pomyślała z przekąsem i ledwo powstrzymała histeryczny śmiech. Cała ta sytuacja zaczynała być co najmniej niedorzeczna.
– Elena?
Uniosła głowę, by móc spojrzeć na wciąż obserwującego ją Rafaela. Myślami wydawał się być gdzieś daleko, chociaż bynajmniej nie sprawiał wrażenia kogoś, kto jest jakkolwiek zmartwiony czy zaniepokojony. Uznała to za dobry znak, chociaż zarazem zdawała sobie sprawę z tego, że Rafa w zupełnie inny sposób pojmował zagrożenie.
– Hm? – ponagliła go, próbując ocenić, czego tak naprawdę powinna się spodziewać. Nie lubił, kiedy zaczynała działać na własną rękę, a teraz właśnie to robiła.
– Czym jest tampon? – wypalił tak poważnym, skupionym tonem, że przez kilka pierwszych sekund nie dotarł do niej pełen sens jego wypowiedzi.
Do czasu.
W pierwszej chwili aż się zapowietrzyła, gwałtownie nabierając powietrza do płuc i mimo usilnych starań nie będąc w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa. Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, przez dłuższą chwilę naprawdę mając ochotę coś uderzyć – albo najlepiej jego, by natychmiast oznajmił, że tylko sobie z niej żartował. Jasna cholera, dlaczego za każdym razem musiał robić jej coś, co…?
Wydała z siebie sfrustrowany jęk, po czym w pośpiechu, ruszając w stronę sypialni.
Słodka bogini, o co ja prosiłam… Ach, tak, o cierpliwość!
Cóż, przynajmniej tymczasowo nie nadeszła.

Aldero i Lawrence pojawili się niemalże w tym samym czasie. Sądziła, że poczuje ulgę na widok kuzyna, to jednak nie miało miejsca, tym bardziej, że już na wstępie chłopak ruszył w jej stronę. Spodziewała się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że jak gdyby nigdy nic – obojętny na obecność milczącego, przyczajonego w cieniu Rafaela – doskoczy do niej, by bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wziąć ją w ramiona. Pozwoliła mu na to, na dłuższą chwilę zamierając i wahając nad tym, czy powinna odwzajemnić uścisk, zwłaszcza w przypadku kogoś, kto darzył ją uczuciem o wiele silniejszym, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć.
– Ehm… Aldero? – zaryzykowała, nie kryjąc zmieszania.
Sam uścisk okazał się czymś przyjemnym i znajomym, przypominając jej o wszystkich tych razach, kiedy faktycznie tulili się do siebie. Mimo wszystko takie sytuacje zawsze wydawały jej się niewinne, jak chociażby podczas tych momentów, w których układała się u jego boku na kanapie, gdy grał na gitarze. Przepychani i złośliwości zawsze były dla niej czymś normalnym, tak jak i świadomość przyjaźni z Al'em, niemniej teraz…
– Ach, tak. – Chłopak odsunął się w pośpiechu, jednak nie wyglądał na szczególnie zmieszonego. Wręcz przeciwnie: obserwowała go i widziała, że panował nad sobą niemalże idealnie, tak nienaturalnie spokojny i poważny, że aż zaczynała czuć się nieswojo. – A on co ma do tego wszystkiego? – wypalił już na wstępie, wymownie spoglądając na Lawrence’a.
– Mieszkam tutaj? – zasugerował mu uprzejmie sam zainteresowany.
Al puścił tę uwagę mimo uszu. Już wcześniej wydawał się podchodzić do wampira z wyraźną niechęcią i ta jedna kwestia najwyraźniej nie uległa zmianie, nawet pomimo tego, że były pastor niejako uratował nie tylko Claire, ale również tyłki im wszystkim.
– Powiedziałam mu – wyjaśniła lakonicznie Elena. – Myśl sobie, co tylko chcesz, ale musiałam. Zresztą nie o to teraz chodzi – stwierdziła, zakładając ramiona na piersiach. – Co się stało?
– I jesteś pewna, że mogę swobodnie mówić? – zapytał z powątpiewaniem Aldero, najwyraźniej nie zamierzając dać za wygraną. – O Isobel i tak dalej? Nie żebym coś sugerował, ale on niejako siedział je w sypialni, więc…
Aż syknęła, po czym demonstracyjnym ruchem zakryła uszy dłońmi.
– Nie interesuje mnie czyjekolwiek życie uczuciowe, może pomijając moje własne! – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Ufam Lawrence’owi, okej? Chciałam, żeby tutaj był, bo jeśli to coś naprawdę ważnego, to pewnie i tak bym mu powiedziała. Tyle w tym temacie, więc już skończ.
Prawie natychmiast pożałowała sposobu, w jaki wypowiedziała poszczególne słowa, ale nie dała sobie czasu na to, żeby zacząć mieć do siebie jakiekolwiek pretensje. Była rozdrażniona, a nadmiar emocji stopniowo dawał jej się we znaki, doprowadzając do szału. Nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna zachowywać się przy kuzynie, a świadomość tego, że którakolwiek z dotychczasowych przyjaźni, mogłaby wisieć na włosku, nie poprawiała Elenie nastroju. To, że również Aldero raz po raz zachowywał się w sposób, który sprawiał, że go nie poznawała, jedynie wszystko komplikowało.
Wszystko się zmieniło i tego również była świadoma, zwłaszcza w chwilach takich jak ta. Nie miała pojęcia, kiedy tak naprawdę obdarzyła Lawrence’a aż takim zaufaniem, a tym bardziej w którym momencie jej relacje z Al'em skomplikowały się aż do tego stopnia, ale uznała to za sprawę drugorzędną. Wiedziała, że rozpamiętywanie czegoś, co już miało miejsce i na co właściwie nie była w stanie wpłynąć, nie miał sensu, ale z drugiej strony… Czasami trudno było tak po prostu zignorować coś, co dotychczas miało dla niej aż tak wielkie znaczenie – a przyjaźń z Aldero miała, chociaż dopiero teraz zaczynała uświadamiać sobie, jak długo na tym chłopaku polegała.
No cóż, nadal mogła mu wierzyć. Co więcej, najwyraźniej o nią dbał, bo w innym wypadku ani nie próbowałby utrzymywać obietnicy, ani nie nalegał na spotkanie.
– Co się stało? – powtórzyła pytanie, tym razem na tyle łagodnie, by jakkolwiek zachęcić go do udzielenia odpowiedzi. Nie miała ochoty na jakiekolwiek kłótnie.
Aldero westchnął, najwyraźniej nie zamierzając ot tak ustąpić. Mogła się tego po nim spodziewać, ale i tak coś ścisnęło ją w gardle. Nigdy nie należała do osób cierpliwych, a kuzyn regularnie wystawiał jej nerwy na próbę, jak nic w zupełności świadom tego, jak bardzo ją w ten sposób irytował. Ba! Była gotowa przysiąc, że robił to specjalnie, a przynajmniej tak bywało w przeszłości, kiedy w grę wchodziły mało istotne kwestie, a nad nią nie wisiał wyrok śmierci, wydany przez samą matkę wampirów.
Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć – albo przynajmniej na niego warknąć – jednak nie dał jej po temu okazji. Nagle jęknął, po czym bez słowa przeszedł przez aneks, w którym się znajdowali, by jak gdyby nigdy nic opaść na jeden z obitych skórą foteli. Elena zawahała się, co najmniej oszołomiona, bo w tamtej chwili Aldero wcale nie przypominał jej tego energicznego chłopaka, którego znała. Sprawiał wrażenie zmęczonego, jakby to, co musiał znosić w ostatnim czasie, powoli zaczynało go przerastać.
– Mama i kolejna wizja, tak w skrócie – oznajmił, a ona poczuła się trochę tak, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głosie.
Początkowo nie zareagowała, bezmyślnie wpatrując się w wampira i próbując zmusić się do jakiejkolwiek reakcji. W pokoju panowała nieprzenikniona wręcz cisza, przez co wszyscy wokół mogli dokładnie usłyszeć przyśpieszone bicie serca oraz płytszy niż dotychczas oddech. Nie była z siebie zadowolona z powodu tego, że mogłaby tak po prostu okazywać słabość, ale w tamtej chwili o to nie dbała, zresztą jak i o ewentualną zazdrość Rafaela, gdyby jednak zdecydowała się uściskać Aldero.
– Mówimy o wizjach wieszczki – odezwał się cicho demon, raptownie poważniejąc. Zaskoczyło ją to, że w ogóle był w stanie zwrócić się do jej kuzyna we względnie spokojny sposób.
– Wieszczka… Tak ją wszyscy nazywacie. – Chłopak wzruszył ramionami, najwyraźniej nie zamierzając rozwodzić się nad doborem słów. – Ważne jest to, że miała jedno z tych… mniej przyjemnych widzeń i że dotyczyło właśnie Eleny – dodał, a ją z jakiegoś powodu zmroziło.
Wiedziała, co takiego zwykle widywała Isabeau w swoich wizjach. Co więcej, zdawała sobie sprawę z tego, że – w przeciwieństwie do przewidywań Alice – przepowiednie Isabeau Licavoli sprawdzały się zawsze. Biorąc pod uwagę to, że wampirzyca zwykle kręciła się wokół śmierci, bólu i cierpienia, a nad nią już o dłuższego czasu wisiało niebezpieczeństwo, perspektywa wskazówki właśnie z ust Beau nie brzmiała zachęcająco.
– Tak z gwoli ścisłości… to co właściwie znaczą „mniej przyjemne” widzenia? – odezwał się z wahaniem Lawrence.
Elena początkowo była przekonana, że chłopak zignoruje pytanie pastora, ot tak dla zasady, skoro już uparł się mu nie wierzyć. Tym większym zaskoczeniem było dla niej to, że chłopakowi już najwyraźniej było wszystko jedno z kim rozmawia, bo bez wahania pośpieszył z wyjaśnieniami:
– Niektórych wizji mama po prostu nie pamięta albo są tak zawiłe, że ledwo jest w stanie je zrozumieć – powiedział i zawahał się na moment. – Przy tych najgorszych do tego wszystkiego płacze krwią. W przypadku Eleny też tak było.
Być może mówił coś jeszcze, ale nie potrafiła skoncentrować się na kolejnych słowach. Wszelakie uczucia, które towarzyszyły jej przez ostatnie godziny, nagle wydały się jej niczym istotnym. Ba! Wręcz pożałowała tego, że nie poświęciła większej uwagi pytaniu Rafy, bo to na dłuższą metę mogło okazać się całkiem zabawne. W gruncie rzeczy wszystko mogłoby takie być, choć po części rozpraszając i chroniąc przed szaleństwem, które niemalże w tamtej chwili wyczuła; już od dłuższego czasu była go bliska, z kolei teraz…
Isabeau widziała coś niedobrego, a wszystko ostatecznie sprowadzało się właśnie do niej – osoby, której śmieci z jakiegoś powodu pragnęła sama Isobel. To nie mógł być przypadek, ale mimo wszystko…
– Co…? – zaczęła, po czym odchrząknęła, bezskutecznie próbując doprowadzić drżący głos do porządku. Musiała wziąć się w garść, ale nie potrafiła. – Co tak naprawdę widziała Isabeau?
Wcale nie była pewna tego, czy chciała poznać odpowiedź na to pytanie.
Aldero nie odpowiedział, to jednak wydawało jej się zbędne. W tamtej chwili aż nazbyt jasne stało się dla niej to, dlaczego był taki spięty i do tego stopnia nalegał na spotkanie. Nic dziwnego, że ją przytulał, całkowicie obojętny na Rafaela i że nawet obecność Lawrence’a nie wydała mu się aż tak problematyczna, by jednak odmówić jakichkolwiek tłumaczeń. Z jakiego powodu miałby przejmować się drobiazgami, skoro myślami był przy niej – oraz tym, co najpewniej ją czekało.
Przecież to bardzo poste. Umarłam w tej wizji, prawda?, pomyślała, bo to jedno pytanie za żadne skarby nie chciało przejść jej przez usta. Cóż, powinna była oswoić się z tym, że może do tego dojść, ale… nie potrafiła. Isabeau widziała moja śmierć.
Nie, to nie brzmiało dobrze. Wcale a wcale.
Wyczuła ruch za plecami, ale nawet wtedy nie odezwała się nawet słowem. Chwilę później na jej biodrach wylądowała para ciepłych dłoni; zadrżała, gdy czarne pióra musnęły skórę na policzku, gdy Rafael lekko pochylił się do przodu.
– To się nie stanie – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu tonem, jakby od wypowiedzenia jednego rozkazu faktycznie zależało to, w jaki sposób ułożą się sprawy w przyszłości.
Zaraz po jego słowach zapanowała cisza.
Gdyby jeszcze do tego wszystkiego zdołała uwierzyć w to, że wszystko będzie dokładnie takie, jak powiedział…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa