13.08.2016

Dwieście siedemdziesiąt dwa

Jocelyne
Wiedziała, że musi porozmawiać z Jeremim. Ta jedna rzecz nie dawała jej spokoju, chociaż Dallas raz po raz powtarzał, że powinni poczekać, a ona nie powinna pakować się w kłopoty. Miał wątpliwości zwłaszcza od tamtego wspólnego wyjścia, kiedy oboje przekonali się, że ośrodek jest chroniony w stopniu o wiele większym, aniżeli którekolwiek z nich mogłoby przypuszczać. Sama również miała w głowie mętlik, niepewna już tego, co i z jakiego powodu powinna zrobić. Wiedziała jedynie, że istnieje dość powodów do niepokoju i że powoli zbliżał się dzień, w którym teoretycznie powinna moc ośrodek opuścić. Podstawowe pytanie brzmiało: czy ktokolwiek zamierzał jej tak po prostu na to pozwolić.
W gruncie rzeczy nie rozumiała nawet tego, na jakiej zasadzie to wszystko działało. Nikt praktycznie nie interesował się nią i pozostałymi, a ona czuła się bardziej jak na jakiejś wyjątkowej kolonii, aniżeli w miejscu, gdzie miałoby się roić od specjalistów w jakiejkolwiek dziedzinie. Jeśli spojrzeć na to od tej strony, wszystko wydawało się podejrzanie spokojne, a gdyby nie wszystkie uwagi Rosy, nieobecność Victorii oraz ostrzeżenia Jeremiego, pewnie nawet nie wpadłaby na to, że z Projektem Beta cokolwiek jest nie tak. Miała wrażenie, że odpowiedzi są ukryte gdzieś głęboko i że chociaż była bliska tego, żeby do nich dotrzeć, wciąż istniało dość rozpraszających kwestii, które uniemożliwiały jej dokonanie tego.
Szybko doszła do siebie po niefortunnym skoku podczas powrotu do ośrodka, chociaż wolała nie zastanawiać się nad tym, w jaki sposób tak naprawdę poprawiła swój stan. Dallas był uparty, a ona nie potrafiła długo mu odmawiać, kiedy następnego dnia po prostu się pojawił i zasugerował jej swoją krew. Była na siebie zła za to, że tak niewiele trzeba było, żeby zawiodła się na sobie i własnej silnej woli, ale nie chciała tego rozpamiętywać. Podejrzewała, że to tchórzostwo w czystej postaci – rodzaj ucieczki przed samą sobą i konsekwencjami – jednak nie dbała o to, woląc tłumaczyć sobie, że skręcona kostka mogłaby okazać się dość podejrzana, nawet pomimo tego, iż wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, jak marną koordynacją ruchową się odznaczała. Poza tym w sytuacji, w której żadne z nich nie miało pewności, czego powinno się spodziewać, tym bardziej musiała pozostać w pełni sił, a to z kolei znaczyło, że…
Oszukiwanie samej siebie przychodzi ci coraz lepiej, pomyślała i coś w tym stwierdzeniu sprawiło, że zapragnęła roześmiać się histerycznie.
Nie po raz pierwszy nie była w stanie zasnąć, w zamian siedząc na łóżku i bezskutecznie bijąc się z myślami. Nie miała pewności, która jest godzina, ale wiedziała, że musi być grubo po północy. Była sama, a jakaś jej cząstka marzyła o tym, żeby wymknąć się z pokoju i popędzić do Dallasa, jednak prawie natychmiast odrzuciła taką możliwość. To zdecydowanie nie wchodził w grę, tak jak i pozwolenie chłopakowi na to, żeby po raz kolejny zaczął kusić ją zawartością swoich żył. Wiedziała, że momenty, w których z niego piła, sprawiały mu przyjemność, ale to nie zmieniało faktu, iż takie praktyki były naprawdę niebezpieczne. Kto jak kto, ale Jocelyne doskonale zdawała sobie z tego sprawę, a obserwowanie chłopaka w ostatnim czasie jedynie ją w takim przekonaniu utwierdzało. Był strasznie blady po tym, jak napiła się z niego ostatnim razem; twierdził, że to nic takiego i że czuje się znakomicie, ale Joce i tak czuła, że coś zdecydowanie jest nie tak. To, że Dallas był na tyle roztrzepany, by te oznaki ignorować, jednoznacznie świadczyło o tym, że to ona musiała być z ich dwójki rozsądna.
Chciała porozmawiać z Jeremim, ale tego również sobie nie wyobrażała. Niby jak miałaby wparować do pokoju śpiącego chłopaka, obudzić go i zacząć wypytywać o zmarłą siostrę? Ba! Nie mogła mu nawet powiedzieć, że widziała Carol i że ta próbowała się z nim jakkolwiek skontaktować. Potrzebowała bardziej szczegółowych informacji i gotowego planu tego, jak powinna przeprowadzić tę rozmowę, a jak na razie nie miała żadnego. Zdawała sobie sprawę z tego, że powinna działać ostrożnie i że już nawaliła, kiedy zdecydowała się zdradzić przez Dallasem i Shannon; wtajemniczenie również Jeremiego po prostu nie miało racji bytu.
Czasami zastanawiała się nad tym, czy prowadzenie „śledztwa” na własną rękę miało sens, zwłaszcza teraz, kiedy zdawała sobie sprawę z tego, kim była. Nekromancja wciąż bywała dla niej czymś nie do pojęcia, niezmiennie przyprawiając ją o dreszcze, jednak Joce nie mogła zaprzeczyć, że powoli zaczynała do tego przywykać. To było jej częścią – rodzajem daru, który z jakiegoś powodu został powierzony właśnie jej; Isabeau czy Claire nigdy nie pytało o przyczynę, gdy w grę wchodziły ich nadnaturalne zdolności przewidywania przyszłości, więc być może ona również nie powinna. Pewnie gdyby zapytała o to ciotki, ta stwierdziłaby, że Selene ma względem niej jakiś plan – i że to błogosławieństwo, które pozostawało jej przyjąć i nauczyć się kontrolować, niezależnie od trudności, których by jej to przysporzyło. Może nawet miała powody do tego, żeby odczuwać dumę, ale przynajmniej tymczasowo nie potrafiła znaleźć żadnego z nich.
Tak czy inaczej, wiedziała, a to bez wątpienia o czymś świadczyło. Gdyby wróciła do domu, wtedy byłaby bezpieczniejsza, a resztą najpewniej zajęliby się jej bliscy. Nikt nie pozwoliłby na to, żeby wydarzyło się cokolwiek złego, a przecież o to chodziło. Wiedziała, że to samolubne i stanowiło swego rodzaju wersję pójścia na łatwiznę, ale…
Z to, że to wcale nie było takie proste, Joce z kolei zabrnęła za daleko, by być w stanie tak po prostu się wycofać. Nosiła na nazwisko Licavoli, a to, że z jakiegoś powodu w jej przypadku dominowała ludzka natura, wcale nie znaczyło, że była od swojego rodzeństwa słabsza – a przynajmniej tak chciała o sobie myśleć.
Zawahała się, po czym ostrożnie wynalazła pod pościelą swój pamiętnik, o ile tym mianem mogła określić zeszyt, który dostała od Rona. Pisanie pomagało, chociaż zarazem zdawała sobie sprawę z tego, że to dość ryzykowny sposób, zwłaszcza gdyby zapiski wpadły w niepowołane ręce. Z drugiej strony, nie wyobrażała sobie, że miałoby do tego dojść; zbyt wiele czasu spędzała w pokoju, zresztą do szukania pamiętnika potrzeba byłoby w pierwszej kolejności kogoś, kto wiedziałby o jego istnieniu. To w jakimś stopniu ją uspokajało, chociaż zarazem czuła, że Dallas i tak uznałby, że postępowała wyjątkowo lekkomyślnie.
Wciąż nie mam pewności, co takiego dzieje się wokół mnie. Mam wrażenie, że coś mi umyka i że powinnam w końcu porozmawiać z Jeremim, ale nie wiem w jaki sposób. Mam ot tak zapytać go o siostrę? Carol więcej się nie pokazała, a ja nie mam pojęcia, czy faktycznie ją widziałam. To, co robię, jest dziwne, a ja chwilami zastanawiam się nad tym, czy nie szukam dla siebie usprawiedliwienia… Bo co, jeśli w rzeczywistości jestem szalona?
Wybacz mi, Pamiętniczku, tę bezpośredniość, ale czasami już nie potrafię tego wytrzymać. Chciałabym z kimś porozmawiać, ale tak naprawdę nie mam nikogo. Dallas… Jemu mogę ufać, ale wydaje mi się, że on wciąż nie pojmuje tego, jak wiele niebezpiecznych rzeczy dzieje się wokół nas. On nawet nie widzi zagrożenia we mnie, chociaż powiedziałam mu o wszystkim, co mogłoby się stać, gdybym… Nie, nie chcę go skrzywdzić – z tym, że on wcale mi nie ułatwia. Shannon z kolei się boi, chociaż wiem, że usiłuje traktować mnie tak, jakbym była taka, jak do tej pory. Nie chcę jej tego wszystkiego utrudniać omawianiem czegoś, co mnie samej wydaje się czystym szaleństwem.
Co w takim razie powinnam zrobić? Chcę do domu, ale wciąż dzieje się zbyt wiele, bym mogła się na to zdecydować. Mam zresztą wrażenie, że gdybym spróbowała stąd wyjść, nie pozwoliliby mi. Jestem tutaj z jakiegoś powodu, a to, że się mną nie interesują… Może to ta przysłowiowa „cisza przed burzą”. Coś się tutaj dzieje, bo inaczej nie podaliby każdemu z nas innej wersji. Dlaczego Shannon twierdzi, że zaproponowali jej pomoc przy rozwijaniu zdolności, skoro każdemu z nas wmawiając chorobę. To jakaś gra czy może wszyscy naprawdę jesteśmy szaleni? Chcę odpowiedzi, ale nie wiem, gdzie powinnam ich szukać i czy zrozumienie faktycznie jest takim dobrym pomysłem.
Gdybym tylko mogła z kimś porozmawiać, wtedy byłby dużo prościej.
Zamarła w bezruchu, ściskając w palcach długopis i trzymając końcówkę wkładu zaledwie kilka milimetrów od częściowo zapisanej już strony. Coś ścisnęło ją w gardle, chociaż wcale nie była pewna dlaczego. Potrzebowała dłuższej chwili na to, żeby zebrać myśli i spróbować uporządkować to, co działo się w jej głowie. Właśnie z tego powodu zaczynała doceniać możliwość pisania – dobieranie słów było prostsze niż podczas mówienia, bo miała czasu na zastanowienie się i wprowadzenie ewentualnych poprawek. Co więcej, zeszyt z pewnością nie miał jej wyśmiać, gdyby przypadkiem sformułowała coś w nie taki sposób, jak zamierzała; to wydawało się istotne, a Joce poczuła swego rodzaju ulgę, uporządkowawszy wszystko we względnie znośnej formie, chyba po raz pierwszy od kilku dni.
– Przepraszam, że ciągle zostawiam cię z tym samą.
Omal nie spadła z łóżka, kiedy tuż za plecami usłyszała znajomy, melodyjny głos. Wyrwał jej się zdławiony okrzyk, zaraz też odwróciła się, wcześniej w pośpiechu zatrzaskując pamiętnik. Ruchy okazały się na tyle nieporadne i niekontrolowane, że praktycznie zdzieliła siedzącą na łóżku Rosę w brzuch, chociaż w przypadku ducha zrobienie krzywdy nie było możliwe – jej łokieć po prostu przeniknął przez niematerialną postać dziewczyny, tym samym przyprawiając Joce o dreszcze, bo wyraźnie czuła bijący od niespodziewanej towarzyszki chłód.
Rosa wyprostowała się, po czym lekko przekrzywiła głowę. Siedziała na materacu po turecku, być może już od dłuższego czasu przypatrując się, jak Jocelyne zapisywała kolejne słowa. Nie wydawała się zawstydzona tym, że mogłaby naruszyć czyjąś prywatność, zresztą coś w niewinnym wyrazie twarzy oraz sposobie, w jaki błyszczały jej oczy, momentalnie sprawiło, że Licavoli nawet nie potrafiła się zirytować. W tamtej chwili odczuwała przede wszystkim zaskoczenie, ale też ulgę, przez kilka sekund musząc walczyć z pragnieniem, żeby spróbować zarzucić Rosie ramiona na szyję i spróbować ją uściskać.
– Przepraszam – wymamrotała, wciąż nie do końca pewna tego, jak powinna się zachować. – To znaczy…
Dziewczyna się uśmiechnęła.
– Raczej mnie w ten sposób nie zabijesz – stwierdziła pogodnie, a Joce prychnęła, bynajmniej tym komentarzem nierozbawiona.
– Ja wcale nie… Zaskoczyłaś mnie! – zarzuciła jej, nie mogąc się powstrzymać. Wyprostowała się na łóżku, siadając w taki sposób, by móc swobodnie obserwować swoją towarzyszkę.
Rosa westchnęła cicho, po czym dla zyskania na czasie jakby od niechcenia odgarnęła z twarzy niesforny kosmyk rudych włosów. W tamtej chwili wyglądała niewinnie i słodko, absolutnie nie jak trup, ale raczej trochę roztrzepana, pogrążona we własnych myślach nastolatka.
– Lubię obserwować innych, kiedy piszą… Albo czytają – powiedziała w końcu, uśmiechając się blado. – To takie… ciekawe – dodała, wyraźnie mając problem ze znalezieniem odpowiedniego słowa.
– Aha, zwłaszcza kiedy możesz zaglądać komuś przez ramię – zarzuciła jej Jocelyne. Dziewczyna jedynie wywróciła oczami. – Nie rób tego więcej.
– Obiecuję. – Rosa przyłożyła dłoń do miejsca, gdzie teoretycznie powinno znajdować się bijące serce. – Mogę przysiąc na swój grób – dodała, szczerząc się w uśmiechu.
– Nieśmieszne!
Sądząc po wyrazie twarzy samej zainteresowanej, miała na tę sprawę trochę inny pogląd.
– Masz jakiś wisielczy humor, Joce – stwierdziła z powagą, a Licavoli doszła do wniosku, że ma ochotę porządnie jej przyłożyć.
– Rosa!
Uniosła obie ręce ku górze, najwyraźniej chcąc w ten sposób zakomunikować, że spróbuje nad sobą zapanować. Jocelyne wypuściła powietrze ze świstem, wciąż jeszcze skonsternowana pojawieniem się dziewczyny. Jakby tego było mało, jej uwadze nie uszło to, że duch wyjątkowo nie wyglądał tak, jakby gdziekolwiek się wybierał; wydawała się spokojna, a to mogło okazać się znaczące.
– Tym razem nie uciekasz? – zapytała z powątpiewaniem, nie mogąc się powstrzymać.
Na ustach Rosy pojawił się blady uśmiech i przez ułamek sekundy Joce przyszła na myśl idiotyczna perspektywa tego, że dziewczyna z czystej złośliwości się ewakuuje. Nie zrobiła tego, w zamian przesuwając się bliżej i z zaciekawieniem przypatrując swojej rozmówczyni.
– Ładne włosy – oznajmiła ze spokojem. – Mówiłam ci to już? Ten czerwony wygląda uroczo przy twoich loczkach – dodała, a Licavoli prychnęła.
– Chodziło o to, żebym wyglądała na starszą – stwierdziła zgodnie z prawdą.
Rosa zaśmiała się melodyjnie.
– Nie wiem, czy to takie proste – przyznała i zawahała się na moment. – Mnie wielokrotnie mówiono, że nie wyglądam na nieśmiertelną. Traktowali mnie jak dziecko, bo byłam młoda, a wygląd dodatkowo mnie pogrążał – dodała, jednak nie brzmiało to tak, jakby miała do kogokolwiek pretensje. Bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że za tym tęskniła.
Joce nie po raz pierwszy zmierzyła ją wzrokiem, tym razem w o wiele bardziej skupiony, mniej rozproszony emocjami sposób. Miała przed sobą drobną, płomiennowłosą nastolatkę o niewinnym spojrzeniu i delikatnych rysach twarzy. Gdyby nie świadomość tego, iż w świecie nieśmiertelnych wiek bywał mylący, dałaby dziewczynie co najwyżej piętnaście lat, choć to akurat musiało być wyłącznie jej wrażenie. Nie miała pewności, co tak naprawdę wpływało na taką, a nie inną ocenę – zmierzwione loki, dziecięca twarzyczka czy może ta pozorna bezbronność w oczach. W rzeczywistości Rosa w chwili śmierci musiała być dużo starsza, jeśli nie od dawna już dorosła, chociaż Jocelyne trudno było to stwierdzić.
Mimochodem zauważyła, że strój Rosy również uległ zmianie, chociaż nie miała pewności, czy to w ogóle miało sens. Duchy lubią się przebierać?, pomyślała z wahaniem. To w gruncie rzeczy miało dość sporo sensu, tym bardziej, że ta jej rozmówczyni – w przeciwieństwie do mężczyzny z tamtego domu – nie wyglądała jak ofiara morderstwa. Jocelyne podejrzewała, że dusze były w stanie jakoś wpływać na otaczającą je rzeczywistość i sposób w jaki materializowały się tym, którzy byli w stanie je zobaczyć. To wydawało się pocieszające i niepokojące zarazem, tym bardziej, że zdążyła już przekonać się, iż nie wszyscy byli na tyle uprzejmi.
Dziewczyna wyprostowała się na swoim miejscu, po czym zdecydowanym ruchem wygładziła tren czerwonej, wykończonej falbankami sukienki. Wyglądała uroczo, a przy tym porządnie, niczym bohaterka jakiejś baśni czy równie niezwykłej książki; co więcej, taki styl do niej pasował, tak jak i uroczy uśmiech czy sposób w jaki się wypowiadała. Joce nie potrafiła sobie wyobrazić, że miałaby zacząć się bać, sama Rosa zresztą nie zachowywała się jak ktoś, komu zależy na tym, żeby wzbudzać przerażenie.
Rosa – Przyjazny Duszek…
– Ja… Mogę zadać ci pytanie? – odezwała się cicho, ostrożnie dobierając słowa. Cisza zaczynała być przytłaczająca, a Joce nie była w stanie powstrzymać się przed skorzystaniem z okazji i ustaleniem kilku rzeczy.
– Jasne.
Westchnęła, nieuspokojona nawet kolejnym zachęcającym uśmiechem.
– Jak umarłaś?
Jej pytanie zabrzmiało co najmniej dziwnie, czyniąc ciszę, która po nim zapadła, co najmniej niepokojącą. W tamtej chwili pożałowała, że w ogóle zdecydowała się odezwać, tym bardziej, że własna ciekawość nagle wydała się czymś bardzo nie na miejscu. Zawsze musisz najpierw działać, a później myśleć, prawa?, warknęła na siebie w duchu i otworzyła usta, chcąc się wycofać, Rosa jednak nie dała jej po temu okazji:
– To… bardziej skomplikowane – przyznała, ostrożnie dobierając słowa. – Poza tym dotyczy kogoś, kogo znasz, a ja nie jestem pewna, czy to odpowiedni moment na taką rozmowę. Kiedyś ci powiem, ale dzisiaj… Cóż, dzisiaj chyba wolałabym żadnej z nas nie dołować – wyjaśniła z przepraszającym uśmiechem.
– Rozumiem – zapewniła z ulgą Joce, chociaż to na swój sposób pozostawało kłamstwem; tak naprawdę nie miała pewności, co takiego powinna o tym wszystkim myśleć.
– Zresztą to przeszłość – dopowiedziała pośpiesznie Rosa. – Coś, czego prawie nie pamiętam. Złe rzeczy bardzo łatwo wyrzuca się z pamięci.
Kłamała, a przynajmniej Jocelyne miała wrażenie, że tak właśnie jest. Nie mogła jednoznacznie ocenić tego, czy zmarli pamiętali sposób, w jaki musieli odejść ze znanego im świata, ale jakoś wątpiła w to, żeby tak po prostu wyrzucali tę kwestię z pamięci. Co prawda w przypadku wampirów to faktycznie miało miejsce – wspomnienia zamazywały wszystko to, co wiązało się z ludzkim wcieleniem – ale mimo wszystko…
Kto tak naprawdę wie, jakimi prawami rządzą się zaświaty?
– Więc – podjęła pogodnym tonem Rosa, jak gdyby nigdy nic zmieniając temat – ty i Dallas to tak na poważnie?
Z wrażenia aż ją zatkało, bo zdecydowanie nie tego się spodziewała. Spojrzała na swoją rozmówczynie w oszołomieniu, porażona jej bezpośredniością i tym, że zachowywała się jak ktoś, kto rozmawia z dobrą przyjaciółką. Do tej pory nie miała nikogo, kogo mogłaby traktować jak Elena Liz, więc zachowanie Rosy wprawiło ją w stan, którego nie rozumiała. Ta dziewczyna była miła i słodka, co sprawiało, że niemożliwym wydawało się to, by nie obdarzyć jej szczerą sympatią. Sama perspektywa normalnej rozmowy również wydawała się kojąca, a Joce przestała czuć się tak, jakby właśnie dyskutowała z umarłym albo zmyśloną przyjaciółką – bo przecież jej rozmówczyni istniała naprawdę.
– Czytałaś mój pamiętnik? – zapytała wzburzona, nie mogąc się powstrzymać; nie wspominała o tym w zeszycie, ale zawsze warto było sprawdzić, jak daleko mogła posunąć się Rosa, jeśli akurat miała na to ochotę.
– Tak, teraz. – Wzruszyła ramionami. – Sama mnie przyłapałaś.
Joce jęknęła.
– Chodzi mi o to, czy możesz przesuwać przedmioty – wyjaśniła, przy okazji korzystając okazję z tego, żeby zmienić temat. Nawet jeśli Rosa to zauważyła, nie próbowała protestować.
– Niektórym to wychodzi – przyznała po chwili zastanowienia. – Ale to też nie oznacza, że buczymy i brzdękamy łańcuchami – dodała, po raz kolejny zaczynając żartować.
I to niby ja mam mieć wisielczy humor?, prychnęła. Niektóre zachowania tej dziewczyny były specyficzne, zresztą tak jak i wujka Rufusa, co z miejsca sprawiło, że doszła do wniosku, że ta dwójka mogłaby się porozumieć. Swoją drogą, musiała to kiedyś sprawdzić, tym bardziej, że miała wrażenie, iż jej zdolności mogły jawić się z jego perspektywy jako wyjątkowo interesujące… Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej już się z czymś takim nie spotkał, co w przypadku tego wampira wydawało się dość prawdopodobne.
Niektórzy? – powtórzyła z powątpiewaniem Joce, próbując nadążyć za tokiem rozumowania Rosy.
Potrzebowała informacji, a o wiele łatwiej było otrzymać je u źródła, zamiast bezsensownie wertować strony internetowe. Co prawda podejrzewała, że Dallas miał być zawiedziony, że mogłaby „pójść na łatwiznę”, ale nie zamierzała się tym przejmować. Co więcej, była gotowa przysiąc, że Rosa mogła wytłumaczyć jej o wiele więcej, aniżeli ktokolwiek inny, nie wspominając o tym, że jako jedyna tak naprawdę rozumiała.
– Jest nas dość sporo – powiedziała – chociaż nie zawsze mamy ze sobą kontakt. W zasadzie wielu unika nam podobnych, bo nie zawsze… potrafimy się porozumieć. Inni z kolei mieli w sobie tyle żalu i gniewu, kiedy umierali, że przez to stali się obojętni na wszystko inne. To właśnie tacy, którzy rozwinęli w sobie bardzo dużo złej energii, mogą być w stanie wpływać na materię. – Rosa westchnęła cicho. – Może też bym potrafiła, chociaż nigdy nie próbowałam. Wiem, że to wyczerpujące i wymaga bardzo wielu… Hm, emocji. Dlatego nie ma nic gorszego od złego, pałającego rządzą zemsty ducha.
Joce ledwo powstrzymała jęk, zwłaszcza kiedy przypomniała sobie, że mężczyzna, który zapędził ją na dach, musiał być mimo wszystko nieszkodliwy. Skoro on był zbyt słaby, żeby cokolwiek zdziałać, jakie inne istoty musiały kryć się w ciemnościach?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa