24.08.2016

Dwieście osiemdziesiąt trzy

Renesmee
Beau miała w sobie coś, co niezmiennie wzbudzało we mnie niepokój, chociaż sądziłam, że zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Było coś takiego w jej spojrzeniu i tonie, kiedy mówiła o śmierci, co wzbudziło we mnie najgorsze możliwe emocje. W takich chwilach była po prostu niepokojąca – tym bardziej, że dla mojej szwagierki takie widzenia pozostawały codziennością.
– Wiedziałam, że Aldero nie będzie siedział cicho. – Wampirzyca prychnęła, po czym w bliżej nieokreślony sposób spojrzała na Elenę. – Mam wrażenie, że nie widziałam cię po raz pierwszy.
– Były inne wizje? – zapytał ją natychmiast Carlisle.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Jak wspomniałam, to moje wrażenie. W ostatnim czasie doświadczam bólu tak często, że już niczego nie jestem pewna – stwierdziła lakonicznie, po czym wydała z siebie przeciągłe, wręcz sfrustrowane westchnienie. – Z góry uprzedzam kolejne pytanie: nic nie mówiłam, bo w ostatnim czasie byłam… niedysponowana.
Wyczułam nutkę sarkazmu w jej wypowiedzi, ale nie byłam tym szczególnie zaskoczona. Isabeau zwykle zachowywała się w ten sposób, zwłaszcza kiedy w grę wchodziły wyjątkowo silne emocje. Była dumna, zresztą jak i wszyscy Licavoli, a ja jakoś nie miałam wątpliwości co do tego, że miała dość powodów do tego, żeby odczuwać wstyd i mieć pretensje do samej siebie.
Kolejny raz zmierzyła wzrokiem Elenę, wydając się nad czymś intensywnie myśleć. Przez jej twarz przemknął cień, zupełnie jakby nagle rozbolała ją głowa, ale wrażenie to zniknęło równie nagle, co się pojawiło. Kto jak kto, ale Isabeau potrafiła nad sobą panować w niemalże idealny sposób, bez większego wysiłku będąc w stanie utrzymać emocje na wodzy.
– Co widziałaś, Beau? – odezwała się cicho Esme. Wydała mi się zdesperowana i coraz bliższa tego, żeby stracić kontrolę nad własnym głosem; była przerażona i to jedno wydało mi się oczywiste. – Elena nie…
– Nie chodzi o to, co zobaczyłam, ale o samo czucie – przerwała jej siostra Gabriela. Mimo wszystko odniosłam wrażenie, że próbowała być łagodna. – Nie chcę mówić o śmierci, bo nie mam pewności. Wiem jedynie, że wszystko, czego doświadczyłam, sprowadzało się do bólu… Czułam go w całym ciele – przyznała, a jej dłoń wylądowała na brzuchu. – Elena się nie broniła, zresztą wątpię w to, by to miało w tej sytuacji sens. Ale za to… Mam wrażenie, że się bałaś – zwróciła się do dziewczyny. – Nie o siebie. O kogoś.
Pół-wampirzyca wyprostowała się niczym struna, wzdrygając się co najmniej tak, jakby ktoś próbował ją uderzyć. Jasne włosy odrzuciła na plecy, dumna i opanowana, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Mimo wszystko zauważyłam, że pobladła, być może lepiej niż którekolwiek z nas rozumiejąc to, co mówiła do niej Isabeau. Jeśli miałam być ze sobą szczera, chyba nawet by mnie to nie zdziwiło.
– To naprawdę zadziwiające, że mogłabym się bać – rzuciła z przekąsem Elena, spoglądając na moja szwagierkę w niemalże wyzywający sposób.
– Elena – upomniał dziewczynę Carlisle.
Nawet na niego nie spojrzała. Wydawała się rozdrażniona, jakby sama konieczność przebywania w naszym towarzystwie stanowiła dla niej wyzwanie. Elena zwykle trzymała się na dystans, niezbyt chętnie przesiadując z rodziną, ale tym razem to było coś zdecydowanie więcej.
Isabeau nawet się nie skrzywiła, jakby od niechcenia przypatrując się kolejno każdemu z nas z osobna, a ostatecznie koncentrując wzrok z powrotem na najmłodszej z Cullenów. Na niej zachowanie dziewczyny nie robiło najmniejszego wrażenia, może nawet wampirzycę bawiąc, o ile w tamtej chwili była w nastroju na żarty.
– Myśl sobie, co tylko chcesz. Widziałam cię i tylko to mogę potwierdzić – oznajmiła wypranym z jakichkolwiek emocji tonem. – Zróbcie z tym, cokolwiek zechcecie.
– Isabeau, proszę. – Esme podeszła bliżej wampirzycy, spoglądając nań niemalże błagalnie. – Cokolwiek by się nie działo…
– To ja i tak tego nic z tym nie zrobię – przerwała jej siostra Gabriela. – Nic się po tym względem nie zmieniło. Powiedziałam wam tyle, ile sama wiem. Cokolwiek wiedziałam, wydarzy się tak czy inaczej, bo przyszłości nie da się zmienić… Nie tej, którą widzę w swoich wizjach. Nie mogłam wpłynąć na nieszczęścia, które spotykały mnie. Teraz również nie jestem w stanie zrobić nic i… Ach, Esme, nie patrz tak na mnie. Nie jestem Alice – dodała, ale nawet złośliwość wyszła jej marnie; kiedy w grę wchodziła moja babcia, wypowiedzenie jakichkolwiek raniących słów stawało się problematyczne.
Było coś przygnębiającego w ciszy, która zapadła zaraz po słowach wampirzycy. Isabeau zaczęła nerwowo krążyć po pokoju, najwyraźniej nie będąc w stanie ustać w miejscu, czym stopniowo zaczynała mnie drażnić. Nigdy nie lubiłam takich sytuacji, nie wspominając o bezradności, która wynikała z niemożności wpłynięcia na to, co dopiero miało nadejść. Tym razem nawet nie potrafiliśmy określić, w czym tak naprawdę leżał problem, skoro sama Beau nie była w stanie ocenić, co i dlaczego miałoby spotkać Elenę.
– Cudownie – żachnęła się sama zainteresowana.
Wciąż wyglądała na spiętą, co może i nie byłoby dziwne, gdyby nie wrażenie, iż tak naprawdę wcale nie przejmowała się słowami Isabeau w takim stopniu, jakiego można by oczekiwać. Myślami wydawała się być gdzieś daleko, rozważając coś, czego my mogliśmy co najwyżej się domyślać.
– Mogłabyś sobie darować – obruszył się Damien, a dziewczyna parsknęła pozbawionym wesołości śmichem.
– Darować co? – zapytała z powątpiewaniem. – Umrę albo nie – kto to wie? I tak nic nie można zrobić, więc po co ta dyskusja?
– Po nic – przyznał chłopak; po jego tonie wyczułam, że zaczynał być coraz bardziej rozdrażniony. – Problem w tym, że ty oczywiście nie możesz sobie darować złośliwości, prawda? Musisz zachowywać się jak…
– Jak kto? Suka? – Elena wywróciła oczami. – Isabeau też nie jest delikatna w tym, co mówi, więc dlaczego ja mam być? Z kolei ty… Przynajmniej ten jeden raz nie udawaj świętego, Damien. Oboje wiemy, co o mnie myślisz.
Spojrzała na niego w zdecydowany, wręcz wyzywający sposób, Od zawsze działali sobie na nerwy, chociaż wytrącenie z równowagi mojego syna zawsze było wyznaniem. Cóż, Elenie zwykle się to udawało, a teraz najwyraźniej chciała dokonać tego raz jeszcze, nagle szorstka i nieprzystępna. Nigdy tak naprawdę nie rozumiałam tej dziewczyny, zwłaszcza w takich sytuacjach, kiedy zachowywała się w sposób całkowicie niepodobny do jej rodziców. Gdyby nie to, że miałam pewność, iż Esme chodziła w ciąży i że sama po porodzie trzymałam pół-wampirzycę na rękach, dawno zwątpiłabym w to, czy naprawdę była ich córką.
– Elena! – upomniał ją po raz wtóry Carlisle, ale nic nie wskazywało na to, żeby dziewczyna tak po prostu zamierzała usłuchać.
– Nie sądziłam, że Damien potrzebuje obrony – rzuciła jakby od niechcenia.
Sam zainteresowany gniewnie zmrużył oczy.
– Nie potrzebuję – oznajmił z przekonaniem. – Zastanawiam się tylko, o co znowu ci chodzi – dodał, uważnie obserwując kuzynkę.
– O nic. To ty masz cały czas jakieś uwagi do tego, co robię – zarzuciła mu, po czym ciągnęła dalej, pośpiesznie wyrzucając z siebie kolejne słowa: – Uważasz, że jesteś takim ideałem, że wolno ci mnie oceniać? Oboje wiemy, że masz mnie za idiotkę. Mam siedzieć cicho, chociaż sprawa dotyczy mnie, bo wszyscy uprali się traktować mnie jak dziecko?
– Hm… Jakby nie patrzeć, zachowujesz się w ten sposób – oznajmił z przekonaniem. – A to nie jest zabawa.
Elena prychnęła.
– Dziękuję ci bardzo, Święty Damienie – rzuciła z przekąsem. – To, że mogę umrzeć i że najpewniej oberwę, faktycznie nie jest zabawne. Ja z kolei na pewno jestem za głupia na to, żeby się obronić, tak?
– Skoro już uparłaś się na szczerość, to sama przyznaj, że coś w tym jest. – Damien zawahał się na moment. W jego przypadku urażenie kobiety, nawet takiej, której nie lubił, stanowiło niemałe wyzwanie. – Nie potrafisz walczyć. Dużo mówisz, ale na tym koniec.
Spodziewałam się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że w odpowiedzi na jego słowa Elena jedynie się uśmiechnie.
– Tak uważasz? No to chodź – zaproponowała niemalże pogodnym tonem. – Ty, ja i floret… Tak, tak, wiem, że to się nazywa floret – dodała, chociaż co najmniej oszołomione spojrzenie chłopaka zdecydowanie nie było związane z jej słownictwem. – Tylko bez telepatii, bo to akurat byłoby nieuczciwe.
Mówiła poważnie, a przynajmniej ja nie miałam co do tego wątpliwości. Spojrzałam na dziewczynę z niedowierzaniem, niemniej zaskoczona, co i wszyscy wokół, a już zwłaszcza Damien, który przez kilka pierwszych sekund wpatrywał się w kuzynkę tak, jakby mówiła do niego w innym języku.
– Żartujesz sobie – stwierdził w końcu. Kąciki jego ust uniosły się nieznacznie, ale powstrzymał się od uśmiechu, nie chcąc prowokować kłótni.
– Wystraszyłam cię? – Elena lekko przekrzywiła głowę, jakby spojrzenie na chłopaka pod innym kątem mogło pozwolić jej wyciągnąć jakieś konkretne, interesujące ja wnioski. – No cóż…
– Ależ skąd – obruszył się. Przez jego twarz przemknął cień, a ja mimochodem pomyślałam o tym, że kiedy w grę wchodził zwłaszcza ten szczególny rodzaj walki, Damien bywał równie dumny i uparty, co i jego ojciec. – Po prostu nie wierzę w to, co właśnie próbujesz zrobić – wyjaśnił, ostrożnie dobierając słowa.
– To znaczy?
Wsparła dłonie na biodrach, być może dla lepszego efektu, ale jeśli miałam być ze sobą szczera, w tamtej chwili nie wyglądała niebezpiecznie. Wręcz przeciwnie – jasnowłosa, drobna Elena, która do perfekcji opanowała posługiwanie się pilniczkiem do paznokci, zdecydowanie nie wyglądała mi na kogoś, kto potrafiłby zaangażować się w walkę.
– Słodka bogini, to musi być żart – ocenił Damien i tym razem nie powstrzymał się przed parsknięciem śmiechem. – Wyzywasz mnie na pojedynek. Co więcej, wybierasz szermierkę. Nie uważasz, że to… nie do końca rozsądne? – zapytał w powątpiewaniem, ostrożnie dobierając słowa. – Nie lubię krzywdzić kobiet.
– Tym lepiej. Może będę miał łatwiej – rzuciła zaczepnym tonem. Zrobiła zdecydowany krok naprzód, wciąż uważnie przypatrując się Damienowi. – Chyba, że się wycofujesz. Oddajesz zwycięstwo walkowerem? Jakimikolwiek zasadami rządziły się te wszystkie oficjalne tradycje, które…
– Nie przeginaj – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Mówisz, masz. Byle nikt później nie miał do mnie o to pretensji.
Elena uśmiechnęła się słodko i – nie czekając aż którekolwiek z nas otrząśnie się na tyle, by próbować się wtrącić – bez słowa odwróciła się na pięcie, ruszając w stronę tylnego wyjścia. W salonie jak na zawołanie zapanowała cisza, uwaga zaś ostatecznie skoncentrowała się na wyraźnie wytrąconym z równowagi Uzdrowicielu.
– Damien, przepraszam cię za nią – odezwała się Esme, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Elena jest… trudna w ostatnim czasie.
– Elena jest trudna cały czas – poprawił machinalnie chłopak. Fakt, że zaczynał być złośliwy, jednoznacznie świadczył o tym, że dziewczynie udało się wjechać mu na ambicję. – Ale skoro chce, proszę bardzo. Przyda jej się to – stwierdził z rozdrażnieniem.
Moja babcia spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Naprawdę zamierzasz z nią walczyć? – zapytała z niedowierzaniem, a Damien w odpowiedzi jedynie wzruszył ramionami.
– Zobaczymy, czy w ogóle uchwyci floret z odpowiedniej strony – rzucił z powątpiewaniem.
Milcząca do tej Isabeau zaśmiała się melodyjnie, chyba pierwszy raz od chwili, w której znalazła się w tym domu. Spojrzała krótko na bratanka, po czym jakby od niechcenia przeciągnęła się i ruszyła w ślad za Eleną.
– I dopiero to zaczyna robić się interesujące – stwierdziła, a po jej tonie trudno mi było stwierdzić, co tak naprawdę chodziło wampirzycy po głowie. – Damien, kochany, hamuj się. Nie zachowuj się jak mój brat-ignorant, bo kiedyś się na tym przejedziesz – rzuciła mimochodem.
Nie dodała niczego więcej, to zresztą wydawało się być zbędne. Wiedziałam jedynie, że jeśli Isabeau zachowywała się w ten sposób, coś zdecydowanie było na rzeczy – z tym, że żadne z nas nie miało pewności co do tego, czego się spodziewać.
Elena
Nie miała pewności co i dlaczego robi. Podejrzewała, że zwłaszcza z perspektywy pozostałych, najpewniej właśnie miała wyjść na idiotkę, ale nie dbała o to. Sam pomysł był impulsem, tym bardziej, że potrzebowała okazji do tego, żeby zmienić temat. Miała serdecznie dość napięcia, wątpliwości i tego, jak traktowali ją rodzice od chwili, w której powrócił temat wizji Isabeau. Wystarczająco wiele razy omawiała tę kwestię z Rafaelem, zresztą i tak się bała; przypominanie sobie o ewentualnym zagrożeniu praktycznie na każdym kroku, najzwyczajniej w świecie nie miało sensu, a już na pewno jej nie pomagało.
Jakkolwiek by nie było, sytuacja pozostawała co najmniej skomplikowana. Damien zawsze działał Elenie na nerwy, a w tamtej chwili po prostu ją poniosło. Podejrzewała, że porywa się z motyką na słońce, ale nie mogła powstrzymać się przed zaproponowaniem tego, żeby zmierzyli się właśnie za sprawą szermierki – czegoś, w czym jej kuzyn się chlubił i co ona sama na wszystkie możliwe sposoby przećwiczyła z Rafaelem. Chociaż wcześniej wielokrotnie miała ochotę zabić demona za kolejne treningi, powtarzanie do znudzenia tych samych ruchów i siniaki, których się dorobiła, w tamtej chwili pomyślała, że może jednak był w tym jakiś głębszy sens.
Cóż, prawda była też taka, że spanikowała – tak po prostu, zwłaszcza kiedy zalazła się pod intensywnym spojrzeniem bladoniebieskich oczu Isabeau. Kapłanka od zawsze potrafiła wzbudzać szacunek, onieśmielając i nieraz przyprawiając o dreszcze, zwłaszcza kiedy mówiła o rzeczach, które wiązały się z posiadanymi przez nią zdolnościami. Chociaż Elena zdawała sobie sprawę z tego, że to niemożliwe, w chwili, w której wampirzyca zwracała się bezpośrednio do niej, czuła się niemalże tak, jakby Beau wiedziała – o Rafaelu, o sekretach… O wszystkim. To nie miało sensu, jednak skutecznie wytrąciło dziewczynę z równowagi, sprawiając, że zaczęła w niemalże paniczny sposób szukać możliwości zmiany tematu. Ostatecznie padło na Damiena, z kolei od tamtej chwili wszystko potoczyło się błyskawicznie i już właściwie nie miała sposobności do tego, żeby się wycofać.
Trawnik za domem wydawał się wystarczająco rozległy, by swobodnie mogli urządzić nawet pokaz walki wręcz, chociaż na to zdecydowanie nie miała ochoty się porywać. Nie miała wątpliwości co do tego, że Licavoli zawsze starannie szkolili swoje dzieci, więc prędzej doprowadziłaby do sytuacji, w której Damien musiałby po wszystkim ją składać, aniżeli dał szansę na ewentualną wygraną. Podejrzewała, że wybór szermierki wcale nie jest lepszą alternatywą, tym bardziej, że niejednokrotnie słyszała o tym, że floret w rękach jej zwykle spokojnego kuzyna zamieniał się w śmiertelną broń. Do tej pory nie miała okazji się o tym przekonać, więc rwanie się do walki jawiło się jako jeszcze bardziej nieprzemyślane, aniżeli początkowo sądziła.
Spróbowała się rozluźnić, jakby od niechcenia stając w miejscu, które wydało jej się najodpowiedniejsze. Spojrzała na dom, udając, że nie dostrzega pojawienia się pozostałych. Nie chciała słuchać wymówek, zwłaszcza ze strony rodziców, tym bardziej, że jakoś nie miała złudzeń co do tego, czy byli zadowoleni. Liczyła się ze wszystkim, również z dłuższą pogadanką, zupełnie jakby znowu była małą dziewczynką. Od zawsze doprowadzała wszystkich wokół do szału, niepokorna i wygadana – wręcz bezczelna, czego również była świadoma. Cóż, zwłaszcza Rafael dał jej to do zrozumienia, wielokrotnie zwracając uwagę na to, że mogłaby być płytą egoistką; Damien najpewniej myślał dokładnie to samo, więc nie zamierzała wyprowadzać go z błędu.
– Elena, daj spokój – usłyszała spięty głos ojca. Nawet na niego nie spojrzała, zbytnio zdeterminowana, by ryzykować, że komukolwiek uda się przekonać ją do tego, żeby odpuściła.
– Wiem, co robię – oznajmiła z przekonaniem, którego wcale nie czuła.
Gdyby to faktycznie było takie proste, mogłaby się rozluźnić. Im dłużej wahała się nad tym zastanawiała, tym więcej wątpliwości miała, dlatego ostatecznie spróbowała odrzucić od siebie wszelakie wątpliwości. To Damien. Mimo wszystko jest miły, więc… Nie zamordowałby cię nawet wtedy, gdybyś jakimś cudem sprzątnęła mu sprzed nosa najnowszą encyklopedię, pomyślała mimochodem. Przynajmniej miała nadzieję na to, że tak właśnie będzie.
– Nie wierzę w to, co widzę – usłyszała głos Elizabeth i mimo wszystko udało jej się uśmiechnąć.
Zauważyła przyjaciółkę w niewielkim oddaleniu od całego towarzystwa, jakby bez Damiena sama nie miała pewności, gdzie powinna się podziać. Z uwaga obserwowała przyjaciółkę, a jej twarz nie wyrażała niczego, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo Elena znała ją zbyt dobrze, żeby się nabrać. Dzięki temu bez trudu zorientowała się, że Liz jest równie zdezorientowana, co i na swój sposób rozbawiona.
– Och, przypatrzy się dobrze – rzuciła pogodnym tonem. – Twój chłopak dobrze wywija floretem… I to chyba jedyny moment, w którym radzi sobie z długimi przedmiotami – dodała, nie mogąc się powstrzymać.
Zauważyła, że Elizabeth się zarumieniła, ale nie skomentowała tego nawet słowem – i to nie tylko dlatego, że nie były same. W normalnym wypadku najpewniej jednak doczekałaby się jakiejś uwagi, zwłaszcza ze strony rodziców, ale tym razem nic podobnego nie miało miejsca, tym bardziej, że w końcu pojawił się Damien. Aż się wzdrygnęła, kiedy chłopak zmaterializował się tuż przed nią, już na wstępie wyciągając w jej stronę zwrócony ostrzem ku dołowi floret.
– Trzyma się za tę mniej ostrą część, tak z gwoli ścisłości – rzucił wręcz przesadnie uprzejmym tonem.
Och, tak, zdecydowanie miał ją za idiotkę.
– Co ja bym bez ciebie zrobiła – mruknęła w odpowiedzi, zdecydowanym ruchem ujmując rękojeść. Jeszcze kilka tygodni wcześniej byłaby przerażona, a jednak w tamtej chwili poczuła przede wszystkim dziką satysfakcję na samą myśl o czekającej ich walce. – Więc jak? Do momentu pierwszej utraty broni? – zasugerowała, a Damien rzucił jej pobłażliwe spojrzenie.
– To byłoby zbyt proste – oznajmił, a w Elenie mimo wszystko aż się zagotowało. Drażnił ją, co zresztą było do przewidzenia, ale zaczynała mieć tego dość. – Do pierwszej śmiertelnej rany – wyjaśnił, a ona spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Walczymy na poważnie? – zapytała w oszołomieniu, nie będąc w stanie wyobrazić sobie tego, że miałby ją skrzywdzić.
Damien spojrzał na nią w sposób sugerujący, że poważnie zaczynał dochodzić do wniosku, iż myślnie ją przerasta.
– Elena, przyjrzyj się – doradził, dla podkreślenia swoich słów unosząc broń. – Końce są zaokrąglone. Mam na myśli czystą symulację – wyjaśnił usłużnym tonem. – Gdybym teraz wycelował w gardło, wynik byłby raczej prosty do przewidzenia.
Super! Pogadajmy sobie o tym, co by było, gdybyś poderżnął mi gardło!, zadrwiła w myślach, ale powstrzymała się od komentarza. Teoretycznie wyglądało to tak, jak wszystkie walki, które stoczyła z Rafaelem; w chwilach, w których demon dochodził do wniosku, że prawdziwy przeciwnik ostatecznie rozniósłby ją na kawałeczki, ostatecznie przerywał, uznając jej porażkę.
Sztywno skinęła głową, po czym cofnęła się o krok, za wszelką cenę próbując skoncentrować na każdym kolejnym ruchu. Czuła się bardziej zdeterminowana niż kiedykolwiek wcześniej, mając ochotę pokazać Rafie to, że jednak wcale nie była taka beznadziejna. W przypadku Damiena to było coś więcej, tym bardziej, że w grę wchodziła urażona duma – coś, co przejawiał również jej kuzyn, przez co czekający ich pojedynek wydał się Elenie jeszcze bardziej istotną kwestią. To, że mieli publikę, również nie poprawiało dziewczynie nastroju, nawet pomimo świadomości tego, że wcale nie była aż tak bezbronna, jak wszystkim mogłoby się wydawać.
Ewentualnie właśnie to widziała Beau – to, że mój własny kuzyn przetrzepie mi tyłek i wtedy faktycznie będę cierpiała. Takie upokorzenie na pewno można uznać za bolesne, pomyślała z przekąsem, jednak i to nie wystarczało. Jeśli miała być ze sobą szczera, nawet taka perspektywa wydała się jej lepsza od tego, co pewnie tak naprawdę miało nadejść – czymkolwiek by nie było.
Wyprostowała się, koncentrując się na stojącym tuż przed nią chłopaku. Ręka nawet jej nie zadrżała, kiedy spróbowała przybrać wyuczoną już pozycję, która – o ile dobrze zapamiętała – była właściwa na rozpoczęcie.
– Możecie zaczynać – oznajmiła Isabeau, która najwyraźniej postanowiła wziąć na siebie odpowiedzialność kontrolowania całego przedsięwzięcia.
Od tamtej chwili wszystko potoczyło się błyskawicznie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa