26.08.2016

Dwieście osiemdziesiąt pięć

Elizabeth
Nie raz była świadkiem słownych potyczek Damiena i Eleny – zwykle błahych, wynikających  różnicy poglądów. Jakkolwiek by jednak nie było, zdecydowanie nie wyobrażała sobie, że ta dwójka ostatecznie porwie się do walki w tak spektakularny sposób, jak ten z użyciem floretów. Do tej pory nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że którekolwiek z nich mogłoby trenować szermierkę, nie wspominając o tym, że z bronią w ręku, jej chłopak okazywał się co najmniej niebezpieczny.
Zdecydowanie jednak nie spodziewała się tego, że to Elena okaże się lepsza. Sądząc po minach zebranych, a już zwłaszcza Damiena, oni również nie zdawali sobie z tego sprawy.
– No cóż… – skomentowała sprawę Isabeau, jakby od niechcenia wzruszając ramionami. – To było bardziej interesujące niż twoje walki z Alessią – oceniła, a jej bratanek spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Kto i kiedy nauczył Elenę walczyć? – zapytał z niedowierzaniem.
Nikt mu nie odpowiedział, co jednoznacznie utwierdziło Liz w przekonaniu, że dziewczyna do tej pory nie pochwaliła się jakimikolwiek wyjątkowymi zdolnościami, przynajmniej w kwestii walki jakąkolwiek bronią. Sama założyła ramiona na piersiach, po czym ostrożnie podeszła bliżej, lekko przekrzywiając głowę i wciąż przypatrując się Damienowi.
– Może sama powinnam się tego nauczyć – oznajmiła pod wpływem impulsu.
Chłopak natychmiast odwrócił się, zwracając ku niej. Nie zaprotestowała, kiedy nagle znalazł się przy niej, układając obie dłonie na jej ramionach, mimowolnie rozluźniając się w odpowiedzi na dotyk ciepłych dłoni. Spojrzała mu w twarz, sama niepewna tego, co i dlaczego czuła. W ostatnim czasie była w takim nastroju niemalże cały czas, zwłaszcza od chwili wizyty w mieszkaniu Niny rozważając najróżniejsze możliwości.
– Jeśli będziesz chciała, to pewnie – powiedział z przekonaniem. Przyjęła z ulgą to, że nie próbował przypominać jej o tym, że w walce z nieśmiertelnym i tak nie miałaby szans.
– To świetnie. W takim razie poproszę Elenę – stwierdziła w zamyśleniu, a Damien wydał z siebie przeciągły jęk.
– To żart?
Wzruszyła ramionami.
– Może – przyznała zgodnie z prawdą.
Nie dodała niczego więcej, myślami zbyt daleko, by skoncentrować się na tym, co działo się wokół niej. Cofnęła się bez słowa, spoglądając w ślad za Eleną i mimowolnie myśląc o tym, że być może powinny porozmawiać. Po tym, czego doświadczyła, była w stanie odpychać nawet Damiena, chociaż ten przez cały czas nad nią czuwał. Przyjaciółkę potraktowała w jeszcze gorszy sposób, a przynajmniej takie miała wrażenie, niezdolna tak po prostu zapomnieć o tym, że od czasu wspólnej wizyty w kawiarni właściwie ze sobą nie rozmawiały.
Wciąż zamyślona, bez pośpiechu zrobiła krok naprzód. Poczuła na sobie pytające spojrzenie towarzyszącego jej chłopaka, więc cicho westchnęła i jednak pośpieszyła z wyjaśnieniami:
– Pójdę za nią – zasugerowała ze spokojem. – O ile wciąż jest w pobliżu. Może sobie porozmawiamy – mruknęła pod nosem, choć wcale nie była pewna, czy Elena wciąż znajdowała się na tyle blisko, by miała szansę ją dogonić.
– Bylibyśmy wdzięczni – zwrócił się do niej ojciec dziewczyny. Spojrzała na Carlisle'a z powątpiewaniem, nie będąc w stanie wyobrazić sobie tego, że ma przed sobą wampira. Myślenie o Esme w takiej kategorii również nie wchodziło w grę. – Liz…
– Tak czy inaczej, będę w pobliżu – powiedziała, w pośpiechu ruszając w swoją stronę.
Damien nie wydawał się zachwycony perspektywą zostawienia jej w pojedynkę, ale nie zamierzała przez całe życie zdawać się na jego opiekę. Zwłaszcza w ostatnim czasie myślała dużo, analizując wszystko i za wszelką cenę próbując nie dopuścić do tego, by jednak popadła w paranoję. Chłopak  był dla niej dużym wsparciem, chociaż Liz niezmiennie czuła się po prostu źle z tym, że po tych wszystkich złych rzeczach mogłaby uciekać w związek. Gubiła się we własnych uczuciach, nie będąc w stanie określić czy to miłość, czy może wdzięczność. Bała się tego, że oszukuje siebie i zakochanego w niej Uzdrowiciela, tym bardziej, że ich relacje zdecydowanie nie układały się w sposób, który byłby właściwy dla zakochanej pary.
Robimy wszystko na opak, pomyślała mimochodem, niezdolna do tego, żeby właściwie uporządkować to, co działo się w jej głowie. Nie była w stanie zapomnieć tego, że relacje z Damienem tak naprawdę opierały się na tym, że chłopak raz po raz ratował ją z opresji. Jak nie tamten… wypadek, to znów Jason na tamtej imprezie. Zamiast pierwszej randki, stali na balkonie tamtego apartamentowca, a ona próbowała pogodzić się z istnieniem istot nadnaturalnych. Spotkanie z jej rodziną wyglądało tak, że przez cały czas mierzono do niego z kuszy, jakby ktokolwiek miał przed sobą potwora, chociaż to zdecydowanie nie była prawda. Z kolei później… No cóż, później było już tylko gorzej, a Elizabeth zaczynała mieć do siebie pretensje o to, że w odpowiedzi na całe ciepło, które otrzymywała, mogła zagwarantować mu jedynie te długie godziny płaczu, podczas których za wszelką cenę usiłował ją pocieszyć.
Nie pojmowała tego, jak ktokolwiek mógłby ją kochać – nie do tego stopnia, pomimo tego, że nigdy tak naprawdę nie potrafiła się należycie odwdzięczyć. Słyszała, że istoty nieśmiertelne odczuwają o wiele intensywniej, a te najbardziej skrajne emocje, takie jak miłość czy nienawiść, w ich przypadku są trwałe i szczere. Damien nie tyle był zakochany, co wydawał się darzyć ją szczerym, gorącym uczuciem, zupełnie innym, aniżeli to, którego doznała od któregokolwiek z mężczyzn, których spotykała na swojej drodze. Nie mogła zaprzeczyć, że od zawsze ją intrygował, przystojny i mądry – zakochany w książkach w nie mniejszym stopniu, co i ona sama. To nie było tak, że interesowała się z nim wdzięczności; w tej jednej kwestii pozostawała aż nazbyt pewna tego, że zaczęło się dużo wcześniej, jeszcze zanim poznała prawdę. Problem polegał na tym, że wszystko zbiegło się w tak niefortunny sposób, że mimo usilnych starań nie potrafiła się należycie zaangażować.
Musiała coś zrobić, nie tylko dla siebie samej, ale również dla niego. Pogrążanie się w żałobie prowadziło donikąd, chociaż zarazem zdawała sobie sprawę z tego, iż zapomnienie o tym, co zrobił Jason, nie miało być łatwe. Ba! Nie chciała tego, przez co często miała wyrzuty sumienia, kiedy decydowała się na kolejną dawkę proszków uspokajających – coś, bez czego już właściwie nie potrafiła zasnąć i to nawet wtedy, gdy Damien trzymał ją w ramionach, raz po raz powtarzając, że wszystko będzie dobrze. Wierzył w to albo przynajmniej próbował, robiąc wszystko, byleby zapewnić jej dość czasu i przestrzeni, by mogła dojść do siebie, ale… to nie było wystarczające, o ile sama nie zamierzała wziąć spraw we własne ręce.
Właśnie z tego powodu naciskała na pojawienie się w mieszkaniu Niny, zanim policja zaczęłaby się nim interesować. Chłopak i jego rodzina jak na razie chronili ją przed koniecznością składania zeznań i całym zamieszaniem, które wywołał pożar domu; pod tym jednym względem Jason zaplanował sobie to aż nazbyt dobrze, przynajmniej teoretycznie zacierając wszystkie ślady zbrodni, choć i tego wcale nie była aż taka pewna. Tak czy inaczej, tymczasowo udawało się trzymać policje na dystans, podobno dzięki interwencji Renesmee, która – jak się okazało – była wnuczką komendanta jednej z mniejszych, odległych od Seattle miejscowości. Najwyraźniej mężczyzna był wystarczająco lubiany, by mieć jakiś wpływ na to, co się działo, ale Liz liczyła się z tym, że sprawy prędzej czy później się skomplikują, a na to zdecydowanie nie była gotowa.
Zadrżała mimowolnie, po czym z uwagą rozejrzała się po lesie. Drzewa rosły gęsto, zresztą na zewnątrz jak zwykle panowała szaruga. Przynajmniej nie padało, co przyjęła z ulgą, ale trudno było jej tak po prostu poczuć się dzięki tej świadomości lepiej. Trzymała się jednej ścieżki, po cichu licząc na to, że właśnie w ten sposób postąpiła również Elena, dzięki czemu miałaby szansę na to, żeby przyjaciółkę odnaleźć. Właściwie sama nie miała pewności, dlaczego tak nagle podjęła decyzję o tym, żeby z dziewczyną porozmawiać, ale czuła, że jest jej to winna – za wszystko, a zwłaszcza te godziny, które ta spędziła w domu Damiena, przyjeżdżając ledwo tylko usłyszała  o tym, co miało miejsce. To oznaczało, że pomiędzy nimi tak naprawdę nic się nie zmieniło – i że z perspektywy Eleny wciąż była kimś bliskim, prawie że jak siostra.
Mimo wszystko samotne błąkanie się po gęstwinie, rozbudziło w niej najgorsze możliwe przeczucia. Już raz przez to przechodziła, bojąc się każdego cienia czy niezidentyfikowanego dźwięku. Teraz nawet nie miała przed sobą kołka albo jakiejkolwiek formy ochrony, woląc darować sobie noszenie takich rzeczy, skoro pozostawała pod opieką Licavolich. Wujek Damiena już i tak spoglądał na nią dziwnie, bez wątpienia mając pretensje o to, że w przypływie paniki już raz zdążyła go zaatakować. Nie rozmawiała z nim o tym, nie sądziła zresztą, żeby ojciec Claire chciał o czymkolwiek dyskutować. Z dwojga złego unikanie się stanowiło lepszą perspektywę, tym bardziej, że…
Aż wzdrygnęła się, kiedy tuż pod jej stopami pękła jakaś krucha gałązka. Mimowolnie przystanęła, po czym z uwagą rozejrzała się dookoła, niemalże spodziewając się zauważyć coś, co wzbudziłoby niepokój – cień albo przyczajoną pomiędzy drzewami postać, która łudząco przypominałaby jej brata. Jestem sama. Nic złego się nie dzieje, pomyślała w nerwach, próbując przekonać samą siebie, że tak jest w istocie, ale to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli przypuszczała.
– Elena? – zaryzykowała.
Nie podniosła głosu, stopniowo zaczynając przywykać do myśli o tym, że ktoś taki jak jej przyjaciółka wcale nie musi się wysilać, by wyczuć czyjąkolwiek obecność. W takim wypadku krzyk wydawał się pozbawiony sensu, tym bardziej, że dziewczyna musiała być świadoma nawet najcichszego, najmniej znaczącego bicia serca czy pulsowania krwi w żyłach. Taka perspektywa wydała się Elizabeth przerażająca, ale zmusiła się do tego, żeby zachować spokój. W porządku, najpewniej była sama, a jeśli Elena znajdowała się gdzieś w pobliżu, bez wątpienia była w stanie ją wyczuć.
Bezwiednie uniosła dłoń do gardła, zaciskając palce na ukrytym pod ubraniem wisiorku. Zawieszka, którą znalazła w mieszkaniu Niny, miała dziwny, trudny do opisania kształt – coś, co z powodzeniem mogłoby przypominać zarówno gwiazdę, jak i powykrzywianą błyskawicę. W zasadzie wyglądało to tak, jakby zygzak został uchwycony w pentagram, a przynajmniej takie spojrzenia od pierwszej chwili budził w niej ten drobiazg. Nawet się nie skrzywiła się, kiedy ostra krawędź podrażniła jej skórę nawet przez ubranie, jednoznacznie podkreślając swoją obecność.
Nie miała pewności, co takiego powinna o tym myśleć, ale coś w tym naszyjniku wzbudzało w niej całą mieszankę trudnych do opisania emocji. Już w chwili, w której w ogólnym chaosie zobaczyła ten drobiazg po raz pierwszy, wiedziała, że powinna zabrać go ze sobą. Nie potrafiła wytłumaczyć samej sobie, co takiego ją do tego tchnęło, a tym bardziej dlaczego słowem nie zająknęła się na ten temat Damienowi, to jednak wydało się Elizabeth najmniej istotne, przynajmniej na razie.
– Liz?! – Głos Eleny wyrwał ją z zamyślenia. Opuściła rękę, prostując się niczym struna dosłownie ułamek sekundy przed tym, jak dziewczyna pojawiła się pomiędzy drzewami. – Co tutaj robisz? – zapytał wprost, po czym zarumieniła się, najwyraźniej uprzytomniając sobie, że to nie zabrzmiało szczególnie dobrze. – To znaczy…
– Ja… Pomyślałam po prostu, że dotrzymam ci towarzystwa – wyjaśniła pośpiesznie, podchodząc bliżej. Doszukała się wyraźnej konsternacji w spojrzeniu przyjaciółki, nic jednak nie wskazywało na to, żeby Elena miała do niej o cokolwiek pretensje. – Ty i Damien… To było dziwne – zauważyła.
Dziewczyna zaśmiała się nerwowo.
– Fakt. Chyba trochę zniszczyłam mu światopogląd – przyznała, a do jej tonu wkradła się nutka satysfakcji. Mogła przewidzieć, że będzie z siebie zadowolona. – Nie żebym miała coś do was. Damien po prostu uwielbia mnie dręczyć.
Chyba odwrotnie, pomyślała mimochodem Liz, jednak zdecydowała się tego nie komentować. Nie miała nastroju na kłótnię, ta zresztą wydawała się zbędna.
– Chwilowo wciąż nie dowierza. Ja zresztą też – przyznała zgodnie z prawdą, po czym zawahała się na moment. – Nie podziękowałam ci – westchnęła, a Elena uniosła brwi.
– Za co? – zapytała z powątpiewaniem.
Liz pokręciła głową.
– Że wtedy przyjechałaś – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Nie zrobiłam tego, wcześniej, prawda? Nie chciałabym, żebyś pomyślała, że cokolwiek jest między nami nie tak. Wtedy, w kawiarni…
– Wiem doskonale, Liz – przerwała jej pośpiesznie Elena. Przesunęła się bliżej, bezceremonialnie zarzucając przyjaciółce ramiona na szyję, chociaż taka wylewność nigdy nie była w stylu tej dziewczyny. Nie, kiedy w grę wchodziła jakakolwiek poważna rozmowa. – I jest mi przykro, wierz mi. Nie mam pojęcia, co powinnam zrobić, żeby się przydać, zresztą… masz Damiena, tak?
– To nie znaczy, że zapomniałam, że mam też przyjaciółkę – stwierdziła z powagą.
Elena zaśmiała się melodyjnie, ale i tak odniosła wrażenie, że jej ulżyło. Jeśli wziąć pod uwagę to, że pomimo tamtej rozmowy wciąż wydawał się dzielić je znaczący dystans, to zdecydowanie wydawało się istotne. Cokolwiek by się nie działo, nadal traktowała stojącą przed nią pół-wampirzycę jak siostrę, potrzebując jej może nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
– O mnie nie da się tak po prostu zapomnieć – oznajmiła Elena, odrzucając jasne włosy na plecy i uśmiechając się w niemalże bezczelny sposób. – Przynajmniej nie ot tak.
– Wciąż jesteś płytka – oceniła Liz, a sama zainteresowana prychnęła, bynajmniej nie urażona.
– Co najwyżej świadoma własnej wartości – rzuciła z przekonaniem, chyba naprawdę w to wierząc.
To było w jej stylu, przynajmniej teoretycznie, bo Elizabeth sama nie miała już pewności, w jakim stopniu mogła wierzyć sobie i swojej ocenie. Czuła się zdezorientowana, chociaż przy Elenie łatwiejszym okazało się zapomnienie o dotychczas dręczących ją problemach. Nie miała pewności, co tak naprawdę powinna o tym wszystkim myśleć, zresztą wciąż dręczyło ją niejasne przeczucie, że przyjaciółka nie mówi jej wszystkiego, ale zdecydowała się je zignorować.
W milczeniu cofnęła się o krok, po czym uważnie rozejrzała się dookoła. Być może to lasa, bliskość drzew i świadomość tego, co w każdej chwili mogło wyłonić się z mroku, ale czuła się tak, jakby ktoś przez cały czas ją obserwował. Próbowała ignorować to uczucie, ale to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć.
– Coś nie tak? – zapytała od niechcenia Elena, Liz jednak odniosła wrażenie, że dziewczyna się spięła. W ostatnim czasie nauczyła się zwracać uwagę na szczegóły, które w innym wypadku byłyby jej obojętne.
– Nie, dlaczego? – Wzruszyła ramionami. – Wydawało mi się po prostu… Mogłybyśmy wrócić do domu? – poprosiła z wahaniem.
– Szczerze powiedziawszy, nie mam ochoty na spotkanie z Damienem. – Elena jakby od niechcenia wywróciła oczami. – Sama widziałaś, co się działo. Ta atmosfera jest okropna.
– Dziwisz się? Co to znaczy, że możesz umrzeć? – wyrzuciła z siebie na wydechu.
Nie chciała schodzić na ten temat, zresztą po wyrazie twarzy przyjaciółki poznała, że ta również nie była zachwycona kierunkiem, który ostatecznie przybrała rozmowa, ale zdecydowała się tego nie komentować. Nie mogły w nieskończoność udawać, że wszystko jest w porządku, a największym problemem nadal pozostawało chodzenie do szkoły i to, jak miały się ich relacje z chłopakami.
– Isabeau tego nie potwierdziła. – Elena zawahała się na moment. Ton jej głosu uległ zmianie, nagle całkowicie obojętny i wyprany z jakichkolwiek emocji. – Mogę, ale wcale nie muszę umrzeć. Może po prostu… wydarzy się coś innego.
Liz wręcz nie wierzyła w to, o czym tak nagle rozmawiały. To, że jej przyjaciółka mogłaby z takim spokojem rozważać ewentualne zejście z tego świata, również jawiło się jako czyste, niemożliwe do spełnienia szaleństwa. Przynajmniej chciała wierzyć w to, że nic szczególnego nie będzie miało miejsca, chociaż zachowanie Eleny zdecydowanie nie pomagało w tym, żeby zacząć wierzyć w jakiekolwiek cuda.
– Ale…
Dziewczyna pokręciła głową.
– Serio musimy o tym rozmawiać? – zapytała, po czym westchnęła przeciągle. – Liz, proszę. Już i tak jestem wystarczająco przerażona.
– Przepraszam – zreflektowała się pośpiesznie. – To jest po prostu… Och, wierz mi, że wiem, co to znaczy się bać.
Tym razem w spojrzeniu Eleny coś złagodniało. Znowu otoczyła przyjaciółkę ramionami, najwyraźniej w ten sposób próbując ją udobruchać.
– Nie wątpię – przyznała z wahaniem. – Nigdy tego nie chciałam, wierz mi. Nie jestem zachwycona tym, że cię w to wciągnęłam…
– Nie miałam wyboru – przypomniała cicho Liz. – Jason wrócił. Ja… Chyba powinnam być wdzięczna za to, że znalazł się ktoś, kto byłby w stanie wszystko mi wytłumaczyć. Gdyby nie Damien, byłabym martwa.
Poczuła się dziwnie z tym, że mogłaby wypowiedzieć te słowa na głos, ale zmusiła się do tego, żeby nie zwracać na to większej uwagi. Pogódź się z tym, nakazała sobie stanowczo, choć to niestety nie działo w ten sposób. Gdyby było inaczej, pewne sprawy stałyby się o wiele prostsze, co również wydało się Liz przygnębiające.
Najdziwniejszy jednak okazał się wyraz twarzy Eleny, która nagle skrzywiła się i osunęła, jakby wiedząc coś, czego Elizabeth mogła co najwyżej się domyślać. Uniosła brwi, po czym obrzuciła przyjaciółkę wymownym, pytającym spojrzeniem, próbując ocenić, czego tym razem powinna się spodziewać. Takie zachowanie zdecydowanie nie było w przypadku Eleny normalne, a przynajmniej miała nadzieję na to, że pomimo wszystkich komplikacji, wciąż znała dziewczynę na tyle dobrze, by zorientować się, że cokolwiek jest nie tak.
– Elena?
Potrząsnęła głową, najwyraźniej zamierzając udawać, że nic szczególnego, Liz jednak nie zamierzała tak po prostu dać się zbyć. Zdecydowanie za długo dawała się zwodzić, zresztą teraz, kiedy zdawała sobie sprawę z wielu istotnych kwestii, chociażby bycia na czarnej liście własnego brata albo istnienia wampirów, tym bardziej miała dość powodów, żeby walczyć o prawdę.
Zrobiła krok naprzód, zakładając ramiona na piersiach i próbując przynajmniej udawać zdecydowaną. Wciąż pełna wątpliwości, zmusiła się do tego, żeby spojrzeć przyjaciółce w oczy, po cichu licząc na to, że to wystarczy, żeby cokolwiek na Elenie wymóc.
– O co chodzi? – ponagliła zniecierpliwionym tonem. – Mam wrażenie, że wciąż mi czegoś nie mówisz i… Czy chodzi o Jasona? – wypalił.
– Na litość bogini… – wyrwało się jej rozmówczyni. Cofnęła się o krok, po czym nerwowym ruchem przeczesała jasne włosy palcami.
– Co? – Teraz była już pewna, że coś jest na rzeczy. Problem polegał na tym, że nie wiedziała nic ponad to, że mogłaby być okłamywana. – Wydawało mi się, że nie mamy już przed sobą żadnych tajemnicy, tak? Elena…
Kolejny raz jedynie potrząsnęła głową.
– To nie jest takie proste – oznajmiła, po czym jęknęła cicho. – Ja… Liz, po postu są pewne sprawy, o których nie powinnam mówić – wyznała.
Tych kilka słów wystarczyło, żeby wzbudzić w niej nie tylko najgorsze z możliwych przeczucia, ale coś o wiele intensywniejszego: gniew. Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, nagle podenerwowana i co najmniej zraniona tym, co właśnie zasugerowała jej przyjaciółka. Kolejna osoba, której ufała (albo chciała ufać) robiła coś, co zdecydowanie nie powinno mieć miejsca, przynajmniej z perspektywy Liz. Skoro upierała się, że wszystko między nimi wróciło do normy, wtedy naprawdę powinna była…
Rzuciła Elenie rozdrażnione spojrzenie, po czym bez słowa odwróciła się na pięcie. Usłyszała, że dziewczyna jęknęła, najwyraźniej nie spodziewając się takiego obrotu spraw, ale Elizabeth nie zamierzała się tym przejmować. Zbyt wiele razy pozwalała na to, żeby ktokolwiek ją oszukiwać. Jeśli miała przechodzić przez to ponownie, w takim wypadku zamierzała od razu się wycofać – i to najlepiej od razu, póki samo doświadczenie nie było aż tak bolesne.
– Liz… Hej, Liz, czekaj! – zaoponowała Elena. Zmaterializowała się tuż przed nią, wyraźnie wytrącona z równowagi. W jej oczach doszukała się paniki i rozdarcia, jakby gorączkowo walczyła ze sobą o to, żeby podjąć jakąś decyzję. – Ja… To skomplikowane. Po prostu ten jeden raz zaufaj mi i uwierz, że nie wszystko zależy ode mnie.
Elizabeth się zawahała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa