22.08.2016

Dwieście osiemdziesiąt jeden

 Three Days Grace – „Unbreakable heart”
Isabeau
Zawahała się w progu, nie po raz pierwszy w ostatnim czasie pragnąć zniknąć wszystkim z oczu. Nie potrafiła już zliczyć, jak wiele razy przeszła w pobliżu zajmowanej przez Allegrę sypialni, nie będąc w stanie tak po prostu wejść do środka i pokazać się matce na oczy. Jak miałaby to zrobić po wszystkim tym, co miało miejsce, skoro to właśnie ona mogłaby…?
 Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem czuła się aż tak źle. Wiedziała, że powrót do człowieczeństwa będzie trudny, ale zdecydowanie nie spodziewała się czegoś takiego. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej pragnęła uciec – po prostu zniknąć wszystkim z oczu i udawać, że nie istnieje. Żałowała, że to nie było aż takie proste, jak kiedyś, gdy jeszcze podróżowała samotnie. Gdyby tak było, mogłaby bez wahania przenosić się z miejsca na miejsce, w nadziei na to, że uda jej się zostawić za sobą wszystko to, co złe. Co prawda Isabeau miała dość okazji, żeby przekonać się, iż ucieczka przed przeszłością nie ma sensu, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Wręcz przeciwnie – pragnęła przynajmniej spróbować, niczym jakiś tchórz porzucając wszystko to, co sprawiało, że czuła się tak okropnie. Podejrzewała, że to próba podobna do tej, którą podjęła w Mieście Nocy, odrzucając swoją ludzką cząstkę, ale mimo wszystko…
Różnica polegała na tym, że teraz nawet gdyby mogła, nie zrezygnowałaby z człowieczeństwa. Po wszystkim, co wydarzyło się w okresie, kiedy pozostawała… nieosiągalna, nie zdecydowałaby się na to nigdy więcej, niezależnie od sytuacji. Już i tak ledwo radziła sobie z konsekwencjami, więc narażanie się na kolejne zdecydowanie nie wchodziło w grę.
Właściwie samej sobie nie potrafiła wytłumaczyć tego, dlaczego nie potrafiła ot tak opuścić domu brata i ruszyć w swoją stronę. Być może zaczynała być już przewrażliwiona, ale przez większość czasu miała wrażenie, że każdy ją obserwuje, patrząc na ręce i tylko czekając na jakiekolwiek oznaki tego, że coś głupiego mogłoby chodzić wampirzycy po głowie. Nie chodziło o to, że bała się ponownego zamknięcia, bo do tego zdecydowanie nie zamierzała doprowadzić; najistotniejsze pozostawało to, że była w centrum uwagi – i że rodzeństwo zdecydowanie nie pozwoliłoby na to, by po raz kolejny uciekła.
Atmosfera w domu była przygnębiająca, co zresztą wcale kapłanki nie dziwiło. Zdążyła już przywyknąć do tego uczucia – paraliżującego smutku i poczucia straty, których sama w życiu doświadczyła wielokrotnie. Tak było po każdej kolejnej walce – czy to z wilkołakami, czy znów po okresie panowania Isobel – kiedy to liczyli ogrom zniszczeń, mierząc się z żałobą i utratą bardziej materialnych kwestii. W tym wypadku nie zmieniło się nic, chociaż tym razem Beau dodatkowo pozostawała świadomą tego, iż wszystko tak naprawdę było jej winą. Już nie płakała, zbyt dumna i przyzwyczajona do bólu, by pozwalać sobie na słabość przy każdej możliwej okazji, ale to nie zmniejszało odczuwanego przez wampirzycę poczucia winę – wręcz przeciwnie.
Tym bardziej nie rozumiała tego, jak to możliwe, że rodzeństwo okazywało jej jakiekolwiek ciepłe uczucia. Nie potrafiła zliczyć ile razy Layla tak po prostu do niej przychodziła, przytulała się i próbowała pocieszać, pomimo świadomości tego, iż najpewniej zostanie odprawiona z kwitkiem. Gabriel też nie spoglądał na nią jak na kogoś, kogo należało potępiać, chociaż nie był aż tak wylewny, jak jego bliźniaczka. Isabeau miała wrażenie, że rozumiał nawet więcej od siostry, a kilka razy przyłapała go na tym, jak powtarzał Lay, by dała jej spokój. Cóż, to właśnie było tym, czego Beau tak naprawdę potrzebowała – czasu swobody, żeby po swojemu przeżywać wszystkie te przykre rzeczy, które w ostatnim czasie miały miejsce. Nic więcej nie było konieczne, to zresztą nie zapewniało kapłance nawet częściowego ukojenia. Sądziła, że tak było nawet lepiej, bo zasłużyła na wszystko, co ją spotykało – i to łącznie z coraz silniejszym cierpieniem, które towarzyszyło kapłance niemalże na każdym kroku.
Nic innego nie powinna była czuć – a przynajmniej nie w sytuacji, w której wszystko pozostawało jej winą
Do Isabeau wciąż nie docierało to, że Allegra mogłaby spodziewać się dziecka Marco, ale nie to było w tym wszystkim najważniejsze. Nie pojmowała, jak mogła do tego stopnia się pogubić, odrzucając od siebie najlepszą cząstkę swojej osobowości – miłość, która wciąż gdzieś się tam tliła, częściowo tylko przytłumiona przez zdradę Dimitra. W żaden sposób nie potrafiła samej sobie wytłumaczyć, jak mogła w ułamku sekundy przedłożyć męża ponad dzieci, matkę i rodzeństwo, którzy w każdej chwili skoczyliby za nią w ogień. Obserwowała Marco i również w zachowaniu ojca dostrzegała coś, czego nie potrafiła (albo nie chciała) sprecyzować, a co sprawiało, że czuła się zażenowana. Troszczył się o nią już blisko wiek, który przymusowo spędzili w swoim towarzystwie, kiedy wszyscy uciekali przed wpływami Isobel, a co w jakimś stopniu zbliżyło ich do siebie. Nie była w stanie tak po prostu zapomnieć o tym, że jako ojciec wampir nie sprawdzał się absolutnie – przynajmniej nie w okresie dzieciństwa jej, a tym bardziej Gabriela i Layli – niemniej teraz…
W ostatnim czasie wszystko było inne.
Tak czy inaczej, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej żałowała, że nie potrafi przejąć umiejętności Camerona. Z drugiej strony, tak zawzięcie unikała czyjegokolwiek towarzystwa, że była już na dobrej drodze do tego, żeby lepiej od syna opanować sztukę bycia niewidzialną. Unikanie domowników pozostawało dość problematyczne, tym bardziej, że dom Gabriela i Renesmee nagle zaczął wydawać jej się dziwnie mały, ale starała się chwytać wszystkich możliwych sposobów. W gruncie rzeczy sprowadzało się to do siedzenia w pokoju i wychodzenia tak rzadko, jak tylko mogło być to możliwe, chociażby po to, żeby podebrać jeden z wypełnionych krwią woreczków z kuchni. Początkowo była gotowa zrezygnować nawet z tego, jednak prawie natychmiast doszła do wniosku, że głodówka nie była dobrym pomysłem; gdyby po raz kolejny straciła kontrolę i kogoś zaatakowała, nie wybaczyłaby sobie tego.
Nie żeby to, co zrobiła wcześniej, pozostawało błahostką o której ot tak można było zapomnieć.
Jakkolwiek by nie było, stopniowo zaczynała mieć dość trwania w impasie. Wiedziała, że ciągłą ucieczką nie zdziała nic, ale z drugiej strony… Musiała porozmawiać z Allegrą, a przynajmniej była gotowa przysiąc, że tylko w ten sposób udaje jej się ruszyć z miejsca. Zarazem jednak nie wyobrażała sobie tego, że mogłaby to zrobić – tak po prostu wejść do tej cholernej sypialni, pokazać się matce na oczy, a później…
Isabeau, amore, przestań mnie dręczyć!
Nie sądziła, że mogłaby być rozproszona aż do tego stopnia, by komukolwiek udało się wniknąć do jej umysłu. Tym większym zaskoczeniem było dla Beau brzmienie znajomego głosu – ostatniego, który spodziewała się usłyszeć i który sprawił, że ostatecznie zamarła wpół kroku, rezygnując z kolejnego minięcia zamkniętych drzwi od sypialni. W milczeniu wpatrywała się w jakiś bliżej nieokreślony punkt przestrzeni, bojąc się chociaż odetchnąć; co prawda tlen nie był jej aż tak bardzo potrzebny do życia, jak w przypadku człowieka, ale samo doświadczenie niezmiennie pozostawało niepokojące.
Nie odpowiedziała, niezdolna do tego, żeby jakkolwiek zareagować. Po tonie mentalnego głosu Allegry trudno było jednoznacznie stwierdzić, jak bardzo zła albo rozżalona się czuła. W zasadzie Isabeau szczerze wątpiła w to, żeby mogła zdołać rozróżnić jakiekolwiek emocje, zbytnio zaniepokojona własnymi odczuciami, by skoncentrować się na czymkolwiek innym. W tamtej chwili pomyślała, że być może powinna wrócić do swojego pokoju i zrezygnować z dalszego dręczenia kobiety, tym bardziej, że ta zdawała sobie sprawę z jej obecność. Logicznym wydawało się, że mogła sobie tego nie życzyć albo…
Bzdura, Isabeau, wtrąciła ponownie Allegra, kolejny raz wytrącając córkę z równowagi. Chodź tutaj do mnie, zanim sama się do ciebie pofatyguję.
Chyba sobie żartujesz, pomyślała w oszołomieniu, niezdolna do żadnej bardziej konkretnej reakcji. O ile pamięć nie zaczynała jej szwankować, po wszystkim tym, co miało miejsce, kobiecie nie można było wstawać – i to nawet pomimo uzdrawiających mocy Damiena.
Problem polegał na tym, że dobrze znała mamę, nie raz mogąc przekonać się, że to właśnie po tej kobiecie odziedziczyła znamienitą większość cech charakteru – w tym również nieraz niezdrowy upór, co w połączeniu z genami Licavolich dawało naprawdę niepokojącą mieszankę. Tak czy inaczej, Allegra zdecydowanie byłaby zdolna do tego, żeby odrzucić wszelakie środki ostrożności i faktycznie gdziekolwiek się ruszyć. To sprawiało, że Isabeau poczuła się tak, jakby nagle znalazła się pomiędzy młotem a kowadłem, rozdarta pomiędzy pragnieniem wejścia do pokoju, a natychmiastową ucieczką.
Już właściwie nie zastanawiała się nad tym, co i dlaczego zamierzała zrobić. Poruszając się trochę jak w transie, pośpiesznie dopadła do drzwi, po czym – nie dając sobie chwili na wątpliwości i zmianę decyzji – postąpiła zgodnie z życzeniem Allegry, przestępując próg. Nie miała pewności, czego tak naprawdę się spodziewała, ale i tak poczuła się co najmniej zaskoczona nieobecnością Marco. Miała wrażenie, że wampir nie odstępował kobiety nawet na krok, więc sam fakt tego, że mama była sama, wydał się Isabeau zastanawiający. Albo, pomyślała mimochodem, po prostu liczyłaś na to, że ktoś wyrzuci cię za drzwi, byś po raz kolejny miała okazję do ucieczki.
Nawet jeśli Allegra wciąż miała dostęp do umysłu córki, nie skomentowała tej myśli nawet słowem. Beau mimowolnie wzdrygnęła się, po czym ostrożnie przestąpiła naprzód, całą sobą chłonąc świadomość tego, że jest obserwowana. Było coś przenikliwego w sposobie, w jaki patrzyła na nią kobieta na łóżku, zaś samo to spojrzenie z miejsca wprawiło wampirzycę w konsternację. Zastygła w bezruchu, dyskretnie rozglądając dookoła i dopiero po dłuższej chwili będąc w stanie skupić wzrok na Allegrze. W pamięcią wciąż miała ją z tamtego dnia, roztrzęsioną i niemalże skłonną do tego, żeby błagać Damiena o potwierdzenie, że dziecko, które nosiła pod sercem, żyje.
W tamtej chwili mimo wszystko nie wyglądała aż tak źle, jak Isabeau mogłaby się tego spodziewać. W zasadzie widok smukłego, niepoznaczonego przez ciążę ciała, nie powinien był jej dziwić, bo nieśmiertelni zawsze regenerowali się szybciej od ludzi, ale było w tym coś przygnębiającego. Gdyby miała oceniać, powiedziałaby, że mama wyglądała wręcz na wychudzoną, chociaż wrażenie to mogło brać się z tego, że wciąż leżała w łóżku. Na sobie miała jedynie zwiewną, dodatkowo podkreślającą sylwetkę, koszulę nocną, która w zestawieniu z białą pościelą i jasną cerą kobiety, dawała dość oszałamiający efekt. Jasne włosy, niedbale ściągnięte gumką, opadały na lewe ramię, częściowo przysłaniając twarz. Allegra wyglądała na zmęczoną i zaskakująco bezbronną, nie wykazując nawet części charyzmy, którą przejawiała na co dzień. Bez starannie dobranej sukni, makijażu i tej charakterystycznej dla kapłanki gracji, wyglądała jak cień samej siebie – a przynajmniej to w pierwszym odruchu przyszło do głowy Isabeau.
Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, próbując w ten sposób powstrzymać się od drżenia. Jakaś cząstka wampirzycy zapragnęła znaleźć się bliżej, by móc wpaść matce w ramiona i mocno ją uściskać, ale nie potrafiła się na to zdobyć. Bezmyślnie wpatrywała się w drobną postać, tak intensywnie, że ta aż zaczęła rozmazywać się jej przed oczami. Z pewnym opóźnieniem Beau pomyślała o tym, że to mogło być spowodowane łzami, więc zamrugała pośpiesznie, usiłując doprowadzić się do porządku. Chciała powiedzieć coś błyskotliwego… Ba! Powiedzieć cokolwiek! Z tym, że w głowie miała kompletną pustkę, zaś słowo „przepraszam” nagle wydało jej się pozbawione znaczenia i absolutnie niewystarczające.
Mało kiedy okazywała emocje przy kimś, ale w tamtej chwili naprawdę zapragnęła płakać. Przełknęła z trudem, żeby oczyścić gardło, ale uścisk w piersi nie zelżał, a ona wciąż ledwo była w stanie złapać oddech. Co ja zrobiłam?, pomyślała nie po raz pierwszy w ciągu ostatnich dni, również tym razem nie otrzymując odpowiedzi. Tak naprawdę wcale tej nie potrzebowała, aż nazbyt świadoma winy, który leżała po jej stronie.
Gdyby mogła wpłynąć na przeszłość, zrobiłaby to. Gdyby tylko mogła cokolwiek zmienić, wtedy…
– Isabeau, na litość bogini, wystarczy! – O dziwo, głos Allegry zabrzmiał równie pewnie, co i wtedy, gdy ta przywołała ją w mentalny sposób. – Chodź tutaj. I w tej chwili przestań myśleć takie rzeczy – zażądała, ale tym razem wampirzyca jedynie pokręciła głową.
– Mam zapomnieć, że właśnie zabiłam ci dziecko? – wyszeptała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Prawie natychmiast pożałowała swoich słów, zwłaszcza w chwili, w której zauważyła cień, który przemknął przez twarz matki, jednak nie próbowała ich cofać. Stała w bezruchu, całkowicie wyprana z jakichkolwiek emocji i coraz bardziej przytłoczona sytuacją. Coś w tym pokoju sprawiało, że się dusiła, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej pragnąc stać się niewidzialną – wyjść i więcej się nie pokazywać, byleby umniejszyć odczuwane poczucie winy. Już i tak wystarczająco katowała się w samotności, unikając oskarżycielskich spojrzeń i…
Z tym, że nikt do tej pory nie patrzył na nią tak, jakby była winna. Allegra również i to w jakiś pokrętny sposób wydało się wampirzycy gorszą karą, aniżeli krzyk, kłótne czy próba dopilnowania tego, żeby nigdy nie zapomniała o tym, co zrobiła. Nigdy nie należała do osób dobrych, nie wspominając o tym, że miała na sumieniu dość istnień, żeby liczyć się z najgorszą nawet opinią, ale tym razem chodziło o coś zupełnie innego. Czymś w pełni akceptowalnym zdawało się Beau to, że mogłaby zabić w obronie albo przypadkiem, kiedy próbowała się posilić; to w przypadku nieśmiertelnego pozostawało czymś na porządku dziennym, bo zabijanie pozostawało częścią natury istot takich jak ona.
Inaczej sprawy miały się wtedy, gdy występowało się przeciwko własnej rodzinie.
– Powiedz mi, czy kiedykolwiek byłaś przeciwko nam – zażądała nagle Allegra. – Powiedz mi to z czystym sumieniem, patrząc w oczy. Zrobiłaś to specjalnie?
– Jasne, że nie! – zaoponowała, co najmniej wstrząśnięta takim stwierdzeniem. – Ja nie…
Wzrok obserwującej ją kobiety momentalnie złagodniał.
– Nie byłaś sobą – dokończyła ze spokojem. – Przestraszyłaś się. Nie pamiętam, kiedy widziałam cię taką i… Och, Beau, chodź tutaj do mnie.
Spodziewała się naprawdę wielu rzeczy, ale nie tego, że Allegra tak po prostu wyciągnie ramiona w jej stronę. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, ciało zareagowało automatycznie i po prostu wpadła w objęcia matki, wtulając się w nią niemniej desperacko, co i tamtego dnia w Gabriela. Natychmiast otoczył ją słodki zapach krwi oraz bijące od nieśmiertelnej ciepło, sprawiając, że poczuła się niemalże tak, jakby znowu była małą dziewczynką. Samo doświadczenie okazało się niemniej wyjątkowe, co i chwile, kiedy to Allegra siadała przy niej w tych najgorszych chwilach, w kojący sposób rozczesując Beau włosy. W tamtej chwili udało jej się rozluźnić, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, zresztą jakaś jej cząstka wciąż z uporem protestowała przed takim traktowaniem – bo niezależnie od wszystkiego, Isabeau zdawała sobie sprawę z tego, że sobie na to nie zasłużyła.
Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć cokolwiek, co zabrzmiałoby choć trochę sensownie, ale ostatecznie nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Trwała w bezruchu, skupiona przede wszystkim na oddychaniu, w nadziei na to, że to pozwoli jej się wyciszyć. Sama Allegra wyraźnie się uspokoiła, jakby możliwość przytulenia jedynego dziecka, które miała, mogło wiązać się z ukojeniem – i to nawet w tak pokrętnej sytuacji. Isabeau nie pojmowała, jak to w ogóle możliwe, nie wspominając o samej kwestii ewentualnego wybaczenia. Jak po tym wszystkim…?
– Jak możesz wątpić? – usłyszała tuż przy uchu. Mimowolnie wzdrygnęła się, już nawet nie próbując kontrolować własnych odruchów. – Istnieje coś, czego nie wybaczyłabyś Aldero i Cammy’emu?
– Nie – odpowiedziała bez chwili wahania. – Ale ja przecież…
Allegra wzmogła uścisk, którym ją otaczała. Miała w sobie zaskakująco dużo siły jak na kogoś, kto wyglądem przypominał cień samego siebie. Beau wiedziała, że to jedna z najsilniejszych kobiet, jakie znała, ale w tamtej chwili trudno było jej myśleć takimi kategoriami.
– Mam tylko ciebie – oznajmiła z naciskiem. – Nie odpychaj nas, bo to donikąd nie prowadzi. Twoje cierpienie wcale nie sprawia mi przyjemności, a to, co się stało… Nie winię cię, słyszysz? – Beau wzdrygnęła się, kiedy ciepła dłoń wylądowała na jej policzku. – Spójrz na mnie.
Nie chciała tego robić, tym bardziej, że czuła coraz intensywniejsze pieczenie pod powiekami. Przyznanie się do łez i słabości było trudne, jednak nie aż tak, jak konieczność spojrzenia Allegrze w oczy. Kiedy w końcu to zrobiła, zapragnęła momentalnie odwrócić wzrok, jednak się na to nie zdecydowała, jak zahipnotyzowana wpatrując się w dwa lśniące, intensywnie niebieskie punkty. Znowu poczuła ucisk w gardle, jednak tym razem nie próbowała go zwalczyć, zdolna co najwyżej tkwić w bezruchu i czekać na rozwój wypadków.
Przepraszam.
To wciąż nie brzmiało tak, jak powinno, ale na początek musiało wystarczyć.
Głos zadrżał jej niebezpiecznie, więc pośpiesznie zamilkła, nie mając pewności, czy jeszcze powinna dodać. Czuła, że słowa nie wystarczą, ale zarazem milczenie wydało się Beau czymś nieodpowiednim, nie wyrażając nawet części tego, co chciała przekazać. Była pewna, że Allegra zasłużyła na coś więcej, o ile w ogóle istniał sposób na wynagrodzenie aż tak wielkiego bólu, jakim była utrata dziecka. Wciąż nie docierało do niej to, co miało miejsce, ale starała się o tym nie myśleć, woląc nie ryzykować, że matka wciąż śledzi jej myśli. Już i tak była zbytnio wytrącona z równowagi, by próbować chronić swój umysł, to zresztą wydało się Beau najmniej istotne.
Allegra nie odezwała się nawet słowem, wciąż trzymając córkę w ramionach. Dziewczyna zamknęła oczy, za wszelką cenę usiłując się rozluźnić, chociaż to przyszło jej z trudem. Dlaczego?, pomyślała, ale nie uzyskała odpowiedzi, sama zresztą nie miała pewności, czego tak naprawdę chciała się dowiedzieć. Pytanie w odniesieniu do bliźniaków ją zaskoczyło, zresztą nie wyobrażała sobie porównywania tego, co czuła względem własnych synów do… siebie samej. Problem polegał na tym, że nie wyobrażała sobie wybaczenia dla siebie; nigdy nie była dobra, a to, że Allegra mogłaby sądzić inaczej, wciąż pozostawało dla niej nie do pojęcia.
„Dzieci złego ojca i matki…” – przypomniała sobie własne słowa – myśl, która niezmiennie dręczyła ją, kiedy jeszcze była w ciąży. Od tamtego czasu najwyraźniej nie zmieniło się nic, a przynajmniej ona nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Popełniła dość błędów, by mieć do siebie pretensje, a to, że wciąż zdarzało jej się błądzić, jedynie pogarszało sytuację. Ktoś, kto za sprawą daru, dodatkowo obracał się wokół najgorszych nieszczęść, nie miał prawa być dobry – przekonała się o tym wielokrotnie, stopniowo utwierdzając się w przekonaniu, że nie zasłużyła na nic więcej, prócz towarzyszącego jej od chwili śmierci brata cierpienia.
– To bzdura, Beau – odezwała się ponownie Allegra. Zabrzmiała zaskakująco pewnie, całą sobą wydając się wierzyć w każde wypowiedziane słowo. Isabeau nie pojmowała, dlaczego to właśnie jej matka nagle została pocieszycielką, skoro powinno być odwrotnie, ale zdecydowała się tego nie komentować. – Cokolwiek by się nie działo, nie jesteś i nigdy nie byłaś zła. Gdyby było inaczej, nie byłoby cię teraz tutaj – dodała, a Isabeau zapragnęła się roześmiać.
– Gdybym była dobra, nie dręczyłabym cię teraz – obruszyła się. – Gdybym była, wtedy nigdy…
– Cierpienie nie jest oznaką słabości – przerwała jej stanowczym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Im szybciej to zrozumiesz, tym prędzej odnajdziesz ukojenie… Jesteś sobą, amore. – Ciepłe palce po raz kolejny musnęły policzek Beau. – Nie zapominaj o tym.
W tamtej chwili naprawdę chciała wierzyć w to, że wszystko jest aż takie proste.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa