25.08.2016

Dwieście osiemdziesiąt cztery

Elena
Nie wierzyła w to, co robi, ale ta kwestia wydała się Elenie najmniej istotna. Mocno ścisnęła rękojeść floretu, po czym błyskawicznie cofnęła się o krok, by uniknąć ciosu, który bez zbędnych wstępów wymierzył Damien. Ruchy jej kuzyna były szybkie i precyzyjne, dzięki czemu bez trudu zorientowała się, że wszystkie uwagi na temat tego, że w tej dziedzinie sportu radził sobie znakomicie, nie wzięły się znikąd. Liczyła się z tym, że może zrobić z siebie idiotkę, ale i tak poczuła narastającą frustrację, początkowo czując się trochę tak, jak podczas pierwszych treningów z Rafaelem – nieporadnie, co w krótkim czasie zaczęło ją irytować.
Po prostu się skup!, nakazała sobie stanowczo, kiedy kuzyn zmusił ją do tego, żeby cofnęła się o kolejny krok. Chyba właśnie to zdołała opanować najlepiej, jeśli chodziło o walkę – unik, bo właśnie do tego musiała uciekać się najczęściej, chcąc zyskać na czasie i w ogóle mieć szansę utrzymać floret w rękach. Damien mimo wszystko nie był aż tak agresywny w swoich atakach, niemniej nie była w stanie odmówić mu precyzji; potrafił walczyć i jakoś nie miała co do tego wątpliwości, stopniowo utwierdzając się w przekonaniu, że porwała się na coś wyjątkowo trudnego, jeśli nie wręcz niemożliwego.
Musiała zmusić się do tego, żeby zmienić taktykę i zamiast raz po raz się cofać, spróbować blokować kolejne ciosy. Mimowolnie skrzywiła się, gdy ciszę przerwał jakże charakterystyczny dla tej formy walki zgrzyt, ale zmusiła się do tego, żeby nie dać po sobie poznać, że cokolwiek jest nie tak. W porządku, pomyślała mimochodem, widząc, jak Damien wymownie unosi brwi ku górze, kiedy po raz kolejny udało jej się zablokować cios. Nie tego się spodziewałeś, prawda? Pewnie już dawno powinnam była wypuścić go z rąk.
Poczuła satysfakcję na myśl o tym, że mogłaby przynajmniej chłopaka zaskoczyć, choć to nadal nie dawało pełnej satysfakcji. Chciała czegoś więcej, jednak starała się trzymać nerwy na wodzy, aż nazbyt świadoma tego, gdzie mogłaby zaprowadzić ją nadmierna pewność siebie. Musiała się skupić, tym bardziej, że szermierka naprawdę dawała jej szansę na wygraną, a przynajmniej w to próbowała uwierzyć. To był jeden z nielicznych sportów, gdzie mężczyźni i kobiety mogli być sobie równi, o ile dobrze wykorzystywali okazje, które wynikały z kolejnych ruchów. Damien może i potrafił walczyć, ale jej pozostawała prędkość oraz to, że była drobniejsza; fakt, że chłopak tak po prostu nie skrzywdziłby płci przeciwnej, również dawał Elenie swego rodzaju przewagę, ale nad tym wolała się nie sugerować.
Próbowała się nie zatrzymywać, wciąż pozostając w ruchu, by dodatkowo rozproszyć przeciwnika. Zdążyła się przekonać, że to dobra taktyka, chociaż takie postępowanie nie wystarczyło, kiedy mierzyła się z Rafaelem. Jeśli miała być ze sobą szczera, demona nie udało jej się pokonać ani razu, to jednak wydawało się do przewidzenia – z jego doświadczeniem mogła pomarzyć, że bez forów zdoła cokolwiek osiągnąć. W efekcie mogła co najwyżej skupiać się na ciągłej ucieczce i utrzymywaniu przeciwników na dystans, w nadziei na to, że albo uda jej się uciec, albo pojawi się ewentualny wybawca.
No cóż, w tej jednej sytuacji nie miała co liczyć ani na jedno, ani na drugie.
– Elena, na litość bogini, to szermierka, a nie pokaz wymachiwania pomponami – zirytował się Damien, kiedy po raz kolejny po prostu odskoczyła, wciąż trzymając się na bezpieczną odległość od jego broni.
– A czy to, co robię, jest jakkolwiek zakazane? – westchnęła, a przez twarz chłopaka przemknął cień.
Nie doczekała się odpowiedzi, co w jakimś stopniu tłumaczyło o wiele więcej, aniżeli sam Uzdrowiciel by mógł. Usatysfakcjonowana tym, że przynajmniej trochę mogła zagrać mu na nerwach, uśmiechnęła się słodko, po czym wróciła do ucieczki, w duchu modląc się o to, żeby Damien w którymś momencie oświadczył, że zaczyna mieć jej dość i z własnej woli zakończył pojedynek. Gdyby postąpił w ten sposób, wtedy przynajmniej nie musiałaby obawiać się przegranej; z dwojga złego remis wcale nie był taki zły, zwłaszcza dla dumy, która w takim wypadku mogłaby co najwyżej ucierpieć.
Problem polegał na tym, że chłopka najwyraźniej nie miał na to ochoty. Westchnął przeciągle, po czym również przyśpieszył, nagle dosłownie materializując się tuż przed nią. Oczy Eleny rozszerzyły się nieznacznie, kiedy zamierzył się na nią, sama zresztą nie zastanawiała się nad tym, co i dlaczego próbowała zrobić. Rafael wielokrotnie powtarzał, że naciskając i często narzucając zdecydowanie zbyt szybkie (przynajmniej w jej mniemaniu) tempo, udawało mu się wymóc na niej najbardziej satysfakcjonujące reakcje. Nie miała pojęcia czy to adrenalina, czy może kwestia skupienia, ale w takich chwilach w istocie szło jej najlepiej, zwłaszcza gdy zdawała się na instynkt.
Wtedy również postąpiła w ten sposób, pod wpływem impulsu decydując się  wyrzucić obie ręce ku górze i niemalże w ostatniej chwili zablokować cios, skutecznie zaskakując tym zarówno siebie samą, jak i wyraźnie niespodziewającego się takiego efektu Damiena. Spojrzenia jej i kuzyna spotkały się, a Elena poczuła satysfakcji, gdy dostrzegła niedowierzanie w oczach Uzdrowiciela. Może jednak nauczyłam się więcej niż sądziłeś, Rafaelu, pomyślała i w tamtej chwili prawie się roześmiała. Nie mogła pozwolić sobie na nadmierne rozluźnienie, niemniej z drugiej strony…
– Skup się. – Nie miała pojęcia do kogo tak naprawdę zwracała się w tamtej chwili Isabeau, ale z jakiegoś powodu przyszło jej do głowy, że kapłanka mówi właśnie do niej. To nie miało sensu, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo zawsze sądziła, że wampirzyca na nią nie przepada, jednak zdecydowała się nad tym nie rozwodzić. – Nadmierne zwlekanie z podjęciem decyzji bywa zgubne.
Coś w słowach Beau wpłynęło na nią w stopniu wystarczającym, by zdecydowała się zareagować. Nie czekając na to, co zrobi Damien, dosłownie rzuciła się na niego, przemknęła pod jego ramieniem, po czym w pośpiechu zmaterializowała tuż za plecami chłopaka. Obrócił się błyskawicznie, bez wątpienia gotów walczyć dalej, to jednak okazało się co najmniej problematyczne, skoro w efekcie omal nie nadział się na wymierzony w jego pierś floret. Serce Eleny zabiło szybciej, w miarę jak zaczęło do niej docierać to, co Licavoli zrozumiał w ułamek sekundy później – i o czym jednoznacznie świadczył szok, który odmalował się na jego twarzy.
Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić. Bezwiednie przesunęła się naprzód, a zaokrąglona, „bezpieczna” końcówka floretu leniwie dotknęła torsu chłopaka, zaledwie kawałek od miejsca, gdzie musiało znajdować się serce.
– Koniec – oznajmiła spokojnie Isabeau. – Twoje własne zasady, Damien. Tym ciosem mogłaby zabić – dodała, chociaż jej obeznany w medycynie bratanek bez wątpienia musiał zdawać sobie z tego sprawę.
Wciąż jeszcze oszołomiona kierunkiem, który przybrały sprawy, Elena dopiero po kilku sekundach zdecydowała się opuścić floret, wciąż dysząc niemniej ciężko, co i jej wyraźnie oszołomiony przeciwnik. Jasna cholera…, przeszło dziewczynie przez myśl i to wystarczyło, żeby poczuła się jeszcze bardziej wytrącony z równowagi sposób. Sama nie miała pewności, czy powinna się śmiać, czy może wręcz przeciwnie – zachować powagę, tak dla lepszego efektu, gdyby jednak okazało się, że ktoś stroił sobie z niej żarty.
Damien drgnął, po czym w końcu odskoczył, choć jakiekolwiek uniki nie miały już racji bytu. Wciąż ściskał floret, chyba nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co robi. Jego oczy zabłysły dziko, a kiedy Elena przyjrzała się dokładniej, doszukała się w spojrzeniu chłopaka całej mieszanki skrajnych emocji – począwszy od szoku, przez niedowierzanie, aż po starannie utrzymywany w ryzach gniew. Nie miała pewności, ale tak wielokrotnie zachowywał się Gabriel, gdy oś wyjątkowo układało się nie po jego myśli. Słyszała o słynnej dumie Licavolich, ale i tak poczuła się dziwnie ze świadomością tego, że chłopak jednak mógłby wdać się w swojego ojca – nie Święty Damien, którego zawsze była bardziej skłonna przyrównać do własnego taty.
– Jak…? – usłyszała i w tamtej chwili już nie była w stanie powstrzymać nieco poirytowanego prychnięcia.
– Nie jestem aż taka głupia, jak ci się wydaje – rzuciła z irytacją. – Ale niech wam będzie, rozmawiajcie sobie. Nieporadna Elena idzie się przejść – dodała, odrzucając floret na bok.
Odwróciła się na pięcie, bez zbędnych wyjaśnień decydując się ruszyć w stronę lasu. Nie zamierzała czekać na jakiekolwiek zbędne uwagi albo pytania, sama wciąż nie dowierzając temu, co właśnie miało miejsce. Była w stanie myśleć wyłącznie o tym, żeby zejść wszystkim z oczu, zwłaszcza teraz, kiedy znalazła się w samym centrum zainteresowania. W wielu innych wypadkach byłaby tym zachwycona, jednak tym razem w grę wchodził ten szczególny rodzaj uwagi, którego nie znosiła.
Gdzieś jakby z oddali doszły ją głosy, a ktoś chyba wypowiedział jej imię, jednak nawet wtedy nie zdecydowała się odwrócić. Przyśpieszyła, mimowolnie rozluźniając się, kiedy w końcu znalazła się w lesie. Było coś kojącego w obecności drzew, chociaż w obecnej sytuacji samotność i takie miejsca powinny były przyprawiać ją o dreszcze. Nie była w stanie tak po prostu zapomnieć o wizji Isabeau i wszystkim tym, co powiedziała kapłanka – zwłaszcza o cierpieniu, bo to jedno pozostawało dla niej pewną, niepodlegającą dyskusji kwestią. Bała się i to wydawało jej się najzupełniej naturalne, zwłaszcza w obecnej sytuacji – i to nawet pomimo tego, co powiedział Rafael.
Omal nie wywróciła się, kiedy panującą dookoła ciszę przerwał dźwięk komórki. Ledwo powstrzymując całą wiązankę przekleństw, wyjęła telefon z tylnej kieszeni spodni, po czym spojrzała na wyświetlacz. Serce zabiło jej szybciej z podekscytowania, kiedy zauważyła aż nazbyt dobrze znany numer.
Bardzo ładnie
Otworzyła i prawie natychmiast zamknęła usta, co najmniej oszołomiona. A co to niby miało znaczyć? Podejrzliwie zmrużyła oczy, uważnie wodząc wzrokiem na prawo i lewo, nie po raz pierwszy mając wątpliwości co do tego, czy powinna się śmiać, czy może od razu kogoś zabić.
– Co znowu, na litość bo…?
Nie było dane jej dokończyć – a przynajmniej nie w cenzuralny sposób. Aż krzyknęła, kiedy ciepłe dłonie wylądowały na jej biodrach, tym samym skutecznie wytrącając ją z równowagi. Nawet nie zastanawiając się nad tym, co robi, błyskawicznie okręciła się, po czym – wciąż pod wpływem silnych emocji i w bojowym nastroju – bezceremonialnie zamachnęła się, gotowa wymierzyć potencjalnemu przeciwnikowi silny cios w twarz. Nie miała po temu okazji, bo prawie natychmiast silna jedna z dłoni zacisnęła się wokół jej nadgarstka, ale sądząc po wyrazie twarzy Rafaela, niewiele brakowało, żeby sprawy potoczyły się trochę inaczej.
– Ciebie również dobrze widzieć, lilan – oznajmił skonsternowanym tonem.
Prychnęła, nie mogąc się powstrzymać. Ciesz się, że nie trafiłam, pomyślała w oszołomieniu i spróbowała się cofnąć, ale jej na to nie pozwolił. Uścisk miał silny, chociaż na tyle subtelny, by nie obawiała się tego, że mógłby pokusić się o pogruchotanie kilku kości. Cóż, nie miała wątpliwości co do tego, że w przypadku tego demona było to pokazem dobrej woli i szczególnych względów.
– Co tutaj robisz? – warknęła, wciąż podenerwowana. Musiała walczyć o oddech, co zdecydowanie nie było jej na rękę. To, że znowu zrobiła z siebie przed nim idiotkę, również.
– Obserwowałem wyjątkowo interesujący pojedynek – odparł takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Niezwykle miło mi dowiedzieć się, że te wszystkie tygodnie nie poszły na marne.
Uniosła brwi, co najmniej zaskoczona jakąkolwiek pochwałą z jego strony. Byli razem czy też nie, Rafael wciąż pozostawał cholernie upartym perfekcjonistą, który wymagał od niej niemniej niż od siebie samego. Wciąż nie miała pewności czy to dobrze, czy też nie, niemniej zmiana nastawienia w jego przypadku zdecydowanie nie była czymś normalnym.
– Nie wydajesz się zaskoczony – zauważyła mimochodem.
Posłał jej znajomy, cyniczny uśmieszek.
– Nigdy nie powiedziałem ci, że walczysz szczególnie źle, Eleno – przypomniał usłużnie. – Po prostu wciąż nie jest aż tak dobrze, jak mógłbym tego oczekiwać – dodał, chociaż nie widziała najmniejszej nawet różnicy pomiędzy tym, co osiągnęła, a tym o czym mówił.
– To znaczy na tyle dobrze, żebym mogła cię pokonać? – zapytała z powątpiewaniem.
Rafael parsknął śmiechem.
– Nie przesadzajmy – mruknął, a ona zapragnęła mu przyłożyć. – Raczej na tyle, byś miała szansę przeżyć do chwili, w której do ciebie dotrę. Nigdy nie oczekiwałem cudów.
Warknęła cicho, nie mogąc dłużej się powstrzymywać. Rafa rzucił jej pobłażliwe spojrzenie, po czym zdecydowanym ruchem przygarnął do siebie, zamykając w silnym uścisku. Skrzywiła się i spróbowała uciec wzrokiem gdzieś w bok, ale to okazało się trudne, zwłaszcza kiedy jego twarz znalazła się niepokojąco blisko jej własnej.
– Przestań – wycedziła przez zaciśnięte zęby, a Rafael jedynie prychnął. Była pewna, że doskonale bawił się jej kosztem, nie po raz pierwszy zresztą.
– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi – oznajmił z powagą.
Nie odpowiedziała, poniekąd dlatego, że zebranie myśli nagle zaczęło stanowić wyzwanie, które w znacznym stopniu ją przerastało. Była na siebie zła za to, że nie powstrzymała go, gdy jak gdyby nigdy nic zdecydował się nachylić ku niej, by móc złożyć na ustach Eleny krótki, aczkolwiek trudny do zignorowania pocałunek. Zwykle nie potrafiła się bronić, kiedy traktował ją w ten sposób, bez chwili wahania przesuwając się bliżej i odpowiadając na pieszczotę. To było przyjemne, ona z kolei ni potrafiła przypomnieć sobie żadnego argumentu, którego mogłaby użyć, by uzasadnić konieczność tego, by ją puścił.
Jej ciało samoistnie reagowało na bliskość i dotyk obejmującego ją demona. Naparła na niego całym ciałem, po chwili zarzucając Rafie ramiona na szyję, by znaleźć się jeszcze bliżej. Zadrżała, kiedy czarne skrzydła owinęły się wokół niej, muskając ramiona i skutecznie przyprawiając Elenę o zawroty głowy. Nie po raz pierwszy w ostatnim czasie bliskość nieśmiertelnego wzbudziła w niej również pragnienie, tym bardziej, że nie piła z niego od dnia tłumaczeń Miry, zmusiła się jednak, żeby odsunąć kwestię głodu na dalszy plan.
– Dlaczego próbujesz przede mną udawać, lilan? – zapytał z powątpiewaniem nieśmiertelny, odsuwając się na tyle, żeby móc spojrzeć dziewczynie w oczy. Jego własne jarzyły się łagodnie, zdradzając całą mieszankę emocji, chociaż w przeciwieństwie do niej potrafił utrzymać je na wodzy.
Uparcie milczała, naiwnie licząc na to, że to wystarczy, żeby przestał drążyć temat. Nie sądziła, żeby wydarzyło się cokolwiek złego, gdyby nadal karmiła się jego krwią, ale… Och, prawda była taka, że przerażały ją zmiany, które zachodziły w jej ciele, kiedy zapędzali się w stosowaniu tych praktyk. Karmił ją, co mogłoby być naturalne, gdyby oboje byli hybrydami, jednak nie w tym przypadku. Osoka w żyłach demona musiała być wyjątkowa; przekonali się o tym obje, a zwłaszcza Rafael zdawał sobie z tego sprawę. Nie miała pewności, ale była gotowa przysiąc, że istniał jakiś sensowny powód, dla którego on i jego bracia instynktownie próbowali bronić się przed dzieleniem krwią z innymi – z tym, że wciąż nie miała pewności jaki.
Mimo wszystko nie próbowała z nim walczyć, kiedy nagle uniósł ją, sadzając sobie na biodrach. Na moment zabrakło jej tchu, kiedy gwałtownie okręcił się w taki sposób, że uderzyła plecami o pień drzewa. Napierał na nią, co mogłoby być przerażające, gdyby nie to, że ufała mu bezgranicznie.
– Elena…
Nerwowo przygryzła dolną wargę.
– Chcesz mnie od siebie uzależnić – zarzuciła mu. – Znowu. Albo ciągle… Bo nie wiem, czy przeszło mi po tym, co powiedziała Mira.
– Nie miałbym nic przeciwko – stwierdził z powagą. – Zwłaszcza teraz. Nie jestem zachwycony perspektywą zostawienia cię samej chociaż na chwilę.
– I dlatego kręcisz się obok, chociaż w każdej chwili ktoś może cię zauważyć? – podjęła, chcąc zyskać na czasie. – Nie chcę nic mówić, ale Licavoli nie są głupi. Tutaj jest pełno telepatów, więc…
– Śmiem twierdzić, że znam sztuczki Licavolich lepiej od ciebie – przerwał ze spokojem. – Poradzę sobie, niemniej dziękuję ci bardzo za troskę.
Wciąż miała wrażenie, że ją wyśmiewał, tym bardziej, że Rafael nigdy nie należał do osób, które potrafiły tak po prostu podziękować czy przeprosić. Westchnęła, po czym przymknęła oczy, nie chcąc raz po raz pożądliwie spoglądać na jego gardło. Zawahała się, próbując samą siebie przekonać, że nie ma niczego złego w tym, by zgodziła się z niego pić, ale mimo wszystko nie potrafiła ot tak wyzbyć się wątpliwości. Nie była w stanie przekonać samej siebie, że faktycznie nie ma powodów do obaw – i to bynajmniej nie dlatego, że mogłaby nie ufać Rafaelowi, ale…
Problem polegał na tym, że demon bywał zaborczy, często w stopniu o wiele większym, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć. Zdążyła przywyknąć do tego, że mógłby chcieć mieć ją przy sobie, a chwilami wręcz traktować przedmiotowo, chociaż zdecydowanie nie była z tego powodu zachwycona. Wciąż z nim walczyła, nie chcąc pozwolić na to, żeby ją stłamsił, zwłaszcza w sytuacji takiej jak ta. Miała złe przeczucia co do tego, jak Rafael reagował na samą myśl o tym, że miałby należeć do niego w ten szczególny sposób. Momentami wręcz nie była pewna, jakie były jego prawdziwe intencje – czy po prostu sobie z niej żartował, czy może wręcz przeciwnie: naprawdę chciał traktować ją w sposób, który mógłby być właściwy dla rzeczy, ale nie drugiej połówki.
Zawsze widziałam, że przy demonie kiedyś zwariuję… Właściwe pytanie brzmi: kiedy?
Pocałunek wytrącił ją z równowagi, nie po raz pierwszy utrudniając zebranie myśli. Jęknęła, ale odwzajemniła pieszczotę, pozwalając na to, żeby musnął wargami jej usta. Ciało zareagowało automatycznie i już właściwie nie myślała nad tym, co i dlaczego działo się pomiędzy nimi. Była ona i był on – niczego więcej nie potrzebowała, może pomijając krew, która krążyła w jego żyłach, a która w krótkim czasie mogła zacząć należeć do niej.
To nie jest dobry pomysł… Zdecydowanie nie!, warknęła na siebie w duchu, kiedy przyłapała się na tym, że mimowolnie musnęła wargami jego gardło. Dopiero co wyleczyłaś się z tego szaleńczego pragnienia jego krwi. Nie ponawiaj tego, kretynko!
No cóż, nie mogła zaprzeczyć, że to, co działo się pomiędzy nimi, w niczym nie przypominało więzi, o której słyszała tyle razy. Już nawet nie chodziło o to, że nie była telepatką; problem polegał na tym, że próbowała bratać się z demonem, a nic podobnego nigdy wcześniej nie miało miejsca. Tak przynajmniej zakładała, bo Rafa nader rzadko wspominał o swoim rodzeństwie. Wiedziała jedynie, że nade wszystko potępiali uczucia, więc to, czego teraz doświadczał serafin, zdecydowanie nie było czymś właściwym dla jego gatunku. Chyba zdążył już pogodzić się z tym, że rozbudziła w nim coś, co nie powinno mieć, jednak to wciąż wszystkiego nie tłumaczyło. Wciąż istniała możliwość tego, że wszystko się popsuje albo że Rafael zagubi się w tym, co oboje czuli – że pójdzie w najgorszym z możliwych kierunków, próbując całkiem ją zdominować, na co zdecydowanie nie zamierzała sobie pozwolić.
Wciąż o tym myślała, kiedy ponownie poczuła pieczenie w gardle. Otworzyła oczy, co okazało się błędem, bo jej tęczówki momentalnie napotkały spojrzenie pary tych należących do niego – dwóch lśniących punktów barwy czystego nieba. Zamarła w bezruchu, czując, że jej upór maleje, nawet pomimo wszystkich zakazów, które zdążyła na siebie nałożyć. Nie po raz pierwszy zdrowy rozsądek schodził na dalszy plan i chociaż nie była z tego zadowolona, wiedziała, że nie będzie w stanie opierać się w nieskończoność.
A potem poczuła, że Rafael sztywnieje i to wystarczyło, żeby momentalnie otrzeźwiała.
Kiedy do tego wszystkiego usłyszała ciche, zmierzające ku nim kroki i wyczuła inną, tym razem ludzką krew, wszystko stało się jasne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa