04.07.2016

Dwieście trzydzieści dziewięć


Jocelyne
Nie mogła spać. Przewracała się z boku na bok, bezskutecznie próbując ułożyć się na materacu i choć na moment zapomnieć o tym, co planowała wraz z Shannon i Dallasem. Wątpliwości towarzyszyły jej przez cały czas, a w efekcie niespokojnie nasłuchiwała momentu, w którym zacznie dzwonić jej komórka. Przez cały dzień czuła się źle, więc zaryzykowała nastawienie budzika, by mieć pewność, że nie prześpi godziny o której się umówili, nic jednak nie wskazywało na to, żeby w ogóle miała zmrużyć oko.
W pokoju panowała ciemność, ale to jej nie przeszkadzało. Wyostrzone zmysły sprawiały, że była w stanie bez trudu rozróżnić poszczególne kształty, noc zresztą zapowiadała się na wyjątkowo bezchmurną, skoro nawet patrząc w okno, była w stanie zauważyć migocące łagodnie gwiazdy oraz z nocy na noc coraz większy księżyc. W tamtej chwili mimowolnie pomyślała o tym, że wkrótce najpewniej wypadała pełnia, co w naturalny sposób sprawiło, że zaczęła martwić się o Alessię. Wiedziała, że jej siostra potrafiła radzić sobie z wilkołakami, ale i tak poczuła się nieswojo na myśl o tym, że Ali mogłaby się znaleźć w mrocznej twierdzy dzieci księżyca, najpewniej przez kilka ładnych godzin musząc ukrywać się w jakimś bezpiecznym miejscu, zanim doczekałaby powrotu Ariela i reszt mieszkańców Lille do normalności.
W milczeniu wpatrywała się w okno, pozwalając swoim myślom krążyć swobodnie i jednak licząc na to, że uda jej się zasnąć. Momentami miała wrażenie, że w ciemnościach dostrzega jakiś dziwny, naprzemiennie mniej i bardziej regularny kształt, ale starała się o tym nie myśleć – a zwłaszcza o tym, że mógłby przybrać ludzką postać. Nic się nie dzieje, pomyślała i zacisnęła powieki, układając się w taki sposób, żeby jasne włosy opadły jej na twarz. Zadrżała niekontrolowanie, ogarnięta niejasnym poczuciem chłodu; miała wrażenie, że temperatura w pokoju obniżyła się nagle o kilka znaczących stopni, choć to wydawało się niemożliwe. Chociaż na zewnątrz robiło się zimno, ośrodek wydawał się być wystarczająco nagrzany, by mogła pozwolić sobie na chodzenie w cieniutkiej sukience, gdyby akurat takie było jej życzenie, jednak w tamtej chwili…
Nie otwieraj oczu, pomyślała i naprawdę próbowała się do tego dostosować, ale okazało się to o wiele trudniejsze, aniżeli mogła się spodziewać. Wciąż towarzyszyło jej nieustępujące wrażenie, że ktoś ją obserwuje – przypatruje jej się przez cały ten czas, nawet na moment nie odrywając nań wzroku. To sprawiło, że zrobiło jej się jeszcze bardziej zimno, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe. W tamtej chwili nade wszystko pożałowała tego, że jest sama, bo będąc w domu mogła przynajmniej liczyć na to, że któreś z rodziców zawsze mogłoby się okazać chętne do tego, żeby spędzić z nią noc. Teraz była sama, przerażona i aż nazbyt świadoma tego, co mogło czaić się w mroku…
Albo raczej kto.
Nie chciała o tym myśleć, ale trudno było nie zastanawiać się nad tym, czy wrażenie, którego doświadczała, nie było przypadkiem czymś więcej prócz wytworu wyobraźni. W gruncie rzeczy mogła spodziewać się dosłownie wszystkiego, łącznie z tym, że za moment znowu usłyszy głos tamtego mężczyzny – tajemniczego samobójcy z domu na sprzedaż, który podążał za nią aż do liceum, a ostatecznie omal jej nie zabił. Oczywiście nie sądziła, by świadomie chciał doprowadzić do grobu jedyną osobę, która mogła go zobaczyć, ale liczył się efekt. Gdyby się potknęła albo pojawienie się Damiena nie zmieniło… Cóż, właściwie wszystkiego. Miała wrażenie, że to właśnie obecność brata odstraszyła jej niechcianego gościa, zapewniając jej przynajmniej chwilę upragnionego spokoju.
Nie otwieraj oczu…
Z tym, że w jakimś stopniu chciała to zrobić, zwłaszcza kiedy chłód przybrał na sile. Poczuła na policzku coś, co przywiodło jej na myśl czułe muśnięcie lodowatych palców, jakby ktoś siedział przy niej i głaskał ją po twarzy. Chciała przekonać samą siebie, że to niemożliwe, ale przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że w jej przypadku sprawy miały się zgoła inaczej – była wyjątkowa, chociaż wcale tego nie chciała. W pamięci wciąż miała notatkę, którą czytali wraz z Dallasem zaledwie kilka dni wcześniej. To wciąż do niej nie docierało, chociaż za dnia całkiem łatwo było udawać, że sobie radziła – że wszystko jest niczym sen, pozbawiony związku z rzeczywistością i tak prosty w kontroli.
– Śpij, Joce… – usłyszała, a przynajmniej była gotowa przysiąc, że ktoś siedział tuż obok niej, łagodnie szepcąc jej do ucha. Głos wydał się znajomy, poza tym należał do kobiety, co pozwoliło jej utwierdzić się w przekonaniu, że zdecydowanie nie musiała obawiać się swojego… niechcianego towarzysza ze szkoły. – Jest w porządku. Żadne z nich się do ciebie nie zbliży…
Jakich ich? Podejrzewała, ale z dwojga złego wolała nie otrzymać odpowiedzi. Znowu zadrżała, chociaż sama nie miała już pewności, czy to od temperatury, czy może skrajnych emocji. Co więcej znowu poczuła narastające pragnienie, choć udawało jej się ignorować głód, kiedy przebywała z ludźmi. Sądziła, że zwykłe jedzenie wystarczy i pewnie tak by było, gdyby nie to, że od jakiegoś czasu miała problem z dotarciem do stołówki.
No cóż, jej ciało nie było zadowolone. I naturalnie nie zamierzało upominać się o zwykły pokarm, ale coś… o wiele bardziej wyjątkowego.
Chociaż wciąż miała wątpliwości, ostrożnie uniosła powieki, przez zmrużone oczy próbując przekonać się, co takiego działo się wokół niej. Początkowo nie miała pewności, co do tego, czy cokolwiek widzi, dopiero po chwili zwracając uwagę na majaczącą na tle ciemności sylwetkę smukłej kobiety. Siedziała przy niej, ale twarz miała zwróconą ku okna, przez co Jocelyne nie od razu miała okazję jej się przyjrzeć. Zauważyła za to całe kaskady lśniących, złocistych loków, które miękko opadały na plecy i ramiona nieznajomej, układając się w łagodne, niemalże srebrzyste fale. Ten widok wydał jej się znajomy, choć dopiero w chwili, w której milcząca postać lekko przekrzywiła głowę, Jocelyne uprzytomniła sobie, że jej rysy twarzy również zna.
Elena, uświadomiła sobie i serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. O bogini, jeśli widziała Elenę…
Ale już raz tego doświadczyła – i wtedy to zdecydowanie nie była jej kuzynka. W tamtej chwili również nie poczuła się aż tak spanikowana, jak mogłaby się tego spodziewać, choć bez wątpienia w grę równie dobrze mógł wchodzić szok. Patrzyła milczała i czekała, sama niepewna tego, jak powinna zareagować – zamknąć oczy i jednak spróbować zasnąć czy może jakkolwiek się odezwać.
Ostatecznie nie zrobiła niczego, zdolna co najwyżej obserwować. Elena-nie-Elena również trwała w ciszy, przeźroczysta i tak eteryczna, jak tylko było to w jej przypadku możliwe. Joce nie miała wątpliwości co do tego, że siedząca przy niej zjawa nie mogła być prawdziwa, ale w żaden sposób nie była w stanie określić, czy ma przed sobą wytwór swojej wyobraźni, czy może ducha. Och, tego drugiego nawet nie chciała brać pod uwagę, przynajmniej póki w grę mogła wchodzić Elena, bo zdecydowanie niemożliwym było, żeby to właśnie ona mogła… Nie. Wiedziałaby, prawda? Nie siedziałaby tutaj, gdyby z jej rodziną działo się cokolwiek niepokojącego.
Jednak… skoro to nie była Elena, kogo tak naprawdę miała przed sobą – i to nie po raz pierwszy? Mogła o to zapytać, ale czuła się zbyt otępiała, by logicznie myśleć. Co więcej, mimo wszystko czuła się przy kobiecie bezpieczna, trochę jak przy członku rodziny, choć to mogło mieć związek z tym, że zjawa przybrała postać Eleny. W tamtej chwili wszystko wydawało się równie prawdopodobne, a Jocelyne chciała wierzyć w to, że choć raz nie działo się coś, co powinno ją zaniepokoić – i że ma przed sobą kogoś, kto okaże się równie sympatyczny, co i Rosa. Czy tak zresztą nie było? Sądząc po słowach kobiety, która wydawała się sugerować, że jest tu po to, by kogokolwiek chronić…
Kim jesteś…?
Brak odwagi, by zadać to pytanie, jednoznacznie sprawił, że nie otrzymała odpowiedzi, ta zresztą nagle wydała się zbędna. Z wahaniem zamknęła oczy, próbując się rozluźnić, co przyszło jej zaskakująco wręcz łatwo. Nawet jeśli nie-Elena zauważyła, że choć przez moment była obserwowana i że jej podopieczna nie śpi, nie dała niczego po sobie poznać. Joce wciąż czuła muśnięcia chłodnych palców na policzkach albo we włosach, same gesty jednak okazały się wyjątkowo przyjemne i sprawiły, że z wolna zaczęła być coraz bliższa tego, by pomimo pragnienia i chłodu jednak spróbować zasnąć.

Znajdę ją nawet, jeśli ukryje się pośród róż
Znajdę, bo kocham ją – nie zmienię tego
Pragnę jej, odkąd tylko ujrzałem
Piękną dziewczynę o złotych włosach
I spojrzeniu, które ukradło mą duszę

Oddech jej przyśpieszył, kiedy usłyszała śpiewne, melodyjne wersy. Coś w przekazie piosenki sprawiło, że włoski na ramionach i karku jak na zawołanie stanęły jej dęba. Tym większym zaskoczeniem było dla niej to, że melodia wydała jej się znajoma i z miejsca zaczęła sprawiać, że poczuła się jeszcze bardziej senna.
Musiała zasnąć, choć wcale nie czuła się spokojniejsza. Długo jeszcze naprzemiennie budziła się, to była bliska odzyskania przytomności, póki panującej ciszy nie przerwał cichy, ale jednak uciążliwy dźwięk nastawionego przez nią budzika. Kiedy z trudem przymusiła się do otwarcia oczu, mając przy tym wrażenie, że każda kolejna sekunda przeciągającego się dzwonka sprawia, że melodia dosłownie wżyna się w jej obolały umysł, nie-Eleny już nie było. Sięgnęła po komórkę, chcąc jak najszybciej ją wyłączyć, ale pomimo świadomości tego, że powinna wstać, nie ruszyła się z miejsca. Wtuliła twarz w poduszkę, obiecując sobie co najwyżej kilka sekund zwłoki, jednak pomimo upływu czasu, nie potrafiła zmusić się nawet do tego, żeby usiąść. Miała wrażenie, że ciało jej ciąży, jakby nagle zaczęło ważyć tonę albo jakby specjalnie dla niej grawitacja zaczęła działać w inny, bardziej spektakularny sposób. Leżała, bezskutecznie walcząc z samą sobą, a z czasem nawet dochodząc do wniosku, że nie jest w stanie oddychać aż tak swobodnie, jak mogłaby tego oczekiwać. Wciąż było jej zimno, a jednak miała wrażenie, że jest zgrzana; wilgotne włosy kleiły jej się do czoła i poduszki, przez co zaczęła zastanawiać się nad tym, czy cokolwiek było z nią w porządku.
Poza tym pragnienie… Wciąż czuła palenie w gardle, co jedynie wszystko dodatkowo komplikowało. Bała się nawet przełknąć, mając wrażenie, że powietrze i ślina trą o jej gardło, pogarszając sytuację. W tamtej chwili pomyślała, że powinna zacząć się martwić, bo gdyby tylko zechciała, mogłaby zacząć stanowić poważne zagrożenie dla wszystkich, którzy znajdowali się w ośrodku i dysponowali tym, czego potrzebował jej organizm, ale… Jak niby miałaby pokusić się chociażby o polowanie, skoro nawet nie potrafiła ruszyć się z łóżka?
Świetnie, czyli jak zwykle wyróżniała się od swoich pobratymców. Zawsze drażniło ją to, że pomimo wampirzych genów, zawsze chorowała tak, jak zwykły człowiek, choć bez wątpienia cząstka nieśmiertelności pozwalała na to, by szybciej dochodziła do siebie. Nie miała pewności, czy teraz doświadczała tego samego, ale wolała się nad tym nie zastanawiać, bardziej skoncentrowana na tym, co działo się wokół niej. Nie podobało jej się uczucie słabości i bezradności, która ogarnęła ją w chwili, w której uprzytomniła sobie, że znajdowała się w miejscu, które zdecydowanie nie sprzyjało chorowaniu. Nie była w domu, pośród kochających osób, które doskonale zdawały sobie sprawę z tego, kim była, czego potrzebowała i jak należy się z nią obchodzić. Wręcz przeciwnie – w ośrodku niezmiennie działo się coś niepokojącego, a po tym, co działo się z Vicitorią i jak ostatecznie zabrali tę dziewczynę bez słowa wyjaśnienia…
Z tobą jest inaczej… Jak zwykle się przeziębiłaś, warknęła na siebie w duchu, stanowczo odsuwając od siebie niechciane, niepokojące myśli. Albo to z głodu. Po prostu spróbuj zasnąć, a jutro…
Gdyby to jeszcze było takie łatwe.
Fakt, że ustaliła z Shannon i Dallasem spotkanie o konkretnej godzinie, również nie dawał jej spokoju, chociaż o tym akurat była w stanie zapomnieć. W głowie już i tak miała mętlik, a stan, w którym się znajdowała, wcale nie pomagał jej w zapanowaniu nad niespójnymi myślami. Jeśli miała być ze sobą szczera, coraz brała się tego, co mogło się stać. To sprawiło, że nie po raz pierwszy w ostatnim czasie zapragnęła zadzwonić do domu, ale i na to nie była w stanie się zdobyć – telefon wydawał się leżeć zdecydowanie za daleko, a ona czuła się taka zmęczona…
– Jocelyne… Hej, Jocelyne!
Nie od razu rozpoznała głos Shannon, ten zresztą wydawał się dochodzić gdzieś jakby z oddali, mocno zniekształcony i jakby niespójny. Odniosła wrażenie, że dziewczyna musiała próbować zwrócić na siebie uwagę już od dłuższego czasu, ale w oszołomieniu Joce nie była w stanie zareagować tak szybko i wprawie, jak mogłaby tego oczekiwać. Nawet zrozumienie sensu wypowiedzianych słów przyszło jej z trudem, nie wspominając o próbie otwarcia oczu.
Kiedy zauważyła pochyloną nad sobą postać, w pierwszym odruchu naprawdę była przekonana, że to kolejna zjawa. Jęknęła i jakimś cudem zdołała unieść rękę ku górze, próbując odepchnąć od siebie pochyloną nad nią dziewczynę. Postać musiała się uchylić, żeby uniknąć ciosu w twarz, zaraz też chwyciła ją za nadgarstek, zdecydowanym ruchem unieruchamiając jej oba nadgarstki nad głową. W ciemnościach zwykle czerwone włosy wydawały się niemal czarne, mocno kontrastując z chorobliwie bladą cerą. Shannon sama wydawała się wyglądać jak duch, co zwłaszcza przy jej dużych, wyraźnie zaniepokojonych oczach wydało się co najmniej przerażające.
Choć czuła, że nie powinna, znowu szarpnęła się, gotowa zacząć się wyrywać, byleby tylko oswobodzić ręce. Serce zabiło jej szybciej, waląc tak mocno i szybko, że samo doświadczenie okazało się niemalże bolesne. Znów wyrwał jej się jęk i w pierwszym odruchu nawet zapragnęła krzyknąć, żądając tego, by intruz ją puścił, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.
– Joce… Jezu, Joce – wyrzuciła z siebie na wydechu Shannon. W końcu zdołała skoncentrować na dziewczynie wzrok, w pełni uprzytomniając sobie, że dziewczyna niemalże weszła na łóżko, by powstrzymać ją przed ruszeniem się z miejsca. Uścisk miała silny i pewny, choć bez wątpienia nie zamierzała zrobić jej krzywdy; sama sugestia wydawała się idiotyczna, ale nie miała siły i czasu, by zacząć mieć do siebie o cokolwiek pretensje. – Dobrze się czujesz? To tylko ja… Rany, jakaś ty ciepła – rzuciła spiętym tonem, chyba wciąż w pełni nie pojmując tego, co tak naprawdę było nie tak.
– Shannon…?
Przełknęła z trudem, po czym spróbowała odchrząknąć, by oczyścić gardło. Z wolna zaczęła się uspokajać, ale nadal czuła się źle, osłabiona i senna, co zresztą niejako uchroniło trzymającą ją dziewczynę przed niekontrolowanym ciosem albo – co gorsze – wykorzystaniem telepatii. To było ostatnim, czego potrzebowała, zwłaszcza w sytuacji, w której już i tak mocno ryzykowała, w każdej chwili mogąc ujawnić się przed nieodpowiednią osobą.
Shannon nie odpowiedziała, ale wyraźnie jej ulżyło, kiedy przekonała się, że już nie musi próbować z nikim walczyć. Nie od razu zdecydowała się wyprostować i poluzować uścisk wokół nadgarstków Jocelyne, zresztą nawet kiedy to zrobiła, wydawała się pozostawać w gotowości. Co prawda irracjonalnym wydawało się to, że mogłaby być w stanie obezwładnić kogoś, kto w połowie był wampirem, ale w sytuacji, w której nawet uniesienie ręki kosztowało tak wiele energii…
Joce wzięła kilka głębszych wdechów, jednak prawie natychmiast tego pożałowała. Słodki zapach krwi Shannon wydawał się mocno przytłumiony, być może dlatego, że wszelakie bodźce dochodziły do niej jakby z oddali, jednak posoka mimo wszystko zrobiła swoje. Sama obecność tego zapachu sprawiała, że gardło Jocelyne zaczęło jeszcze bardziej nieprzyjemnie piec, a ona sama poczuła, że jeśli natychmiast nie spróbuje dostać się do czyjejkolwiek żyły, najzwyczajniej w świcie oszaleje.
Z tym, że nie mogła – nie Shannon, nie komukolwiek innemu w ośrodku, niezależnie od tego, kim był i co potrafił. Wiedziała o tym doskonale, poza tym wyniesione z domu przyzwyczajenia okazały się kluczowe nawet w tak skomplikowanej sytuacji, niemniej pragnienie pozostawało pragnieniem – a ona w żaden sposób nie mogła nad nim zapanować.
Słodka bogini, to nie skończy się dobrze…
– Joce… – zaczęła Shannon. Wydawała się chętna, by coś powiedzieć, a może była już w trakcie wypowiadania jakiegoś konkretnego komunikatu – Licavoli nie miała pewności, to zresztą wydawało się najmniej istotne. – Cholera…
Shannon spojrzała w stronę drzwi, choć to przynajmniej na pierwszy rzut oka nie miało sensu. Jocelyne dopiero po dłuższej chwili zwróciła uwagę na to, że w drzwiach mógłby stać ktokolwiek jeszcze, choć w pełni dotarło to do niej dopiero w chwili, w której Dallas zdecydował się podejść bliżej.
– Co z wami? – zapytał naglącym tonem. – Nie mamy czasu, zresztą… – zaczął i gwałtownie urwał, dopiero w tamtej chwili uprzytomniając sobie, że cokolwiek mogłoby być nie tak.
– Nigdzie nie idziemy – oznajmiła zdawkowo Shannon. – A przynajmniej nie ona. Ma gorączkę i… Jezu, mówiliście, że jak to było z tą Vicki? – wypaliła, a Jocelyne zesztywniała, przez moment czując się trochę tak, jakby ktoś dodatkowo zdzielił ją czymś ciężkim po głowie.
– Nie tak – zaoponował natychmiast Dallas, ale nie wydawał się jakoś szczególnie pewny własnych słów.
Nie dodał niczego więcej, a przynajmniej Jocelyne nie udało się zarejestrować żadnego konkretnego dźwięku. W efekcie omal nie wyszła z siebie, kiedy chłopak bezceremonialnie przysunął się bliżej, zmuszając Shannon do tego, żeby zrobiła mu miejsce. On również był blady, a Joce z pewnym opóźnieniem uprzytomniła sobie, że wrażenie to musiało mieć związek z tym, że oboje ubrali się na czarno – jak żeby inaczej, skoro planowali wymknąć się z pokoi o tak późnej porze i nie pozostać niezauważonymi?
Dallas wyciągnął obie dłonie ku jej twarzy, delikatnie układając ręce na jej policzkach. Nie zaprotestowała, kiedy nakłonił ją do tego, żeby spojrzała mu w oczy, ale i tak z miejsca zapragnęła nakazać mu rzucić się do ucieczki. Jego krew również ją kusiła, a jakby tego było mało, kiedy tak nagle znalazł się tak niepokojąco blisko…
– Nie chcę nic mówić, ale ta gorączka nie wydaje mi się normalna – odezwała się cicho Shannon. – Ona ma ze czterdzieści stopni.
– Czuję – mruknął zniecierpliwionym tonem Dallas. – I co z tego? Nie znam się na tym!
– Ja też nie – syknęła na niego dziewczyna. – Ale jej tu tak nie zostawimy, nie? Powiedziałabym komuś, ale jeśli to miejsce jest takie, jak nam się wydaje… Może powinniśmy spróbować się stąd wydostać i zabrać ją do szpitala – zasugerowała w końcu, ale Jocelyne nawet nie próbowała tego słuchać.
Mogła im powiedzieć, że w jej przypadku taka temperatura była najzupełniej normalna, a oni mimo wszystko nie mieli powodów do tego, żeby panikować. Mogła uświadomić którekolwiek z nich, że istniał dość łatwy sposób, w który mogli jej pomóc – coś, czego nade wszystko potrzebowała i czego pragnęło jej ciało. Mogła zrobić to wszystko, ale nie była w stanie, jak zresztą miałaby cokolwiek wytłumaczyć, nie zdradzając przy tym tego, kim była i…
– Joce…
Nawet nie zorientowała się, kiedy Dallas spróbował posadzić ją do pionu, wcześniej wsuwając ręce pod jej plecy. Pozwoliła na to, żeby ją podniósł, dla pewności obejmując go za szyję i…
W chwili, w której jej usta znalazły się zdecydowanie zbyt blisko, ostatecznie przestała myśleć.
Zaraz po tym bezceremonialnie przesunęła się bliżej i bez cienia wahania wgryzła się w pulsującą żyłę.

1 komentarz:

  1. Z dedykacją dla Guśki. Sama wiesz za co c:

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa