20.07.2016

Dwieście pięćdziesiąt trzy

Rufus
Nie podobało mu się to. Cholernie mu się nie podobało, ale już dawno przekonał się, że kiedy w grę wchodzili Licavoli, jakiekolwiek uwagi i logiczne argumenty przestawały mieć rację bytu. To było do przewidzenia również tym razem, więc chcąc nie chcąc zdecydował się milczeć, po cichu licząc na to, że najzwyczajniej w świecie nikogo nie znajdą. Nie chodziło o to, że w jakimkolwiek stopniu obawiał się Isabeau, bo ta nie jawiła mu się jako żadne wyzwanie; problem leżał raczej w tym, że jej rodzeństwo nie potrafiło pojąć tego, co tak naprawdę oznaczało to, że dziewczyna mogłaby odrzucić człowieczeństwo. Co więcej, drażnienie telepatki w takim stanie, mogło spokojnie doprowadzić do zniszczenia nawet całej dzielnicy, a to też żadnemu z nich nie było specjalnie na rękę.
No cóż, to nie był jego problem, a jedynym powodem, dla którego w ogóle zdecydował się towarzyszyć tej dwójce, było bezpieczeństwo Layli. Kiedyś wierzył w to, że każda kolejna osoba, którą się kochało albo przynajmniej na której zaczynało zależeć, czyniła słabszym, teraz z kolei był tego całkowicie pewien. Chciał chronić obie – i Laylę, i Claire – a to niejednokrotnie zmuszało go do podejmowania decyzji, których w innym wypadku zdecydowanie nie wziąłby pod uwagę. Egoizm był o wiele łatwiejszy, ale Rufus zdawał sobie sprawę z tego, że spóźnił się o dobry wiek, by mieć szansę wrócić do wcześniejszego, prostszego stanu rzeczy… I jeśli miał być ze sobą szczery, zdecydowanie tego nie chciał.
Zerknął na skupioną, uważnie rozglądającą się dookoła Laylę. Był w stanie wyczuć jej napięcie, a także to, jak wiele energii wkładała w próbę interpretowania tego, co podobno czuła, a co miało ułatwić jej znalezienie siostry. Wydawała się podenerwowana zwłaszcza teraz, kiedy już zmusiła brata do zatrzymania samochodu, zostawienia go w dość podejrzanie wyglądając okolicy i wejścia w słabo oświetloną, najpewniej ślepą uliczkę. Taki widok nie robił na nim wrażenia, tym bardziej, że jeszcze w Mieście Nocy sam doceniał ciszę, która panowała w tych najrzadziej uczęszczanych rejonach miasta, ale i tak poczuł się co najmniej dziwnie. Może się nie znał, ale Isabeau nie wyglądała mu na kogoś, kto lubił udzielać się w nieco bardziej eleganckiej wersji slumsów, choć równie dobrze również ta kwestia mogła ulec zmianie, kiedy kapłanka ostatecznie się załamała.
– W pobliżu prawie na pewno jest jakiś bar… – Layla zamilkła, po czym rzuciła bratu wymowne spojrzenie. – Myślisz o tym samym, co i ja?
– Taa… – mruknął Gabriel, podejrzliwie mrużąc oczy i bynajmniej nie wyglądając na zachwyconego.
Rufus wywrócił oczami, po czym jakby od niechcenia spojrzał na rodzeństwo.
– Coś znowu mnie ominęło? – zniecierpliwił się.
W porządku, może w wielu kwestiach sam niewiele im ułatwiał, często pomijając wyjaśnienia, które z jakiegoś powodu wydawały mu się nieistotne, ale to jeszcze nie znaczyło, że musieli zachowywać się tak samo. Jeśli to miała być jakaś forma zemsty, to naprawdę nieudana, a przynajmniej tak mu się wydawało.
– Kiedy jeszcze przenosiliśmy się z miejsca na miejsce, Beau lubiła się bawić w sukuba – wyjaśniła usłużnie Layla. Uniósł brwi, co najmniej skonsternowany. – Tak było prościej przynajmniej jeśli chodziło o polowania. Chodziła po barach, owijała sobie pierwszego chętnego wokół palca, a potem nakłaniała go do tego, żeby pozwolił jej się z siebie napisać… Oczywiście po wszystkim niczego nie pamiętali.
– Prawie nigdy – sprostował rozdrażnionym tonem Gabriel. – Ewentualnie to ja biegałem potem za jej ofiarami, ot tak, dla rozrywki – dodał z przekąsem, a Layla westchnęła.
– Bo jesteś z nas wszystkich najbardziej wprawiony, braciszku – odpowiedziała mu ze słodkim uśmiechem siostra.
Czasami czuł się naprawdę nieswojo, widząc łączącą tę dwójkę więź, tym bardziej, że z Gabrielem niezmiennie działali sobie na nerwy. Z drugiej strony, kiedy w grę wchodziła Layla, sprawy miały się zupełnie inaczej, a Rufus nie miał większego wyboru, jak tolerować jej bliźniaka, tym bardziej, ze ta dwójka wydawała się zdolna do tego, żeby dać się za siebie nawzajem pozabijać. Cóż, jeśli wziąć to pod uwagę, przestawało dziwić to, że bez chwili wahania rzucili się szukać Isabeau.
– O, tak, wprawiony. Zwłaszcza w naprawianiu głupstw Isabeau – mruknął z irytacją Gabriel, po czym wymownie zerknął na siostrę. – I co dalej?
– Jestem pewna, że ona gdzieś tutaj jest – westchnęła Layla, po czym jak gdyby nigdy nic zdecydowała się ich wyprzedzić. Zrobiła kilka zdecydowanych kroków naprzód, uważnie wodząc wzrokiem na prawo i lewo, i najpewniej próbując wykorzystać moc. Rufus nie był w stanie wyczuć rozsyłanej przez telepatkę energii, ale zdążył poznać dziewczynę na tyle dobrze, by zorientować się w jej działaniach. – Pytanie tylko…
Urwała, po czym wbiła wzrok w ciemność przed nimi. Uliczka była wąska, bez chociażby jednej latarni, która oświetlałaby okolicę, ale żadnemu z nich to nie przeszkadzało. W gruncie rzeczy taki stan rzeczy odpowiadał zwłaszcza Rufusowi i Layli, tym bardziej, że teraz noc stanowiła porę, podczas której byli w stanie najlepiej funkcjonować. Po zachodzie słońca zmysły nie tylko się wyostrzały, ale wykorzystywanie ich przychodziło w łatwiejszy, najzupełniej naturalny sposób, jakby sama ciemność próbowała ułatwić im zadanie. To chyba powinno było jawić się jako coś niepokojącego, co wzbudziło niepokój, a jednak wampir już dawno zdążył się z tym oswoić. Te zdolności były praktyczne, więc niepokojenie się wydawało się czymś całkowicie pozbawionym sensu.
Gdzieś w oddali w istocie musiał znajdować się klub, a przynajmniej właśnie o tym wydawała się świadczyć zakłócająca ciszę muzyka – oczywiście pod warunkiem, że uciążliwy jazgot mógł zasłużyć sobie na to miano. Zapach alkoholu również był na tyle intensywny i uciążliwy, by nie pozostawiać wątpliwości co do tego, że ta cześć Seattle nie należała do przyjemnych, zwłaszcza nocą. Cóż, to faktycznie mógłby być raj dla nieśmiertelnego, który miałby ochotę się zabawić i pozostać przy tym niezauważonym, choć Rufus znał przynajmniej kilka lepszych i bardziej… znośnych sposób. Czasami prościej było postawić sprawę jasno, tym bardziej, że przy wampirzych zdolnościach namieszanie komuś w głowie było tak dziecinnie proste, że ewentualne polowanie stawało się nie tylko oczywiste, ale i na swój sposób nudne. Tak czy inaczej, wciąż trudno było mu wyobrazić sobie Isabeau w taki miejscu, być może dlatego, że przez ostatnie lata mimo wszystko myślał o niej jak o królowej czy kapłance – cholernie irytującej, czasami wręcz zachowującej się jak prostaczka, ale jednak potrafiącej wzbudzić respekt czy to słowami, czy dobranymi z klasą sukniami.
Cóż, najwyraźniej pozory lubiły mylić albo wampirzycy całkiem już się w głowie poprzewracało, kiedy opuściła Miasto Nocy. Obie możliwości wydawały się równie prawdopodobne i na swój sposób pocieszające, bo jeśli ktoś teraz zachowywał się tak, jakby był szalony, to zdecydowanie Isabeau. Rufus nie powiedział tego wprost, ale nie miał pojęcia, jakie mieli szansę na to, żeby w ogóle doprowadzić dziewczynę do porządku. Nie miał nawet pewności, czy to możliwe, tym bardziej, że wszyscy ci, o których wiedział, że odrzucili człowieczeństwo, byli martwi, bo zwykle właśnie tak się to kończyło. Przykładów było mnóstwo, jeden zresztą był aż nazbyt wrażliwi, jeśli wziąć pod uwagę jego i Laylę; po tym, co zrobił Dylan i jak dziewczyna musiała go zabić, zwracanie jej uwagi na to, że Isabeau mogłaby obrać ten sam kierunek, bez wątpienia byłoby co najmniej okrutne.
O ile oczywiście faktycznie odrzuciła człowieczeństwo…
– Cholera jasna, to jakiś żart, czy mam jakiegoś chorego pecha?
Zatrzymał się jako pierwszy, co najmniej skonsternowany brzmieniem głosu kapłanki – tym kpiarskim tonem, który zwłaszcza w jej przypadku nie był niczym nowym. Dziewczyna pojawiła się w uliczce nagle, dotychczas musząc kryć się w mroku, co zresztą przychodziło jej zaskakująco wprawnie, skoro żadnemu z nich w porę nie udało jej się jej wyczuć. Layla miała rację, pomyślał mimochodem, ale wcale nie był z tego stanu rzeczy szczególnie zadowolony. Mógł się założyć, że Isabeau nie miała ochoty na to, żeby którekolwiek z jej rodzeństwa ją znalazło, co zresztą tłumaczyło, dlaczego przez tyle czasu ich ignorowała. Z jego perspektywy powinni jej na to pozwolić, tym bardziej, że drażnienie zranionej wampirzycy nigdy nie niosło ze sobą nic dobrego – wiedział to z własnego doświadczenia, choć prawda była taka, że gdyby nie upór Layli, pewnie do tej pory odcinałby się od jakiegokolwiek świata zewnętrznego. Cóż, na swój sposób nadal to robił, godząc się na czyjekolwiek towarzystwo wyłącznie przez wzgląd na nią, ale to akurat stanowiło odmienną, mniej istotną kwestię.
Sama Isabeau wyglądała inaczej, chociaż trudno było mu jednoznacznie stwierdzić na czym polegała ta różnica. Jedno było pewne – na pewno nie tryskała entuzjazmem na widok rodzeństwa, bo to właśnie na Layli i Gabrielu zdecydowała się skoncentrować parę lśniących dziko, jasnoniebieskich oczu. To jeszcze nie wróżyło źle, tym bardziej, że prawdziwe komplikacje zaczynały się dopiero w chwili pojawienia się czerwonych błysków, choć w przypadku wampirzycy pełnia gniewu mogła być zaledwie kwestią czasu. W trakcie przemiany czy też po, irytacja istot mu podobnych zawsze miała w sobie coś równie spektakularnego, jak i niezwykle… zabójczego, co zresztą również zdążył zauważyć po sobie.
– Beau…
Ledwo powstrzymał się od przekleństwa, kiedy Layla nagle wyrwała do przodu, by z typową dla siebie impulsywnością doskoczyć do siostry. Przemieściła się błyskawicznie, zachęcająco wyciągając ramiona w jej stronę, Isabeau jednak wyraźnie nie miała ochoty na jakiekolwiek czułości. Rufus wyraźnie wyczuł konsternację żony, którą zraniło to, że kapłanka tak po prostu zdecydowała się od niej odsunąć, w porę materializując się kilka znaczących metrów dalej.
– Nie… Poważnie. – Wampirzyca z niedowierzaniem pokręciła głową. – Co wy tu, do jasnej cholery, robicie? – warknęła; jak na nią i stan, w którym się znajdowała, było to całkiem uprzejme pytanie.
Jeszcze kiedy mówiła, założyła ramiona na piersiach. Mogłaby wyglądać w normalny sposób, tak jak zwykle, kiedy była zdenerwowana, gdyby nie obojętne spojrzenie, którym obdarowała siostrę. Rufus nie był zdziwiony tym, że mogłaby traktować chłodno jego albo Gabriela (ona i ten drugi byli na dobrej drodze, by się pozabijać, tak często, że już dawno można było się przyzwyczaić), ale w przypadku Layli… Ta dziewczyna była słodka i delikatna, a naukowiec nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wampirzyca próbowała walczyć z własną siostrą.
Isabeau wydęła usta; kiedy lekko rozchyliła usta, zauważył, że kły miała wysunięte – idealny dowód na to, że albo właśnie weszli jej w drogę podczas polowania, albo faktycznie była bliska tego, żeby wybuchnąć. Ciemne włosy luźno opadały jej na ramiona i plecy, nie tak starannie ułożone jak wtedy, gdy przygotowywała się do publicznych występów, niemniej wyglądała dobrze. Na sobie miała obcisłą, czarną sukienkę, która podkreślała jej kształty i zwłaszcza dla znamienitej większości ludzkich mężczyzn musiała być niezwykle kusząca. Ciemny materiał mocno kontrastował z bladą skórą kapłanki, przez co ta wyglądała jak chodzący światłocień albo zjawa – niepokojąca, piękna i bez wątpienia bardzo niebezpieczna. Co prawda wciąż trzymała nerwy na wody, ale dzięki wyostrzonym zmysłom Rufus bez trudu zorientował się, że musiała wykorzystywać moc – nic innego nie wyjaśniało tego, dlaczego czarne loki wampirzycy wydawały się naelektryzowane i raz po raz unosiły się ku górze. Noc była spokojna i bezwietrzna, więc w grę wchodziła wyłącznie telepatia, tym bardziej, że Isabeau już od dawna była wprawiona w korzystaniu ze swoich zdolności.
Był jeszcze mrok, który od zawsze wydawał się sprzyjać nowym wampirom. Efekt był znajomy i przypominał trochę iluzję, którą posługiwali się Pavarotti, często służąc kapłankom podczas występom. Isabeau wręcz wydawała się pulsować czymś mrocznym – rodzajem aury, której nie był w stanie zobaczyć, ale dzięki instynktowi bez trudu wyczuł, że od nieśmiertelnej lepiej było trzymać się z daleka. W tamtej chwili nie myślał o dumie czy własnych zdolnościach, choć prawda była taka, że Rufus nawet nie brał pod uwagę tego, że miałby się Licavoli obawiać. W grę wchodził tylko i wyłącznie zdrowy rozsądek, a ten jednoznacznie podpowiadał mu, że Isabeau wciąż pozostawała daleka od tego, żeby wrócić do siebie.
– Martwiliśmy się, sis – odezwał się cicho Gabriel, jako pierwszy decydując się zareagować na zadane przez dziewczynę pytanie. Podszedł bliżej, chociaż – w przeciwieństwie do Rufusa – na pewno miał większe pole do manewru, żeby wyczuć to, co działo się z jego młodszą siostrą. – Co ci przyszło do głowy, Isabeau?
– Mnie? – Dziewczyna prychnęła. – Dość jasno powiedziałam Layli, co takiego planuję. Nie udawaj, że aż tak bardzo się o mnie troszczysz, braciszku – dodała z naciskiem na ostatnie słowo, tym aż nazbyt znajomym, ironicznym tonem.
Przez twarz Gabriela przemknął cień, ale nawet jeśli był poirytowany, nie dał niczego po sobie poznać.
– A jak ci się wydaje, co Isabeau? – westchnął chłopak, wyraźnie coraz bardziej sfrustrowany sytuacją. – Myślałem, że trafi mnie szlag, kiedy dowiedziałem się, co się stało. Jasne, cierpisz, ale…
– Już nie – przerwała mu ze spokojem, który jednak nie miał w sobie niczego, co można by uznać za kojące.
Wampirzyca wzruszyła ramionami, w najmniejszym nawet stopniu nie reagując na ciszę, która zapadła po jej słowach. Wydawała się zniecierpliwiona, chociaż starała się tego nie okazywać, spokojnie przypatrując się rodzeństwu, a zwłaszcza rozmawiającego z nią bratu. Nie uśmiechała się, w gruncie rzeczy nie okazując niczego, prócz narastającego znudzenia, co również nie było w jej przypadku normalne. Rufus zdążył poznać Isabeau w różnych sytuacjach – począwszy od chwil, w których zachowywała się jak histeryczka, na jej bardziej zrównoważonej, charyzmatycznej wersji kończąc. Dimitr nie bez powodu wybrał ją na dowódczynię straży i to jedno akurat trzeba było przyznać – Isabeau potrafiła i planować, i walczyć.
Problem polegał na tym, że w tamtej chwili zdecydowanie nie sprawiała wrażenia kogoś, kro potrafi radzić sobie z emocjami, a tym bardziej podejmować logiczne, spójne decyzje. Co prawda nie okazywała żadnych emocji, a tym bardziej nie próbowała ich ani pozabijać, ani zniechęcić, ale to wydawało się być zaledwie kwestią czasu. W jej spojrzeniu dało się doszukać wrogości, chociaż Rufus szczerze wątpił w to, żeby Layla albo Gabriel zamierzali zwrócić na to uwagę.
– Isabeau… Isabeau, proszę – jęknęła Lay. Jej głos zabrzmiał w niemalże histeryczny, błagalny sposób. – Możemy porozmawiać?
– A nie robimy tego? – Dziewczyna rzuciła siostrze poirytowane spojrzenie. – Tylko nie zacznij się znowu mazać, okej? Nic mi nie jest.
– W takim razie… pojedźmy do domu – zaproponowała cicho wampirzyca. – Proszę, Beau. Tęsknię za tobą.
Dawna Isabeau na takie wyznanie albo prychnęłaby i rzuciwszy jakąś złośliwą, ale wyszukaną uwagę, jednak pozwoliła się objąć. Ta nowa wybuchła pozbawionym jakichkolwiek oznak wesołości, zimnym śmiechem, który – a jakże! – zranił Laylę niemniej niż to, gdyby została uderzona. W tamtej chwili zapragnął na wampirzycę warknąć i jednak się wtrącić, ale w ostatniej chwili udało mu się nad sobą zapanować.
– Och, tak, na pewno! Już pędzę! – Kapłanka wywróciła oczami. – Czegoś nie zrozumiałaś podczas ostatniej naszej rozmowy, co kochanie? Nie chcę i nie zamierzam – oznajmiła z naciskiem – użalać się nad sobą, podczas gdy wy będziecie mnie żałować!
– A kto próbuje cię żałować?! – zniecierpliwił się Gabriel, pomimo wyraźnej niechęci siostry, decydując się przesunąć w jej stronę. – Czułem twój ból… I cholera, wierz mi, do tej pory mam ochotę zabić za to Dimitra – za to, że w ogóle spróbował cię skrzywdzić. Ale to jeszcze nie oznacza, że którekolwiek z nas chce…
– Do jasnej cholery, więc po co ciągniemy tę rozmowę?! – przerwała mu, wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym geście. Zaczynała tracić cierpliwość i to było widać zarówno w sposobie, w jaki się poruszała, jak i przypatrując się zwykle niebieskim oczom. Rufus kontrolował zwłaszcza je, dzięki czemu bez trudu zauważył, że na ułamek sekundy zmieniły kolor na czerwony – a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze. – Jeśli chcecie rozliczać się z Dimitrem, droga wolna! Ja zostaję tutaj i zamierzam korzystać z życia, bo w końcu czemu nie? On niech pierdoli Claudię tak długo, aż jakimś cudem da mu gromadkę uroczych wampirków, czy co tam sobie teraz planują… Mnie już to nie obchodzi, jasne?!
Pewnie. Brzmisz tak, jakbyś w ogóle się nie przejmowała, pomyślał z przekąsem, ale i tego zdecydował się nie mówić. Wystawianie nerwów wampirzycy na próbę, kiedy była w takim stanie, nie było ani zabawne, ani rozsądne, nie wspominając o tym, że nie w taki sposób nauczył się traktować kobietę. Doprowadzać ją do szału, kiedy robiła to samo, diametralnie różniło się od kogoś, kto niejako dobrowolnie wyrzekł się jedynego, co upodabniało go do człowieka.
Po słowach Isabeau zapanowała nieprzenikniona, pełna napięta cisza, przerywana wyłącznie odgłosami przemykających głównymi drogami miasta samochodów oraz dobiegającej z pobliskiego baru muzyki. Wampirzyca wydęła usta – czerwieńsze niż zazwyczaj, co w połączeniu z ostrym makijażem momentalnie sprawiło, że Rufus pomyślał o Asherze – najwyraźniej zaczynając się niecierpliwić. Jeszcze przez kilka następnych sekund stała i czekała na coś bliżej nieokreślonego – być może po prostu spokój, a może powód do wybuchu i tego, by jednak rozpocząć prawdziwą kłótnię. Jakkolwiek by jednak nie było, nie doczekawszy się nawet słowa sprzeciwu, bezceremonialnie okręciła się na pięcie, najwyraźniej zamierzając ruszyć w swoją stronę.
– Beau! – zaoponowała Layla i bez chwili wahania popędziła za siostrą, nie zamierzając po raz kolejny pozwolić na to, żeby dziewczyna uciekła.
Dręczenie jej było błędem, co stało się jasne już w chwili, w której Isabeau zdecydowała się odwrócić. Czerwony błysk wciąż jeszcze pozostawał w na swój sposób kontrolowanej, trudnej do natychmiastowego zauważenia formie, to jednak nie miało znaczenia. Liczyło się przede wszystkim to, że kapłanka bezceremonialnie odepchnęła siostrę, zaskakując ją do tego stopnia, że ta z wrażenia zatoczyła się do tyłu i byłaby upadła, gdyby w porę nie doskoczył do niej brat. Gabriel zdecydowanym ruchem postawił siostrę do pionu, po czym wyminął ją, podchodząc bliżej Isabeau i spoglądając nań tak, jakby zaczynał podejrzewać, że ta postradała zmysły.
– Na litość bogini, co ty…? – Urwał, być może woląc nie poznać odpowiedzi. – Isabeau, do diabła!
 – Powiedziałam wam coś – przypomniała chłodno, bynajmniej nie zamierzając przepraszać. – Zabierz ją i stąd spadajcie. Nie chcesz wiedzieć, co mogłabym zrobić, jeśli nie odpuścicie?
– Dalej zachowywać się jak jakaś… Zresztą nieważne – zreflektował się pośpiesznie Licavoli.
Przez twarz wampirzycy przemknął cień.
– Ależ nie! Proszę bardzo, dokończ, bo ja chętnie posłucham – zaproponowała i choć jej ton pozostawał względnie obojętny, dało się wyczuć, że była bliska tego, by dostać szału. – Jak „suka”? Poproszę coś bardziej oryginalnego, bo to już kiedyś od ciebie słyszałam, braciszku – zadrwiła, chociaż zdecydowanie nie było jej do śmiechu.
– Jak egoistka – poprawił ją w łagodny, ale zdecydowany sposób. – Czyli tak, jak zwykle: uciekasz.
– Och, nie! Teraz mylisz pojęcia, Gabrielu – obruszyła się, mimowolnie wzdrygając, jakby samo słuchanie takiej sugestii było dla niej nie do pomyślenia. – Uciekałam przez czterysta lat przed przeszłością i Miastem Nocy, bo by mnie zniszczyły. A potem wróciłam… I wiesz co? Miałam rację – zniszczyły mnie. – Parsknęła śmiechem, bynajmniej nieprzejęta przesłaniem, które niosły ze sobą jej własne słowa. – A skoro tak, nie mam przed kim uciekać. Już nie… Nie, skoro robię dokładnie to, co sama zechcę. Jeśli wydaje ci się, że czegokolwiek żałuję, to jesteś w błędzie, jeśli zaś chodzi o was… – Isabeau zamilkła, po czym spojrzała bratu w oczy. – Nie ma już nikogo ani niczego na czym tak naprawdę by mi zależało. Teraz jestem już tylko i wyłącznie ja.
Zaraz po tym czerwień ostatecznie wyparła ślady błękitu z jej oczu, a Isabeau zaatakowała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa