06.07.2016

Dwieście czterdzieści jeden

Jocelyne
W pierwszym odruchu zapragnęła na niego warknąć. To wydawało się sensowne i uzasadnione, tym bardziej, że była aż nazbyt świadoma tego, że Dallas zachowywał się w co najmniej irracjonalny sposób – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Co takiego w ogóle strzeliło mu do głowy, kiedy zdecydował się z nią zostać, na dodatek po tym wszystkim, co mu zrobiła?! To nie miało sensu, przynajmniej z jej perspektywy, to zresztą wydawało się najmniej istotne w sytuacji, w której właśnie ujawniła przed nim o wiele więcej, aniżeli mogłaby sobie życzyć.
Co takiego powinna o tym myśleć? W głowie miała pustkę, a spojrzenie chłopaka, który bynajmniej nie wydawał się zaniepokojony perspektywą tego, że leżał tuż obok dziewczyny, która w każdej chwili mogła rzucić mu się do gardła, jedynie wszystko dodatkowo komplikowało. Niech go szlag! Nie raz słyszała, jak dziadek Edward wspominał o tym, że babci brakowało czegoś, co chyba nazywało się „instynktem samozachowawczym”, ale dopiero w tamtej chwili w pełni dotarło do niej, co to tak naprawdę oznaczało. Z drugiej strony, być może bardziej adekwatnym stwierdzeniem byłoby to, że Dallasowi po prostu brakowało rozumu – o ile oczywiście kiedykolwiek go miał.
Bardzo wątpliwe…
Nie odezwała się nawet słowem, wciąż wpatrując się w jego oczy i próbując stwierdzić, co takiego powinna zrobić. Już i tak siedziała na krawędzi łóżka, ryzykując, że jeśli odsunie się jeszcze trochę, ostatecznie wyląduje na podłodze. Cóż, to chyba nawet nie byłoby takie złe, tym bardziej, że potrzebowała jakiegoś sposobu na to, żeby się otrząsnąć. Ostatecznie zaczęła niespokojnie wodzić wzrokiem na prawo i lewo, szukając czegokolwiek, co mogłoby zająć jej uwagę i choć trochę rozjaśnić w głowie. Podejrzewała, że to byłoby za proste, nie wspominając o tym, że dzięki temu może byłaby w stanie przekonać samą siebie, że wszystko było jakimś pokręconym, chorym snem albo halucynacją. Problem polegał na tym, że oszukiwanie samej siebie najzwyczajniej w świecie nie miało sensu.
Jej spojrzenie padło na starannie zasłoniętym zasłonami oknie. Wcześniej nie zwróciła uwagi na to, że w pokoju panował przyjemny półmrok, więc ten widok wydał jej się tym bardziej zaskakujący, tym bardziej, że była pewna, iż to nie ona pokusiła się o to, żeby zaciągnąć materiał. Wymownie uniosła brwi, po czym zerknęła na w pełni już rozbudzonego, wpatrzonego w nią Dallasa, który jakby od niechcenia wsparł brodę na dłoni, by lepiej móc jej się przyjrzeć.
– Nie zauważyłem, żebyś paliła się na słońcu, ale lepiej nie ryzykować, nie? – rzucił jakby od niechcenia, a ona zesztywniała, tak irracjonalnie szczere wydało jej się to proste stwierdzenie.
– Jak…?
Dallas westchnął.
– Nie jestem głupi, okej? Poza tym tłumaczyłaś mi dość… – Urwał, po czym lekko zmarszczył brwi, najwyraźniej intensywnie się nad czymś zastanawiając. – Ile pamiętasz?
– Dość, by wiedzieć, że prawie cię nie zabiłam, a ty jak jakiś idiota wywaliłeś Shannon! – naskoczyła na niego, mając coraz większy problem z powstrzymaniem się przed podniesieniem tonu głosu.
Zadrżała niekontrolowanie, po czym poderwała się na równe nogi, zrywając się tak gwałtownie, że z wrażenia omal nie potknęła się o własne nogi. Zatoczyła się lekko, w ostatniej chwili chwytając stolika nocnego, co pozwoliło jej uniknąć upadku. Drżała, mając wrażenie, że nogi ma jak z waty, co samo w sobie nie wydało jej się dziwne – dobrze znała to uczucie, najczęściej mając z nim do czynienia po kolejnej nieprzespanej nocy, kiedy zdarzało jej się chorować. Gdyby sytuacja była inna, a Dallas nie mówił jej tak jednoznacznych rzeczy, pewnie uznałaby, że chodziło właśnie o to: że chorowała, a chłopak po prostu się martwił. Tak, już prędzej to mogłoby być znośną, w pełni akceptowalną przez nią perspektywą, w przeciwieństwie do tego, co wydarzyło się w rzeczywistości.
Przycisnęła drżącą dłoń do ust, zaczynając niespokojnie krążyć i mimo oszołomienia nie będąc w stanie zmusić się do tego, żeby ustać w miejscu. Słodka bogini, więc jednak namieszała! Próbowała zmusić swój ociężały umysł do przynajmniej częściowej współpracy, ten jednak z uporem odmawiał jej pomocy, podsyłając co najwyżej jakieś niespójne sceny i słowa, których nie była w stanie uporządkować w żaden sensowny sposób. W głowie miała pustkę, ciało wciąż odmawiało posłuszeństwa, z kolei ona… Ona najlepiej z tego wszystkiego pamiętała smak jego krwi oraz to, że był blisko – cudownie ciepły, znajomy i zwiastujący jakże upragnione bezpieczeństwo.
– Joce… Ehm, dobrze się czujesz? – usłyszała tuż za plecami opanowany głos Dallasa. – Jakbyś jeszcze chciała się napić…
– O czym ty do mnie mówisz?!
Błyskawicznie odwróciła się w jego stronę, tak gwałtownie, że z wrażenia aż zawirowało jej w głowie. Gniewnie zmrużyła oczy, taksując chłopaka wzrokiem i przez moment mając ochotę porządnie nim potrząsnąć, żeby się opamiętał. Co takiego było z nim nie tak? Wszystko wskazywało na to, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, kogo miał przed sobą, a jednak zachowywał się tak, jakby to nic nie zmieniało, a on doskonale bawił się jej kosztem. To najzwyczajniej w świecie nie miało sensu, a przynajmniej ona w żaden sposób nie potrafiła się go doszukać.
– Jesteś strasznie spięta, wiesz? – zauważył i to skutecznie zatkało jej usta.
– Ja jestem spięta…? – powtórzyła, wciąż nie będąc w stanie uwierzyć w to, że mógłby podchodzić do całej sprawy tak spokojnie. – Dallas, na litość bogini…
– Co? – Rzucił jej wymowne spojrzenie, które prawie na pewno miało związek z tym, że mogłaby nawiązać do obcej mu Selene, a nie tego, że cokolwiek faktycznie było nie tak. Miała wrażenie, że odstanie szału, kiedy jakby od niechcenia przeczesał palcami już i tak zmierzwione włosy, robiąc sobie na głowie jeszcze większy bałagan. – Zresztą nieważne. Jakbyś chciała usiąść i porozmawiać… – zachęcił, przesuwając dłonią po pościeli.
Sądziła, że nic więcej nie wytrąci ją z równowagi w większym stopniu niż on, ale najwyraźniej i w tej kwestii się pomyliła. Wypuściła powietrze ze świstem, w duchu modląc się o cierpliwość, po czym chcąc nie chcąc podeszła bliżej łóżka. Wątpiła w to, żeby szczególe zbliżenie się do chłopaka było dobrym pomysłem, podświadomie woląc trzymać się na dystans, ale powoli zaczynała dochodzić do wniosku, że uspokojenie się i dostosowanie do tego, co sugerował jej Dallas, był najlepszym pomysłem, jeśli chciała cokolwiek sensownego ustalić.
Chłopak uśmiechnął się blado, co chyba miało być przyjemnym, zachęcającym gestem, ale nawet nie była w stanie go odwzajemnić. Ostrożnie usiadła, poniekąd dlatego, że wciąż czuła się tak, jakby w każdej chwili mogła zwalić się ciężko na ziemię.
– Nic już nie rozumiem – poskarżyła się, choć przecież powinno być odwrotnie. Czy to nie on powinien oczekiwać wyjaśnień od niej?
– Widzę… Ale czujesz się lepiej? – zapytał.
Westchnęła, po czym z wolna skinęła głową.
– Jeśli pytasz mnie o stan fizyczny, to tak – przyznała niechętnie. – Dallas…
– Trochę rozmawialiśmy w nocy, ale chyba tego nie pamiętasz – ocenił, a w jego tonie po raz pierwszy wychwyciła nutkę wahania. Sama uniosła brwi, bo choć już wcześniej odniosła wrażenie, że umknęło jej coś istotnego, czym innym było, kiedy powiedział o tym wprost. – Gdybym się nie zorientował, że mogłabyś potrzebować… – Urwał, a jego dłoń momentalnie powędrowała do szyi. – Gdyby nie to, pomyślałbym, że tylko majaczysz.
– A majaczyłam? – zapytała z powątpiewaniem.
Cóż, jasne, że tak – jak inaczej mogłaby mu powiedzieć coś, czego nie zapamiętała? Wyrzuty sumienia nie dawały jej spokoju nawet na moment, a jakby tego było mało, do tego wszystkiego zaczął dochodzić niepokój. Czy jej rodzina nie miała kłopotów już bez tego, co zrobiła? Pamiętała napięcie, które wiązało się z wypadkiem Liz i tym, że Damien mógłby ją uratować, a przecież jej brat nie miał wyboru. W jej przypadku było inaczej, a jedyną osobą, do której mogłaby mieć pretensje, była ona sama.
Zawahała się, nie po raz pierwszy w ostatnim czasie próbując sobie przypomnieć szczegóły tego, co działo się w nocy. Bezwiednie dotknęła dłonią czoła, pocierając je i dla pewności sprawdzając, czy jednak nie miała gorączki, choć przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to nie miało sensu. Wbrew wszystkiemu czuła się świetnie, jak zawsze po tym, jak zdarzało jej się wypić ludzką krew. Teraz na dodatek miała okazję spróbować czegoś bezpośrednio od dawcy, przy czym zawartość plastikowej torebki wydawała się zaledwie marną podróbką.
– Czym tak naprawdę jesteś? – Dallas zdecydował się przerwać panującą ciszę, przy okazji ignorując wcześniejsze, zadane przez nią pytanie. – Wybacz, że to tak brzmi, ale… No, jestem ciekawy – wyjaśnił, a Joce prychnęła.
– Tylko ciekawy? Żartujesz sobie ze mnie?
– Ja? Jasne, że nie! – zreflektował się pośpiesznie. – Wiem, że to… brzmi dziwnie, ale o co innego mogę cię zapytać? Cholera, dobra, boję się! Zadowolona?
Uniosła brwi, co najmniej zaskoczona takim wyznaniem. Momentalnie zapragnęła się odsunąć, ale powstrzymały ją palce Dallasa, które bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zacisnęły się na jej nadgarstku.
– Nie chciałam cię skrzywdzić – powiedziała w pośpiechu. – Nawet mi to głowy nie przyszło, ale…
– Wiem – przerwał jej pośpiesznie. – Boję się o ciebie, rozumiesz? Przez moment pomyślałem, że tak jak Vickie… – Urwał, po czym wzruszył ramionami. – Miałem całą noc na przemyślenia, tym bardziej, że wyciągnięcie wniosków co do tego, co się z tobą dzieje, nie było trudne.
– Doprawdy? – zapytała z powątpiewaniem. – Dallas, ja wcale nie… Jak ja mam ci to powiedzieć? – jęknęła, zwracając się bardziej do siebie niż kogokolwiek innego.
– Że jesteś wampirem? – podpowiedział jej usłużnie. – Nie wiem czy to straszne, czy fajne.
– Nie – zaoponowała machinalnie.
Chłopak westchnął, po czym bardziej stanowczo chwycił ją za ramię, zdecydowanym ruchem przyciągając do siebie.
– Nie musisz zaprzeczać, bo tyle już sam zdążyłem zrozumieć. Co prawda nie sądziłem, że mogłabyś być w takim stanie… i że właśnie ty… – W tamtej chwili głos lekko mu zadrżał, co uprzytomniło jej, że jednak przeżywał sytuację o wiele bardziej, aniżeli był skłonny przyznać. – Ale potrzebowałaś tego, więc cię karmiłem. Nie zabiłaś mnie, więc chyba jest okej, prawda?
– Okej? – powtórzyła z niedowierzaniem, przyciskając dłoń do ust, by powstrzymać krzyk frustracji. Może gdyby jednak wybuchła, wtedy łatwiej byłoby jej do niego dotrzeć. – Nie miałam pojęcia, co takiego robię i co dzieje się wokół mnie! Jakbym zbytnio się zagalopowała… Dallas, ty siebie słyszysz? Dopiero co sam powiedziałeś, że jestem…
– Wampirem? – podpowiedział w końcu, bo zawahała się przed wypowiedzeniem tego jednego słowa.
Zdzieliła go w ramię – mocno, chcąc żeby poczuł choć odrobinę bólu, którego w normalnym wypadku nie mogłaby mu zadać. Skrzywił się, ale nie dał po sobie poznać tego, że uderzenie w jakimkolwiek stopniu mogłoby robić na nim wrażenie.
– Możesz w końcu przestać? Mam wrażenie, że doskonale bawisz się z myślą o tym, że mogłam cię zabić – zarzuciła mu.
To było nie do pomyślenia, zresztą jak i to, że z takim spokojem podchodził do kwestii tego, co miało miejsce. Miał przed sobą wampira? Okej, super! W końcu to nic takiego, że pozwolił się jej kąsać – i to więcej niż raz, a przynajmniej tyle zdążyła zaobserwować.
Musiał wyczuć jej gniew, bo lekko zmarszczył brwi, po czym z uwagą zmierzył jej sylwetkę wzrokiem. Jego spojrzenie ostatecznie spoczęło na jej twarzy, koncentrując się przede wszystkim na lśniących, zagniewanych i (och, tego była pewna) wystraszonych oczach.
– Nie zapominaj, gdzie jesteśmy. Pamiętasz, co powiedziałem ci w nocy? Kontroluję prąd – przypomniał cicho. – Collin potrafi roztopić metal samym tylko dotykiem, Shannon wyczynia cuda głosem… A ty widzisz duchy. Serio uważasz, że na tle tego wszystkiego wampiryzm robi na mnie jakiekolwiek wrażenie? Nie chcesz nas chyba pozabijać, więc teoretycznie… wolę założyć, że to po prostu ciekawe – wyjaśnił, bezradnie rozkładając ramiona.
„Zachowuję się jak idiota i dobrze mi z tym” – wydawała się mówić jego postawa, a przynajmniej tak było na pierwszy rzut oka. Jocelyne była pewna, że w głębi duszy nawet Dallas musiał zdawać sobie sprawę z tego, że sprawy wcale nie miały się aż tak beztrosko i miło, jak próbował udawać. Mimo wszystko sama nie była pewna tego, czy czuła się mu za to zachowanie wdzięczna, czy może wręcz przeciwnie – niebotycznie drażniło ją to, że mógłby aż do tego stopnia bagatelizować całą sytuację.
Wciąż oszołomiona i niepewna tego, co powinna zrobić, spojrzała na jego odsłonięte gardło. Lekko zmarszczyła brwi, zarazem chcąc i nie chcąc przypatrywać się widocznym na skórze śladom. Cóż, przynajmniej tym razem nie krwawiły, co chyba znaczyło, że zrobiła wszystko tak, jak powinna, ale i tak czuła się z tego powodu okropnie.
– Nie wiem, co działo się ze mną w nocy… Nie powinnam była tyle czasu zwlekać z posiłkiem – przyznała, a Dallas drgnął.
– To znaczy? – zapytał jakby od niechcenia, ale wyczuła w jego głosie napięcie. – Co byś zrobiła? Pytam tak czysto teoretycznie, oczywiście.
– Poszłabym na stołówkę i wzięła sobie obiad – rzuciła z powagą, kolejny raz wprawiając go w konsternację. – No co?
– Nie wiem… Ale po cichu liczę na to, że to oznacza, że po prostu dziabnęłabyś Collina.
Coś w jego słowach sprawiło, że momentalnie zapragnęło jej się śmiać. Początkowo nawet próbowała się powstrzymać, po chwili jednak odruchy wzięły górę, a ona parsknęła niekontrolowanym, szczerych śmiechem, który zaskoczył chyba bardziej niż cokolwiek innego. Jak mogłoby być inaczej, skoro patrząc na jego twarz, odniosła wrażenie, że był bardzo rozczarowany tym, że ostatecznie nie postąpiła w taki sposób.
– Bardzo zabawne – zadrwiła, udając, że nie dostrzega, że Dallas spojrzał na nią w niemalże urażony sposób.
– To ty zaczęłaś żartować z tym obiadem – obruszył się.
Natychmiast energicznie potrząsnęła głową. Przez moment znowu czuła się w niemalże ten sam sposób, co i podczas ich rozmowy na temat nekromancji, kiedy musiała przyznać mu się do tego, że czasami zdarzało jej się widywać niepokojące rzeczy.
– Mówiłam o tym obiedzie najzupełniej poważnie – oznajmiła z naciskiem. – Gdybym jadła tyle, ile powinnam, krew byłaby mi zbędna.
Cóż, to akurat stanowiło całkiem znaczące uproszczenie faktów, ale mimo wszystko było prawdziwe. Wiedziała, że nie mogłaby przez całą wieczność zadowalać się ludzkim jedzeniem, ale zróżnicowana dieta na pewno znacznie umniejszała zapotrzebowanie na ludzką krew, zwłaszcza w jej przypadku. To była jedna ze znaczących zalet tego, kim była – wyjątkowo ludzkiej pół-wampirzycy, która w tak znaczący sposób różniła się od swoich pobratymców.
– To wampiry nie muszą pić krwi? – rzucił z powątpiewaniem Dallas. – Zamiast dać się kąsać, mogłem po prostu przynieść ci kanapkę czy jak?
Wywróciła oczami, tym bardziej, że nagle nabrała pewności, że byłby w stanie obrazić się na nią, gdyby potaknęła. Nie pojmowała, co takiego siedziało temu chłopakowi w głowie, ale z dwojga złego takie zachowanie i tak wydawało się lepsze, niż gdyby spróbował uciec od niej z krzykiem. To było kojące, nawet jeśli wciąż była świadoma tego, że sama rozmowa przybrała najmniej odpowiedny obrót. Nie powinna była mu tego tłumaczyć, ale mimo wszystko…
– Dzisiaj w nocy… byłam już na granicy wytrzymałości – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – Ja nie jestem takim zwykłym… No wiesz.
– Wampirem.
Aż do tego stopnia odpowiadało mu to słowo?
– Tak – przyznała z wahaniem. – Nie jestem nawet podobna do mojego rodzeństwa – dodała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
– Oni też są…? – zaczął, po czym urwał, bo energicznie pokiwała głową.
– Nie jestem pewna, czy powinnam ci o tym mówić. W gruncie rzeczy… to może być niebezpieczne – dodała, a chłopak prychnął.
– Mówiłem ci już, że boję się co najwyżej tego, co mogłoby stać się z tobą – przypomniał zdecydowanym tonem. – Już i tak widziałem dość. Nie przestraszysz mnie, zresztą… potrafię się bronić – zapowiedział, w znaczącym geście unosząc dłoń do góry.
Miał na myśli swoje zdolności, jego słowa zresztą w najmniejszym nawet stopniu nie wydawały jej się dziwne. Do przewidzenia było, że zacznie szukać każdego możliwego sposobu na to, by przekonać ją do zwierzeń i jakkolwiek zapewnić, że doskonale radził sobie z sytuacją. Nie chciała wnikać w męską dumę i wszystko to, co się z nią wiązało, takie starania zresztą wydawały się zbędne, tym bardziej, że oboje już i tak zabrnęli o wiele za daleko.
Dlaczego?, pomyślała mimochodem, ale nie zadała tego pytania na głos. Dlaczego zostałeś we mnie w nocy i zaryzykowałeś, że mogłabym cię zabić?
Ta jedna kwestia nie dawała jej spokoju, niezmiennie dręcząc i stopniowo doprowadzając do szału. W głowie już i tak miała mętlik, a to był zaledwie początek kłopotów; była tego równie świadoma, co i tego, że skutecznie popsuła plany Dallasa, dotyczące odnalezienia Vickie. Nie miała pojęcia czy to dobrze, czy źle, ale mimo wszystko nie była z siebie zadowolona.
– Gdyby to jeszcze było takie proste… – Urwała, po czym wzruszyła ramionami. – A co z Shannon? Ona też chyba zasłużyła sobie na wyjaśnienia.
– Sądząc po jej reakcji, wnioskuję, że nie wiedziała? – Mimo wszystko zabrzmiało to jak pytanie.
– Nie rozpowiadamy tego ludziom na prawo i lewo, jeśli jeszcze się nie zorientowałeś – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Uniósł obie dłonie ku górze w poddańczym geście, wyraźnie próbując ją udobruchać. Była podenerwowana, co zresztą w obecnej sytuacji nie wydał jej się niczym dziwnym, tym bardziej, że sprawy naprawdę nie prezentowały się w szczególnie ciekawy sposób. Już sama nie była pewna, o kogo martwiła się bardziej: o siebie, o Dallasa czy może najbliższych, którzy nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, do czego ostatecznie doprowadziła.
– Okej, to tajemnica. Tyle zauważyłem – zapewnił pośpiesznie chłopak. – W takim razie jedziemy na jednym wózku, jeśli wiesz, co takiego mam na myśli.
Wypuściła powietrze ze świstem, próbując się uspokoić. Och, domyślała się, że musiał doskonale wiedzieć, co to znaczy ukrywać się przed normalnymi ludźmi. Chyba wszyscy w ośrodku to rozumieli, może pomijając Collina, który na każdym kroku zachowywał się w zgoła odmienny sposób. Fakt, czuła, że może mu zaufać, ale przecież nie tylko o to tu chodziło – z tym, że teraz było zdecydowanie za późno na to, żeby cokolwiek pod tym względem zmienić.
Ukryła twarz w dłoniach, próbując zebrać myśli i zadecydować, jak w takim wypadku musiała się zachować. Chyba nie miała wyjścia, teraz już zmuszona wytłumaczyć to i owo Dallasowi oraz Shannon, ale wcale nie była z tego powodu usatysfakcjonowana. Wręcz przeciwnie – czuła się okropnie, a chłopak wcale nie ułatwiał jej zadania, chociaż jego spokój sprawiał, że mimo wszystko nie czuła się aż tak źle.
Cholera, to było skomplikowane – i to o wiele bardziej, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć.
– Hej, Joce… – Materac ugiął się pod jego ciężarem, kiedy chłopak z wolna przesunął się w jej stronę. Nie zaprotestowała, gdy jak gdyby nigdy nic otoczył ją ramieniem, zdecydowanym ruchem przygarniając do siebie. – Jest okej. Czy…? – zaczął, jednak reszta jego słów najzwyczajniej w świecie jej uciekła.
Nie była pewna, co takiego sprawiło, że zdecydowała się poderwać głowę i spojrzeć w stronę drzwi. Zrobiła to w najzupełniej odruchowy, niekontrolowany sposób, wiedziona instynktem albo dziwnym przeczuciem, którego nie potrafiła za nic w świecie sprecyzować.
Przyczyna sama w sobie zresztą prawie natychmiast zeszła gdzieś na dalszy plan, wyparta przez widok, który sprawił, że momentalnie zmroziło jej krew w żyłach, a ona sama ledwo powstrzymała się przed tym, żeby zacząć krzyczeć.
Tuż przed zamkniętymi drzwiami, chorobliwie blada i przerażona, jak gdyby nigdy nic stała Victoria.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa