07.07.2016

Dwieście czterdzieści dwa

Elena
– Aha… I tak po prostu przyjaźnisz się z człowiekiem? Nie no, pewnie, powiedzmy, że to rozumiem. – Miriam zamilkła i zawahała się na moment. – Chyba.
Elena nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, w duchu modląc się o choć odrobinę cierpliwości. Wcześniej była zbyt oszołomiona sytuacją, żeby zastanawiać się nad tym, co oznacza pozostawienie sam na sam z siostrą Rafaela, ale wszelakie wątpliwości zniknęły z chwilą, w której okazało się, że demonica najwyraźniej nie zamierza odstępować jej nawet na krok. Omal nie dostała zawału, kiedy po przebudzeniu (sama nie była pewna, jakim cudem udało jej się zasnąć, zamiast przez cały ten czas płakać w poduszkę w przypływie gniewu i bezsilności) tuż za oknem zauważyła swobodnie stojącą na skraju lasu, bezczelnie machającą do niej Mirę. Nie miała pojęcia, czy tej kobiecie życie było niemiłe, czy może wręcz przeciwnie – liczyła na okazję do zorganizowania zamieszania, by się nie nudzić – faktem jednak było to, że w pośpiechu wypadła z domu, chcąc jak najszybciej zadbać o to, by nieśmiertelna nie została zauważona przez któregokolwiek z jej bliskich. Jakby tego było mało, po raz kolejny musiała niejako zbyt zmartwioną mamę, która z miejsca zauważyła, że jej córka mogłaby być przygnębiona. Nie była z tego powodu dumna, ale co innego tak naprawdę jej pozostało?
Tak czy inaczej, Miriam wydawała bawić się doskonale, a następne dni (czy ile miała potrwać nieobecność Rafaela) zapowiadały się w bardzo… intensywny sposób. Demonica należała do tych osób, które najwyraźniej nie potrafiły usiedzieć w miejscu, jeśli nie miały po temu konkretnych powodów, więc nie było mowy o biernym przesiadywaniu w kapliczce albo jej okolicy. W gruncie rzeczy Elena nawet nie potrafiła wyobrazić sobie tego, że mogłaby spędzić choć chwilę w tamtym miejscu. Kapliczka należała do niej i do Rafaela; to było ich miejsce, a przynajmniej ona nie potrafiła myśleć o nim w inny sposób, choć naturalnie nie zamierzała przyznawać się do aż tak wielkiej sentymentalności. Była pewna, że gdyby On tu był i mógł usłyszeć, co takiego chodziłoby jej po głowie, doczekałaby się tego cholernego, cynicznego uśmieszku i jakiejś kąśliwą uwagę, za którą najpewniej miałaby ochotę go zabić. Nie przypuszczała, że kiedykolwiek będzie w stanie za tym zatęsknić, ale kiedy o tym myślała, serce momentalnie zaczynało bić jej szybciej, jakby chcąc wyrwać się z piersi i uciec gdzieś daleko – najpewniej do Włoch, o ile naturalnie Rafie udało się w tak krótkim czasie dotrzeć na miejsce.
Była na siebie zła, choć to i tak nie oddawał w pełni tego, co tak naprawdę czuła. Szlag ją trafiał, kiedy przypominała sobie ostatnią wymianę zdań, a zwłaszcza moment, w którym ostatecznie straciła nad sobą kontrolę. Jasne, mogła ugryźć się w język, ale prawda była taka, że on też nie był bez winy. Mógł… zrobić dosłownie wszystko, począwszy od tego, żeby przyjąć do wiadomości to, że mogłaby się o niego troszczyć. Zaczynał pojmować istotę miłości – twierdził nawet, że ją kocha – a jednak pomimo tego zachowywał się w ten idiotyczny, doprowadzający ją do szału sposób, bagatelizując wszelakie obawy i pod wpływem impulsu dosłownie rzucając się z motyką na słońce? Już nawet nie chodziło o to, że mógłby traktować ją przedmiotowo, bo to od zawsze leżało w jego naturze; walczyła z tym przyzwyczajeniem, ale prawda była taka, że zwalczenie go mogło okazać się dość problematyczne.
Jakkolwiek by nie było, Rafael zachowywał się jak dupek, ale i tak za nim tęskniła. Starała się nie zastanawiać nad tym, gdzie i dlaczego zniknął, ale to wcale nie było takie proste, jak mogłaby tego oczekiwać. Nie potrafiła całkowicie z pamięci wyrzucić myśli o tym, że zamierzał spotkać się z Isobel, tym samym decydując się na podjęcie jednego z najgłupszych kroków w historii ludzkości… I w zasadzie nie tylko. Niby jak i o czym chciał z nią dyskutować, skoro najpewniej uważała go za zdrajcę – kogoś, kto zignorował jej rozkazy, a może nawet uciekł, pozostawiając bieg wydarzeń samemu sobie? Elena nie znała wampirzej królowej, ale słyszała dość, by poważnie zacząć martwić się o wszystko i wszystkich. Z tego, co wiedziała i czuła, była w stanie z łatwością wywnioskować, że nieśmiertelna nie należała do osób, które dawały drugą szansę. Wątpliwe nawet wydawało się to, czy Isobel w ogóle miała w planach słuchać wyjaśnień, zwłaszcza po tym, jak wysłała do zabicia jej kolejną osobę. Jeśli brat Liz naprawdę miał jakikolwiek związek z pierwotną, sprawy naprawdę miały się w co najmniej nieciekawy sposób, a Elena stopniowo zaczynała dochodzić do wniosku, że teraz mogło być już tylko gorzej.
To chyba właśnie myślenie o Jasonie, wypadku podczas imprezy i tym, jak łatwo mogłaby znaleźć się na miejscu Jessiki, ostatecznie sprawiły, że zaczęła intensywnie myśleć o Elizabeth. Sama nie była pewna, co takiego ostatecznie podkusiło ją do tego, by – ignorując przy tym jakieś złośliwe uwagi Miry na temat tego, że nie miała zamiaru tracić czasu na bezsensowne uganianie się po lesie albo kolejną walkę na florety – spróbować napisać do przyjaciółki. Początkowo stała, wpatrując się w kilka kresek zasięgu oraz białe pole na nową wiadomość, sama niepewna tego, jak po tym wszystkim miałaby zacząć rozmowę. „Cześć”? To wydawało się zbyt proste i naiwne, nie wspominając o tym, że Liz pewnie i tak miała ją zignorować. To Damien w ostatnim czasie stanowiło dla jej przyjaciółki większe wsparcie i powiernika, aniżeli ona sama, jeśli zaś wziąć pod uwag to, jak dziewczyna zachowywała się w apartamentowcu, oszołomiona nadmiarem informacji i wszystkim tym, co wiązało się z zaznajomieniem się z kwestią istnienia wampirów albo istot im podobnych…
Masz chwilę?
Jej palce na moment zawisły nad przyciskiem „wyślij”, zanim ostatecznie zdecydowała się uderzyć nań palcem. Wypuściła powietrze ze świstem, kiedy komórka jednoznacznie dała jej do zrozumienia, że wiadomość została pomyślnie dostarczona do adresatki, nie dając już najmniejszych szans na to, żeby mogła się wycofać. Nie miała zielonego pojęcia, co takiego chciała w ten sposób osiągnąć, ale z drugiej strony… czy cokolwiek z tego, co robiła w ostatnim czasie, było sensowne?
Tym większym zaskoczeniem było dla niej to, że Liz odpowiedziała jej zaledwie pół minuty później – zdawkowo i nie tak entuzjastycznie, jak jeszcze kilka tygodnie wcześniej, ale to wystarczyło, by Elena niemalże popłakała się z ulgi.
Spotkajmy się tam, gdzie zwykle
Niczego więcej nie było jej trzeba. Istniało tylko jedno miejsce, które mogło wiązać się z treścią wiadomości Liz, a konkretnie kawiarnia, w której nie tak dawno temu zwierzała się przyjaciółce z pewnego intrygującego faceta, który wydawał się ją obserwować. Wtedy jeszcze nie zdawała sobie sprawy z tego, kim był Rafael i jak bardzo jej życie zmieni się przez kilka podjętych pod wpływem impulsu decyzji. Nie miała pojęcia, że ktokolwiek mógłby chcieć ją zabić, może pomijając kilka zazdrosnych koleżanek ze szkoły, którym szczególnie zalazła za skórę. Sama perspektywa tego, że mogłaby być zagrożona, wciąż wydawała jej się absolutnie irracjonalna i tak odległa, jakby obserwowała życie kogoś innego, niekoniecznie związanego z jej przeszłością, przyszłością czy teraźniejszością. Teraz wiedziała, że ogląda świat oczami jakiejś nowej Eleny, choć do tej pory nie potrafiła sprecyzować, jak bardzo ta inna dziewczyna różniła się od tej, którą była kiedyś.
No cóż, dawna Elena na pewno nie musiałaby martwić się o to, czy jej przyjaciółka zechce się z nią zobaczyć, pomyślała mimochodem. A już na pewno nie miałaby wątpliwości co do tego, o czym będzie z nią rozmawiać…
To była prawda, chociaż trudno było jej jednoznacznie stwierdzić, czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. Kiedyś potrafiła całe godziny rozmawiać z Elizabeth dosłownie o wszystkich, począwszy na ubraniach, zakupach i tak małoznaczącej kwestii, jaką stanowił dobrze dobrany makijaż, na obmawianiu ludzi ze szkoły kończąc. Nie potrafiła zliczyć, jak wiele razy doszukiwały się podobieństwa stylu, który prezentowała Jessica, do tego Eleny albo jak rozmawiały o kolejnych potencjalnych adoratorach. Byłyśmy cholernie wredne, przeszło jej przez myśl, ale nawet to wydało jej się właściwe – może i nieprzyjemne, ale jednak nieszkodliwe i trochę dziecinne, tym bardziej, że żadna z nich nigdy tak naprawdę nie życzyła komukolwiek źle. Czym innym było irytowanie się czy pobłażliwe ocenianie Jessiki, a czym zgoła odmiennym branie pod uwagę tego, że dziewczyna mogłaby zginąć – i to w tak okrutny, niezasłużony sposób. To była jej wina, chociaż starała się o tym nie myśleć. Jakaś jej cząstka próbowała protestować, stanowczo negując to, że miałaby powody, by o cokolwiek się obwiniać, w praktyce jednak to nie było takie proste, jak mogłaby tego oczekiwać – nie, skoro wiedziała, jaka jest prawda.
Problem pojawił się dopiero w chwili, w której uprzytomniła sobie, że musi pozbyć się Miriam, o ile to w ogóle było możliwe. Ostatecznie zdawkowo mruknęła coś na temat tego, że zamierza spotkać się z           przyjaciółką, co ta ostatecznie skwitowała śmiechem i dość ironiczną uwagą na temat współegzystencji z ludźmi.
Uroczo.
– Ani słowa – syknęła. – Chciałaś ją zabić, więc nawet nie próbuj komentować tego, że mogłabym przyjaźnić się z Liz. W zasadzie…
– Okej, ustalmy sobie jedną rzecz: nie wnikałam w to, kim jest dziewczyna na którą poluje Hunter, jasne? – przerwała jej chłodno Mira, nagle tracąc humor. – Poza tym nie jestem Rafaelem, więc nie muszę znosić twoich humorków. Mam cię nie zabić, co jeszcze nie oznacza, że nie mogę cię uszkodzić.
– Nie… Wcale nie brzmisz jak Rafael – zadrwiła, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Miriam wywróciła oczami.
– W porządku, ale ja nie pójdę z tobą do łóżka – zapowiedziała, a Elena prychnęła, nie mogąc się powstrzymać.
– On też nie pójdzie ze mną do łóżka – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Demonica uniosła brwi, co najmniej skonsternowana. – Wszyscy jesteście tacy święci, czy to tylko Rafa żyje w celibacie? Och, nie – czekaj! Nie chcę wiedzieć.
– Nie jestem pewna, czy chcę rozmawiać o tym, co robi… albo raczej czego nie robi mój brat w łóżku – zaczęła Mira, ostrożnie dobierając słowa – ale skoro już o tym mowa…
– Jak coś, nie wiesz tego ode mnie – wymamrotała, co najmniej zażenowana sytuacją.
Rafael mnie zabije…
– Ta, na pewno. Nie jestem głupia – żachnęła się dziewczyna. – Poza tym nie mam ochoty obserwować, jak wzdychacie sobie z przyjaciółeczką, ale… No, mam cię pilnować – przypomniała.
– Hunter wpadnie do kawiarni i obleje mnie wrzątkiem? – zapytała z powątpiewaniem. – To miejsce publiczne. Chyba nawet wy nie macie ochoty ujawniać się przed ludźmi, prawda? – zauważyła przytomnie, ale Miriam nie wydawała się szczególni przekonana.
– Jasne, jasne – mruknęła z powątpiewaniem. – Rób co chcesz, tylko nie miej do mnie pretensji, jak nas potem obie Rafa rozerwie na kawałeczki. Widziałam do czego jest zdolny, jak się zdenerwuje.
Elena jęknęła, aż nazbyt świadoma tego, że Mira mówiła najzupełniej poważnie. Kto jak kto, ale Rafel potrafił się zdenerwować – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Widziała go w wielu sytuacjach, zresztą za każdym razem, jak tracił nad sobą kontrolę, podświadomie wyczuwała, że powinna uciekać. Czasami naprawdę się go bała, choć łatwo było jej kontrolować to uczucie, skoro zdawała sobie sprawę z tego, że demon jej nie skrzywdzi. Być może to było przejawem naiwności z jej strony, ale wyobrażenie sobie Rafy, który naprawdę decyduje się podnieść na nią rękę, było ponad jej siły. Z drugiej strony, możliwe było również to, że nie chciała o tym myśleć, bo z chwilą, w której on by ją uderzył, skończyłoby się wszystko. Nie chodziło o walki i wszystkie siniaki, których dorobiła się podczas treningów. Miała na myśli przemoc, tym bardziej, że dobrze wiedziała, jak wyglądało pierwsze małżeństwo jej matki – i zdecydowanie nie zamierzała związać się z kimś, kto choć raz spróbowałby ją skrzywdzić.
Spojrzała na Miriam, przez dłuższą chwilę wahając się nad tym, by ją o to zapytać – o to, jak daleko był w stanie posunąć się jej brat – ale w ostatniej chwili zdołała się powstrzymać. Sama kwestia swobodnej rozmowy z kimś, kogo nie tak dawno temu była gotowa rozerwać gołymi rękami, wydała jej się niemniej irracjonalna, co i cała sytuacja. Jakby tego było mało, pomimo wymienianych złośliwości, naprawdę zaczynała Mirę lubić, a to również nie było normalne. Rozmawiały, o ile warczenie na siebie nawzajem i złośliwe przytyki, można było określić tym mianem, ale mimo wszystko… Czym to właściwie różniło się od tego, jak czasami kłóciła się z Aldero? Z dwojga złego nie było źle, Miriam zresztą wydawała się bardziej rozbawiona niż poirytowana tym, że muszą spędzać razem czasem, choć naturalnie żadna z nich nie zamierzała się do tego przyznać – tak było proście, Elena zresztą mimochodem pomyślała o tym, że pod tym względem były do siebie podobne: obie uparte, dumne i irytujące.
Wciąż o tym myślała, w milczeniu podążając naprzód i starając się jak najmniej rozglądać po lesie. Wiedziała, że Miriam podąża tuż za nią, ale nie zwracała na demonicę większej uwagi, próbując zebrać myśli i psychicznie przygotować się na spotkanie z Elizabeth. O czym tak naprawdę powinna z nią porozmawiać, żeby nie wyjść na idiotkę? Samo to pytanie sprawiało, że miała ochotę roześmiać się w histeryczny, pozbawiony wesołości sposób, bo to wydawało się wręcz nie do pomyślenia. Słodka bogini, to była Liz! Ta sama, którą traktowała jak siostrę, nawet pomimo tego, że dotychczas nie mogła powiedzieć jej wszystkiego o sobie i swoich najbliższych. Teraz to uległo zmianie i chyba powinna czuć z tego powodu ulgę, a jednak robiło jej się słabo na samą myśl o tym, że naraziła bliską osobę na aż tak poważne niebezpieczeństwo.
Cholera, pewne sprawy powinny nie mieć miejsca – albo przynajmniej przybrać inny obrót. Gdyby tak było, teraz nie stresowałaby się przed spojrzeniem w oczy komuś, kto był dla niej ważny. Wszystko było nie tak, a ona wciąż miała wątpliwości co do tego, czy spotkanie w kawiarni mogło cokolwiek zmienić na lepsze, czy może… wręcz przeciwnie.
Westchnęła w duchu, po czym obejrzała się przez ramię, nieswojo czując się ze świadomością tego, że tuż za nią niczym cień podążała Miriam. Skrzywiła się mimowolni na widok pary rozłożystych, aksamitnie czarnych skrzydeł, które w taki bolesny sposób przypominały jej o Rafaelu.
– Musicie przez cały czas się z nimi obnosić? – zapytała, skinieniem głowy wskazując na interesujący ją obiekt. – To takie…
– Jakie? – Miriam wywróciła oczami. – Tak, musimy. Jakbyś potrafiła latać, to byś zrozumiała.
– Jakoś nie sądzę – rzuciła z powątpiewaniem, ale prawda była taka, że było to wierutnym kłamstwem.
Okej, miała dość powodów do tego, żeby czuć niechęć względem dużych wysokości – trudno, żeby było inaczej, skoro w pamięci wciąż miała to, jak bolesny potrafił być upadek z tak znaczącej wysokości. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie znała chyba cudowniejszego uczucia od możliwości unoszenia się w ramionach Rafaela. W takich chwilach niejednokrotnie zastanawiała się nad tym, jakby to było, gdyby sama mogła wznieść się w powietrze – tak po prostu, bez żadnych ograniczeń i pomocy kogokolwiek, nawet jeśli bliskość demona sprawiała jej dziką przyjemność. W tamtej tym bardziej zatęskniła za Rafą, więc w pośpiechu odrzuciła od siebie niechciane myśli, w zamian koncentrując się na tym, co najważniejsze: na Liz i rozmowie, która ją czekała.
– Wciąż zastanawiam się, jakim cudem udało ci się jakkolwiek wpłynąć na Rafaela – wtrąciła w zamyśleniu Mira. – Te uczucia…
– Znasz je? – zapytała pod wpływem impulsu.
Demonica prychnęła, spoglądają na Elenę w taki sposób, jakby widziała ją po raz pierwszy w życiu.
– Jaja sobie robisz? – Energicznie potrząsnęła głową. – Nic z tych rzeczy, na wrota piekielne. Nie mam ochoty wzdychać do jakiegoś śmiertelnika.
– Ale troszczysz się o Rafę, prawda? – nie dawała za wygraną. – Mam wrażenie, że…
– To tylko twoje wrażenie – przerwała jej chłodno Mira. – Dajże ty mi spokój, dziewczyno. Jestem po stronie mojego brata, bo tak mi wygodniej, poza tym jestem lojalna wobec ojca. Nie wiem, co ma do ciebie sama Ciemność i mnie to nie interesuje, ale to jeszcze nie znaczy, że masz wyobrażać sobie cholera wie co w tej swojej blond główce – zapowiedziała, a Elena wzniosła oczy ku górze.
– Serio jesteście do siebie podobni – oceniła.
Mira jęknęła, po czym zrobiła taki ruch, jakby miała ochotę jej przyłożyć. W teorii ten gest powinien był ją zaniepokoić, ale poczuła się przede wszystkim rozdrażniona, tym bardziej, że jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że demonica po prostu próbowała ją nastraszyć. Mimo wszystko cofnęła się o krok w tył, ciężko opierając plecami o pień najbliższego drzewa i z zaciekawieniem przypatrując stojącej przed nią kobiecie. Z rozłożonymi skrzydłami i ciemnym, sięgającymi pasa włosami, które mocno kontrastowały z jej cerą, wyglądała pięknie i groźnie. Jakby tego było mało, jak każda nieśmiertelna była urodziwa, a natura dodatkowo obdarowała ją szczególnym rodzajem urody – egzotycznymi rysami twarzy, które dodawały jej nieco surowego, intrygującego wyglądu. Kto jak kto, ale Mira z pewnością była równie ładna, co i niebezpieczna, co zresztą zdążyła już udowodnić. Elena była pewna, że Rafa nie zostawiłby jej z siostrą, gdyby nie miał pewności, że ta będzie w stanie ja obronić, gdyby zaszła taka potrzeba, ale i tak poczuła się z tą myślą dziwnie.
Wywróciła oczami, po czym uniosła obie ręce ku górze w poddańczym geście. Mira nie zmieniła wyrazu twarzy, wciąż sprawiając wrażenie surowej i podenerwowanej, ale kąciki jej ust nieznacznie uniosły się ku górze. W przypadku tej kobiety niczego nie można było być pewnym, ale z drugiej strony… to czy i ta cecha nie łączyła jej z Rafaelem?
– Hej, chyba się mnie nie boisz, co? – rzuciła zaczepnym tonem Mira. – Karmicie się z Rafciem krwią, ogólnie sama słodycz… A ja tylko przed tobą stoję – dodała z lubieżnym uśmiechem.
– Chciałabyś – rzuciła z przekąsem. Potrząsnęła głową, po czym zmusiła się do tego, żeby spojrzeć demonicy prosto w oczy. – Jeśli uważasz, że możesz mnie przestraszyć, to chyba całkiem już…
Urwała, nie tyle przez minę Miry, co sam fakt tego, że demonica nagle wyprostowała się niczym struna, niespokojnie rozglądając się dookoła. Początkowo nawet nie była pewna, czy cokolwiek jest nie tak, póki sam nie wychwyciła słodkiego, charakterystycznego dla wampira zapachu, który momentalnie sprawił, że serce zabiło jej szybciej ze zdenerwowania. Napięła mięśnie, po czym – śladem Miriam – wyprostowała się, gotowa do ewentualnego ataku albo obrony. Co prawda mimochodem przeszło jej przez myśl, że zapach wydaje się znajmy i że prawie natychmiast miała z nim już styczność, ale z drugiej strony…
A potem zrozumiała, jednak zamiast ulgi, poczuła narastającą z każdą kolejną sekundą mieszankę paniki i frustracji.
Cholera, jeszcze tego potrzebowała!
– Co do…? – zaczęła Mira, a potem zachichotała i spojrzała w jakiś bliżej nieokreślony punkt pomiędzy drzewami. – Proszę, kogo ja widzę. Już nie taki kruchy, jak ostatnim razem? – rzuciła pogodnym tonem, zwracając się bezpośrednio do nowoprzybyłego.
– Jak widzisz – odpowiedział jej ze spokojem znajomy, męski głos. – A teraz, Mira, będziesz taka dobra i w końcu odsuniesz się od mojej wnuczki? – dodał cicho Lawrence, podchodząc na tyle blisko, by obie nieśmiertelne były w stanie go zobaczyć.
W tamtej chwili Elena ostatecznie doszła do wniosku, że sprawy jednak mogły mieć się jeszcze gorzej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa