09.07.2016

Dwieście czterdzieści cztery

Elena
Czarny lexus wzbudził w niej równie wiele pozytywnych emocji, co ostatnim razem. Był wygodny, elegancki i drogi, a więc idealnie wpasowywał się w jej gust. Nie miała pojęcia, co jej bliscy mieli do wyszukanych i – co ważniejsze – szybkich samochodów, ale w naturalny sposób potrafiła docenić auto, które pewnie sama by wybrała, gdyby miała cokolwiek do powiedzenia. Co prawda podejrzewała, że zdecydowałaby się na bardziej spektakularny kolorek, chociażby krwistą czerwień, ale… Tak, to też przypadło jej do gustu.
Początkowo milczeli, ale nie odebrała tego jako formę jakiejkolwiek niedogodności. Wręcz przeciwnie – cisza jej odpowiadała, pozwalając zebrać myśli i raz jeszcze zastanowić się nad tym, co takiego chciała albo powinna powiedzieć Lawrence'owi. W pamięci miała rozmowę z Rafaelem na temat wampira, dzięki której doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że właśnie znalazła się sam na sam z dawną prawą ręką samej królowej. To chyba powinno było wzbudzić w niej niepokój, poza tym jakiś czas temu sama miała ochotę na L. z tego powodu naskoczyć i zażądać wyjaśnień, ale ostatecznie tego nie zrobiła. W tamtej chwili wszelakie negatywne myśli również uleciały z jej głowy, bynajmniej nie z winy zdolności dziadka, a przynajmniej chciała wierzyć w to, że byłaby w stanie rozpoznać, gdyby wampir jakkolwiek próbował wpływać na jej emocje czy myśli. Analizowała jego zachowanie względem niej i najzwyczajniej w świecie nie potrafiła uwierzyć w to, że ktoś, kto wciąż stałby po stronie Isobel, już trzeci raz byłby skłonny do tego, żeby ratować jej tyłek.
Nie, tutaj chodziło o coś zdecydowanie bardziej złożonego, chociaż nadal nie miała pewności, co takiego powinna o tym myśleć. Sprawa sama w sobie wydawała się skomplikowana, potęgując poczucie dezorientacji, ale z drugiej strony… Jak miała zachować się w sytuacji, w której wszystko w niej aż rwało się do tego, żeby zaufać Lawrence'owi? Być może oszalała, a może po prostu miało to związek z tym, że już teraz w pełni oddała się Rafaelowi – komuś, kto przez wieki wiernie trwał u boku matki wampirów, ostatecznie zwracając się przeciwko niej. Skoro on był do tego zdolny, dlaczego z L. miałoby być inaczej? Podejrzewała, że wielu wyśmiałoby taki rodzaj pokrętnej logiki, ale nie dbała o to, nawet nie biorąc pod uwagę tego, że kiedyś mogłaby swoich decyzji żałować.
Tego, że pomogłam Rafaelowi, nie żałowałam nigdy…
Coś ścisnęło ją w gardle na samo wspomnienie demona, więc pośpiesznie spróbowała skoncentrować się na czymś innym. Wpatrywała się w przemykający za oknem krajobraz, nerwowo bawiąc się pasem bezpieczeństwa. Świetnie, więc do tego wszystkiego L. traktował ją jak dziecko; brakowało jeszcze tego, żeby załatwił specjalnie dla niej fotelik, choć pomimo wieku zdecydowanie nie wyglądała na kogoś aż tak młodego. Myli mnie z Joce, pomyślała i ledwo powstrzymała się przed wymownym prychnięciem. Naprawdę go nie rozumiała, zresztą jak i jego podejścia do rodziny, jej samej i… tego wszystkiego.
– Zamierzasz milczeć, Eleno? – zagaił Lawrence, jako pierwszy decydując się przerwać panującą ciszę. Do tej pory pozwalał jej siedzieć cicho, ale najwyraźniej zaczynał się niecierpliwić. – Jeszcze nie powiedziałaś mi, gdzie mam cię podrzucić, więc już samo to daje mi przewagę. Mogę krążyć ulicami do wieczora, póki nie porozmawiamy tak, jak powinniśmy.
– Możemy zacząć od twojego związku z Isobel, skoro tak bardzo się upierasz – zaproponowała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
W lusterku zdążyła zauważyć, że L. drgnął, na moment wytrącony z równowagi. Co prawda prawie natychmiast udało mu się nad sobą zapanować, ale i tak poczuła satysfakcję na myśl o tym, że jednak miała jakiś argument, by w razie potrzeby zmienić temat rozmowy na bardziej… interesujący. Nie była pewna czy to dobrze, czy źle, ale miała wrażenie, że jako osoba niegdyś bliska królowej, wampir mógł zrozumieć ją bardziej niż ktokolwiek inny. To, że mogłaby zaufać Rafaelowi albo Mirze, również.
– Skąd i ile wiesz? – zapytał jakby od niechcenia, ostrożnie dobierając słowa. – Rodzinka jednak postanowiła omówić z tobą „poważne kwestie” – podjął, kreśląc palcami cudzysłów w powietrzu – czy jesteś z demonami bliżej niż myślę?
– Hm… Obawiam się, że to drugie – przyznała, a Lawrence jęknął.
– Teraz zaczynam się wahać nad tym, czy naprawdę chcę, żebyś była ze mną szczera – wymamrotał. – Poza tym zaczynam mieć wyrzuty sumienia. Zabawne, prawda?
Wyprostowała się, siadając w taki sposób, by móc na niego swobodnie patrzeć, po czym wymownie uniosła brwi ku górze.
– Dlaczego? – zaryzykowała, chociaż miała wrażenie, że wyjaśnienie jest dość oczywiste. Skoro faktycznie był blisko Isobel…
– Nie powiesz mi, że nie domyślasz się, co to znaczy sprzeciwić się królowej – powiedział cicho, raptownie poważniejąc. – Ja to zrobiłem. A twoja rodzina robiła to od samego początku, co też jej się nie spodobało.
– Więc uważasz, że to może być zemsta? – zapytała z powątpiewaniem. – Uznała mnie za najsłabsze ogniowy czy jak?
Nie była pewna, co tak naprawdę czuła względem takiego wyjaśnienia, to jednak wydawało się lepsze niż nic. Próbowała myśleć logicznie i doszukać się jakiejś prawidłowości w tym, co mówił Lawrence, tym bardziej, że to mimo wszystko wydawał się mieć sens. Z drugiej strony, dlaczego właśnie na niej miałby skupić się gniew królowej, skoro istniało o wiele więcej sposób na to, żeby Isobel mogła odegrać się za dawne krzywdy? Jej kuzynostwo, chociażby Joce albo Claire… Ktokolwiek, tym bardziej, że kiedy pomyślała o tym w tamtej chwili, uświadomiła sobie, że najpewniej jej śmierć nie byłaby aż tak przerażającym ciosem – nie dla kogoś innego, prócz jej rodziców. Zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo irytowała wszystkich wokół; co prawda tylko Rufus w otwarty sposób okazywał to, że w jego mniemaniu zachowywała się jak tania, irytująca dziwka (Nie żeby kiedykolwiek powiedział jej to wprost – specyficzny czy nie, również on należał do tego ginącego gatunku dżentelmenów. Mężczyźni starej daty potrafili być naprawdę zadziwiający…), ale zdawała sobie sprawę z tego, że nie był w takim myśleniu odosobniony. Gdyby coś przytrafiłoby się właśnie jej, to byłoby przykre, ale… nie niewybaczalne.
Coś ścisnęło ją w gardle na samą myśl, ale prawi natychmiast wzięła się w garść. Jakie to właściwie miało znaczenie, co myśleli inni? Zawsze była zimna i skoncentrowana wyłącznie na sobie – cholerna egoistka, która dbała przede wszystkim o swoją satysfakcję. Wiedziała, jak postrzegana jest bez innych, więc z jakiej racji miałoby jej być z tego powodu przykro?
– Nie wiem. – Głos Lawrence'a okazał się prawdziwym wybawieniem, pozwalając jej skupić się na powrót na rozmowie. – Ale, cholera, dziewczyno…
– Wiem, co takiego robię – przerwała mu. – Rafael i Mira też się jej sprzeciwili. Mają swoje powody, niemniej nie pozwolą, by mnie skrzywdziła. To wystarczy, poza tym… dzięki temu nie narażam nikogo innego.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, jak to brzmi? – rzucił Lawrence, potrząsając z niedowierzaniem głową. – I Rafael… Ten Rafael?
– A pośród demonów jest jakiś inny? – zapytała niewinnym tonem.
L. spojrzał na nią w sposób sugerujący, że powoli zaczynał wierzyć w zależność pomiędzy poziomem inteligencji a kolorem włosów. Zerknęła z niepokojem na to, jak zaciskał dłonie na kierownicy, ale nic nie wskazywało na to, żeby z wrażenia miał wpaść na pobliską lampę albo jakąkolwiek inną przeszkodę. W końcu jest tylko jeden ekspert od wpadania na drzewa w ważnych momentach. Chwilowo nieosiągalny, ale jednak, pomyślała mimochodem, przez moment mając ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem.
Przez dłuższą chwilę panowała cisza, być może świadcząca o tym, że jej rozmówca czekał na moment, w którym oświadczyłaby mu, że najzwyczajniej w świecie bawiła się jego kosztem. No cóż, to na pewno byłoby prostsze – usłyszeć, że miała wyjątkowo irytujące poczucie humoru i wcale nie spotykała się z dwójką niebezpiecznych demonów. Tak byłoby łatwiej, a przynajmniej tak musiało być z perspektywy zaskakująco wręcz zatroskanego Lawrence'a. Czasami patrzył na nią i czuła się pod jego spojrzeniem nieswojo, zupełnie jakby wampir doszukiwał się w niej kogoś, kim zdecydowanie nie była – zmarłej żony, do którego podobno tak bardzo była podobna. Nie zapytała go o to wprost, ale podejrzewała, że tak właśnie jest, choć nie wyobrażała sobie, jak miałaby z nim o tym rozmawiać. Nie miała pojęcia, jak to jest bezpowrotnie stracić kogoś, kogo się kochało, ale jedno był pewne: zaczynanie takiego tematu zdecydowanie nie było ani proste, ani pożądane przez którąkolwiek ze stron.
– Skręć w prawo – poprosiła, wzbijając wzrok w przednią szybę. – Mam się spotkać z Liz w kawiarni.
– Z tą miłą, którą dla odmiany śledzi jej własny brat? – rzucił z przekąsem, ale przynajmniej nie zaprotestował.
W pierwszym odruchu miała ochotę rzucić jakąś złośliwą uwagę, jednak udało jej się przed tym powstrzymać.
– Jason pracuje dla Isobel.
Auto zatrzymało się tak gwałtownie, że aż poleciała do przodu. Skrzywiła się, przez chwilę musząc walczyć o złapanie oddechu, kiedy pas nieprzyjemnie zaczął wżynać się jej w pierś.
– Masz jeszcze jakieś rewelacje, czy to już wszystkie dobre wiadomości a tę chwilę? – wycedził przez zaciśnięte zęby Lawrence, znajdując dogodne miejsce do parkowania.
Jasne, że tak. Ja i Rafa jesteśmy w związku, a niedawno pokłóciliśmy się o przedmiotowe traktowanie, krótko po tym, jak przedyskutowaliśmy wady i zalety ślubów.
– Ja też się w tym gubię – powiedziała w zamian. – Nie wspominając o Elizabeth. Z tego, co wiem, Rafa i Mira kojarzą tego wampira, bo od niedawna służy komuś bliskiemu Isobel. Rafael powiedział mi, że… – zaczęła, jednak prawie natychmiast urwała, niechętnie myśląc o śmierci Jessiki.
– No co?! – Lawrence rzucił jej poirytowane spojrzenie. – Mów albo przysięgam, że zablokuję drzwi i specjalnie dla ciebie zrobię rundkę wokół całego Seattle. Za dużo już mi wyjawiłaś, Eleno.
Miała ochotę na niego warknąć, tym bardziej, że jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że byłby do tego zdolny.
– Jason zabił Jess… Tę dziewczynę z imprezy – przyznała niechętnie. – Rafa uważa, że to dlatego, że pomylił ją ze mną.
Cisza, która zapadła, miała w sobie coś przenikliwego. Czuła na sobie intensywne spojrzenie siedzącego tuż obok wampira – niepokojące i przyprawiające o dreszcze, choć za wszelką cenę usiłowała nad sobą zapanować. Była pewna, że L. jest podenerwowany – i to najdelikatniej rzecz ujmując, choć zdecydowanie nie podejrzewała go o to, że mógłby aż do tego stopnia się przejąć. Sama nie była pewna, czego i dlaczego powinna się po tym wampirze spodziewać, ale jedno wydawało się oczywiste: bez wątpienia nie zamierzał tak po prostu odpuścić, skoro wiedział, w jakim stopniu była zagrożona.
– A co z… Rafaelem i Miriam? – zapytał pozornie opanowanym tonem, ale wyczuła, że ta kwestia nie dawała mu spokoju.
– Pytasz o to, dlaczego mi pomagają? – upewniła się, choć to wydawało się oczywiste. Nie miała pewności, czy Lawrence choć po części podejrzewał, że pomiędzy nią a Rafaelem mogłoby być cokolwiek więcej, niż rodzaju niepisanej umowy, ale nie zamierzała się tym przejmować. – Hm, to dłuższa historia – przyznała, wymownie zerkając na zegar na desce rozdzielczej.
Sądziła, że będzie musiała go przekonywać, więc tym bardziej zaskoczyło ją to, że skinął głową.
– W porządku – powiedział, po czym gniewnie zmrużył oczy. – Ustalmy sobie jeszcze dwie sprawy i cię puszczę. Pierwsza… Gdzie jest Rafael? – wypalił, a ona uniosła wymownie brwi ku górze, bo nie tego się spodziewała.
– Musiał… wyjechać – rzuciła lakonicznie. – Mira mnie pilnuje – wyjaśniła, a L. prychnął.
– Och, tak, widziałem – mruknął, ale nie zabrzmiało to szczególnie zachęcająco. – Powiedz jej, żeby się nie kłopotała. Pamiętasz, gdzie mieszkam?
– L…
Potrząsnął głową.
– Ja nie proszę, tylko stwierdzam fakt. Jak masz się pałętać po lesie z tak uprzejmą demonicą, to lepiej siedź na tyłku w domu albo u mnie. Załatwię ci klucze. – Wywrócił oczami. – Będę musiał uprzedzić Sage'a, ale to żaden problem. W zasadzie ciebie już zna.
– Dobrze wiedzieć! – prychnęła. – Kto właściwie…?
Lawrence uśmiechnął się w nieco cyniczny sposób.
– To dłuższa historia – oznajmił, jak nic świetnie bawiąc się jej kosztem. – Nie śpieszyło ci się przypadkiem?
Nawet nie odpowiedziała, bez słowa rozpinając pasy i rozpinając auta. Usłyszała, że syknął, kiedy z premedytacją zatrzasnęła drzwiczki o wiele mocniej niż byłoby to konieczne, ale nie zamierzała się tym przejmować.
Choć nie obejrzała się przez ramię nawet razu, była pewna, że Lawrence odjechał spod kawiarni dopiero w chwili, w której bezpiecznie znalazła się w środku.

Liz była na miejscu, być może już od dłuższego czasu, by zdążyła zamówić kawę i zaszyć się przy jednym z najmniej pozornych, wciśniętych w kąt stolików. Wciąż rozmyślając nad rozmową z dziadkiem, Elena nie od razu zwróciła na nią uwagę, reagując dopiero w momencie, w którym przyjaciółka zdecydowała się jej pomachać. Ruszyła w jej stronę, mimochodem zauważając, że od dnia, w której razem siedziały w tym miejscu po raz ostatni, zmieniło się dosłownie wszystko – i to łącznie z samą Elizabeth.
Wyglądała inaczej i to było widać w aż nazbyt wyraźny sposób. Liz nigdy nie przywiązywała aż takiej wagi do wyglądu, jak zdarzało się to Elenie, jednak potrafiła o siebie zadbać – dobrane ubrania, fryzura czy makijaż były czymś najzupełniej normalnym, przynajmniej do tej pory. Teraz było inaczej, a dziewczyna całą sobą wydawała się mówić, że już nic nigdy nie będzie takie samo. Na sobie miała pośpiesznie narzucone, ciemne ubrania – również spodnie, które wydawały się idealne do tego, żeby biegać. Kto jak kto, ale Elena doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej przyjaciółka regularnie pokonywała całe kilometry. Jej samej aktywność fizyczna przychodziła z łatwością, co zawdzięczała nieprzeciętnej sile i wampirzej cząstce swojej natury, Liz jednak była po prostu wyjątkowa – i to mogło ją teraz uratować.
W milczeniu usiadła naprzeciwko dziewczyny, nie będąc w stanie oderwać wzroku od jej bladej twarzy, mocno kontrastującej z ciemnymi, poplątanymi włosami, które Elizabeth niedbale związała w luźnego koka. Cienie pod oczami wydawały się aż nadto wyraźne, tym bardziej, że przyjaciółka nawet nie próbowała maskować ich korektorem. Najprościej rzecz ujmując, Liz wyglądała jak siódme nieszczęście, wymęczona i stanowiąca zaledwie część dawnej siebie.
Och, poza tym była przestraszona.
Elena nie była pewna, skąd to wie, ale potrafiła to wyczuć – ten dziwny posmak, przywodzący jej na myśl metaliczną esencję krwi. Być może to była kolejna cecha, którą zawdzięczała osoce w żyłach Rafaela, to zresztą wydawało się najmniej istotne. Bardziej przejmowała się tym, że ktoś tak dla niej bliski najpewniej z jej powodu właśnie przeżywał niemałe piekło.
– Cześć – wykrztusiła i zawahała się na moment. Poprawiła się na krześle, próbując zapanować nad sobą na tyle, by w zbyt przesadny sposób nie przyglądać się siedzącej naprzeciwko niej dziewczynie albo nie powiedzieć czegoś, co dla obu okazałoby się krępujące. Nie miała pewności, kiedy aż do tego stopnia odsunęły się od siebie, ale czuła się tak, jakby próbowała spędzać czas z zupełnie obcą osobą. – Dzięki, że…
– Żartujesz sobie, Eleno? – przerwała jej Elizabeth. – Musiałyśmy kiedyś porozmawiać… Ja muszę z kimś porozmawiać – dodała niemalże błagalnym tonem i nagle coś się zmieniło.
Początkowo nawet nie była pewna, co i dlaczego, to zresztą wydawało się najmniej istotne. Do tej pory była przekonana, że kłamstwami – nawet w pełni uzasadnionymi, przynajmniej w kwestii swojej natury – zniszczyła wszystko, w gruncie rzeczy nigdy nie mając prawa do tego, żeby zachować tę przyjaźń. Kwestia relacji człowieka i nieśmiertelnego… To nigdy tak naprawdę nie wchodziło w grę, przynajmniej do tej pory.
Teraz było inaczej, a przynajmniej miała nadzieję, że może być. Nie miała pojęcia, co takiego w słowach Liz sprawiło, że poczuła się inaczej, ale dotychczasowy dystans zniknął równie nagle, co się pojawił, a ona momentalnie poczuła, że ma ochotę wziąć przyjaciółkę w ramiona – tak po prostu, najbardziej naturalnym z możliwych gestów. Drgnęła nawet, mając ochotę poderwać się na równe nogi i do niej dopaść, ale powstrzymała się, nie mając pewności co do tego, czy Elizabeth byłaby z tego zadowolona. Gdyby do tego wszystkiego spróbowała ją znowu zrazić…
– Przepraszam – jęknęła, bo to było pierwszym, co przyszło jej do głowy. – To wszystko, co miało miejsca… Ale ja nigdy nie chciałam cię w to mieszać. Gdybym wiedziała…
– Damien już mi to tłumaczył, a ja nie chcę rozmawiać na ten temat, Eleno – przerwała jej w pośpiechu dziewczyna. – Byłam zła, ale teraz… Chcę po prostu normalności, chociaż o tym już chyba nie mam co marzyć.
– Fakt. Przy moim kuzynie nie masz na co liczyć – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język. – Święty Damien to gwarancja szaleństwa od nadmiaru uprzejmości.
Ten komentarz wydawał się znajomy, a przynajmniej stanowił coś, co padłoby przy każdej z ich rozmów – mniej lub bardziej wymagającej, jak te, które prowadziły ze sobą nie tak dawno temu. Próbowała się na tym skoncentrować, a kiedy do tego wszystkiego Liz nagle zaczęła się śmiać, poczuła się lepiej. Było w tym coś przytłaczającego, zresztą sama zainteresowana wydała się oszołomiona swoją reakcją, to jednak sprawiło, że dotychczas wiszące pomiędzy nimi napięcie momentalnie zelżało.
– Wciąż go nie lubisz – zauważyła, a Elena wzruszyła ramionami. To mimo wszystko był Damien Licavoli.
– Powinnam to zmienić, prawda? Uratował cię i… – Zamilkła, bo Liz momentalnie spoważniała. Przez kilka sekund sama nie miała pewności, czy miała prawo o cokolwiek pytać, po chwili jednak doszła do wniosku, że jest jej wszystko jedno. – Jesteście razem? – wypaliła.
Liz nerwowo zacisnęła palce wokół kubka ze swoją kawą, jakby od niechcenia zaczynając bawić się filiżanką.
– Zamówiłam ci cappuccino, tak jak lubisz. Wiem, że możesz je pić i… Dobrze wiedzieć, że te wszystkie nasze wyjścia nie były udawane – powiedziała cicho.
– Zmieniasz temat.
Dziewczyna westchnęła, ale przynajmniej zdecydowała się na to, żeby spojrzeć jej w oczy.
– Może trochę – przyznała wymijająco. – W zasadzie… Okej, dobra, już od jakiegoś czasu. Całowaliśmy się trochę i wierz mi, że to było fantastyczne – wyrzuciła z siebie na wydechu.
– Słodka bogini. – Elena wyprostowała się, po czym w demonstracyjny sposób zatkała uszy dłońmi. – Nie mów mi nic więcej! Lalalala… Nie chcę słuchać o życiu uczuciowym Świętego Damiena!
– Sama zaczęłaś temat! – zarzuciła jej Liz, ale w jej głosie dało się wyczuć ulgę, może nawet rozbawienie, jakby spodziewała się innej reakcji i pozytywnie się zawiodła.
Och, świetnie, więc w tym wszystkim najważniejsze je to, co ja myślę o Damienie?, pomyślała, ale i to w jakiś pokrętny sposób wydało jej się logiczne. W gruncie rzeczy Elizabeth sama jej to powiedziała; pragnęła normalności, co jednoznacznie sugerowało, że nie miała ochoty na żadne… skomplikowane rozmowy. Przez moment wszystko miało być dokładnie takie, jak powinno – one dwie, kawiarnia i rozmowy na zwyczajne tematy, może dodatkowo wzbogacone o świadomość tego, że Damien i Liz…
Cóż, nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby mieć do któregokolwiek z nich pretensji. Wiedziała przecież, że chłopakowi jej przyjaciółka podobała się od dawna, teraz zaś zawdzięczała mu więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Chciała tego czy nie, wybór należał do Elizabeth, z kolei Damien… Kto jak kto, ale on nie mógł zrobić więcej, by na dziewczynę zasłużyć.
Westchnęła cicho, po czym wysiliła się na uśmiech. Wciąż miała przed przyjaciółką dość tajemnic, by czuć się źle, ale to w tamtej chwili nie miało znaczenia.
Choć przez kilka godzin mogły czuć się dobrze, a gdyby nie to, że Liz raz po raz spoglądała z niepokojem w okno, może nawet obie uwierzyłyby w to, że wszystko jest takie jak dawniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa