21.06.2016

Dwieście trzydzieści

Jocelyne
Czarne literki na białym tle – tylko tyle widziała, przynajmniej początkowo. Wpatrywała się w tekst, niezdolna zmusić się do tego, żeby skoncentrować się na czytanym tekście. Sama nie była pewna, skąd brał się jakikolwiek opór, to jednak nie miało znaczenia. Być może już wtedy przeczuwała, że coś będzie nie tak, a jej umysł podświadomie próbował bronić ją przed tym, co wzbudzało aż tak skrajne emocje. Niestety, nie mogła czekać w nieskończoność, zresztą wszystko zmieniło się z chwilą, w której Dallas przewinął stronę niżej, a jej oczom ukazało się zwykłe, niepozorne zdjęcie.
Gwałtownie nabrała powietrza do płuc, czując się trochę tak, jakby ktoś z całej chwili zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Serce zabiło jej szybciej, a do tego tak mocno, jakby chciało przebić się przez klatkę piersiową i uciec gdzieś daleko. Przełknęła z trudem, bezskutecznie próbując się uspokoić i przynajmniej po części doprowadzić do porządku, to jednak okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby przypuszczać, tym bardziej, że bez najmniejszego nawet problemu rozpoznała postać, która widniała na zdjęciu. Co prawda na fotografii mężczyzna nie wyglądał w ten przerażający sposób, który zapamiętała, niezdolna do tego, żeby tak po prostu wyrzucić z pamięci obraz trupa, to jednak wydawało się najmniej istotne.
Sam artykuł był krótki i treściwy, Joce zresztą nie była w stanie zmusić się do tego, żeby przeczytać więcej niż kilka linijek.
Samobójstwo na Soccer Street
15 czerwca 2010 r. Sam Roberts został znaleziony martwy w swoim domu. Na miejscu policja nie zabezpieczyła żadnych śladów, świadczących o włamaniu bądź dokonaniu przestępstwa. Zgodnie ze wstępnymi ustaleniami, mężczyzna najpewniej popełnił samobójstwo. Na tę chwilę nieznane są powody takiej decyzji.
Tekst ciągnął się dalej, najpewniej pokrótce przedstawiając postać denata, ale nie była w stanie zmusić się do zapoznania z dalszym ciągiem artykułu. W pośpiechu odsunęła się, przykładając drżącą dłoń do ust i próbując zapanować nad mdłościami. Na moment pociemniało jej przed oczami, przez co musiała przytrzymać się krawędzi łóżka, żeby przypadkiem się z niego nie zsunąć. Miała ochotę krzyczeć, ale i na to nie potrafiła się zdobyć, zbyt oszołomiona, by podjąć jakąkolwiek sensowną decyzję.
Prawda była taka, że wiedziała od samego początku: to, że ten mężczyzna był martwy. Nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, jakim cudem w takim razie mógł się poruszać, a tym bardziej dlaczego tylko ona mogła go zobaczyć, ale i nad tym nie zamierzała się rozwodzić. W porządku, w takim razie widziała ducha – w końcu czemu nie, prawda? Nie w sytuacji, w której sama była pół-wampirzycą, a na świecie istniało tak wiele nadnaturalnych istot, ale to i rak do niej nie docierało. To, że kobieta, która oprowadzała ją i mamę po domu, mogłaby zataić tak istotny fakt, jak to, że ktoś w budynku popełnił samobójstwo, wydało jej się najmniej istotne, stanowiąc sprawę drugorzędną. Jakie właściwie znaczenie miało to, czy pośredniczka kłamał, skoro to w najmniejszym stopniu nie tłumaczyło tego, co zobaczyła?
Wciąż oszołomiona, potrząsnęła z niedowierzaniem głową. Czuła na sobie przenikliwe spojrzenie Dallasa, jednak nie była w stanie zmusić się do tego, żeby spojrzeć mu w oczy. Dopiero po dłuższej chwili zdecydowała się unieść głowę, by przekonać się, że chłopak wpatrywał się w wyświetlacz swojego telefonu, kolejny raz zawzięcie wpisując coś w wyszukiwarkę. Zauważyła, że krew odpłynęła mu z twarzy, jakby to, co zobaczył, mogło być w jakimkolwiek stopniu bardziej przerażające od tego, co już do tej pory działo się wokół niej.
– Nekromancja – wyszeptał, a ona z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że musiał czytać inny artykuł – to forma praktyk magicznych, umożliwiająca przywoływanie i ożywianie zmarłych. Czarujący, to znaczy nekromanta – podjął, a ona zesztywniała, przed oczami jak na zawołanie widząc swoje akta – jest w stanie przyzywać duchy, by z nimi rozmawiać, poznać przyszłość albo wymóc na nich osobiste przysługi. To osoba, która…
– Przestań!
Poderwała się na równe nogi, równie oszołomiona, co i bliska paniki. Chciała uciec, jednak nogi miała jak z waty, przez co nie potrafiła zmusić się nawet do tego, żeby spróbować ruszyć w stronę drzwi. Miała ochotę zachować się w całkowicie dziecinny sposób, zakrywając uszy dłońmi i liczyć na to, że w ten sposób odetnie się od… tego wszystkiego. Słuchał i nie wierzyła, czując się raczej bliższą szaleństwa, aniżeli tego, żeby cokolwiek zrozumieć. W głowie tłukło jej się tylko i wyłącznie to, że niemożliwym było, żeby choć część tego, co czytał jej Dallas, było prawdziwe. Słuchała, zaprzeczała i wciąż miała nadzieję na to, że ktoś nagle się roześmieje, jednak nic podobnego nie miało miejsca.
Dallas milczał, ale spojrzenie, którym ją obdarował, nie pozostawało najmniejszych wątpliwości co do tego, że dla niego sprawa była aż nazbyt oczywista. W tamtej chwili zapragnęła go uderzyć albo w jakikolwiek inny sposób zaprotestować przed tym, co jej sugerował, jednak i to okazało się niemożliwe. Czuła się tak, jakby walczyła z wiatrakami, bezskutecznie próbując osiągnąć coś, co znajdowało się gdzieś poza jej zasięgiem. Jakby tego było mało, nie potrafiła zmusić się do tego, żeby tak po prostu się poddać, zwłaszcza pod wpływem emocji skoncentrowana tylko i wyłącznie na ucieczce – gdziekolwiek, jakkolwiek, niezależnie od konsekwencji…
Wyczuła ruch, więc w popłochu cofnęła się o krok, napinając mięśnie i rzucając Dallasowi ostrzegawcze, niechętne spojrzenie. Stój tam, gdzie stoisz, pomyślała, chociaż on naturalnie nie miał być w stanie usłyszeć tego, co chodziło jej po głowie. Chciał kazać mu iść w cholerę, ale i do tego nie potrafiła się zmusić, zdolna co najwyżej bezwiednie potrząsać głową, w nadziei na to, że w ten sposób uda jej się odciąć od tego, co tak bardzo ją przerażało. Potrzebowała czasu i okazji do tego, żeby wszystko przemyśleć, najlepiej w samotności, choć jednocześnie nie wyobrażała sobie tego, że mogłaby tak po prostu trwać w ciszy. Jeśli faktycznie widziała… różne rzeczy, to mogłoby być najgorszym, co przyszłoby jej zrobić. Niemalże wyobrażała sobie, jak w mroku czają się te istoty – martwe, nieprawdziwe, czekające na to, żeby móc z nią porozmawiać albo wykorzystać… Myślała o tym i czuła się coraz bardziej oszołomiona, świadoma przejmującego chłodu, który w ułamku sekundy sprawił, że włoski na ramionach i karku stanęła jej dęba.
Nie chciała tutaj być. Nie chciała, ale…
– Jocelyne…
Zesztywniała, dopiero po kilku sekundach uprzytomniając sobie, że to nie Dallas wypowiedział jej imię. Kiedy poderwała głowę, spoglądając w stronę wejścia, zobaczyła Rosę, która zawisła w przejściu – jak zwykle śmiertelnie blada, piękna i w ten wyjątkowy, subtelny sposób wyjątkowa. Już wcześniej czuła, że w dziewczynie jest coś nietypowego, czego w żaden sposób nie potrafiła określić. Dopiero teraz zrozumiała, choć wcale nie poczuła się dzięki temu pewniej, wciąż rozdarta pomiędzy pragnieniem ucieczki a próbą zrozumienia wszystkiego, co działo się wokół niej, a czego przez tyle czasu oczekiwała – i to nie tylko od siebie, ale przede wszystkim samego ośrodka. Liczyła na to, że Projekt Beta przyniesie właściwe odpowiedzi, jednak do tej pory miała mętlik w głowie, na każdym kroku znajdując więcej nowych pytań, aniżeli jakichkolwiek praktycznych wyjaśnień.
Nie musiała sprawdzać, żeby wiedzieć, że Dallas niczego nie zauważył. Początkowo zawahała się, sama niepewna tego, jak powinna zareagować i co mu powiedzieć. Jak odebrałby jej postępowanie, gdyby tak po prostu oznajmiła, że skoro już rozprawiali o nekromancji, to właśnie widziała najpewniej martwą dziewczynę, która już dwukrotnie wcześniej udzielała jej rad? Wciąż oszołomiona, bezradnie spojrzała na nowoprzybyłą, choć podejrzewała, że ta już od dłuższego czasu musiała przysłuchiwać się ich rozmowie. Szukała… czegokolwiek, co pozwoliłoby jej podjąć sensowną decyzję, przynajmniej podpowiadając w kwestii tego, jak bardzo mogła zaufać Dallasowi. Z drugiej strony, jakie to właściwie miało znaczenie, skoro przez cały ten czas to właśnie chłopakowi udało się zrobić dla niej więcej niż komukolwiek innemu, śmiertelnik zresztą wydawał się być jedyną osobą, która tak naprawdę była gotowa udzielić jej wsparcia.
Wszystko było nie tak i to wydawał się najbardziej przerażające. Bała się zrobić cokolwiek, gubiła się we własnych myślach i emocjach, przez co już niczego nie była tak naprawdę pewna. Błądziła, czując się trochę jak dziecko we mgle, niezdolna do podjęcia jakiejkolwiek sensownej decyzji. Była w stanie co najwyżej czekać, po cichu licząc na cud albo jakiekolwiek sensowne wytłumaczenie tego, co do tej pory wydawało jej się wyłącznie czystą abstrakcją – jakimś wyjątkowo nieśmiesznym żartem, którego w żaden sposób nie potrafiła zrozumieć.
– Zrób to, co uważasz za słuszne. Nie on jest tutaj zagrożeniem – powiedziała cicho Rosa, kiwając głową w stronę Dallasa. – On bywa po prostu niegrzeczny.
Pomimo napięcia i tego, że dopiero co była bliska histerii, jakimś cudem Jocelyne udało się parsknąć nieco wymuszonym śmiechem. Jej towarzysz natychmiast rzucił jej wymowne spojrzenie, być może wahając się nad tym, czy z jej psychiką wszystko było w choć najmniejszym stopniu takie, jak powinno.
– Hm… Nie jesteśmy sami – wyszeptała, dochodząc do wniosku, że jest jej wszystko jedno. – O ile jednak nie zwariowałam.
– O czym ty…? – zaczął, po czym w pośpiechu podążył za jej spojrzeniem. Chociaż jego wzrok spoczął bezpośrednio na zawieszonej w powietrzu Rosie, już na pierwszy rzut oka widać było, że nawet dziewczyny nie zauważył. – Och! – wyrwało mu się. Szmaragdowe oczy rozszerzyły się nieznacznie w geście zrozumienia. – No tak…
– Dallas, tu jest Rosa. Rosa – Dallas – wyrzuciła z siebie na wydechu, po czym jakby od niechcenia wzruszyła ramionami. – Już wcześniej ją widziałam, ale nie pomyślałabym, że… Rosa jest miła – powiedziała w końcu.
Jej głos zabrzmiał dziwnie, cichy i wyprany z jakichkolwiek emocji. Działa trochę jak automat, niejako recytując kolejne formułki i nie będąc w stanie nawet należycie skupić się na odczuwanych emocjach. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem doświadczyła aż takiej obojętności, o ile coś podobnego kiedykolwiek miało miejsce. Działała jak automat, będąc, mówiąc i podejmując decyzje, ale dla odmiany nie potrafiąc zinterpretować nawet tego, jaki aktualnie miała nastrój. Nie próbowała nawet analizować tego, czy dobrze robiła, bez chwili wahania przyjmując to, że mogłaby mieć przed sobą ducha, a tym bardziej wspominając o Rosie chłopakowi, których wszystkich niezbędnych informacji szukał w Internecie.
O tak, to zdecydowanie było ponad jej siły. Przez to nawet obojętność wydawała się lepszą alternatywą, pozwalając jej choć na moment odciąć się od tego całego zamieszania. Potrzebowała tego, chociaż…
– Yyy… Cześć? – Dallas zawahał się, po czym niepewnie machnął ręką w stronę miejsca, gdzie zgodnie z jej zapewnieniami znajdowała się Rosa. Sama zainteresowana przypatrywała się śmiertelnikowi z zaciekawieniem, dla lepszego efektu lekko przekrzywiając głowę, jakby spojrzenie na chłopaka pod innym kątem mogło pozwolić jej na wyciągnięcie jakichś bardziej sensownych wniosków. – Nieważne. Joce, dobrze się czujesz? Jak coś to mogę… odprowadzić cię do pokoju? – zasugerował, ostrożnie dobierając słowa.
– Tam chyba akurat sama trafię – rzuciła z powątpiewaniem, jakby od niechcenia wzruszając ramionami. – Jestem… zmęczona.
Naprawdę była, zresztą sądziła, że miała do tego pełne prawo. Pragnęła zwinąć się na łóżku w kłębek i spędzić tak przynajmniej kilka następnych godzin, naiwnie licząc przy tym na to, że uda jej się jakimś cudem znaleźć rozwiązanie jakichkolwiek problemów – że pojawi się samo, a ona po przebudzeniu po prostu będzie wiedziała, co takiego powinna zrobić. Wpatrywała się w przestrzeń, czekając i przez moment sama zachowując się niewiele bardziej świadomie od Dallasa, w miarę jak spoglądała na niego i Rosę tak, jakby byli przeźroczyści. Swoją drogą, może i tak było – tak naprawdę nie miała już pewności tego, kto tak naprawdę istniał i był żywy, a kto…
Jakie to właściwie miało znaczenie? Dla jej przyjemności, ośrodek równie dobrze mógłby być zamieszkany przez dobre wróżki albo kosmitów. Z dwojga złego duchy wcale nie wydawały się taką złą perspektywą, choć po części tłumacząc wszystko to, czego doświadczała przez całe tygodnie. Mimowolne pomyślała o tym, że chyba powinna była czuć ulgę z powodu tego, że nareszcie poznała prawdę, jednak nic podobnego nie miało miejsca. W gruncie rzeczy nie potrafiła nawet stwierdzić, czy bycie tą całą nekromantką stanowiło choć odrobinę lepszą perspektywę niż to, że jednak mogłaby być nienormalna.
Cóż, chyba z dwojga złego wolała szaleństwo – bo z niego przy odrobinie szczęścia może miałaby okazję wyjść.
Nerwowo potarła ramiona, wciąż ogarnięta przejmującym chłodem. Podejrzewała, że poniekąd Rosa miała związek z tym, że temperatura w pokoju gwałtownie spadła, jednak to nie poczucie zimna z zewnątrz dawało jej się we znaki. To uczucie miało swoje źródło gdzieś jej wnętrzu, przez co nawet gdyby otuliła się kołdrą z łóżka Dallasa, pewnie i tak nie poczułaby się nawet odrobinę lepiej.
Jeśli miała być ze sobą szczera, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej chciała wrócić do domu. To było dziecinne, zresztą jak i przejmujące pragnienie, żeby znaleźć się w ramionach któregokolwiek rodziców, a już zwłaszcza mamy, ale nie dbała o to. Potrzebowała pocieszenia i kogokolwiek, kto udowodniłby jej, że wszystko było w porządku, ale…
– Muszę stąd wyjść – zadecydowała i nie czekając na jakąkolwiek reakcję, chwiejnym krokiem ruszając w stronę wyjścia.
Dallas nie poszedł za nią, co zresztą wcale jej nie zdziwiło. Może i nie miała szczególnie bogatego doświadczenia z mężczyznami, jednak zdążyła zauważyć, że kiedy w grę wchodziły emocje, znamienita większość po prostu się ewakuowała. Co więcej, zdawała sobie sprawę z tego, że Dallas w najmniejszym nawet stopniu nie był z nią związany, a już na pewno nie musiał czuć, że jest jej cokolwiek winny. Chyba to ona powinna była podziękować mu za to, że w mniej lub bardziej świadomy sposób doprowadził do tego, że w końcu zrozumiała, znajdując rozwiązanie czegoś, co przez tak długi okres czasu nie dawało jej spokoju. Potrzebowała tego, zresztą jak i świadomości tego, że nie była sama, nawet jeśli teraz tak czy inaczej robiła jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogły przyjść jej do głowy: uciekała.
Nie miała pojęcia, jakim cudem udało jej się pokonać drogę do pokoju, nie ryzykując przy tym upadku, ale nie dbała o to. Niemalże z ulgą zatrzasnęła za sobą drzwi, po czym ciężko oparła się o nie plecami, przez kilkanaście następnych sekund skupiając się przede wszystkim na chwytaniu kolejnych, spazmatycznych oddechów. Zaczęła drżeć, a łzy jak na zawołanie napłynęły jej do oczu, pomimo tego, że za wszelką cenę próbowała je powstrzymać. Uświadomiła sobie, że coraz bardziej się trzęsie, więc spróbowała nad tym zapanować, tym bardziej, że wciąż miała coś do zrobienia. Chciała wstać, przetrząsnąć walizkę, znaleźć swoją komórkę, a potem…
– Nie powinnaś była tak uciekać – stwierdziła cicho Rosa, a serce Jocelyne omal nie wyrwał się z piersi w odpowiedz na spokojny ton dziewczyny.
Rosa musiała przenieść się za nią, w przeciwieństwie do Dallasa najwyraźniej nie zamierzając tak po prostu sobie odpuścić. Kiedy Jocelyne na nią spojrzała, przekonała się, że zjawa jak gdyby nigdy nic siedziała na materacu łóżka, jakby od niechcenia wymachując nogami w powietrzu. Gdyby nie to, jak blada była i że nikt inny nie był w stanie jej zobaczyć, można byłoby uznać ją za zwyczajną dziewczynę – bardzo piękną, ale jednak żywą i na swój sposób roztrzepaną. Rude włosy opadały jej aż do pasa, lśniące i poskręcane, dokładnie tak, jak Joce zdążyła zapamiętać. Zjawa zamilkła, ale to nie przeszkadzało w próbie skoncentrowania na niej wzroku, wręcz sprawiając, że Jocelyne wpatrywała się w nią z jeszcze większym napięciem.
– Nie możesz po prostu dać mi spokoju? Ja tylko… – Urwała, po czym wzruszyła ramionami. Wypowiadanie kolejnych słów przychodziło jej z coraz większym trudem, więc na moment zamilkła, żeby móc przełknąć i oczyścić gardło. – Wiedziałaś od chwili pierwszego spotkania?
– O tym, że nie żyję? Tak – przyznała Rosa. – O tobie również, tylko nie mogłam ci powiedzieć. Sama musiałaś zrozumieć – dodała takim tonem, że przez moment Joce naprawdę była skłonna uwierzyć w to, że dziewczynie było z tego powodu przykro.
– Dlaczego? – wypaliła, nawet nie próbując zastanawiać się nad sensem i odpowiednim doborem słow.
Rosa wydała z siebie przeciągłe westchnienie, jakby właśnie spełniał się jeden z najgorszych, wyobrażanych sobie przez nią scenariuszy. No cóż, zdecydowanie nie zamierzała przepraszać za to, że mogłaby mieć jakiekolwiek wątpliwości.
– Ponieważ przebywanie tutaj wymaga ode mnie przestrzegania zasad. To jedna z nich: nie powinnam interweniować w to, co się dzieje. – Przez twarz Rosy przemknął cień. – I tak dość mocno ją nadwyrężyłam, ale nie mogłam pozwolić na to, żebyś się męczyła… Poza tym musiałaś znaleźć się tutaj – dodała, a Jocelyne spojrzała na nią z powątpiewaniem.
– Powiedziałaś mi o tym miejscu, a potem po prostu mnie zostawiłaś… Myślałam, że tracę zmysły – oznajmiła z wyrzutem.
Wciąż czuła pieczenie pod powiekami, jednak tym razem zapanowanie nad płaczem przyszło jej zaskakująco wręcz łatwo. Dla pewności otarła oczy wierzchem dłoni, chcąc upewnić się, że nie działo się nic, co mogłoby pogrążyć ją przed Rosą, chociaż sama nie była pewna, dlaczego to takie ważne. Z drugiej strony, ta dziewczyna – duch jakby nie patrzeć – miał w sobie coś, co sprawiało, że Joce po prostu jej ufała. W efekcie czuła irytację, ale nie przerażenie czy chociażby nawet cień lęku, nieporównywalnego do strachu, który wzbudzał w niej tamten mężczyzna. Po Rosie nie dał się jednoznacznie stwierdzić, jak i dlaczego umarła, sama Joce zresztą nie potrafiła zmusić się do tego, żeby tak po prostu zapytać, dla czystego sumienia woląc udawać, że to tylko i wyłącznie dbałość o prywatność. Być może coś w tym było, ale ostateczny powód był tylko jeden: prawda mogłaby się okazać zbyt przerażająca.
– Przepraszam – powiedziała cicho Rosa, tym samym skutecznie wprawiając Jocelyne w konsternację. – Ale teraz nie mamy na to czasu. Wiem, że jesteś oszołomiona, ale… Och, Joce, tutaj dzieje się coś bardzo złego, a ja nie potrafię biernie obserwować. Wiem, że nie powinnam była nawet z tobą rozmawiać, ale… Och, po prostu nie mogłam się powstrzymać. – Na jej ustach z wolna pojawił się blady uśmiech. – Po prostu zaufaj mi, że wszystko będzie w porządku. Uważaj komu ufasz, chociaż w przypadku Dallasa… Obserwuję go i on wydaje się być właściwą osobą, nawet jeśli czasami zachowuje się jak dzieciak – przyznała, zakładając ramiona na piersiach.
Joce spojrzała na dziewczynę w oszołomieniu, sama niepewna tego, jak powinna zareagować – śmiać się, czy może jednak pozwolić sobie na to, żeby zacząć płakać.
– Dlaczego miałabym ci ufać, skoro sama nic konkretnego mi nie powiedziałaś? – zaryzykowała, chociaż prawda była taka, że Rosa już w pierwszej chwili zdołała okręcić ją sobie wokół palca – ot tak, w przypływie chwili.
– Nie musisz, ale byłoby miło… Nie chcę niczego, co byłoby dla ciebie złe, kochanie – oznajmiła, po czym spojrzała na Jocelyne dużymi, lśniącymi oczami. – Po prostu nie we wszystkim mogę ci pomóc. Ja tylko obserwuję – powtórzyła z naciskiem.
Jocelyne jęknęła, po czym oparła głowę o drzwi, próbując się uspokoić. Czasami u Michaela słyszała podobną mowę – o byciu obserwatorem i braku możliwości na interwencje. Tyle przynajmniej zdążyła się dowiedzieć przez okres, który spędziła w Mieście Nocy, ale…
Rosa zmaterializowała się u jej boku bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Zaraz po tym po prostu wyciągnęła ramiona, jakby chciała ją objąć, chociaż to zdecydowanie nie było możliwe.
Chociaż fałszywy, w jakiś pokrętny sposób sama próba uścisku okazała się lepsza niż jakiekolwiek pocieszające słowa.

1 komentarz:

  1. Z dedykacją dla Gabi z okazji urodzin. Najlepszego, moja złota rybko <33

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa