28.06.2016

Dwieście trzydzieści cztery

Cameron
Leah wydała mu się zestresowana. Nie żeby w jej przypadku było to czymś nowym, ale i tak poczuł się dziwnie w towarzystwie wyraźnie wrogo nastawionej do niego wilczycy. Nie znal jej dobrze, a z tego, co zdążył zaobserwować, jednoznacznie wynikało, że Clearwater wcale nie chciała „zostać poznaną”. To wydało mu się co najmniej zastanawiające, tym bardziej, że Cameron był gotowy przysiąc, że dziewczyna wcale nie była aż tak wielką samotniczką, jak przez większość czasu próbowała udawać. Nie miał pewności, jednak instynkt jednoznacznie podpowiadał mu, że to wyłącznie pozory – wygodna dla niej maska, którą przybierała, najpewniej tylko i wyłącznie po to, żeby trzymać z daleka tych, którzy mogliby mieć szansę na to, żeby ją skrzywdzić. To wydawało się sensowne, przynajmniej dla niego, tym bardziej, że po zachowaniu własnej mamy zdążył zaobserwować dość, by rozpoznać taką taktykę.
Ha, gdyby Aldero choć podejrzewał, co takiego chodziło mu po głowie, pewnie nie miałby życia przez co najmniej wiek. Z drugiej strony, Cammy od zawsze przejawiał swoisty talent do rozpoznawania nastrojów innych osób, co w wielu przypadkach było dość wygodne. Nie był empatą – nie w takim sensie, jak Damien – ale łatwo przychodził mu analizowanie cudzych zachowań i wyciąganie zwykle trafnych wniosków. Tak było również z Leą, której postępowanie już od pierwszej chwili dało mu do myślenia, wydając się dość jednoznaczne i bardzo proste do zinterpretowania. Co prawda nie sądził, żeby sama zainteresowana przyznała się do takiego stanu rzeczy, gdyby zapytał, ale potwierdzenie w gruncie rzeczy nie było mu potrzebne.
– Co tutaj robisz? – zapytała gniewnie dziewczyna. Prawie wywrócił oczami, słysząc naglącą, ostrzegawczą nutę w jej tonie. Być może popełniał błąd, bo wyglądała na taką, co potrafi porządnie przyłożyć, gdyby zaszła taka potrzeba, ale wątpił, by w jego przypadku posunęła się szczególnie daleko. – Ktoś kazał ci mnie śledzić czy…?
– „Ktoś”, czyli wujek Rufus? – zapytał z niewinnym uśmiechem, a dziewczyna wydała z siebie zdławiony jęk.
– Wiedziałam! – Wyrzuciła obie ręce ku górze, po czym bez chwili wahania odwróciła się na pięcie, nagle zaczynając nerwowo krążyć. – Mogłam przewidzieć, że to się skończy. Nie wiem, co Seth z tą dziewczyną robią na polanie, ale coś czuję, że prędzej czy później to skończy się tak, jak w jakimś cholernym „Ojcu chrzestnym” czy… – zaczęła i w tamtym momencie rozbawiła go do tego stopnia, że bezwiednie wybuchnął śmiechem.
Leah zastygła w bezruchu, nagle prostując się niczym struna. Gdyby wzrok mógł zabijać, w tamtej chwili bez wątpienia byłby martwy – co do tego jednego nie miał najmniejszych wątpliwości. Przez moment patrzył na rozjuszoną wilczycę, która pewnie bez chwili wahania byłaby w stanie przeistoczyć się w niebezpieczne zwierzę, a potem rzucić mu się do gardła.
Cóż, nie zrobiła tego. W zamian zamachnęła się, robiąc taki gest, jakby chciała trzepnąć go w ramię.
– Ej, żartowałem tylko! – zreflektował się, w pośpiechu odskakując na bezpieczną odległość. – Tak tylko sobie gdybam…
– To nie jest zabawne! – Leah z niedowierzaniem pokręciła głową. – Cholerne wampiry! Zejdź mi z oczy, tak w ogóle – syknęła.
Cóż, tę prośbę akurat mógł bardzo łatwo spełnić. Nieco zażenowany i wciąż rozbawiony, wzruszył ramionami, po czym bez większego wysiłku wykorzystał swoje zdolności, by móc rozpłynąć się w powietrzu. Uczucie było znajome i dziwne zarazem, jak za każdym razem, kiedy w grę wchodził jego dar. Sama możliwość zlewania się z otoczeniem wciąż niejednego wprawiała w konsternację, co zresztą wcale go nie dziwiło. Sam Cameron czuł w takich momentach niezwykłą lekkość, zupełnie jakby wypełniało go powietrze. To było przyjemne, a on już jako dziecko lubił te moment; dar był jego częścią, a sama umiejętność znikania albo pojawiania się zgodnie z wolą, bywała niezwykle praktyczna.
Widział, że Leah zamiera, zdecydowanie nie spodziewając się takiej reakcji z jego strony. Nie musiał pytać, by nabrać pewności, że nikt nie uprzedził ją, że mogłaby spotkać się z podobnymi umiejętnościami, zwłaszcza przebywając z nim. Cóż, chyba nawet nie był tym szczególnie zaskoczony, bo pomimo tego, że dziewczyna wkrótce miała zostać rodziną z Renesmee, zdecydowanie nie wyglądała na chętną, by jakkolwiek ingerować się z wampirzą częścią „rodziny”. W zasadzie Cammy zdążył zorientować się, że Lei udało się wyrobić sobie opinię wrednej suki od której lepiej trzymać się z daleka, co również nie wydało mu się zaskakujące. Bez wątpienia tego chciała, ale pomimo tego nie potrafił poczuć niechęci z tego powodu. Wręcz przeciwnie: coś go do niej ciągnęło, chociaż w żaden sposób nie potrafił tego sprecyzować, to zresztą nie wydawało mu się najistotniejsze. Jednym, czego bez wątpienia nauczył się od matki, było to, żeby zawsze słuchać siebie, więc i tym razem poddawał się instynktownie bez chociażby cienia wątpliwości.
– Co do…? – zaczęła wilczyca, jednak prawie natychmiast urwała. Zaskoczył ją i to do tego stopnia, że przybrała pozycję obronną, być może przyszykowując się do przemiany.
– Miałem zniknąć ci z oczu, nie? – zauważył przytomnie, a wilczyca aż podskoczyła, dodatkowo oszołomiona bezcielesnością jego głosu. Wywrócił oczami, po czym z westchnieniem zmaterializował się tuż za jej plecami. – Okej, już przestaję. Po prostu…
– Jasna cholera! – wybuchła, odsuwając się od niego tak gwałtownie, że chyba jedynie cudem nie wylądowała na ziemi.
Pobladła i zauważył to nawet pomimo ciemnej karnacji. Zauważył, że się trzęsła, co jedynie potwierdziło jego podejrzenie co do tego, że w którymś momencie nerwy jednak mogły puścić jej na tyle, by przemieniła się w zwierzę. Chyba powinien był poczuć się z tego powodu zażenowany, ale wciąż go bawiła, tym bardziej, że już zdążył przywyknąć do takich reakcji na swoje nagłe pojawienie się.
Leah potrząsnęła z niedowierzaniem głową, po czym w popłochu odsunęła się jeszcze kilka znaczących kroków. Jej ciemne oczy wydawały się poważne i duże, zdecydowane większe, by mogło się to wydawać naturalne.
– Niech to szlag, nie ma to jak wampiry… Serio? Niewidzialność? – Otworzyła i zamknęła usta, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że tak naprawdę nie chce poznać odpowiedzi. – Boże, wiedziałam, że to nie może się skończyć dobrze. A udawałeś takiego niewinnego!
– Przepraszam – rzucił uprzejmym tonem.
Dziewczyna prychnęła.
– Przestań być miły! – zażądała i tym razem spojrzał na nią zaskoczony, próbując doszukać się logiki w jej postępowaniu.
– Niby dlaczego?
Wydęła usta. Jej puls znacznie zwolnił, co chyba znaczyło, że zdołała się uspokoić, choć nadal sprawiała wrażenie chętnej do tego, żeby kogoś zabić.
– Bo kiedy tak robisz, czuję się źle z tym, że mogłabym się na ciebie zdenerwować, jasne? – wypaliła.
– W zasadzie… – zaczął, Leah jednak przerwała mu kolejnym sfrustrowanym jękiem:
– To nie jest normalne, serio. Wampiry i wilkołaki nie… No, sam wiesz. Jestem tutaj tylko i wyłącznie przez wzgląd na mojego brata – wyjaśniła, a Cammy zdołał się uśmiechnąć.
– I to przeszkadza w tym, żebym był miły? Wystarczy, że ty nie jesteś – zauważył przytomnie.
Cóż, nawet jeśli brzmiało to sensownie, Leah wyraźnie nie podzielała jego punktu widzenia.
– Właśnie, nie jestem. To chyba dobry powód, byś jednak dał mi spokój – oznajmiła z naciskiem. – Chcę tego, bo…
– Bo…?
Rzuciła mu mordercze spojrzenie. Patrzy na mnie wilkiem, przyszło mu do głowy; z jakiegoś powodu niemalże usłyszał, jak ta urocza uwaga pada z ust Aldero.
– Nie zamierzam myśleć pozytywnie, więc sobie daruj. Dzięki za te pokrzepiające gadki w aucie, ale to nic nie zmieniło, a ja dalej nie czuję się tutaj dobrze – oznajmiła zniecierpliwionym tonem. – Mam związek z wampirami przez jakiś pieprzony przypadek. Ty przynajmniej nie pachniesz tak, jakbyś napadł na fabrykę perfum i miodu, ale to niczego nie zmienia. To chyba nawet gorzej, bo masz kły – dodała, a Cammy nie mógł powstrzymać się przed wysunięciem wspomnianych zębów. – O, no właśnie! To jest… Ta twoja kuzynka tego nie robi.
– Claire jest cudownie normalna – przyznał zgodnie z prawdą, choć po wyrazie twarzy Lei trudno było stwierdzić, czy takie zapewnienia jej wystarczyły.
– I z tego powodu boi się wilków – rzuciła z powątpiewaniem.
Mimo wszystko rozluźniła się, co nie uszło jego uwadze. Co prawda wciąż sprawiała wrażenie chętnej do tego, żeby dać upust morderczym odruchom, ale nie sprawiała wrażenia aż tak spiętej, jak wydawało mu się do tej pory. Rozmawiała z nim, była złośliwa i rzucała cynicznymi uwagami w stopniu niemniej imponującym, co i Aldero, ale był w stanie ze spokojem to znosić. Ba! Chyba nawet go tym bawiła, choć zdecydowanie nie zamierzał jej o tym mówić.
– Cóż, ona boi się wilków, a ty wcale nie jesteś taka wredna, jak mogłoby się wydawać. Kwestia pozorów i tak dalej – rzucił pogodnym tonem.
Leah zawahała się, początkowo wyraźnie zaskoczona i może nawet zła, ale ostatecznie nie odezwała się nawet słowem. W zamian obojętnie wzruszyła ramionami i – wcześniej rzuciwszy wymowne spojrzenie na obserwującą ich, merdającą ogonem Star – jakby od niechcenia ruszyła w swoją stronę.
– Jeśli chcesz w to wierzyć, proszę bardzo – oznajmiła z wyraźną rezerwą. – O ile jednak nie śledzisz mnie czy mojego brata, to chyba nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli sobie pójdę… I nie, nie pytam o przyzwolenie – dodała z naciskiem.
Nie dodała niczego więcej, to zresztą wydawało się zbędne. Nie musiała również poganiać Star, która ostatecznie ruszyła za swoją opiekunką, co jednak nie powstrzymało suczki od rzucenia Cammy’emu przyjaznego spojrzenia.
No cóż, przynajmniej ona jednak nie irytowała się z powodu jego obecności. Chyba na dobry początek musiało wystarczyć.
Jocelyne
Nie, wcale nie zachowujesz się jak dzieciak… Absolutnie tego nie robisz.
Przystanęła wpół kroku, mimowolnie krzywiąc się w odpowiedzi na niespójne, dręczące ją myśli. Ledwo powstrzymała się przed wywróceniem oczami, poirytowana tym, że nawet jej własny umysł mógł okazać się aż do tego stopnia złośliwy. Przecież dobrze wiedziała, że taktyka krycia się w pokoju i unikania towarzystwa nie prowadziła do niego dobrego, ale jak inaczej mogła postąpić po wszystkim tym, czego się dowiedziała? Może ignorowanie Dallasa wcale nie było takim dobrym pomysłem, ale potrzebowała czasu na oswojenie się z sytuacją – przynajmniej dwóch dni, które dała sobie, zanim doszła do wniosku, że nawet gdyby siedziała pod kołdrą miesiąc, nie zdziała niczego sensownego.
No cóż, warto było przynajmniej spróbować. Już i tak było lepiej, skoro nie czuła narastającego pragnienia, żeby wybuchnąć płaczem albo zacząć krzyczeć na samo wspomnienie tego, co potrafiła. W gruncie rzeczy jej postępowanie ograniczało się do tego, żeby jak najmniej myśleć o swoich „umiejętnościach”, co z racji kolejnej nieobecności Rosy okazało się bardzo łatwe.
Z teoretycznego punktu widzenia, miała już wszystko, czego mogłaby potrzebować. To właśnie z powodu swoich nieokreślonych wizji, czy jak powinna nazwać te wszystkie dziwne rzeczy, które widywała, chciała znaleźć się w tym miejscu, więc z powodzeniem mogła się ewakuować. Tak to przynajmniej wyglądało, kiedy próbowała analizować tę kwestię w logiczny, dość sensowny sposób, sprawa jednak była o wiele bardziej złożona, aniżeli mogłaby sądzić. To wciąż nie tłumaczyło wszystkiego, Jocelyne zaś czuła, że Projekt Beta to coś o wiele poważniejszego i że miała w tym miejscu coś do zrobienia.
Wciąż o tym myślała, zmierzając w stronę stołówki. Liczyła się z tym, że swoim pojawieniem się najpewniej da Dallasowi znać, że już nie zatrzaśnie mu drzwi przed nosem, jeśli spróbuje z nią porozmawiać, ale zarazem też bała się jego reakcji. Nie miała pewności, jak mogłaby wyglądać ewentualna rozmowa, a tym bardziej co chłopak sądził o całej sytuacji. Martwiła się dosłownie wszystkim, również tym, jak wiele mogło zmienić się pomiędzy nimi od chwili, w której ostatecznie znaleźli rozwiązanie tego, kim była – o ile irracjonalna definicja, którą przeczytali na przypadkowej stronie internetowej, cokolwiek tłumaczyła.
Cholera, to zaczynało być przytłaczające. W głowie miała mętlik, a jedynym, czego potrzebowała, było znalezienie się w ramionach kogoś, kto mógłby utwierdzić ją w przekonaniu, że wszystko jest w porządku. Potrzebowała mamy, jednak nie wyobrażała sobie tego, że miałaby tak po prostu zadzwonić do domu i bez chwili wahania oznajmić, że najpewniej widziała zmarłych. „Tak, tak… U mnie wszystko gra. Naprawdę. Dowiedziałam się tylko, że to, co uważałam za halucynacje, to tylko zbłąkane dusze. Nie ma się czym martwić!”. Cóż, to nawet brzmiało okropnie i sprawiało, że samą siebie miała ochotę umieścić w bardzie adekwatnym miejscu, aniżeli ładny ośrodek, którego jedynym mankamentem były kraty w oknach i wysoki mur, otaczający cały teren ośrodka.
Jakkolwiek by nie było, musiała jeszcze tutaj zostać. Czuła, że jest winna Dallasowi przynajmniej tyle, instynkt zresztą podpowiadał jej, że to jedna z najrozsądniejszych decyzji, jaką mogłaby podjąć. Potrzebowała więcej czasu, by psychicznie przygotować się do spotkania z rodziną, zresztą wcześniej zamierzała raz jeszcze porozmawiać z Rosą. Nie pojmowała, dlaczego dziewczyna sama nie wytłumaczyła jej, gdzie leżał problem z jej umiejętności, ale musiał istnieć jakiś konkretny powód, dla którego wysłała ją właśnie do tego miejsca. W ośrodku coś nie grało, a Jocelyne zamierzała przynajmniej spróbować to zrozumieć, niezależnie od możliwych konsekwencji.
– Joce! – Głos Dallasa ją zaskoczył, choć nie aż do tego stopnia, jak nagłe pojawienie się chłopaka w korytarzu. Dosłownie na nią skoczył, bezceremonialnie zaciskają obie dłonie na jej ramionach i stanowczym ruchem okręcając w swoją stronę. – Musimy porozmawiać…
– Okej.
– …i nawet nie chcę słyszeć, że ty… Co takiego? – zapytał, dopiero w tamtej chwili uprzytomniając sobie pełen sens jej wypowiedzi.
Westchnęła, po czym wymownie spojrzała na jego wciąż zaciskające się na jej ramionach dłonie. Miała dość powodów do tego, żeby mieć pretensje o siniaki, to zresztą pozwalało jej choć na moment zapomnieć o tych najbardziej niepokojących kwestiach jej… inności.
– Możesz mnie puścić? – zapytała ze spokojem, uśmiechając się blado. – To trochę niewygodne.
Chłopka prychnął, ale przynajmniej nie zawahał się przed spełnieniem jej prośby. Ciemne włosy miał w nieładzie, cały zresztą sprawiał wrażenie kogoś, kto dopiero co wyszedł cało z jakiejś wyjątkowo gwałtownej batalii. Natychmiast poluzował uścisk, w zamian bez chwili wahania biorąc ją pod ramię i dosłownie ciągnąc za sobą.
– Nie wiem czy jesteś na mnie zła, czy nie, ale… Och, jeśli tak, to przepraszam – oznajmił wprost. – Znowu się przez ciebie zadręczam. Nie miałem na myśli nic złego, a twoje zdolności… Wiesz, uciekłaś ode mnie – dodał, a Jocelyne wydała z siebie przeciągłe westchnienie.
– Więc to chyba ja powinnam przepraszać – poprawiła ze spokojem. – Zresztą teraz nie o to chodzi. Już… wszystko jest w porządku – powiedziała i mimo wszystko zabrzmiało to prawdziwie, dzięki czemu niemalże sama w to uwierzyła. – Musiałam po prostu to sobie poukładać.
– A w ogóle da się to poukładać? – wypalił. Jeszcze zanim skończył pytanie, po wyrazie jego twarzy poznała, że zaczął go żałować. – Nieważne, nic nie mówiłem. Szlag, wiesz ile mieliśmy szczęścia, kiedy… – Urwał, nie chcąc ryzykować, że ktoś ich podsłucha. Mimowolnie sama również rozejrzała się dookoła, nasłuchując, by nabrać pewności, że są sami. – Potem o tym pogadamy. Wiesz, coraz bardziej martwię się o Vicki…
– Dalej nie pozwolili ci się z nią zobaczyć? – zapytała, próbując nadążyć za jego słowami.
Dallas spoważniał, po czym na moment przystanął, by w końcu móc na nią spojrzeć. Zdążyła przywyknąć do tego, że przez większość czasu był w aż nadto dobrym nastroju, wygłupiając się równie często, co i Aldero, więc ta nagła zmiana z miejsca sprawiła, że poczuła się w co najmniej skonsternowany sposób. Coś ścisnęło ją w gardle, dzięki czemu jeszcze na ułamek sekundy przed tym, jak chłopak zdecydował się odezwać, zrozumiała, że może spodziewać się najgorszego.
– Pozwolili i to tylko po to, żebym dał im święty spokój. Pięć minut to żadna wizyta, a ja wcale się nie uspokoiłem – powiedział, a jego wyraz twarzy stał się jeszcze bardziej niepokojący. – Ja… nawet nie potrafię tego opisać, ale zdecydowanie nie wyglądała dobrze. To nie jest zatrucie.
– Więc co?
Skrzywił się.
– A skąd mam wiedzieć? – wymamrotał, po czym znowu się skrzywił. – Więcej u niej nie byłem, a Juli ciągle powtarza, że wszystko mają pod kontrolą. Nie chcę nic mówić, ale… jakoś w to nie wierzę i tak sobie pomyślałem, że…
– Potem – przerwała mu, a Dallas usłuchał, chociaż nie sądziła, że będzie do tego zdolny.
Chciał zobaczyć Victorię – była tego pewna, zresztą jak i tego, że najpewniej już od dłuższego czasu planował kolejną nieprzemyślaną wycieczkę po ośrodku. Co więcej, najpewniej znowu chciał, żeby mu towarzyszyła, chociaż nie była pewna czy to dobrze, czy źle. Nie miała okazji poznać Vicki aż tak dobrze, ale mając w pamięci to, co działo się z dziewczyną podczas ostatniego spotkania, sama zaczynała się martwić. Niezbyt przyjemna czy też nie, zdecydowanie nie zasłużyła sobie na coś takiego, Joce zresztą nie mogła zaprzeczyć, że Dallas nie wyglądał na kogoś, kto lubił zamartwiać się bez wyraźnego powodu.
Wciąż o tym myślała, kiedy znaleźli się w pobliżu stołówki. Mniej więcej wtedy doszła do wniosku, że wcale nie jest głodna, ale nie próbowała proponować Dallasowi powrotu do pokoju, choć nie wątpiła, że bez chwili wahania zgodziłby się jej towarzyszyć. Musieli porozmawiać, ale sprawianie pozorów również wydało jej się istotne, nawet pomimo tego, że nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek zauważył ich wizytę w gabinecie Rona. Już i tak długo zwlekała z pokazywaniem się w miejscu publicznym, więc teraz musiała wrócić do normalności – przynajmniej względne. Sądziła zresztą, że Dallas też tego potrzebował, wciąż rozemocjonowany i – co za tym szło – o wiele bardziej roztrzepany niż zazwyczaj, a to mogło okazać się niebezpieczne.
Cóż, nawet jeśli tak było, najważniejsze wydawało się to, że chłopak w żaden sposób nie próbował komentować podejmowanych przez nią decyzji. Nawet wyprzedził ją, kiedy znaleźli się przy wejściu do stołówki, żeby móc uchylić przed nią drzwi i wpuścić ją do środka. Och, ginąca raso dżentelmenów…, pomyślała z przekąsem, mimowolnie uśmiechając się z wdzięcznością. Wciąż nie czuła się pewnie, poza tym nie mogła pozbyć się wrażenia, że Dallas przypatrywał się jej w dziwny, inny niż dotychczas sposób, jednak starała się o tym nie myśleć. W zamian wolała przekonywać samą siebie, że wszystko jest w porządku, dokładnie tak, jak mu powiedziała. Potrzebowała tego – poczucia akceptacji i przynajmniej złudnego wrażenia, że wszystko było w porządku – ale mimo wszystko…
W stołówce coś się zmieniło, choć nie od razu uświadomiła sobie, że ma to związek z atmosferą. Kiedy na dodatek usłyszała donośny głos mówiącego coś z entuzjazmem Collina, a jej wzrok powędrował ku jak zwykle zajętego stolika, już nie miała wątpliwości co do tego, że coś było na rzeczy. Chłopak zachowywał się w niemniej niedyskretny, rozemocjonowany sposób, co i podczas ich pierwszego spotkania, kiedy bez chwili wahania zdecydował się podzielić z nią informacją o tym, co potrafił. Teraz najwyraźniej po raz kolejny dokonywał prezentacji, tym razem racząc wyjaśnieniami drobną postać, która wraz z nim i Jeremim siedziała na plastikowych krzesełkach. Kiedy na dodatek przyjrzała się dokładniej…
Serce zabiło jej szybciej z przejęcia i zdenerwowania. Ruszyła przed siebie, bez chwili wahania wyprzedzając Dallasa, by jak najszybciej mogąc potwierdzić swoją teorię. Z drugiej strony, widok intensywnie czerwonych, długich włosów, które wielokrotnie wcześniej widywała w szkole, wydawał się rozwiewać jakiekolwiek dotychczasowe wątpliwości.
– Shannon? – wyrwało jej się.
To wystarczyło.
Siedząca na krzesełku dziewczyna w ułamku sekundy wyprostowała się niczym struna, po czym w pośpiechu zwróciła się w jej stronę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa