18.06.2016

Dwieście dwadzieścia osiem

Elizabeth
Nerwowo rozejrzała się dookoła. Serce na moment jej stanęło, by po chwili zacząć walić jak szalone, jakby ze zdenerwowania chciało wyrwać jej się z piersi i uciec gdzieś daleko. W efekcie omal nie wyszła z siebie, zbyt roztrzęsiona i oszołomiona, by móc zdobyć się na jakąkolwiek reakcję. Mogła co najwyżej bezwiednie wodzić wzrokiem na prawo i lewo, a w duchu modlić się o to, żeby wszystko okazało się tylko i wyłącznie wytworem jej wyobraźni – czymś całkowicie niewartym uwagi, co z łatwością mogłaby zignorować albo…
Spokojnie, Liz… Spokojnie…, pomyślała w panice, czując coraz silniejsze podenerwowanie. Zacisnęła obie dłonie w pięści, tak mocno, że chyba jedynie cudem nie połamała sobie palców. Przecież wszystko jest w porządku… Cokolwiek to jest, na pewno nie zamierza cię skrzywdzić. W końcu to las, prawda? W lesie zawsze coś się rusza, dodała, ale chociaż brzmiało to sensownie, wcale nie poczuła się pewniej.
Niepokój przybrał na sile, Elizabeth zaś nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, że ktoś ją obserwował. Czuła to całą sobą, aż nazbyt świadoma znajomego już uczucia, które towarzyszyło jej w chwilach zagrożenia. Niewiele zapamiętała z ataku Huntera, jednak również wtedy towarzyszyło jej poczucie niepokoju, to zresztą powróciło na krótko przed tym, jak w domu Jessiki wpadła na swojego brata. Coś zdecydowanie było na rzeczy, Nina zresztą mówiła jej, że powinna ufać sobie, zwłaszcza teraz, kiedy od jednej dobrze podjętej decyzji mogło zależeć to, czy w ogóle miała być zdolna do tego, żeby przeżyć. W takim wypadku zasada ograniczonego zaufania, czy też nawet przewrażliwienie, wydawały się w pełni uzasadnione, Liz z kolei była gotowa zrobić wszystko, byleby bezpiecznie dotrzeć do domu.
Chciała żyć. Przekonywała się o tym niemalże za każdym razem, raz po raz na nowo odkrywając to, jak silna potrafiła być wola walki, kiedy nagle traciło się poczucie bezpieczeństwa – coś dotychczas dla niej obojętnego, z czego nawet nie zdawała sobie sprawy. Teraz wydawało się być wszystkim, z kolei Elizabeth nie potrafiła marzyć o niczym innym, prócz możliwości odzyskania swojego dawnego życia. Momentami nawet kłamstwa wydawały jej się lepszą perspektywą, choć nadal nie była w stanie tak po prostu ich zrozumieć i zaakceptować. Doświadczała czegoś nieprawdopodobnego, trudnego do pojęcia i niezmiennie wprawiającego ją w konsternację. Już niczego nie była pewna, bliska tego, żeby wypatrywać zagrożenia dosłownie na każdym kroku. Tak było i tym razem, a dziewczyna czuła, że niewiele brakuje do tego, żeby wszystko jeszcze bardziej się skomplikowało – chociażby w sytuacji, w które jednak musiałaby zmierzyć się z Jasonem, swoimi lękami i… tym wszystkim.
Wciąż zaciskając palce na drewnianym bełcie od kuszy – swoim prowizorycznym kołku, jak nagle sobie uświadomiła – ostrożnie cofnęła się o kilka kroków, choć nie miała pewności, czy to miało jakikolwiek sens. Nie miała pewności z której strony mógł nastąpić atak, czując się bardziej zagrożoną, niż gdyby stała w szczerym polu. Ze wszystkich stron otaczały ją drzewa, ograniczając widoczność i tworząc dziesiątki miejsc, gdzie mógł ukryć się potencjalny intruz. Miała wrażenie, że każdy rzucany przez pnie drzew cień żyje, będąc niczym oddzielna postać, która w każdej chwili mogła pokusić się o zaatakowanie jej. W efekcie bała się nawet poruszyć, nie wspominając o dalszym biegu, tym bardziej, że w głowie miała jedną z lekcji, którą udzielił jej Damien – o tym, że jeśli zachowywało się jak zwierzyna łowna, wtedy naprawdę można było nią zostać. Nieśmiertelni byli trochę tak, jak drapieżnicy – nie tylko atakowali dla zaspokojenia żądzy, ale również dla przyjemności. W takim wypadku strach podsycał pragnienie zadania bólu, a to zdecydowanie nie miało przypaść jej do gustu. W efekcie wszystko w niej aż rwało się do tego, żeby jednak spróbować uciec, ale…
Chciała odezwać się ponownie, jednak gardło miała ściśnięte i suche, przez co nie była zdolna nawet do tego, żeby jęknąć. Uświadomiła sobie, że drży, dla potencjalnego obserwatora najpewniej wyglądając jak ktoś, kto właśnie postradał zmysły – blada, śmiertelnie przerażona dziewczyna, która tkwiła w bezruchu w samym środku lasu, w dłoniach dzierżąc śmiercionośny kawałek drewna. Dłonie zaczynały ją boleć od wzmaganego bezwiednie uścisku, jednak nawet perspektywa połamania sobie palców nie wydawała jej się wystarczającym powodem, by spróbować się rozluźnić. Coraz bardziej niespokojna, odliczała kolejne sekundy, czekając na… cokolwiek, choć dłużące się oczekiwanie sprawiało, że mimowolnie zaczęła się zastanawiać nad tym, czy w ogóle była zagrożona. Być może to jednak było jej przewrażliwienie, a w gęstwinie nie było nikogo – żadnego niebezpieczeństwa czy łowcy, który planowałby wgryźć się w jej odsłonięte gardło.
Szlag, naprawdę czuła się tak, jakby stopniowo zaczynała tracić zmysły. Miała wrażenie, że jest tego coraz bliższa, zwłaszcza teraz, kiedy na każdym kroku wypatrywała tego, czego dotychczas nie była świadoma – niebezpieczeństwa ze strony świata, którego nie znała, choć przez cały ten czas była z nim związana. Po takiej dawce informacji, wariactwo wydawało się być czymś oczywistym, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co już teraz wiedziała i czego się bała. Gdyby zdecydowała się udać z tym do specjalisty, najpewniej już na wstępie zostałaby skierowana do pokoju bez klamek, co również nie jawiło jej się jako coś szczególnie dziwnego. Czuła się jak dziecko, które zdecydowanie zbyt szybko i gwałtownie zostało rzucone do świata dorosłych, musząc radzić sobie z czymś, co pozostawało dla niej czystą abstrakcją.
Weź się w garść… Po prostu weź się w garść, Liz!, powtarzała niczym mantrę, próbując przekonać samą siebie do podjęcia jakiejkolwiek sensownej decyzji. Musiała coś zrobić, chociaż nie miała pojęcia co, nagle zaczynając żałować tego, że nie było przy niej Damiena. W jego ramionach mogłaby poczuć się naprawdę bezpiecznie, jakkolwiek irracjonalne by się to nie wydawało, jeśli wziąć pod uwagę to, kim on był. W tamtej chwili pomyślała, że najrozsądniejszym rozwiązaniem byłoby wyjęcie telefonu i próba kontaktu z Uzdrowicielem, najpewniej zakończona gorączkowymi błaganiami o to, żeby jak najszybciej po nią przyszedł. Już nie widziała żadnych pozytywów w tym, że mogłaby pokusić się o wyjście z domu, nie wspominając o konsekwencjach tego, jak cała ta nieszczęsna wycieczka mogła się zakończyć.
Cofnęła się o kolejny krok w tył.
Nie…
Cisza dzwoniła jej w uszach, stopniowo doprowadzając na skraj wytrzymałości. Miała wrażenie, że za moment dokona jakiegoś cholernego cudu i jednak wyjdzie z siebie, a potem…
Właściwie nie była pewna, co takiego pokusiło ją do tego, żeby zareagować. Właściwie bezwiednie okręciła się na pięcie, chcąc upewnić się, czy ktoś przypadkiem nie stoi za nią, po czym zamarła, kiedy dosłownie na wyciągnięcie ręki zauważyła jakąś postać. Miała zaledwie kilka sekund na ocenę sytuacji, obrzucenie spanikowanym spojrzeniem obcego mężczyzny – szczupłego blondyna o bystrym, na swój sposób drapieżnym spojrzeniu czekoladowych oczu, które momentalnie przyprawiło ją o dreszcze – i jakąkolwiek reakcję. Samą siebie zaskoczyła niekontrolowanym wrzaskiem, który wyrwał się z jej gardła, a który byłby w stanie obudzić umarłego. Właściwie sama nie była pewna, co takiego do tego stopnia ją przeraziło, przynajmniej do momentu, w którym nieznajomy nie otworzył ust, a jej spojrzenie nie skoncentrowało się na… parze wyostrzonych kłów.
Mniej więcej wtedy nie wytrzymała napięcia.
Nawet nie zorientowała się, że w ogóle ruszyła się z miejsca, a tym bardziej uniosła wciąż zaciśniętą wokół kołka dłoń. Nie miała również pojęcia, jakim cudem udało jej się zaskoczyć przeciwnika na tyle, żeby w ogóle być w stanie się do niego zbliżyć, ale to nie miało znaczenia.
Istotniejsze wydawało się to, że jednak zdołała nie tylko się zamachnąć, ale również wycelować bezpośrednio w serce. Tym większego szoku doznała, kiedy drewno wbiło się w ciało, dokładnie tak, jak często wyobrażała sobie podczas treningów z Damienem, ostatecznie sięgając celu – a przynajmniej tak jej się wydawało. Oszołomiona, odskoczyła w tył, rozszerzonymi do granic możliwości oczami wpatrując się w swojego przeciwnika, wciąż nie wierząc w to, że mogłaby tak po prostu go dźgnąć – z tym, że wciąż widoczna połówka bełtu od kuszy mówiła sama za siebie. Fakt, że wampir wpatrywał się w nią rozszerzonymi do granic możliwości oczami, najwyraźniej nie spodziewając się temu, że mógłby trafić na dziewczynę, która w pierwszym odruchu potraktuje go właśnie w taki sposób.
Ręce zadrżały jej niebezpiecznie, ale nawet nie próbowała zapanować nad odruchami ciała. Energicznie potrząsając głową, cofnęła się o kilka następnych kroków, potykając się na nierównościach terenu. Nie miała pojęcia, co sprawiło, że ostatecznie nie wylądowała na ziemi, jednak i nad tym nie próbowała się zastanawiać. Jedynym, czego była pewna, pozostawało to, że chciała znaleźć się gdzieś daleko – jakkolwiek miałaby tego dokonać. Musiała uciekać i to w tej chwili, ale…
Nieważne.
Raz jeszcze spojrzała na nieznajomego, po czym ostatecznie zdecydowała się na dwie najgłupsze rzeczy, jakie w takiej sytuacji mogłyby przyjść jej do głowy.
Po pierwsze, odwróciła się na pięcie, ryzykując to, że jeśli wampir zdoła się poruszyć, spróbuje rzucić się na nią akurat w momencie, w którym nie będzie tego świadoma.
A po drugie – ledwo tylko straciła nieznajomego z oczu, w popłochu rzuciła się do biegu, pędząc przed siebie ta szybko, jak chyba nigdy dotąd.
Resztę drogi pokonała w pośpiechu, pomimo zmęczenia i palącego bólu w płucach nawet na moment nie próbując się zatrzymywać. Czuła pieczenie pod powiekami, ale nie pozwoliła sobie na płacz, zbyt oszołomiona, by zdobyć się na tak naturalną reakcję.
Aż do chwili dotarcia do domu rodziców, nie obejrzała się przez ramię nawet raz.
Jocelyne
Wiedziała, gdzie znajdowało się boisko – Julie wspominała jej o tym już pierwszego dnia pobytu, później zresztą miała okazję je zobaczyć, podczas wspólnego spaceru z Collinem i Jeremim, kiedy próbowała nauczyć się rozkładu ośrodka. W efekcie nie miała większego problemu z tym, by trafić na miejsce spotkania, które wybrał Dallas, decydując się zabawić w dość śmieszną formę komunikacji, jaką było podrzucenie zakodowanej karteczki do jej pokoju.
Początkowo nawet nie miała pojęcia, że ma do czynieni z szyfrem, bezmyślnie wpatrując się w rząd nic nieznaczących słów, przywodzących jej na myśl jakiś obcy, nielogiczny język. Dopiero po dłuższej chwili udało jej się zorientować, że to coś znacznie więcej, a ostatecznie zidentyfikowała wiadomość jako zapisaną szyfrem Cezara* – czymś, o czym słyszała w przeszłości, a czego do tej pory nie miała okazji używać. Nie miała pojęcia, jak Dallas wyobrażał sobie jej reakcję, gdyby jednak nie zorientowała się, jak powinna odczytać wiadomość, ale nie myślała nad tym, bardziej przejęta możliwością tego, by w końcu mogli się spotkać. Jeszcze zanim wrócili do pokoi z nocnych wypadów, chłopak zasugerował, by darowali sobie rozmowy, póki trochę nie ochłoną i nie upewnią się, że mogą swobodnie mówić, a ona chcąc nie chcąc musiała przyznać mu rację.
Nie była zadowolona, najdelikatniej rzecz ujmując. Przed oczami wciąż miała zarówno swoje dokumenty, jak i teczkę Dallasa, którą prawie że udało jej się przejrzeć. Słowa chłopaka dodatkowo utwierdziły ją w przekonaniu, że coś jest na rzeczy, a Jocelyne stopniowo zaczynała przywykać do tego, żeby zacząć nazywać rzeczy po imieniu. Wciąż nie wiedziała wszystkiego, ale im dłużej się nad tym zastanawiała, w tym bardziej naturalny sposób na myśl przychodził jej dość oczywisty wniosek: Projekt Beta wcale nie zajmował się problemami ze snem. Gdyby miała zgadywać, powiedziałaby, że w jakiś trudny do zidentyfikowania sposób potrafił odnaleźć osoby o wyjątkowych zdolnościach, by później… Właściwie co? Wykorzystać je, pomóc czy może poddać jakimś eksperymentom? Teorie miała różne, jedną bardziej niepokojącą od drugiej, co bynajmniej nie poprawiało jej nastroju, wręcz wzbudzając jeszcze silniejszy niepokój, aniżeli kiedykolwiek wcześniej. To sprawiało, że coraz częściej myślała o tym, żeby się wycofać – po prostu zadzwonić do domu i poprosić o pomoc, co najpewniej doprowadziłoby do tego, że opuściłaby ośrodek w kilka zaledwie dni… I to w mniej lub bardziej normalny sposób. Problem polegał na tym, że wciąż wiedziała o wiele za mało, żeby podjąć jakąkolwiek decyzję, nie wspominając o tym, że nie wyobrażała sobie, by w takim wypadku zostawić w tym miejscu więcej osób; musiała coś zrobić, a później…
Jakby tego było mało, Rosa również niczego jej nie ułatwiała, znowu tak po prostu znikając, zaraz po tym jak uratowała sytuację, dając Jocelyne i Dallasowi szansę na ucieczkę. W efekcie dziewczyna sama nie była pewna, czy powinna być jej wdzięczna, czy może dokonać jakiegoś niesamowitego cudu i spróbować zabić – o ile to oczywiście było możliwe. Miała pewne podejrzenia, których w żaden sposób nie potrafiła wytłumaczyć, wciąż nie mając pojęcia, co takiego oznaczał termin, który wyczytała w swoich aktach: nekromancja. Potrzebowała Internetu, jakiejś dobrej biblioteki, wujka Rufusa… W zasadzie czegokolwiek, co pozwoliłoby jej ustalić najważniejsze kwestie, to jednak pozostawało nieosiągalne, przynajmniej w tamtej chwili i przy jej położeniu. Był jeszcze Dallas, który wydał się dość dobrze odnajdywać w sytuacji, przez co Joce tym bardziej chciała z nim porozmawiać, o ile oczywiście znowu nie zamierzał jej zbyć.
Cóż, jeśli jednak wyjawiłby prawdę, mogłaby się zastanowić nad tym, czy prawienie mu jakichkolwiek morałów w związku ze sposobem kodowania informacji, ma jakikolwiek sens.
Serce waliło jej jak oszalałe, kiedy w końcu zdecydowała się wyjść z ośrodka tylnym wejściem. Nerwowo rozejrzała się dookoła, ale zarówno nie widziała, jak i nie słyszała nikogo. To sprawiło, że do pewnego stopnia poczuła się pewniej, licząc na to, że wyostrzone zmysły pozwolą jej w dość swobodny sposób przedostać się z miejsca na miejsce. Wiedziała, że nie może zwracać na siebie uwagi, próbując zachowywać się naturalnie, jednak i to okazało się trudniejsze, aniżeli mogłaby podejrzewać. Wciąż była spięta, nie miała zresztą pewności czy Dallas…
Najpierw usłyszała huk – charakterystyczny dźwięk z którym na pewno już miała styczność, a którego w pośpiechu nie miała szansy zidentyfikować – a zaraz po tym omal nie została zwalona z nóg, kiedy instynktownie zdołała pochwycić jakiś duży, błyskawicznie przemieszczający się kształt, zanim z siłą uderzył ją w brzuch. I tak zabrakło jej tchu, przez co dopiero po dłuższej chwili zdecydowała się spojrzeć na niespodziewany pocisk, by przekonać się, że… oberwałaby piłką do koszykówki? Uniosła brwi, coraz bardziej oszołomiona, po czym w pośpiechu poluzowała uścisk, którym otaczała przedmiot, pozwalając żeby wylądował na ziemi, odbił się od niej i ponownie wylądował jej w rękach.
– O rany… Przepraszam! – usłyszała i ledwo powstrzymała niedowierzające prychnięcie, kiedy zauważyła zmierzającego w jej stronę Dallasa. Po wyrazie jego twarzy trudno było stwierdzić, czy jakkolwiek martwiła go możliwość tego, że mógłby ją znokautować, nie wspominając o tym, że kiedy tylko zauważył, że była cała, przystanął w niewielkim oddaleniu od Jocelyne, a na jego usta wstąpił nikły, nieco cyniczny uśmieszek. – Ale złapałaś.
Zacisnęła usta, woląc nie ryzykować, że zapędzi się na tyle, żeby spróbować na niego warknąć. Co prawda już zdążyła wyjść przed nim na idiotkę, więc może nawet nie zwróciłby uwagi na jakiekolwiek nietypowe zachowania z jej strony, ale wolała tego nie sprawdzać.
– Uważasz, że nie potrafię złapać piłki? – wycedziła, samą siebie wytrącając z równowagi tym, że na wszystkie możliwe zarzuty zdecydowała się właśnie na ten.
Dallas pośpiesznie zreflektował się, wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym geście, dla lepszego efektu cofając się o krok w tył. Wydawał się walczyć o to, żeby powstrzymać cisnący mu się na usta uśmiech, co mogłoby być całkiem miłe, gdyby jednocześnie tak bardzo jej nie irytowało. Nie miała pojęcia, czy robił to specjalnie, czy może takie zachowanie było dla niego normalne, ale…
Cóż, mogła przewidzieć, że ze swoim szczęściem trafi na chłopaka z wyjątkowo trudnym do zrozumienia poczuciem humoru. Komu innemu w zasadzie byłoby do śmiechu w sytuacji, w której w każdej chwili mogło się okazać, że znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie albo…? Och, w zasadzie wolała się nad tym nie zastanawiać, nawet mimo świadomości rozmowy, którą tak czy inaczej musieli w końcu odbyć.
Wciąż poirytowana, cisnęła piłką przed siebie, licząc na to, że uda jej się trafić chłopaka przynajmniej w ramię. Pochwycił ją bez większego wysiłku, uśmiechając się pobłażliwie na widok jej rozczarowanej miny.
– Nieważne… Dobra, przepraszam – zreflektował się pośpiesznie Dallas, to jednak nie powstrzymało go przed tym, żeby jak gdyby nigdy nic zacząć odbijać piłkę. – Szczerze mówiąc, aż się zacząłem zastanawiać nad tym, czy w ogóle przyjdziesz – dodał i coś w jego tonie sprawiło, że pomimo irytacji, zdecydowała się powstrzymać od jakichkolwiek złośliwości.
– Serio uważasz, że po tym wszystkim mogłabym sobie odpuścić? To ja zaczynałam się zastanawiać, czy dotrzymasz obietnicy – oznajmiła, zanim zdołała ugryźć się w język.
Dallas wydął usta.
– Ja zawsze dotrzymuję obietnicy – powiedział urażonym tonem, ale coś w wyrazie jego twarzy jedynie ją rozbawiło.
– Tym lepiej.
Spojrzała na niego wyczekująco, oczekując tego, że od razu przejdą do rzeczy, choć to wcale nie musiało być takie oczywiste. Chłopak wciąż bawił się piłką, ostatecznie bez słowa odwracając się na pięcie i biegiem ruszając w stronę boiska, żeby z wprawą móc cisnąć nią do kosza.
– Gramy? – zasugerował, a ona spojrzała na niego z niedowierzaniem, przez dłuższą chwilę sama niepewna tego, czy w ogóle dobrze go zrozumiała.
– Jaja sobie robisz? – wyrzuciła z siebie na wydechu, choć Dallas zdecydowanie nie wyglądał w tamtej chwili na kogoś, kto w tej jednej kwestii nie jest poważny. – No weź…
Nie dodała niczego więcej, zbytnio skonsternowana, by zdobyć się na jakąkolwiek sensowną reakcję. On chce mnie wykończyć, przeszło jej przez myśl, a ciało jak na zawołanie zesztywniało, wydawało się protestować przed jakąkolwiek formą sportu. W jej przypadku aktywność fizyczna zwykle kończyła się w jeden, mniej lub bardziej spektakularny sposób: kolejnym urazem, który później dawałaby się jej we znaki przynajmniej kilka następnych dni. Już dawno nauczyła się tego, że w takim wypadku powinna trzymać się z daleka od jakichkolwiek ćwiczeń, choć i to czasami nie wystarczało do tego, żeby w pełni bezpiecznie dotrwała końca dnia. Beznadziejna koordynacja, którą odziedziczyła po babci Belli, nieustannie dawała się Joce we znaki, niezmiennie sprawiając, że w mniej lub bardziej świadomy sposób wpadała w kłopoty.
Z tym, że Dallas nie miał pojęcia, poza tym naprawdę wyglądał tak, jakby mu zależało. Otworzyła usta, w pierwszym odruchu chcąc jednak odmówić, jednak powstrzymał ją, raz jeszcze decydując się odezwać:
– Ktoś może nas obserwować, prawda? – zauważył przytomnie. To mógł być jedynie pretekst do tego, żeby postawić na swoim, ale nie mogła zaprzeczyć, że brzmiało w wyjątkowo logiczny sposób. – Nie daj się prosić, Joce. Porzucamy trochę i… O, mam pomysł – oznajmił, a jego twarz rozjaśnił uśmiech kogoś bardzo, ale to bardzo z siebie zadowolonego. – Jeden celny rzut, jedna odpowiedź. Taka nietypowa gra w dwadzieścia pytań – zasugerował, a ona spojrzała na niego z niedowierzaniem, próbując ocenić, czego tak naprawdę od niej oczekiwał.
– Mam w ogóle jakiś wybór? – wykrztusiła po dłuższej chwili wahania, chociaż odpowiedź wydawała się aż nazbyt oczywista.
Poczuła na sobie przenikliwe spojrzenie jego zielonych oczu. Uśmiech, którym obdarował ją w następnej kolejności, miał w sobie coś równie czarującego, co i niezwykle irytującego, zwłaszcza kogoś, kto już i tak od kilku dni żył w przedłużającej się niepewności.
– No… Niekoniecznie – przyznał zgodnie z prawdą, a jej wyrwał się zdławiony jęk frustracji.
Fantastycznie!
*Szyfr Cezara – to technika szyfrowania, polegająca na tym, że każdej literze alfabetu przypisuje się inną, oddaloną o stałą odległość (np. A to B, B to C…).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa