04.05.2016

Sto osiemdziesiąt siedem

Allegra
Wiedziała, że musi się pośpieszyć. Słyszała ponaglenia Marco, który raz po raz przypominał jej o tym, jak niewiele czasu pozostawało do rozpoczęcia uroczystości, jednak nic nie mogła poradzić na to, że przygotowania szły jej w dość oporny sposób. Sama nie była pewna, co tak naprawdę podkusiło ją, żeby wziąć udział w obchodach Samhain, zgodnie z planami, które snuła Isabeau, ale coś podpowiadało jej, że powinna się tam pojawić. Być może i chroniła te wszystkie dzieciaki przed rozkazami, które – a jakże! – wydawała Claudia, sama jednak pozostawała kapłanką, a skoro król osobiście nie kazał jej się wynosić, mogła założyć, że wciąż była związana pewnymi obowiązkami. Nikt nie miał prawa jej tknąć, zresztą teraz, kiedy w mieście nie było ani jej córki, ani Alessi, była jedyną kapłanką ze stażem i umiejętnościami na tyle rozwiniętymi, by móc poprowadzić taką uroczystością.
Cóż, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, potrzebowała tego w równym stopniu, co i wszyscy wokół. Nie zamierzała zachowywać się jak ktoś, kto wiecznie ucieka, skoro nie ma po temu powodu. Co więcej, nigdy tak naprawdę nie była wierna Dimitrowi, swoje postępowanie opierając przede wszystkim na własnych ideałach oraz uczuciach, które żywiła względem Selene. To bogini oddała życie i to dla niej zamierzała ryzykować, w duchu licząc na to, że nawet Claudia nie jest na tyle bezczelna, by bez powodu spróbować zaburzyć obchody tak znaczącego święta. W zasadzie z tego, co wiedziała, to od czasu walki z Isabeau, ani wampirzyca nie udzielała się publicznie, ani tym bardziej król o którym słyszała, że… nie był w najlepszej formie. Cóż, po tym, co zrobił, trochę za późno było na żal oraz na to, żeby liczyć na czyjekolwiek wsparcie. Skoro nawet Pavarotti zdecydowali się towarzyszyć Theo i Kristin, kiedy ci zdecydowali się uciec na jakiś czas do Rosalee, coś zdecydowanie było na rzeczy.
Inną kwestią pozostawało to, że miała serdecznie dość ukrywania się w domu. Nie potrafiła już zliczyć, ile dni tak naprawdę minęło od chwili, w której sytuacja zmusiła ich do wycofania się z życia publicznego. Od tamtego czasu Marco nie był chętny puścić jej samej nawet do lasu, nie wspominając o wycieczce do lasu. Zaczynała mieć tego dość, zaś nadejście dnia, którzy śmiertelnicy określali mianem Halloween, dawało jej idealną okazję do tego, żeby w końcu uświadomić swojego nadwrażliwego partnera, że gdyby ktoś miał spróbować ich pozabijać, już dawno by to zrobił. Oboje byli silnymi, doświadczonymi telepatami, zaś ochrona, którą otaczali dom i którą zapewniali mieszkającym pod jednym dachem wampirom, pozostawała wystarczająco silna, by nikt nie odważył się naruszyć ich prywatności. Co więcej, oboje zdawali sobie sprawę z tego, że zdołają utrzymać ją nawet podczas wycieczki do miasta, nie musząc przy tym jakoś szczególnie się wysilać.
Z kolei ona miała obowiązki. Kto jak kto, ale Marco Licavoli doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to niepodważalny argument, wobec którego potrzebowałby prawdziwego cudu, żeby móc postawić na swoim. Skoro nawet w trakcie rządów Isobel tak po prostu poszła zbierać zioła, teraz tym bardziej nic nie miało powstrzymać jej przed postawieniem na swoim. Wampir o tym wiedział, kiedy zaś z powaga oświadczyła mu, że ma do poprowadzenia uroczystości, zachowując się przy tym tak, jakby sytuacja była najzupełniej normalna, a ona po prostu odhaczała kolejny punkt wcześniej ustalonego harmonogramu, po prostu jęknął i mrucząc gniewnie pod nosem, oznajmił, że naturalnie wybiera się z nią.
Właśnie takiej reakcji się spodziewała, dlatego jedynie uśmiechnęła się z satysfakcją i wróciła do starannego planowania tego, co zamierzała zrobić podczas występów. Minęło sporo czasu, odkąd musiała zajmować się wszystkim w pojedynkę, zwykle służąc pomocą Beau albo Alessi, które przez ostatnie lata wdzięcznie zastępowały ją w roli kapłanek, jednak pewnych rzeczy po prostu się nie zapominało. Cieszyła się z tego, że zarówno jej córka, jak i wnuczka jej zmarłej siostry ciągnęły rodzinną tradycję, zajmując tak zaszczytną pozycję w Mieście Nocy, choć możliwość zajęcia się czymkolwiek, co miało związek ze świątynią i uroczystościami ku czci bogini, niezmiennie sprawiało jej przyjemność. Dzięki temu mogła z łatwością zapomnieć o tym, co martwiło ją przez te wszystkie dni, począwszy od zadręczania się nieobecnością załamanej, pozbawionej uczuć Isabeau, po całe to szaleństwo, które miało miejsce w Mieście Nocy. Czuła, że jest w swoim żywiole, w pełni skoncentrowana na podejmowanych kolejno decyzjach, planowaniem wyglądu i kolejnych ruchów czy słów, które zamierzała wypowiedzieć podczas uroczystości.
Wszystko wydawało się dopięte na ostatni guzik, a przynajmniej tak jej się wydawało. Nie wyobrażała sobie, że cokolwiek mogłoby pójść źle, a przynajmniej nie w sposób, który ostatecznie miał miejsce. Co prawda już od jakiegoś czasu była przemęczona, momentami czując się po prostu marnie, dotychczas jednak zrzucała to na nadmierne wykorzystywanie mocy oraz nerwy, jednak tym razem…
Do tej pory nigdy z powodu nadmiernych emocji czy problemów nie wylądowała w łazience.
Nie miała pojęcia, co było z nią nie tak, ale zdecydowanie nie wyobrażała sobie wieczora skupionego na okupowaniu toalety, by w porę zareagować na targające nią mdłości. Siedziała na chłodnej posadzce, skoncentrowana przede wszystkim na miarowym łapaniu oddechu i ignorowaniu nieprzyjemnego posmaku w ustach. Chciała podnieść się, by móc dostać się do umywalki i przepłukać usta, jednak zrezygnowała, kiedy w odpowiedzi na jakikolwiek ruch jej ciało po raz kolejny się zbuntował. Uderzył ją słodki zapach krwi, więc mimowolnie skrzywiła się i odsunęła, woląc nie spoglądać na zawartość swojego żołądka. Nie miała pewności, czy nieprzyjemny zapach jedynie potęgował targające nią mdłości, ale nawet nie próbowała się nad tym zastanawiać, w zamian ciężko opierając się o ścianę i próbując schłodzić rozpalone czoło o przyjemnie zimne kafelki.
– Allegro?
Ledwo powstrzymała się przed wywróceniem oczami, nawet mimo nie najlepszego stanu będąc w stanie pomyśleć o tym, że Marco zachowywał się gorzej niż baba, kiedy w grę wchodziło jej bezpieczeństwo. Wiedziała, że tkwił pod drzwiami, najpewniej aż rwąc się do tego, żeby wejść do środka, choć zdecydowanie nie zamierzała mu na to pozwolić.
– Spadaj – odparowała chłodno. Takie słownictwo bez wątpienia nie było w stylu jakiejkolwiek kapłanki, ale nie zamierzała się nad tym rozwodzić. Miała prawo być rozdrażniona, zwłaszcza w sytuacji, w której najpewniej prezentowała się jak siódme nieszczęście. – Zaraz wyjdę. Daj mi chwilę, tylko…
– Akurat – uciął i to niejako ucinało jakiekolwiek dyskusje.
Chciała zaprotestować, zwłaszcza kiedy poczuła delikatny powiew mocy, który ostatecznie sprawił, że zamknięte za zasuwkę drzwi stanęły przed Marco otworem. Znalazł się przy niej w zaledwie ułamku sekundy, nawet nie dając jej okazji do tego, by spróbowała się nad czymkolwiek zastanowić. Chłód jego ramion okazał się lepszy niż kafelki, dlatego pozwoliła na to, żeby wampir wziął ją w swoje objęcia, wygodnie układając w swoich ramionach, by w razie potrzeby zapewnić jej dość swobody, gdyby znowu miała zwymiotować.
– Marco, nie trzeba… – westchnęła, nie kryjąc frustracji, ten jednak puścił jej słowa mimo uszu, w pełni skoncentrowany na przeczesywaniu jej jasnych włosów.
– Co ci jest? – zapytał wprost, choć gdyby to widziała, wtedy najpewniej już dawno znalazłaby sposób, by cokolwiek na to zaradzić. W zasadzie wciąż mogła spróbować to zrobić, znając przynajmniej kilka ziołowych mieszanek, które z powodzeniem mogły załagodzić mdłości. Co prawda przy ich przygotowaniu tak czy inaczej musiałaby zdać się na niego, ale… – Zresztą nieważne. Chcesz wody?
Westchnęła, po czym chcąc nie chcąc skinęła głową.
– Poproszę.
Nie był chętny, by puścić jej chociaż na moment, ale najwyraźniej doszedł do wniosku, że nic złego nie stanie się, jeśli odsunie się na raptem kilka sekund. Co prawda to wystarczyło, żeby znowu wylądowała przy toalecie, jednak tym razem torsje nie były aż tak uciążliwe, być może dlatego, że już nie miała czym wymiotować. To stanowiło dość marne pocieszenie, nie wspominając o tym, że trudno było jej tryskać entuzjazmem, skoro właśnie pogrążała się przed facetem, którego jakby nie patrzeć… kochała.
– Świetnie… – usłyszała tuż za plecami, a chwilę później Licavoli przytrzymał jej włosy, by nie przeszkadzały jej, kiedy po raz kolejny nachyliła się nad toaletą. Tym razem nie zwymiotowała, nie mając czym, ale i tak nie czuła się najlepiej. – Dasz radę się napić? Powoli – dodał z naciskiem, bo rzuciła się na zawartość szklanki, ledwo tylko podsunął jej naczynie do ust.
Zabij mnie…, pomyślała mimochodem, aż nazbyt świadoma tego, że ta bezczelna istota jak gdyby nigdy nic lustrowała jej myśli. Nie mogła zaprzeczyć, że Marco nie robił tego często, zwykle szanując prywatność wszystkich wokół w jego otoczeniu, ale samo doświadczenie i tak okazało się niezwykle drażniące. W efekcie sama nie potrafiła stwierdzić, co było gorsze: intruz w głowie czy może to, że mógłby widzieć ją w tej zdecydowanie nieatrakcyjnej, pogrążającej się z każdą kolejną sekundą wersji.
– To byłoby zbyt proste – powiedział irytująco uprzejmym tonem, muskając wargami jej odsłonięty kark. – Już ci lepiej? – dodał, raptownie poważniejąc.
W pierwszym odruchu zapragnęła na niego warknąć, chcąc zauważyć, że w obecnej sytuacji trudno byłoby oczekiwać tego, że cokolwiek mogłoby być lepiej, ale w porę zdołała się powstrzymać. Z drugiej strony, z zaskoczeniem przekonała się, że jej żołądek chyba faktycznie zaczynał się uspokajać, przez co w krótkim czasie poczuła się na tyle dobrze, by zacząć podejrzewać, że gdyby spróbowała stanąć na nogi, być może byłaby w stanie tego dokonać.
– Tak… – odezwała się z opóźnieniem. Wzięła kilka głębszych wdechów, wciąż nasłuchując jakichkolwiek oznak tego, że mogłaby ponownie doświadczyć mdłości. – Już w porządku. Po… pomóż mi wstać – wykrztusiła, Marco jednak podsumował jej słowa cichym prychnięciem.
– Nie sadzę – stwierdził ze spokojem, po czym bez jakiegokolwiek ostrzeżenia porwał jej na ręce.
Wyrwał się jej cichy, zdławiony okrzyk, zaraz też otoczyła go ramionami za szyję. Mimo wątpliwości nie próbowała protestować, wciąż roztrzęsiona i słaba. Wiedziała, że Marco nie odpuści, zresztą nigdy nie miała nic przeciwko temu, żeby nosił ją na rękach. W jego objęciach czuła się dobrze, zwłaszcza dzięki chłodu jego ciała, dlaczego pozwoliła mu na to, żeby zabrał ją na korytarz, ostatecznie szybkim krokiem ruszając w stronę ich wspólnej sypialni.
– Już mi lepiej – zapewniła, decydując się przerwać panującą ciszę. – Napiłabym się czegoś jeszcze, może mięty, o ile byłbyś na tyle dobry, by trochę poszperać w szafkach na dole. Najwyżej trochę się spóźnimy, ale nic się nie stanie, jeśli po tym wszystkim towarzystwo będzie musiało na mnie poczekać – dodała, jednak i to nie zrobiło na wampirze znaczenia.
– Chyba oszalałaś, jeśli naprawdę sądzisz, że gdziekolwiek pójdziemy. I nie, to wyjątkowo nie jest pretekst do tego, żebym mógł zaciągnąć cię do łóżka – zapowiedział, ostrożnie układając ją na łóżku. Chcąc nie chcąc puściła go, poniekąd próbując w nieco teatralny sposób dać mu do zrozumienia, że mogłaby być na niego obrażona. – Poczekaj tutaj na mnie i tę herbatę, choć niczego nie obiecuję. Ja i zioła nigdy się nie lubiliśmy.
– Naprawdę uważasz, że pozwolę ci decydować o sobie? – zapytała z niedowierzaniem, ale nawet nie raczył jej odpowiedzieć. W zamian po prostu zostawił ją i wyszedł, trzaśnięciem drzwi dość jednoznacznie sugerując, jaka była odpowiedź na jego pytanie.
Nieprawdopodobne, pomyślała z niedowierzaniem, wzdychając przeciągle i próbując się rozluźnić. Palcami przeczesała wilgotne, posklejane włosy, mimochodem zaczynając się zastanawiać nad tym, czy to efekt uboczny mdłości, czy może do tego wszystkiego miała gorączkę. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem doświadczyła jakichkolwiek objawów chorobowych, może pomijając ten jeden raz, gdy zaraz po powrocie do Miasta Nocy została zaatakowana przez wampira. Zdecydowanie nie zamierzała szybko na powrót doświadczać bólu, który towarzyszył jej, kiedy jej ciało zaczęło bronić się przed jadem, co jedynie potęgowało wywołany przez substancję ból.
Przymknęła oczy, z założenia na chwilę, ale kiedy na powrót je otworzyła, odniosła wrażenie, że musiała w którymś momencie przysnąć. Widok Marco, który jak gdyby nigdy nic leżał na materacu, uważnie lustrując wzrokiem jej twarz i smukłą sylwetkę, jedynie utwierdził ją w tym przekonaniu. Chłodne palce natychmiast musnęły jej policzek, więc z wolna uniosła głowę, jednocześnie ostrożnie przesuwając się w jego stronę. Przygarnął ją do siebie, zamykając w zdecydowanym uścisku. Bez chwili wahania wtuliła się w jego tors, już od dawna nie czując oporów przed tym, by mógł zachowywać się względem niej w ten sposób. Nigdy wprost nie powiedziała, że wybaczyła mu to, co miało miejsce w przeszłości, zresztą to nie od niej powinien był oczekiwać rozgrzeszenia, nie mogła jednak zaprzeczyć, że bycie razem przychodziło im naturalnie. Potrzebowała go, zresztą tak jak i on jej, podświadomie czując, że darzył ją szczerym uczuciem; identyczna jak Gabriella czy też nie, Marco Licavoli zawsze widział różnicę pomiędzy nią a jego zmarłą żoną, dzięki czemu nigdy nie czuła się tak, jakby próbował wykorzystać ją do zastąpienia Brie.
– Uśpiłeś mnie? – zarzuciła mu, jednak nawet jeśli tak było, nie potrafiła mieć do niego o to pretensji.
Jedynie wywrócił oczami.
– Nie musiałem – zapewnił i chcąc nie chcąc zdecydowała się mu uwierzyć. – Jak się czujesz? – zapytał i tym razem to ona zapragnęła powtórzyć jego gest.
– Jak ktoś, kto najpewniej spóźnił się na uroczystości, które miał poprowadzić – stwierdziła, a Marco prychnął.
– Nie rozumiem kobiet. Nie była w stanie wyjść z łazienki, a przy pierwszej okazji padła, ale najbardziej przejmuje się tym, że mogłaby zawieść cholerne miasto, które najchętniej wbiłoby jej kołek w serce – skomentował, nie szczędząc sobie sarkazmu.
– Nie całe miasto, tylko Claudia. I nikt do tej pory nie zamachnął się a mnie kołkiem – przypomniała mu uprzejmie, chociaż po wyrazie jego twarzy widać było, że taki stan rzeczy nie stanowił z jego perspektywy żadnej różnicy. – Nieważne. Która godzina? Już nic mi nie jest, zresztą… – zaczęła i spróbowała usiąść, jednak zrezygnowała, kiedy już przy podniesieniu się o kilka centymetrów poczuła narastający ucisk w żołądku.
– Aha, widzę. – Wampir z niedowierzaniem pokręcił głową. – Przynieść ci miskę?
Tym razem na niego warknęła, a przynajmniej próbowała, bo zabrzmiało to dziwnie żałosne. Nagle pożałowała tego, że pozwalała mu się przytulać, w zamian zdecydowanie próbując oswobodzić się z jego uścisku, jednak i to nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia.
Chłodne dłonie zacisnęły się na jej ramionach, stanowczo przyciskając do materaca. Wydęła usta, po czym chcąc nie chcąc spojrzała na trzymającego ją wampira, koncentrując się przede wszystkim na jego lśniących, rubinowych tęczówkach.
– Wybacz, nie mogłem się powstrzymać – zreflektował się pośpiesznie. – Zresztą zaczynam się martwić. Ja. Czy to coś złego?
– To zależy od tego, czy jesteś w stanie trzymać język za zębami – przyznała, po czym wydała z siebie przeciągłe westchnienie. – Nie, nie musisz mi niczego przynosić. Zostałam w łóżku… Czego jeszcze chcesz?
– Nie wiem – przyznał, a do jego tonu jak na zawołanie wkradła się pełna napięcia nuta. – Pewnie już dawno ściągnąłbym Theo, ale tak się składa, że zarówno on, jak i pewien niezrównoważony osobnik gdzieś nam wybyli – dodał spoglądając na nią znacząco.
– Naprawdę z tobą źle, skoro byłbyś skłonny poprosić o pomoc Rufusa – zauważyła słodkim tonem.
Wampir jęknął, po czym gniewnie zmrużył oczy.
– „Poprosić” to takie mocne słowo – zauważył, siląc się na spokój. – Raczej w mało subtelny sposób dałbym mu do zrozumienia, że mogłabyś chcieć z nim porozmawiać, a potem przypilnowałbym, żeby nic głupiego nie przyszło mu do głowy.
– Twoja subtelność wciąż mnie zadziwia, Marco Licavoli – oznajmiła z olśniewającym uśmiechem, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami. – Zrobiłeś mi te zioła? Nie raz leczyłam się sama – przypomniała mu usłużnie, ale nie wyglądał na przekonanego.
– Jak często zdarzają ci się takie rzeczy? – zapytał z powagą, rzucając jej spojrzenie, które jednoznacznie świadczyło o tym, że dobrze znał odpowiedź.
Zrezygnowała ze wstawania, uparcie milcząc i niemalże gorączkowo szukając w głowie jakiejś sensownej odpowiedzi, dzięki której miałaby szansę go uspokoić. Ostatecznie ujęła go za rękę i przycisnąwszy sobie jego przyjemnie chłodną dłoń do policzka, raz jeszcze spojrzała mu w oczy. Przez twarz Marco jak na zawołanie przemknął cień, co samo w sobie wystarczyło, żeby dać jej do myślenia.
No, co?, pomyślała, bez większego wysiłku muskając jego umysł.
– Wiesz, że jesteś cieplejsza niż zazwyczaj? – zapytał i zawahał się na moment. – Zrób dla mnie przynajmniej tyle i zadzwoń do Theo.
– Co mi da rozmowa przez telefon? – zapytała z powątpiewaniem.
Jej partner wydał z siebie cichy, zdławiony jęk.
– Dlaczego musisz być taka uparta, niewdzięczna kobieto? – zapytał z niedowierzaniem. – Po prostu weź tę cholerną komórkę, jeśli nie chcesz, żebym znowu zrobił z tej biednej Lilly osobistego środka transportu.
Przewrażliwiony Marco? To mogłoby być całkiem nieprawdopodobne, jeśli nie przerażające, gdyby nie to, że zdążyła go przez te wszystkie lata poznać. Nie dziwiło jej również to, że mógłby się martwić, tym bardziej, że podobne objawy nie były dla niej normalne. W zasadzie była skłonna się założyć, że znający ją niemniej dobrze Licavoli musiał zauważyć o wiele więcej, aniżeli mogłaby sobie życzyć – i to łącznie z tym, że w ostatnim czasie nieszczególnie tryskała entuzjazmem i energią. Zawsze była niezależna, niemalże z uporem maniaka unikając jakichkolwiek oznak troski, przyzwyczajona do tego, żeby radzić sobie w pojedynkę, to jednak już jakiś czas temu uległo zmianie. Miała Marco, a ten w naturalny sposób próbował ją chronić, zachowując się jak każdy zaborczy samiec względem swojej partnerki.
Westchnęła, po czym wzruszyła ramionami. Musiał uznać to za przyzwolenie, bo bez dalszych, zbędnych pytań wyjął telefon i w pośpiechu wystukał numer. Zdecydowała się nie przypominać mu o tym, że to chyba ona miała rozmawiać z Theo, obojętnie obserwując profil leżącego u jej boku nieśmiertelnego. Przesunęła się bliżej i – obojętna na to, że Marco wsłuchiwał się w sygnał wołania – musnęła palcami jego tors, jakby od niechcenia zahaczając paznokciami o guziki koszuli. Kiedy na to nie zareagował, zdecydowała się ująć go za wolną rękę i zacząć kreślić jakieś bliżej nieokreślone wzory po wewnętrznej stronie jego ramienia. Kąciki jego ust uniosły się ku górze, zaraz też spojrzał na nią w niemalże pobłażliwy sposób.
– Pomyliłem miętę z afrodyzjakiem, czy jak? – zapytał z powątpiewaniem, a Allegra prychnęła. Czy za każdym razem musiał próbować się z nią drażnić?
– Jaki znowu afrodyzjak? – usłyszeli i to skutecznie sprowadziło oboje na ziemię, przypominając o komórce. Głos Kristin wydawał się nieco przytłumiony, być może dlatego, że ledwo powstrzymywała śmiech. – Theo na chwilę wyszedł i… Ehm, macie coś ważnego? Atak morderczej wampirzej dziwki czy…?
– Niestety, Claudia wciąż kryje się po kątach i najpewniej ma się dobrze – przerwał jej zniecierpliwionym tonem Marco. – Bądź taka dobra i zawołaj męża, co moja złota?
– Czy on mnie czaruje? – mruknęła przyjaciółka Layli, a Allegrze łatwo przyszło wyobrażenie sobie, że ta wywróciła oczami. – Zaraz przyjdzie. Dla mnie to dopiero wczesny poranek, jeśli wiecie, co mam na myśli… No i aktualnie czekam na śniadanie do łóżka – oznajmiła z zadowoleniem. – Rozpieszcza mnie.
– O bogini… Nich żadne z was nie mówi mi o jedzeniu, okej? – obruszyła się. – Czuję się gorzej niż kobieta w ciąży, więc… Co? – zapytała, gwałtownie urywając, kiedy poczuła na sobie intensywne spojrzenie rubinowych oczu Marco.
Wampir wciąż trzymał telefon przy jej uchu, to jednak nie powstrzymało go przed gwałtownym nachyleniem się w jej stronę.
– Powtórz to, co właśnie powiedziałaś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa