05.05.2016

Sto osiemdziesiąt osiem

Allegra
Z wrażenia aż usiadła, wbijając spanikowane spojrzenie w Marco i ignorując narastające z każdą kolejną sekundą mdłości. W pośpiechu aż przesunęła się na skraj materaca, chyba cudem nie zsuwając się z łóżka. Jej oczy rozszerzyły się do granic możliwości, serce zaś jak na zawołanie zabiło tak szybko, bijąc tak mocno i gwałtownie, jakby w każdej chwili miało być w stanie wyrwać się na zewnątrz i gdzieś uciec.
– Co…? – zapytała gniewnie. Nie czekając na odpowiedź, energicznie potrząsnęła głową, nie chcąc nawet słuchać tego, co mógł chcieć jej powiedzieć. – Nie patrz na mnie w ten sposób, Marco! – warknęła na niego, jednak nie zamierzał tak po prostu się dostosować.
– Amore…
Wyrzuciła obie ręce ku górze w poddańczym geście, jednoznacznie dając mu do zrozumienia, że ma zamilknąć. Dostosował się, ale jego oczy błyszczały intensywnie, zdradzając oszołomienie i fascynację za razem. Widziała, jak intensywnie nad czymś rozmyśla i wyciąga wnioski, i jak te powoli do niego dochodzą, najwyraźniej wydając się przekonywujące, bo na jego twarzy odmalowała się konsternacja. Nie siedziała mu w głowie, ale zaczynała domyślać się, jaki był tok jego rozumowania, jednak z uporem maniaka odrzucała od siebie taką możliwość, nie zamierzając choć przez moment uwierzyć w to, że mogłaby…
Nie, nie ma mowy. Nie ona. I nie z nim…
Nie po raz kolejny.
Zapadła cisza, ta jednak nie przynosiła jej nawet odrobiny ukojenia. Wręcz przeciwnie – każda kolejna sekunda sprawiała, że czuła się coraz bardziej podenerwowana i bliska paniki, mając ochotę zacząć krzyczeć, warczeć i na wszystkie możliwe sposoby protestować. Widziała przecież, że to nie jest możliwe, choć jakaś jej cząstka wydawała się temu zaprzeczać, raz po raz podsuwając jej myśli, które skutecznie wzbudzały w kobiecie wątpliwości.
– Ej, coś mnie ominęło? – zapytała Kristin. Jej głos doszedł do Allegry jakby z oddali i to nie tylko dlatego, że cokolwiek nie tak mogłoby być z zasięgiem. – Powinnam wam gratulować, czy…?
– Nie!
Przycisnęła dłoń do ust, zaskoczona gwałtownością własnej reakcji. Chwilę później zareagowała w zupełnie niekontrolowany, machinalny sposób, podrywając się na równe nogi i zdecydowanym ruchem odsuwając się od łóżka. Przez moment miała ochotę spleść dłonie na brzuchu, ale powstrzymała się, chyba naprawdę boją się tego, co mogłaby w ten sposób odkryć. Spazmatycznie chwytała powietrze, walcząc o zachowanie spokoju, chociaż w rzeczywistości była coraz bliższa paniki. Miała ochotę kazać im się pozamykać – zarówno Marco, jak i Kristin – zdawała sobie jednak sprawę z tego, że taka reakcja byłaby w pełni przesadzona, zdradzając wręcz narastającą skłonność do histerii.
Zapadła cisza, która stopniowo doprowadzała ją do szaleństwa. Dzwoniło jej w uszach, a przeciągające się milczenie sprawiało, że czuła się niemalże jak w potrzasku, marząc o tym, by móc odwrócić się na pięcie i wyjść, trzaskając drzwiami. O bogini, nie zrobisz mi tego…, pomyślała w rozgorączkowany sposób, ledwo powstrzymując się przed energicznym potrząsaniem głową. Chciała wierzyć w to, że wszystko będzie w porządku i że oboje coś pomylili – w końcu musiała się czymś po prostu struć – jednak nie była w stanie ot tak skoncentrować się na odpowiedniej myśli.
– W porządku – odezwał się pojednawczym tonem Marco, starannie dobierając słowa. Z wolna usiadł, po czym wyciągnął obie ręce przed siebie, jakby chcąc gestem zapewnić ją, że jest bezpieczna. Nie miała pojęcia, jak wygląda i w jaki sposób wampir mógł odebrać jej zachowanie, ale czuła, że postępowała w gwałtowny, absolutni nielogiczny sposób. – Już nic nie mówię, ale… chodź tutaj do mnie, okej? Allegro…
Chciał dodać coś jeszcze, jednak nie dała mu po temu sposobności. W pośpiechu chwyciła za klamkę, po czym wyślizgnęła się na korytarz, bezceremonialnie zatrzaskując za sobą drzwi do pokoju. Wciąż towarzyszyły jej mdłości, tym razem dodatkowo potęgowane przez nerwy, a przynajmniej do tego próbowała się przekonać. Nogi same skierowały ją łazienki, choć tym razem przynajmniej nie skończyła przy toalecie, w zamian materializując się przed lustrem. Palce nerwowo zacisnęła na brzegach umywalki, po czym nachyliła się do przodu, przypatrując się swojemu odbiciu – śmiertelnie bladej, przerażonej twarzy i załzawionym, niebieskim oczom. Zwłaszcza to drugie wytrąciło ją z równowagi, bo nie przypominała sobie, żeby płakała.
Coraz bardziej poirytowana, zaczęła energicznie mrugać, chcąc pozbyć się mgiełki, która nagle pojawiła się przed jej oczami. Próbowała się uspokoić, to jednak okazało się trudniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, stopniowo zaczynając doprowadzać ją do szaleństwa. Cholera, nie miała powodów do tego, żeby płakać, tym bardziej, że nie działo się nic wartego uwagi. Nie ona pierwsza i nie ostatnia mogłaby mieć problemy z żołądkiem, nawet jeśli w przypadku pół-wampirów podobne objawy chorobowe zdarzały się wyjątkowo wręcz rzadko. Nie była w stanie zaakceptować tego, że za takim stanem rzeczy mogłoby kryć się coś więcej… Albo ktoś, choć taka możliwość zdecydowanie nie wchodziła w grę. Nie i koniec!
Nerwowo przygryzła dolną wargę, tak mocno, że aż poczuła w ustach posmak krwi. Jeśli wszystko było w porządku, dlaczego czuła się aż do tego stopnia przerażona? Zanim Marco zareagował na niewinną uwagę, która padła z jej ust, kiedy tak po prostu spróbowała sobie zażartować, nic podobnego nawet nie przyszło jej do głowy. To była jego sugestia, która nie miała prawa znaleźć potwierdzenia w rzeczywistości, a przynajmniej miała taką nadzieję, na wszystkie możliwe sposoby wzbraniając się przed tym, co sugerował jej wampir. Co prawda nie mogła zaprzeczyć, że takie wytłumaczenie byłoby najprostsze dość prawdopodobne, ale…
O nie, nie, nie!
Nie chodziło o to, że do tej pory więcej nie myślała o tym, że mogłaby ponownie zostać matką. Nieśmiertelność w przypadku pół-wampirzycy miała to do siebie, że zawsze były pod tym względem sprawne, w każdej chwili zdolne do tego, żeby wydać na świat potomstwo. Sęk w tym, że już kilka wieków temu uznała, że swój obowiązek pod tym względem spełniła – odchowała dzieci, choć los był na tyle okrutny, by w brutalny sposób odebrać jej syna. To też sprawiało, że się bała, nie wyobrażając sobie, że po raz kolejny mogłaby przechodzić przez to samo – począwszy od radosnego oczekiwania, poprzez poród i lata poświęcania się istocie bądź istotom, które byłyby częścią niej samej… A także Marco, bo wszystko po raz kolejny sprowadzało się do niego. Już raz przez to przechodziła, wtedy nie będąc w stanie liczyć na czyjekolwiek wsparcie, jednak teraz… Cóż, tym razem mogłoby być inaczej, ale zdecydowanie nie była na to gotowa.
– Allegro? – usłyszała i omal nie wyszła z siebie, słysząc niemalże troskliwy głos wampira. Wiedziała, że tkwił pod drzwiami, przynajmniej ten jeden raz próbując sprawiać pozory cierpliwego, delikatnie pukając, zamiast od razu wparować do środka. – Otwórz, proszę. Zaczynam się martwić, więc…
– Niepotrzebnie – przerwała mu, a przynajmniej spróbowała, bo jej głos zabrzmiał okropnie chrypliwie.
Na moment zapanowała cisza i zaczęła mieć nadzieję na to, że Marco da sobie spokój, szybko jednak przekonała się, że nie ma na co liczyć. Nawet słowem się nie odezwała, kiedy bez wysiłku znalazł sposób na to, żeby dostać się do środka. Wciąż tkwiła w miejscu, kiedy – zachowując przy tym absolutny spokój – zaszedł ją od tyłu, ostrożnie kładąc dłonie na jej biodrach, delikatnie przyciągając ją do siebie.
Milczeli, ale to wydawało się na miejscu. Coś w jego bliskości sprawiało, że miała ochotę wyślizgnąć się z jego objęć i znowu uciec, jednak nie była w stanie się do tego zmusić. Po chwili, która wydała jej się przeciągać w nieskończoność, powoli wyprostowała się, w końcu znajdując w sobie dość odwagi, by musnąć palcami przysłonięty ubraniem brzuch.
– To nie jest możliwe – wykrztusiła z siebie tak cicho, że ledwo była w stanie zrozumieć własne słowa. – Powiedz mi, że to nie jest możliwe… – dodała i zabrzmiało to niemalże żałośnie, bo poczuła się trochę jak dziecko, któremu się wydaje, że wystarczy poprosić albo się popłakać, by wszystko ułożyło się w taki sposób, jak mogłaby tego oczekiwać.
– Nie znam się na kobiecych sprawach – przypomniał Marco, najpewniej próbując zażartować, jednak wyszło mu to w dość marny sposób. – Nieważne. Boisz się, amore? – zapytał, muskając wargami jej kark, czym skutecznie przyprawił ją o dreszcze.
Czy się bała? Nie miała pojęcia, jak powinna ubrać w słowa to, co w tamtej chwili działo się w jej głowie. Oddychała spazmatycznie, w duchu licząc kolejne wdechy i wydechy, jakby w ten sposób mogła łatwiej się uspokoić. Miała ochotę coś powiedzieć, znowu zacząć protestować albo jednak kazać Marco wyjść, jednak nawet najcichsze słowo nie było w stanie przejść jej przez gardło. Czuła się oszołomiona, zła i zafascynowana jednoczenie, a jakby tego było mało, chyba naprawdę odczuwała strach – coś, co na swój sposób wydało jej się naturalne, zwłaszcza w obecnej sytuacji, ale i tak nie potrafiła tego zaakceptować. Zawsze próbowała uczyć swoje dzieci pewności siebie i siły, co momentami nadchodziło wręcz na może niekoniecznie dobre unikanie skrajnych emocji, ale… tak chyba było lepiej, przynajmniej z jej perspektywy. W przeszłości doświadczyła dość, by myśleć w ten sposób, co również wydało jej się istotne; próbowała walczyć ze sobą i wszystkimi wokół, skupiona przede wszystkim na sprawianiu wrażenia silnej, niezależnej kobiety, którą przez tyle czasu musiała być.
Omal nie wyszła z siebie, kiedy Marco jak gdyby nigdy nic przygarnął ją do siebie, układając dłoń na jej brzuchu. Spróbowała się odsunąć, ale nie pozwolił jej na to, w zamian wzmacniając uścisk, przez co ledwo była w stanie się ruszyć.
– Cii… Ja też – zapewnił, choć nawet nie zdążyła udzielić mu odpowiedzi. Cóż, najwyraźniej jak zwykle wiedział swoje. – Wierz mi, że ja też…
Zwłaszcza w jego przypadku była w stanie go zrozumieć. Nie było go przy niej, kiedy nosiła pod sercem Isabeau i Aldero, o dzieciach dowiadując się już na długo po tym, jak bliźnięta bezpiecznie przyszły na świat. W przeciwieństwie do Gabrielli przeżyła poród, była jednak pewna, że sama kwestia ciąży i bycia ojcem mogłaby być dla Marco przytłaczająca – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
– To tylko twoje gdybania – przypomniała zdławionym tonem, nie będąc w stanie nazwać rzeczy po imieniu i użyć słowa „nasze”.
– Bez wątpienia – zapewnił, ale nie brzmiał na przekonanego. – Jedźmy do Seattle, co? Już i tak zostało nas tutaj mało, bo większość wampirów wyniosła się z miasta. Odprawmy resztę, a potem pojedźmy gdzieś, gdzie będzie mógł obejrzeć cię jakiś lekarz. Tak dla pewności, oczywiście – dodał, a ona jęknęła.
– W Seattle jest Gabriel – powiedziała cicho i to wystarczyło, żeby Marco się zawahał.
Coś ścisnęło ją w gardle, chociaż nie była pewna, co takiego przerażało ją bardziej: możliwość tego, że faktycznie mogłaby być w ciąży, czy może ewentualna reakcja jej siostrzeńca. Relacje Marco i jego syna już od dawna pozostawiały wiele do życzenia, a teraz mogło być już tylko gorzej. Jak długo ta dwójka trzymała się od siebie z daleka, mogli chyba założyć, że istniało pomiędzy nimi kruchy, wątpliwy pokój, gdyby jednak teraz okazało się, że ponownie zostałaby matką…
Cóż, Gabriel bez wątpienia nie miał być zadowolony. Co prawda zaakceptował to, że jego ojciec wrócić do Miasta Nocy i już nawet nie miał pretensji do niej, że mogłaby się z nim związać, jednak do tej pory sytuacja nie była aż do tego stopnia skomplikowana. Kto jak kto, ale Gabriel zawsze chronił swoje rodzeństwo, jak nic trwając w przekonaniu, że Marco nie nadawał się do obcowania z jakimikolwiek dziećmi. To z kolei mogło skończyć się… naprawdę różnie, a takie ekscesy zdecydowanie nie były żadnemu z nich potrzebne.
– Trudno – oznajmił z powagą Licavoli, starannie dobierając słowa. – Na razie ważna jesteś ty. Mojego syna biorę na siebie – stwierdził, a Allegra prychnęła.
– Cóż za poświęcenie, bohaterze – rzuciła z przekąsem, chociaż zdecydowanie nie było jej do śmiechu.
Wciąż nie docierało do niej to, co mogło mieć miejsce, nawet jeśli na swój sposób nadal próbowała się przed taką możliwością opierać. Z drugiej strony, im dłużej o tym myślała, tym częściej przyłapywała się na to, że gdyby co do czego doszło, byłaby… po prostu szczęśliwa. Nie chciała rozwodzić się nad tym, czy całe to szaleństwo miało jakikolwiek sens, czy też nie. Co więcej, kiedy słyszała Marco, wyczuwała w nim jakąś zmianę, której do tej pory nie była świadoma – a także to, że teraz zdecydowanie nie pozwoliłby jej się przepędzić. Co jednak najważniejsze, nawet słowem nie zająknął się na temat przeszłości, choć po tym, co spotkało Gabriellę, była skłonna przygotować się dosłownie na wszystko – i to łącznie z wybuchem gniewu i agresją skierowaną przeciwko dziecku, o którym nawet nie mieli pewności, czy faktycznie istniało.
Nie miała pojęcia do czego to wszystko zmierzało, ale w tamtej chwili po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że po tych wszystkich latach między nią a Marco może jednak miało być naprawdę dobrze.
Elena
Nie tak wyobrażała sobie jakąkolwiek imprezę, to jednak było najmniej istotne. Wyszła w trakcie piosenki Shannon, dziwnie czując się z tym, że gdzieś tam na wyciągnięcie ręki mógł znajdować się Aldero. Podejrzewała, że to było dziecinne, zresztą jak i to, że znowu miała ochotę go unikać, zmusiła się jednak do tego, żeby odrzucić od siebie niechciane myśli. W porządku, może i na swój sposób miał rację, jednak prawda była taka, że żadnego z kuzynów nie powinno obchodzić to, co robiła w wolnym czasie. Kwestia tego, że spotkania z Rafaelem musiała zachować dla siebie, również byłą oczywista, choć tego akurat Al nie miał prawa wiedzieć.
Brak prądu zaskoczył wszystkich, a Elena w pierwszym odruchu omal nie wyszła z siebie, kiedy będąc na piętrze nagle znalazła się w całkowitych ciemnościach. Dopiero później, przysłuchując się kolejnym szeptom dotarło do niej, że to jakieś przejściowe problemy, a nie… chociażby atak demona. Nie czuła się jakkolwiek zagrożona, choć po wszystkich rozmowach z Rafą i wspólnych treningach, niczego dziwnego nie byłoby w tym, że mogłaby wszędzie wypatrywać potencjalnego zagrożenia. Wiedziała, że to najpewniej wyłącznie jej wrażenie, zresztą wciąż była podenerwowana rozmową z Aldero i Brianem, ale…
Jakiś ruch przykuł jej uwagę, więc instynktownie obejrzała się przez ramię. Zauważyła Liz, która w pośpiechu weszła do łazienki, świadomie bądź nie próbując zejść Elenie z oczu. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, czy jej postępowanie ma jakikolwiek sens, ruszyła za przyjaciółką, bez chwili wahania wchodząc do toalety. Ktoś zapobiegawczo postawił na sztorc latarkę, dzięki czemu ta dawała dość światła, by zminimalizować ryzyko obijania się o ludzi i przedmioty, sytuacja jednak i tak okazała się dość krępująca, zwłaszcza w tak małym pomieszczeniu.
– Liz…
Były same, co przynajmniej w teorii powinno było przypaść jej do gustu, jednak coś w zachowaniu przyjaciółki sprawiło, że momentalnie zapragnęła się wycofać. Zastygła w bezruchu, przez dłuższą chwilę tkwiąc w progu i rozglądając się dookoła. Łazienka była na tyle duża, by w razie potrzeby pomieścić kilka osób, choć naturalnie zbiorowe wycieczki do toalety nie wchodziły w grę. Pomyślała, że przed wejściem sama też powinna była zapukać, ale z drugiej strony, Elizabeth sama była sobie winna tym, że nie zamknęła drzwi od wewnątrz. I tak stała przed lustrem, udając zainteresowana poprawianiem spiętych na czubku głowy włosów, choć – przynajmniej zdaniem Eleny – zdecydowanie nie miała czego udoskonalać, skoro jak zwykle prezentowała się dobrze.
Podeszła bliżej, starając się nie krzywdzić w odpowiedzi na przeciągające się z każdą kolejną sekundą milczenie. Teoretycznie cisza powinna wystarczyć, by dać jej do zrozumienia, że najpewniej powinna wyjść, ostatecznie jednak doszła do wniosku, że jest jej wszystko. Miała dość ciągłego mijania się czy to na korytarzu w szkole, czy nawet teraz, a skoro nareszcie miała okazję z nią porozmawiać, głupotą byłoby z tego nie skorzystać.
– Cześć, Eleno – usłyszała, ledwo tylko znalazła się na tyle blisko, żeby przyjaciółka dłużej nie mogła jej ignorować. Liz zawahała się na moment, dłuższą chwilę lustrując swoją twarz w lustrze. – Nie wiedziałam, że masz taką zdolną kuzynkę. Pogratuluj Claire ode mnie udanego występu, okej? Co prawda ten tekst był trochę… przerażający, ale…
– O czym mówisz? – przerwała jej, aż nazbyt świadoma tego, że dziewczyna wyrzucała z siebie kolejne słowa tylko po to, by odwlec konieczność prowadzenia normalnej rozmowy.
– O występie Claire – powtórzyła jak gdyby nigdy nic dziewczyna. – Jak Shannon wyleciała z domu… Wiesz w ogóle, co tam się stało? – dodała i w końcu zdecydowała się skoncentrować spojrzenie na zaskoczonej Elenie.
Śpiewająca Claire? Co prawda słyszała muzykę i kobiecy wokal, ale nie zwracała większej uwagi ani na słowa, ani tym bardziej to, czy uległa jakaś zmiana, jeśli chodziło o to, kto śpiewał. Jeśli chodziło o koleżankę Aldero, to z dziewczyną już od dłuższego czasu było nie tak, więc nie czuła się specjalnie zaskoczona z tego powodu. W zasadzie myślami była tak daleko, że pewnie gdyby na prowizorycznej „scenie” pojawiła się słynna gwiazda, nie zwróciłaby na to najmniejszej uwagi.
Swoją drogą, jeżeli naprawdę śpiewała Claire, chyba powinna się bać. Al zaczynał być wręcz przerażająco dobry w swoich manipulacjach, jeśli udało mu się wyciągnąć tę dziewczynę na scenę. To z kolei mogło skończyć się naprawdę różnie, choć nie wyobrażała sobie tego, że mogłaby tak po prostu wyjawić kuzynowi, że nie ma czasu dla niego i rodziny, by cała sobą angażuje się w związek z pewnym upośledzonym pod względem emocjonalnym demonem.
Ha! Rafa jak nic zabiłby mnie za tę uwagę…
– Dawno nie rozmawiałyśmy, wiesz? – zauważyła przytomnie, puszczając słowa Liz mimo uszu. – Tęsknię za tobą – wyznała pod wpływem impulsu.
Jeszcze jakiś czas temu podobne słowa nie przeszłyby jej przez usta, nie wspominając o tym, że nigdy nie była szczególnie wylewna. Zabawne, ale to chyba Rafael zmienił coś pod tym względem, mniej lub bardziej świadomie sprawiając, że zdarzało jej się analizować kwestie, które dotychczas traktowała ze sporą dozą obojętności. Tak było chociażby z tymi, których miała przy sobie, odkąd zaś Liz zdecydowała się od niej odsunąć…
– Dlaczego? W końcu nocowałaś u mnie kilka dni temu – powiedziała cicho dziewczyna, starannie dobierając słowa. – Uczyłyśmy się – dodała i pomimo podłego nastroju, udało jej się uśmiechnąć.
– Dziękuję ci za to – wyrzuciła z siebie pod wpływem impulsu. – Nie musiałaś i… Nie wiem, co powinnam powiedzieć – przyznała, spoglądając na dziewczynę wyczekująco.
Elizabeth jedynie potrząsnęła głową.
– Wiem, że i tak mnie okłamiesz, więc nawet nie próbuję pytać o to, gdzie tak naprawdę byłaś… W końcu dlaczego miałabyś mi powiedzieć? – rzuciła od niechcenia. – Pozdrów Damiena. Możesz mu powiedzieć, że dalej nie wierzę w te jego bajeczki, ale niech wam wszystkim będzie. Chcieliście trzymać mnie na dystans, więc proszę bardzo – dodała, a w jej głosie dało się wyczuć nutkę irytacji, wręcz żalu, o który Elena na pewno by Liz nie podejrzewała.
– Elizabeth…
Dziewczyna uciszyła ją spojrzeniem.
– Możecie robić, co tylko wam się spodoba – przerwała cierpkim tonem. – Serio, już nie będę o nic pytała. Nie masz za co mi dziękować, bo zawsze byłam wierna moim przyjaciołom. Mam tylko nadzieję, że to moje kłamstwo na coś się przydało i nie miałaś problemów… I że wiesz, co robisz, Eleno – dodała, po czym wzruszyła ramionami. – A teraz muszę iść. Rodzice niechętnie wypuścili mnie w domu, więc… – zaczęła, jednak nie było jej dane dokończyć.
W chwili, w której gdzieś w głębi domu rozległ się przyprawiający o dreszcze wrzask, obie zamarły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa