25.05.2016

Dwieście osiem

Jocelyne
Salka gimnastyczna nie była duża, ale to jej nie przeszkadzało. Najważniejszą kwestię stanowiło to, że nikogo w niej nie było, co z miejsca przypadło jej do gustu. Potrzebowała spokoju, przynajmniej pozornego, już od dłuższego czasu wahając się nad tym, gdzie powinna się udać, by nie ryzykować wpadnięcia na kogokolwiek, a zwłaszcza… No cóż, Dallasa, chociaż przez trzy ostatnie dni starała się nawet o nim nie myśleć. Tak było prościej, a przynajmniej Jocelyne nie widziała niczego złego w unikaniu kogoś, kogo w równym stopniu miała ochotę zabić, co i nie wyobrażała sobie, że mogłaby mu spojrzeć w oczy.
Sama nie była pewna, dlaczego ostatecznie zdecydowała się wejść do niewielkiego, częściowo obwieszonego lustrami pomieszczenia. W zasadzie sala gimnastyczna bardziej przypominała jej studnio taneczne, aniżeli miejsce, gdzie ktokolwiek mógłby uprawiać sport. Już na wstępie powitało ją jej własne odbicie, kiedy zaś rozejrzała się dookoła, odniosła wrażenie, że pokój jest o wiele bardziej przestronny niż w rzeczywistości. Wiedziała, że to przede wszystkim sprawka lustrzanych odbić, ale i tak poczuła się nieswojo, zwłaszcza kiedy przyjrzała się sobie. Nie wyglądała szczególnie dobrze, drobna i jasnowłosa, wręcz porażając bladością skóry i cieniami pod oczami. W ostatnim czasie nie spała dobrze, nie tyle z winy jakichkolwiek złych snów, ale samej tylko atmosfery tego miejsca.
Od czasu tego, co stało się Vicki, wciąż się niepokoiła, nie potrafiąc wyjaśnić tego, co działo się wokół niej i w tym miejscu. Ostatnia próba zdobycia jakichkolwiek informacji również nie okazała się szczęśliwa i to najdelikatniej rzecz ujmując, a jakby tego było mało…
Och, nie, zdecydowanie nie zamierzała po raz kolejny rozważać tego, że zrobiła z siebie idiotkę. Myślała o tym wystarczająco wiele razy, ostatecznie dochodząc do wniosku, że wina leżała tylko i wyłącznie po stronie Dallasa. Nie powinien był jej całować, nawet jeśli w istocie okazało się to dobrym sposobem na to, żeby uniknęli jakichkolwiek konsekwencji w związku z nocnym „spacerem” po korytarzach. Przynajmniej zakładała, że nie ma się czego obawiać, tym bardziej, że kiedy Julie zajrzała do niej rano, nawet słowem nie skomentowała sytuacji, której była świadkiem. Być może to znaczyło, że w jej oczach Joce prezentowała obraz nędzy i rozpaczy, więc wolała dodatkowo jej nie dobijać, ale niezależnie od przyczyny, brak jakichkolwiek pytań był jej na rękę.
Inaczej sprawy miały się z Dallasem, który co prawda próbował z nią porozmawiać, ale zrezygnował, kiedy bezceremonialnie zamknęła mu drzwi przed nosem. Jej zdaniem nie było niczego, co mogliby wspólnie omawiać. Przecież wszystko było w porządku; pocałował ją, dzięki czemu mógł wytłumaczyć się przed Julie z tego, dlaczego nie śpi. Może nawet powinna być wdzięczna za to, że przy okazji uratował również ją. Ponadto nie mieli sobie nic do powiedzenia, bo rozwodzenie się nad czymś, co już miało miejsce i co nie wydawało się znaczyć czegokolwiek, najzwyczajniej w świecie nie miało sensu.
Ha, chyba nawet zaczynała w to wierzyć.
Podeszła bliżej, wcześniej starannie zamykając za sobą drzwi. Jej lustrzane odbicie zrobiło to samo, a Jocelyne mimowolnie skrzywiła się, coraz bardziej świadoma tego, że wizualnie nie prezentowała się dobrze. Nie miała pojęcia czy to zmęczenie, czy może znowu była bliska tego, żeby się rozchorować, zresztą było jej wszystko jedno. Brała pod uwagę również to, że mogło brakować jej krwi, choć tę pijała bardzo rzadko. Z drugiej strony, w ostatnim czasie nie jadła dużo, więc ludzkie jedzenie mogło okazać się niewystarczające. Nie spodobało jej się to, zaraz też pomyślała o tym, żeby wykorzystać chwilę i zadzwonić do domu, jednak w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Rodzice już i tak się martwili, a ona nie miała siły na to, żeby zapewniać ich, że nie ma powodu, żeby natychmiast zabierali ją z tego miejsca, nawet jeśli w istocie tego chciała.
Nikłe światło wpadało przez ulokowane po prawej stronie okna, wypełniając salkę przynajmniej odrobiną jasności. Dzień zapowiadał się równie pochmurnie, co i wszystkie inne w ostatnim czasie, ale zdążyła już przyzwyczaić się do specyficznej, deszczowej aury stanu Waszyngton. W takich momentach zwykle preferowała siedzenie w domu, zwłaszcza kiedy zanosiło się na opady, a jednak jakaś jej cząstka marzyła o tym, żeby wyrwać się na zewnątrz. Wiedziała, że to izolacja i sposób w jaki się czuła sprawiały, że zaczynała mieć dość tego miejsca, ale to w gruncie rzeczy niczego nie zmieniało. Jasne, mogła zrezygnować, ale gdzie w takim razie byłby sens tego, co próbowała zrobić do tej pory? Czekała na… cokolwiek, co przyniosłoby jej jakże upragnione wyjaśnienia, i chociaż te nie nadchodziły, Jocelyne chciała wierzyć w to, że chodzi o coś więcej, pomijając oczywiście to, że mogłaby być szalona.
Poza lustrami i ciągnącą się wzdłuż ściany poręczą, sala nie posiadała właściwie żadnego wyposażenia. Zauważyła jedynie wciśnięte w kąt drzwi, które najpewniej prowadziły do kantorka, ale wcale nie czuła potrzeby, żeby sprawdzać jego zawartość. Dopiero po chwili jej uwagę przykuło ustawione na parapecie radio, zaraz też podeszła bliżej, by lepiej przyjrzeć się urządzeniu. Nigdy nie była dobra w obsłudze najróżniejszych technicznych nowinek, ale znalezienie włącznika nawet dla niej okazało się proste. Nie była również zdziwiona tym, że z głośników jak na zawołanie popłynęła cała kakofonia niezidentyfikowanych szumów i trzasków, tym bardziej, że antena była złożona.
Świetnie, zaraz jeszcze okaże się, że nie ma zasięgu…, pomyślała, nie szczędząc sobie cynizmu. Nigdy nie była złośliwa, ale coś w tym miejscu sprawiało, że nie czuła się sobą. Co więcej, wciąż miała wrażenie, że na każdym kroku prześladował ją pech, więc z powodzeniem mogła spodziewać się najgorszego. Zepsute radio, które dodatkowo rozpadnie się, gdy tylko spróbuje go dotknąć? W końcu czemu nie, prawda?
Odszukała ulokowane na boku urządzenia pokrętło, umożliwiające zmianę częstotliwości. Chwilę kręciła nim na wszystkie strony, próbując odszukać jakąkolwiek stację, z urządzenia jednak wciąż wydobywał się tylko i wyłącznie szum. Zrezygnowana, przypomniała sobie o antenie, zamierzając ją przestawić, w nadziei na to, że dzięki temu uchwyci chociaż najsłabszy sygnał, nim jednak zdołała to zrobić…
Jocelyne.
Zamarła, rękę wciąż trzymając na pokrętle. Przez kilka sekund sama nie była pewna, czego tak naprawdę powinna oczekiwać, a tym bardziej w jaki sposób powinna zinterpretować to, co być może usłyszała. Lekko zmarszczyła brwi, momentalnie negując myśl o tym, że mogłaby usłyszeć swoje imię. To zdecydowanie nie było możliwe, zresztą zdążyła już się przekonać, że wyobraźnia lubi płatać jej figle, zwłaszcza kiedy była zmęczona.
Wiedziała o tym, a jednak początkowo nie była w stanie zmusić się do tego, żeby po raz kolejny zmienić częstotliwość. Wciąż słyszała szum, ten zresztą coraz bardziej zaczynał ją irytować, przenikliwy i nieprzyjemny. To, że bezwiednie przesunęła się bliżej, instynktownie wysilając wszystkie zmysły i chcąc upewnić się, że zupełnym przypadkiem…
Nie.
Po prostu… nie.
Wypuściła powietrze ze świstem, po czym gwałtownie wyprostowała się do pionu. Antena… Miała odpowiednio ustawić antenę, żeby…
Jocelyne…
Joce.
Zastygła w bezruchu, czując się tak, jakby ktoś z całej siły uderzył ją w brzuch. Przez dłuższą chwilę ledwo była w stanie złapać dech, początkowo nawet nieświadoma tego, że w ogóle przestała oddychać. Zadrżała niekontrolowanie, wciąż nieświadoma tego, skąd i dlaczego mógłby dobiegać jakikolwiek głos – i to na dodatek taki, który raz po raz wypowiadał jej imię. To musiała być jej wyobraźnia – nic innego – a jednak wyraźnie słyszała raz po raz powracające słowa, nieznacznie wyróżniające się na tyle coraz głośniejszego szumu.
Chciała się odsunąć, ale i tego nie zdecydowała się zrobić. W zamian nogi nagle odmówiły jej posłuszeństwa, a Joce osunęła się na kolana. Wciąż siedziała przy nisko osadzonym parapecie, wspierając na nim łokcie i w całkowicie bezwiedny, niekontrolowany sposób nachylając się ku radiu. Serce biło jej oszalałe, krew tętniła w uszach, a jednak pomimo tego wciąż wyraźnie słyszała ten niespójny dźwięki… i swoje imię… i…
A potem uświadomiła sobie, że wcale nie słyszy szumu, ale niespójne szepty – początkowo niewyraźne, z czasem coraz głośniejsze i wydające się rozbrzmiewać zarówno wokół niej, jak i w jej głowie.
Poczuła, że robi się jej gorąco, ale prawie nie zwróciła na to uwagę, w pełni skoncentrowana na tym, co działo się wokół niej. Była jak zahipnotyzowana, zdolna wyłącznie do tego, żeby trwać w bezruchu i słuchać, chociaż coraz wyraźniejsze szepty napawały ją przerażeniem. To się nie dzieje…, pomyślała, ale jak i wielokrotnie wcześniej, tak i tym razem oszukiwanie samej siebie nie przyniosło pożądanego skutku. Wszystko było nie tak, a ona po raz kolejny doświadczała czegoś, co w normalnym wypadku zdecydowanie nie powinno mieć miejsca.
W pewnym momencie dotarło do niej, że słyszy wiele głosów, mieszających się ze sobą i naprzemiennie szepcących w jakimś obcym, melodyjnym języku, który okazał się równie piękny, co i przyprawiający o dreszcze. Nie była pewna, jakim cudem udawało jej się rozpoznawać poszczególne tony, a tym bardziej ocenić, że głosy nie należały do jednego mówcy, ale nie dbała o to, zdecydowanie bardziej przejęta tym, że jej szaleństwo najwyraźniej było na dobrej drodze do tego, żeby wejść na jakiś wyższy poziom. Słuchała, raz po raz wzdrygając się, kiedy pośród obcych jej słów w jakimś starym, najpewniej dawno już zapomnianym języku, zdarzało jej się wychwycić swoje imię.
Rozpoznawała jeszcze jedno, a przynajmniej miała wrażenie, że powracające raz po raz słowo przypomina jej inne, które już słyszała. Dzięki bliskim miała okazję zaznajomić się z kilkoma językami, sama zresztą całkiem wprawnie mówiła po włosku i francusku, choć słowo, które wzbudziło w niej tak wiele emocji, zdecydowanie wywodziło się z zupełnie innego rejonu świata… Chyba.
Morte.
Śmierć.
Nerwowo zacisnęła dłonie na krawędzi parapetu, tak mocno, że aż okazało się to bolesne. Już nie myślała, świadoma tylko i wyłącznie narastającej paniki oraz przejmującej pustki w głowie. Była przerażona i aż nazbyt świadoma tego, że powinna przerwać to, co działo się wokół niej, jednak nie była w stanie. Próbowała walczyć z samą sobą, a zwłaszcza z zesztywniałym ciałem, to jednak w pełni odmówiło jej posłuszeństwa. W efekcie mogła co najwyżej trwać w bezruchu, słuchać coraz głośniejszych szeptów, które stopniowo zaczynały przypominać niezrozumiały, przyprawiający o zawroty głowy bełkot, i modlić się w duchu o to, żeby ciśnienie nagle nie rozsadziło jej czaszki.
Te głosy… jej imię…
Tego było za dużo; zdecydowanie zbyt wiele, ale…
– Jocelyne…? Joce!
Wszystko ustało w zaledwie ułamku sekundy, pozostawiając ją samą i roztrzęsioną tuż obok wydającego z siebie jednostajny szum radia. W ułamku sekundy wszystko najzwyczajniej w świecie wróciło do normy, choć w głowie wciąż rozbrzmiewały jej te szepty – nieludzkie, niepokojące… i niemalże błagalne, choć nie potrafiła w żaden sposób doszukać się logiki w kolejnych słowach, które udało jej się wychwycić. Potrzebowała dłuższej chwili, by poderwać głowę, nim jednak zdołała odwrócić się w stronę drzwi, czyjeś dłonie zacisnęły się na jej ramionach, zaskakując ją do tego stopnia, że wzdrygnęła się niekontrolowanie i bez chwili wahania zdzieliła niczego niespodziewającego się intruza łokciem w brzuch.
Usłyszała jęk i przekleństwo, co skutecznie sprowadziło ją na ziemię – tym bardziej, że ten konkretny głos znała aż nazbyt dobrze. Dallas skulił się, cofając o kilka kroków i wyraźnie mając problem z tym, żeby złapać oddech. Zielone oczy utkwił w niej, po części rozżalony, co i zaskoczony tak niespodziewanym atakiem, ten zresztą w niemniejszym stopniu wytrącił ją z równowagi. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale ostatecznie zrezygnowała, wciąż niezdolna do tego, by wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk.
– Okej… Dobra, rany, to tylko ja. – Chłopak znowu się skrzywił, po czym w końcu spróbował wyprostować do pionu. – Wyglądasz tak, jakbyś zobaczyła ducha i… Au, ale siłę to ty masz – ocenił, a Joce niemalże prychnęła, mimowolnie myśląc o tym, że powinien cieszyć się, że nie cisnęła nim o ścianę… Albo przypadkiem nie trafiła niżej. – Cholera… Ale fakt, chyba sobie zasłużyłem – przyznał, choć wciąż nie sprawiał wrażenia zachwyconego tym, że mógłby oberwać.
– Chyba? – wyrwało jej się.
Skrzywiła się, tym bardziej, że jej głos zabrzmiał okropnie, nieco drżący i jakby zdławiony. Dallas znowu jej się przyjrzał, po czym lekko zmarszczył brwi, wydając się intensywnie nad czymś myśleć. Ciąż trzymał się za brzuch, ale przynajmniej zdołał się wyprostować, lekko tylko zgarbiony i wyraźnie skonsternowany wnioskami, które najwyraźniej udało mu się wyciągnąć.
– Ja to ja, ale wyglądasz marnie… Wszystko w porządku? – zapytał wprost; samo pytanie zabrzmiało zaskakująco wręcz łagodnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że śmiertelnie przerażona trwała tuż przy wciąż włączonym radio, a wpatrzonego w nią chłopaka znokautowała tylko i wyłącznie dlatego, że niefortunnie zaszedł ją od tyłu.
Energicznie pokręciła głową, sama niepewna tego, co powinna mu odpowiedzieć. Wciąż była oszołomiona, w głowie nadal słysząc tylko i wyłącznie niespójne szepty, które towarzyszyły jej przez cały ten czas. Wiedziała, że wszystko jest nie tak, choć szczerze wątpiła w to, żeby Dallas zrozumiał, gdyby zdecydowała się mu o tym powiedzieć. Dlaczego zresztą miałaby mu się z czegokolwiek tłumaczyć, zwłaszcza po tych wszystkich dniach pieczołowitego unikania przebywania w jego obecności? Nie rozumiała, dlaczego to właśnie on pojawiał się tam, gdzie działy się jakieś dziwne rzeczy, czy to rzucając się do pomocy Vicki, czy też interesując się jej samopoczuciem. Co więcej, nie miała pojęcia, skąd wziął się pod gabinetem Rona i co kombinował, zanim nieco niefortunnie popsuła wszystko swoją jakże „wyjątkową” niezdarnością. Sądziła zresztą, że gdyby zaczęła go wypytywać, on nie pozostałby jej dłużny, a na to zdecydowanie nie mogła sobie pozwolić.
Ostatecznie nie odezwała się nawet słowem, nie tylko nie ufając sobie samej, ale przede wszystkim jemu. Czuła się dziwnie w jego obecności, wciąż zażenowana pocałunkiem, który nie powinien mieć miejsca. Oszołomiona i zła, zdecydowanie nie miała ochoty na to, żeby prowadzić jakiekolwiek rozmowy, a już zwłaszcza z kimś, kto wzbudzał w niej tak wiele skrajnych emocji. Dallas miał w sobie coś, co doprowadzało ją do szału, zwłaszcza odkąd… Och, to nie było istotne – a ona wolała nie mieć z nim nic wspólnego, przynajmniej do momentu, w którym nie zrozumiałaby, czego tak naprawdę powinna się spodziewać.
Drgnęła, próbując się podnieść. Natychmiast przesunął się w jej stronę, wyciągając rękę i sprawiając wrażenie gotowego do tego, żeby w razie potrzeby pomóc jej wstać, ale zdecydowanym ruchem odtrąciła jego ramiona. Chwiejnie stanęła na nogi, całą energię wkładając w to, by móc utrzymać się w pionie i przypadkiem nie zrobić z siebie jeszcze większej idiotki, gdyby do głosu doszedł jej całkowity brak koordynacji. Coraz bardziej zdeterminowana, dumnie odrzuciła jasne włosy na plecy, po czym wyminęła go, szybkim krokiem ruszając w stronę drzwi. Miała ochotę pobiec, ale nie czuła się na tyle pewnie, zresztą podejrzewała, że nadmierna prędkość byłaby niczym prośba o to, żeby potknąć się o własne nogi i wylądować na ziemi. Zdecydowanie nie zamierzała sobie na to pozwolić, niezależnie od tego, jak bardzo chciała zniknąć mu z oczu.
– Hej, czekaj! – zaoponował Dallas, otrząsając się na tyle, by w porę ruszyć w jej stronę. Chwycił ją za ramię, odwracając w swoją stronę w na tyle zdecydowany sposób, by nie miała innego wyboru, prócz tego, żeby jednak spojrzeć mu w oczy. – Nie uciekaj znowu. To było głupie, wiem… Cholera, spanikowałem, okej? Nie chciałem… – Urwał, po czym z niedowierzaniem pokręcił głową. – Jocelyne…
– Co tutaj robisz? – przerwała mu pośpiesznie, prawie że nie krzywiąc się, kiedy wypowiedział jej imię. W uszach wciąż słyszała te szepty, a zwłaszcza sposób w jaki te głosy wypowiadały jej imię.
– Zdawało mi się, że ktoś tutaj jest, a potem zobaczyłem ciebie. Powiesz mi przynajmniej, czy wszystko w porządku? – wyrzucił na wydechu Dallas, najwyraźniej nie zamierzając tak po prostu odpuścić.
Zacisnęła usta, ledwo powstrzymując się przed rzuceniem czegoś złośliwego. Była zmęczona, a on wcale nie pomagał jej tymi wszystkimi pytaniami i naciskaniem na rozmowę. Nie rozumiała, dlaczego niektórzy musieli być aż tak uparci, ale najwyraźniej faceci mieli to do siebie, że lubili działać innym na nerwy.
– Dziękuję, nic mi nie jest – rzuciła, nawet nie siląc się na to, żeby zabrzmieć w miły, zachęcający sposób. Spojrzenie wbiła w jego palce, wciąż zaciskające się na jej ramieniu, próbując jednoznacznie dać mu do zrozumienia, że taki stan rzeczy niekoniecznie przypadł jej do gustu. – Mógłbyś mnie w końcu puścić?
Dallas westchnął, ale przynajmniej nie próbował się spierać. Zauważyła, że przez jego twarz przemknął cień, kiedy przy pierwszej okazji cofnęła się o krok, niemalże potykając się o własne nogi, w próbie odsunięcia się na względnie bezpieczną odległość.
– Teraz lepiej? – zapytał, ale najwyraźniej nie oczekiwał tego, że odpowie, bo mówił dalej: – Naprawdę jesteś bardzo blada… Nic ci nie jest? Mam na myśli… Wiesz, cholera wie, co złapała Vicki – zauważył, a Joce zawahała się, co najmniej zaskoczona tym, że niejako okazywał jej troskę.
– Po prostu mnie zaskoczyłeś – powiedziała, odrobinę spuszczając z tonu. – Nieważne. I tak miałam już wracać do pokoju, więc… – Zamilkła, po czym mimowolnie skrzywiła się, słysząc wciąż obecny szum radia. Zrobiła krok w stronę urządzenia, zamierzając je wyłączyć (albo cisnąć o podłogę, gdyby stawiało opór), ale ubiegł ją Dallas. Sfrustrowana tym, że wciąż nie dawał jej spokoju, wyprostowała się niczym struna, po czym z braku lepszych perspektyw zaplotła ramiona na piersi. – Tak czy inaczej, miałam wracać – powtórzyła.
– I to oczywiście nie jest moja wina, tak? – rzucił sceptycznym tonem. Zaraz po tym wzruszył ramionami, w pośpiechu reflektując się na widok jej miny: – Okej, to przynajmniej cię odprowadzę… No nie patrz tak na mnie! Dobra, wiem, że źle zrobiłem, ale co miałem zrobić? Spanikowałem i tyle!
Chcąc nie chcąc spojrzała mu w oczy, sama niepewna tego, co powinna zrobić. Podświadomie czekała na to, aż przestanie jojczyć, w zamian zadając jakieś absolutnie niepasujące jej pytanie, jednak nic nie wskazywało na to, by miał zamiar to zrobić. Milczał, najwyraźniej czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony i wydając się niemalże błagać wzrokiem o tym, by znowu nie próbowała wysłać go do diabła.
Wypuściła powietrze ze świstem, w głowie szukając jakiejkolwiek sensownej wymówki, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Ostatecznie zwiesiła ramiona, ledwo powstrzymując się przed wytknięciem mu tego, że sprawiał, iż czuła się tak, jakby towarzyszył jej stały przymus. Cóż, z jego perspektywy najwyraźniej wszystko było w porządku, chociaż… właściwie dlaczego miałoby nie być? W końcu jakby nie patrzeć uratował ich oboje, w nie do końca konwencjonalny sposób, jednak skoro już zdecydował się przeprosić…
Cholera.
Chwilę jeszcze milczała, chociaż sama zaczynała mieć dość przeciągającej się ciszy. Ucieczka wciąż wydawała się łatwiejszą i bezpieczniejszą opcją, ale nie potrafiła zmusić się do tego, żeby podjąć jakąkolwiek decyzję. Dallas wciąż wzbudzał w niej mieszane uczucia, ale jedocześnie coś w nim zdawało się ją przyciągać, co w znacznym stopniu komplikowało sytuację. Czuła, że muszą porozmawiać, zresztą prędzej z później musiało do tego dojść, tym bardziej, że nie mogła unikać go w nieskończoność, skoro niejako mieszkali pod jednym dachem.
– Pewnie i tak potknęłabym się na schodach – mruknęła gniewnie, niejako zażenowana własna nieporadnością.
Zaraz po tym z wolna ruszyła w stronę drzwi, nawet niezaskoczona tym, że pojął aluzję i bez chwili wahania ruszył za nią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa