07.05.2016

Sto dziewięćdziesiąt

Elena
Kątem oka zauważyła, że Liz sztywnieje, wyraźnie zaniepokojona. Sama również zastygła w bezruchu, nasłuchując i próbując określić do kogo mógł należeć urywany wrzask, który obie usłyszeli. Dźwięk dochodził do niej jakby z oddali, być może dlatego, że czuła się zbyt oszołomiona, by być w stanie w pełni skoncentrować się na sytuacji. Co więcej, była gotowa przysiąc, że usłyszała coś jeszcze – coś, co brzmiało jak pękające szkoło – jednak nie mogła mieć pewności.
Coś było nie tak i to wydawało się aż nazbyt oczywiste. Czuła narastający z każdą kolejną sekundą niepokój, a instynkt podpowiadał, że powinna biec – uciekać albo zrobić cokolwiek innego, jeśli tylko wydałoby się sensowne. W głowie miała pustkę, jednak wszystko w niej aż krzyczało, że jest zagrożona, nawet jeśli – przynajmniej teoretycznie – podobne myślenie nie miało sensu. W efekcie walczyła sama ze sobą, starając się zapanować nad sobą, własnym ciałem i czystym przerażeniem, kiedy przez myśl przeszło jej, że być może…
Z jakiegoś powodu jak na zawołanie odczuła przejmujący wręcz chłód. Zadrżała niekontrolowanie, po czym mocno zacisnęła dłonie na brzegach umywalki, czując, że jej serce bije coraz szybciej i mocniej, jakby jakimś cudem zamierzało wyrwać się z piersi i uciec gdzieś daleko.
– Co to było? – usłyszała niespokojny szept Elizabeth, jednak nie była w stanie jej odpowiedzieć.
Ja chyba wiem…, pomyślała w oszołomieniu, choć tak naprawdę nie mogła mieć pewności.
Jakie były szanse na to, żeby Hunter albo jemu podobni zareagowali akurat teraz? Nie miała pojęcia, to zresztą wydawało się najmniej istotne, przynajmniej dla Eleny. Nagle zwątpiła w to, czy pójście na jakąkolwiek imprezę w ogóle miało sens, nie wspominając o tym, że w całym domu nie było światła. Takie warunki jak nic sprzyjały demonom, a przynajmniej takim, o których wspominał jej Rafael – tych słabszych, bezcielesnych i zdolnych do funkcjonowania wyłącznie w ciemnościach z których się wywodziły. Do tej pory nie miała okazji spotkać żadnej z tych istot, ale Rafa opisał je dość dokładnie, przez co niemalże w panice próbowała wypatrzeć w zaciemnionych kątach gęstą, kłębiącą się mgłę. Nie widziała niczego, co w teorii powinno ją uspokoić, to jednak sprawiło, że Elena poczuła się jeszcze bardziej zagubiona, nagle niepewna tego, co byłoby gorsze – bezcielesne demony czy może ktoś jaki jak Hunter.
Zauważyła, że Liz drży, co jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że sytuacja nie prezentowała się dobrze. Dziewczyna nie miała pojęcia o istotach nadnaturalnych, ale jak każdy śmiertelnik była w stanie je wyczuć, nawet jeśli nie potrafiła odpowiednio sprecyzować zagrożenia. Widziała po oczach przyjaciółki, że ta również pragnęła uciekać, ale…
– Chodźmy stąd, Liz – zadecydowała, starając się przejąć kontrolę nad sytuacją. Rzuciła przyjaciółce naglące spojrzenie, po czym z niedowierzaniem pokręciła głową. – Może to nic, ale powinnyśmy stąd iść. Poszukam reszty – dodała, po czym jak gdyby nigdy nic ruszyła w stronę drzwi.
– Elena!
Zignorowała to, że dziewczyna wypowiedziała jej imię, w zamian bezceremonialnie wypadając na korytarz. Było ciemno, ale jej oczy zdążyły się do tego przyzwyczaić, zaś wyostrzone zmysły zapewniały pełną swobodę w poruszaniu się w takich warunkach. Miała ochotę rzucić się do biegu, jednak instynkt skutecznie przypomniał dziewczynie o tym, że takie rozwiązanie mogło co najwyżej dodatkowo skomplikować sytuację. W mroku czy też nie, wciąż przebywała w domu pełnym ludzi, więc chcąc nie chcąc musiała się do nich dostosować, wciąż pamiętając o konieczności ukrywania swojej prawdziwej natury. Co prawda nie sądziła, by ewentualne zagrożenie przejmowało się zachowywaniem pozorów, zwłaszcza gdyby w grę faktycznie wchodziły demony, ale nie miała innego wyboru.
Już po wyjściu z łazienki zorientowała się, że dookoła panował chaos. Słyszała głosy z dołu, a po chwili uprzytomniła sobie, że znamienita większość nie popędziła na piętro, by sprawdzić źródło krzyków, ale… wyszła na zewnątrz. Kiedy chwilę później znowu usłyszała krzyki, tym razem przerażenia, uprzytomniła sobie, że musiało wydarzyć się coś naprawdę złego, ale…
– O bogini, tutaj jesteś! – Omal nie wyszła z siebie, kiedy tuż przy niej dosłownie zmaterializował się Aldero. Był bardzo blady, a przynajmniej takie wrażenie odniosła w ciemnościach, chyba po raz pierwszy widząc kuzyna aż do tego stopnia wytrąconego z równowagi. – Widziałaś Claire? Wchodziła na górę, ale… Musimy się stąd wynosić – oznajmił, a Elena wymownie uniosła brwi ku górze.
– Co się dzieje? – zapytała, jednak chłopak wydawał się zbyt podenerwowany, żeby chcieć bawić się w wyjaśnienia.
– Wiem jedynie, że mamy przeje… – zaczął, po czym najwyraźniej doszedł do wniosku, że zabrzmiałoby to zbyt wulgarnie, bo po prostu zamilkł.
Wiesz, że to nie brzmi zbytnio zachęcająco?, pomyślała w oszołomieniu, ale zostawiła tę uwagę dla siebie. Zauważyła, że Al gwałtownie zesztywniał, po czym niespokojnie rozejrzał się dookoła, jakby nasłuchując. Wiedziała, że przez swoja naturę, Aldero jako wampir o wiele lepiej odnajdował się w ciemnościach, tak naprawdę odżywając dopiero po zachodzie słońca – nocą, która stanowiła właściwą dla niego porę do tego, żeby normalnie funkcjonować. Czasami miała wrażenie, że wtedy nie tylko wyostrzały mu się zmysły, ale wręcz wyczuwał to, czego sama nie miała prawa zauważyć. Kiedy zachowywał się w ten sposób, wtedy zaczynała czuć się naprawdę nieswojo, kiedy zaś zaklął i bezceremonialnie pociągnął ją za rękę, doszła do wniosku, że jeśli sądziła, że tego wieczora nic nie może pójść źle, była w cholernym błędzie.
– Aldero… – upomniała go, próbując przypomnieć o tym, że wcale nie byłoby źle, gdyby pokusił się o jakiekolwiek wyjaśnienia, wszystko jednak wskazywało na to, że chłopak nie miał tego w planach.
Zanim zdążyła zapytać go o to, dlaczego prowadzi ją w stronę przeciwną do tej, gdzie znajdowały się schody, Al zdążył zmaterializować się przy jednych z prowadzących do zamkniętego pokoju drzwi. Szarpnął za klamkę tak gwałtownie, że chyba jedynie cudem nie wyrwał ich z zawiasów, po czym bez słowa wpadł do środka, zostawiając osłupiałą Elenę w progu. Zdążyła jedynie zarejestrować, że w sypialni już ktoś był i że najwyraźniej bardzo jej kuzyna zdenerwował, bo ten dosłownie rzucił się w stronę łóżka, by w ułamek sekundy później… bezceremonialnie przycisnąć do ściany wyraźnie zaskoczonego Briana? Nie miała pojęcia, co takiego oszołomiło ją bardziej – widok byłego czy może to, że Aldero najwyraźniej upadł na głowę, skoro zdecydował się poruszać wampirzym tempem na oczach człowieka – to jednak przestało mieć znacznie w chwili, w której zorientowała się, że sytuacja musiała być o wiele bardziej złożona.
A konkretnie w chwili, w której zauważyła bezskutecznie próbującą się podnieść z łóżka Claire.
Nawet nie próbowała łączyć w całość faktów, te bowiem wciąż były dla niej zbyt niejasne, by mogła być do tego zdolna. Natychmiast dopadła do kuzynki, siadając przy niej i próbując ją podtrzymać, podczas gdy ta dosłownie przelewała się jej w rękach. Była bledsza nawet od Aldero, a wrażenie to dodatkowo potęgowały ciemne włosy i aksamitnie czarna sukienka, która miała na sobie, przez co Claire wyglądała trochę jak zjawa. Wydawała się roztrzęsiona i słaba, zaś skoncentrowanie się na twarzy obejmującej ją dziewczyny przyszło jej z wyraźnym trudem; nawet w ciemnościach dało się zauważyć, że tęczówki miała wręcz nienaturalnie zwężone, a oczy zaszklone i jakby nieobecne.
– Elena? – zdołała wykrztusić, chociaż zabrzmiało to raczej jak nieskładny jęk, który zrozumiała jedynie dzięki temu, że siedziała tak blisko.
Chciała odpowiedzieć, ale powstrzymał ją dziwnie charakterystyczny, stłumiony odgłos. Kiedy w ułamek sekundy później doszedł ją słodki zapach krwi, sprawiając, że jednak poderwała głowę ku górze, przekonała się, że Aldero stracił nad sobą kontrolę i najzwyczajniej w świecie zdzielił Briana pięścią twarz. Z wrażenia aż uniosła brwi, przez ułamek sekundy mając ochotę zareagować, ale…
– Al, no coś ty…? – wykrztusiła, ale chłopak jedynie z niedowierzaniem pokręcił głową. Wciąż stał przy jej zwijającym się z bólu byłym, nachylając się nad nim z wysuniętymi kłami, choć te – miała nadzieję – Briana miał uznać jako cześć kostiumu. – Aldero!
– Chcesz mu poprawić? – warknął, nawet na nią nie spoglądając. – O bogini, daj mi jeden powód, dla którego nie powinienem rozwalić temu kretynowi tego pustego łba! – wycedził przez zaciśnięte zęby, po czym krótko obejrzał się przez ramię. – Claire nic nie jest?
Dopiero jego pytanie uprzytomniło jej, że Brian najwyraźniej próbował coś jej kuzynce zrobić. Jasne, już wcześniej miał skłonność do uganiania się za dziewczynami, zresztą sama zerwała z nim przede wszystkim za to, że naprzykrzał się Alessi, nigdy jednak nie przyszłoby jej do głowy, że stać go na coś więcej, prócz ordynarne zachowanie, które zaprezentował jej w tamtym kantorku. Nie pomyślałaby, że mógłby próbować kogokolwiek skrzywdzić, a już zwłaszcza Claire, chociaż…
Do diabła, co było nie tak z tymi wszystkimi facetami?! Jak nie Elliott, który najchętniej zamknąłby ją w piwnicy, to znów Briana z tą swoją nawracającą obsesją! Nie rozumiała tego i w gruncie rzeczy nie chciała pojąć, podświadomie wyczuwając, że może chodzić o coś więcej – z tym, że jednocześnie w żaden sensowny sposób nie potrafiła tego wytłumaczyć.
Wciąż o tym myślała, kiedy drzwi do pokoju otworzyły się po raz kolejny, a do sypialni wpadł wyraźnie poruszony Cameron. Nerwowo rozejrzał się dookoła, spoglądając wymownie na każde z nich z osobna i ostatecznie decydując się skoncentrować wzrok na wciąż pojękującym na podłodze Brianie.
– Serio, Al? – zapytał z niedowierzaniem, zerkając na wciąż zwinięte w pięści dłonie brata.
Aldero jedynie wzruszył ramionami.
– Miałem na to ochotę już od dłuższego czasu – odpowiedział cierpko, po czym zmierzył bliźniaka wzrokiem. – Co tam się dzieje? Słyszeliśmy krzyki, ale…
– Jessica nie żyje – wypalił Cammy i to wystarczyło, żeby w pokoju na powrót zapanowała nieprzenikniona cisza.
Elena otworzyła i zamknęła usta, mając wrażenie, że jej kuzyn mówi od rzeczy albo w jakimś obcym języku. Początkowo nie przyswoiła sobie tego, co powiedział, kiedy zaś w końcu to do niej dotarło, wcale nie poczuła się lepiej.
– Co… Co takiego? – wykrztusiła z trudem, ledwo będąc w stanie zrozumieć samą siebie.
W gruncie rzeczy jakiekolwiek odpowiedzi były zbędne, Cameron zresztą musiał to wiedzieć, bo zignorował jej pytanie, w zamian dopadając do Claire. Nie pytał o nic, w zamian bardziej stanowczo chwytając kuzynkę za ramiona i pomagając jej utrzymać pion. Elena obrzuciła dziewczynę krótkim, nieco spanikowanym spojrzeniem, niemalże z ulgą przekonując się, poza zmierzwionymi włosami i pomiętą sukienką, pół-wampirzyca nie wyglądała tak, jakby ktokolwiek ją skrzywdził.
– Gdzie Damien? Musimy stąd spadać i… – Cammy urwał, po czym lekko się skrzywił. – Rufus nas zabije – dodał, a Aldero prychnął, najwyraźniej już z tą myślą oswojony.
– Mnie martwi raczej to, co tutaj się dzieje. Co się…? – Urwał, po czym rzucił bratu wymowne spojrzenie. – No, sam wiesz.
– Wiem tylko tyle, że podobno wypadła z balkonu… Albo raczej wyleciała przez szybę, ale to i tak nie wygląda dobrze – powiedział z naciskiem Cameron.
– Ja… Ja chyba ją widziałam – wyrzuciła z siebie z trudem Claire.
We trójkę natychmiast na nią spojrzeli, w równym stopniu zaskoczeni jej słowami, jak i tym, że jednak zdołała się odezwać. Gdyby nie to, że bliźniak Aldero wciąż trzymał ją za ramiona, pewnie nawet nie byłaby w stanie siedzieć, ale jej głos zabrzmiał całkiem przytomnie.
– Co takiego, Claire? – zapytała niecierpliwie Elena, nagle jeszcze bardziej zaniepokojona. – Nie podoba mi się to, ale…
– Widziała, jak… Jessika szła z kimś do pokoju – powiedziała z wahaniem dziewczyna. – Z kimś… Rany, nie wiem. Niedobrze mi – przyznała, zaciskając powieki, by łatwiej powstrzymać mdłości.
A potem po prostu się zachwiała i poleciawszy do przodu, po prostu odpłynęła. W tamtej chwili Elena chyba po raz pierwszy usłyszała przeklinającego Camerona, który w pośpiechu przemieścił się, by z wprawą porwać kuzynkę na ręce. W jego objęciach wydawała się jeszcze drobniejsza niż zazwyczaj, a przy tym bardzo, ale to bardzo krucha. Mogła tylko zgadywać, co takiego było z jej kuzynką nie tak, ale jeśli to faktycznie było zasługą Briana, zaczynała rozumieć, dlaczego Aldero miał ochotę ukatrupić go na miejscu. Cokolwiek ten kretyn jej podał, musiało być albo mocne, albo w dużej dawce – a więc najpewniej takiej, która śmiertelniczkę by zabiła, skoro zdołała wpłynąć na pół-wampirzycę, choć jak Elena znała swojego byłego, tak była pewna, że z jego perspektywy cała sprawa musiała wydawać się całkowicie niegroźna.
Słodka bogini, chroń mnie przed idiotami…
Wciąż odczuwała coraz silniejszy niepokój, równie intensywny, co i ten, którego doświadczyła, kiedy była z Liz w łazience. Czuła, że chodziło o coś więcej, aniżeli nieszczęśliwy wypadek na imprezie. Co więcej, kiedy odważyła się pomyśleć o Jessice, odniosła niejasne wrażenie, że coś jej umyka i że to ma dość istotne znaczenie, którego w tamtej chwili nie była w stanie dostrzec. Musiała uciekać – wszyscy musieli – jednak to najpewniej pogorszyłoby sytuację, zwłaszcza po tym, co się wydarzyło. Gdyby tak po prostu teraz wyszli, jak nic zwróciliby na siebie uwagę, zwłaszcza, że Elena była pewna, że ktoś albo zamierzał, albo już zawiadomił policję. Mieli kłopoty, a jeśli do tego wszystkiego pozostawali na górze…
Co powinna była zrobić? Słuchała Aldero i Cammy’ego, którzy w pośpiechu próbowali spekulować nad możliwościami, ale nie była w stanie skoncentrować się na ich słowach i pomysłach. Przez myśl przeszło jej, że powinna zadzwonić do domu i powiedzieć o wszystkim ojcu, jednak prawie natychmiast odrzuciła od siebie ten pomysł. Co prawda nie wątpiła, że tata zaraz zacząłby działać, ale telefon do domu jak nic zaskutkował by tym, że informacja o zamieszaniu dotarłaby do Rufusa. Jeszcze tego było im trzeba, żeby nadwrażliwy wampir pojawił się na tej nieszczęsnej imprezie i najpewniej dokonał masowego mordu za to, że cokolwiek złego mogłoby spotkać jego córkę. Swoją drogą, w razie ewentualnych komplikacji chyba i tak wolała znaleźć pośród ofiar, byleby nie przekonywać się, jakie piekło wampir miał zgotować jej i pozostałym za to, że mogliby dziewczyny nie dopilnować – i to pomimo tego, że to przede wszystkim Aldero i Issie naciskali na to, by Claire gdziekolwiek poszła.
W drugiej kolejności pomyślała o Rafaelu, choć to zakrawało już na desperację. Wściekły, zaniepokojony demon był niewiele lepszą alternatywą od Rufusa i to nie tylko dlatego, że w żaden sposób nie byłaby w stanie wytłumaczyć bliskim, dlaczego nie życzy sobie, by ktokolwiek krzywdził jej osobistego ochroniarza… Nie wspominając o tym, że Rafa najpewniej nie dbałby o nic, ponad jej bezpieczeństwo, w najgorszym wypadku zabijając każdego, kto a) mógłby jej zagrażać i b) byłby w stanie go rozpoznać.
To nie wyglądało dobrze, ale…
A potem coś innego przyszło jej do głowy i już nawet nie próbowała zastanawiać się nad tym, czy to, co robi, ma jakikolwiek sens. Obojętna na wciąż rozmawiających Devile’ów, nieprzytomną Claire i wciąż pojękującego Briana, który chyba zaczynał się kajać, w pośpiechu wystukała numer telefonu – ciąg cyfr, który widziała zaledwie raz i to przez ułamki sekund. W duchu modliła się o to, żeby w zdenerwowaniu niczego nie pomylić i żeby numer był poprawny, ale i tak omal nie cisnęła komórką o ścianę, kiedy usłyszała przeciągający się, irytując sygnał wołania.
Mimo obaw, jej rozmówca odebrał po zaledwie kilku sekundach.
– Tak?
Elizabeth
Elena wypadła z łazienki tak szybko, jakby co najmniej się za nią paliło. Zanim Liz zdążyła zastanowić się nad tym, co się dzieje, została sama, nerwowo wodząc wzrokiem na prawo i lewo, w miarę jak bezskutecznie próbowała przeniknąć spojrzeniem otaczającą ją ciemność. W głowie miała pustkę, a serce tłukło jej się w piersi, zdradzając narastającą panikę, której przyczyn wciąż nie potrafiła jednoznacznie określić. Bała się i to jedno było dla niej aż nazbyt oczywiste, co zresztą w ostatnim czasie nie było niczym nowym. Była skłonna wręcz stwierdzić, że od jakiegoś czasu pozostawała niemalże przewrażliwiona, chociaż…
Bez znaczenia. Wydarzyło się dość, by miała prawo odczuwać niepokój, jednak nie zamierzała się nad tym po raz kolejny rozwodzić. Coś było nie tak, a zachowanie przyjaciółki wystarczyło, żeby utwierdzić ją w tym przekonaniu. Co więcej, już nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, że powinna uciekać, choć Elena naturalnie i tym razem nie wytłumaczyła jej czegoś, co dla niej samej najwyraźniej pozostawało jasne.
Kolejne kłamstwo – przeoczenie, o które chyba powinna mieć do dziewczyny pretensje, a które nagle wydało jej się równie nieznaczące, co i gniew, który towarzyszył jej jakiś czas temu. W porządku, skoro Cullenowie nie chcieli mówić, Liz nie zamierzała naciskać. Wciąż próbowała zrozumieć, czekając… na cokolwiek, co mogłoby naprowadzić ją na właściwy trop, ale to wcale nie było takie ważne. Najwyraźniej się pomyliła, ufając Elenie i jej najbliższym; przyjaciółka w życiu nie potraktowałaby jej w taki sposób, nawet jeśli jej niedawna niemalże siostra wydawała się naprawdę przygnębiona z powodu tego, jak sprawy miały się od dłuższego już czasu. No cóż, sama sobie tego zażyczyła, ale…
Nieważne.
To wszystko nie było istotne, przynajmniej tymczasowo.
Powinna była wyjść z łazienki, a jednak nie mogła zmusić się do ruszenia z miejsca choćby o milimetr. Trwała w łazience, raz po raz niespokojnie spoglądając na zamknięte drzwi, jakby spodziewała się, że za moment w progu pojawi się ktoś, kto spróbuje ją skrzywdzić. Rodzice nie byli chętni puścić jej do Jessiki, a Liz nie potrafiła zliczyć, jak długo musiała walczyć o to, żeby przestali trzymać ją pod kloszem, jakby jeden „wypadek” mógł doprowadzić do tego, że już nie będzie w stanie o siebie zadbać. Co prawda tamten dzień wydawał się zmieniać wszystko, ale pomimo tego chciała zachowywać się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Pragnęła normalności i choć wyjście na Halloween niczego nie gwarantowało, było niczym namiastka tego, co zrobiłaby, gdyby sytuacja prezentowała się we względnie stabilny sposób.
Cóż, postawiła na swoim. Teraz nie potrafiła tego docenić, dochodząc do wniosku, że niejako weszła z deszczu pod rynnę, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. W duchu modliła się o to, żeby wszystko okazało się jakimś idiotycznym żartem – okazją, którą wykorzystało kilku bardziej lekkomyślnych kretynów z jej szkoły – ale…
Nie była pewna, kiedy i dlaczego zdecydowała ruszyć się z miejsca. Z bijącym sercem zrobiła kilka niepewnych kroków naprzód, po czym w pośpiechu wyślizgnęła się na korytarz, starannie zamykając za sobą drzwi łazienki. Korytarz na piętrze wydawał się opustoszały, ale nie zwróciła na to uwagi, w zamian bez zastanowienia rzuciła się do biegu. Na oślep ruszyła w kierunku, w którym – miała nadzieję – musiały znajdować się schody, pragnąc jak najszybciej znaleźć się pośród innych gości. W tłumie było bezpieczniej, zresztą tam mogłaby dowiedzieć się, czy istnieją jakiekolwiek powody do niepokoju. W duchu modliła się o to, by wszystko jednak okazało się pomyłką albo żartem, ale podświadomie czuła, że coś jest nie tak.
Tylko trochę, ale…
Nie zauważyła Go, kiedy tak nagle zmaterializował się przed nią. Nie słyszała niczego – żadnych kroków, przyśpieszonego oddechu albo jakichkolwiek innych oznak tego, że nie jest w korytarzu sama. Nie miała pojęcia kiedy i jakim cudem się pojawił, istotne zresztą było przede wszystkim to, że na niego wpadła – tak po prostu, na tyle gwałtownie, że w oszołomieniu aż zatoczyła się w tył, nie upadając tylko i wyłącznie dzięki parze dłoni, które chwyciły ją za ramiona. Uścisk okazał się lodowaty, silny i pewny, jednak wcale nie poczuła się dzięki temu bezpieczniej – wręcz przeciwnie.
Poruszając się trochę jak w transie, Elizabeth uniosła głowę, spoglądając na majaczącą tuż przed nią postać. Intruz trzymał ją za ramiona, jednak prawie natychmiast o tym zapomniała, kiedy po uniesieniu głowy spojrzała wprost w parę lśniących, rubinowych oczu – hipnotyzujących, przerażających i nieludzkich.
A potem w ciemnościach zdołała dostrzec jego twarz i zamarła, choć nie była pewna dlaczego.
– Dobrze cię widzieć, siostrzyczko – usłyszała tuż przy uchu; otoczył ją słodki, równie lodowaty oddech, jednak nic nie wytrąciło jej z równowagi bardziej niż wypowiedziane przez trzymającego ją mężczyznę słowa.
Siostrzyczko…
Liz zamarła.

1 komentarz:

  1. Hej
    Przypuszczałam, że tym chłopakiem, który zepchnął Jessicę był właśnie Jason. Ale jakim cudem pomylił ją z Eleną? Nie spotkał nigdy hybrydy? Nie wyczuł, że dziewczyna jest człowiekiem, a nie pół- wampirzycą? Cóż...
    Elena telefonuje do dziadka.. oj ciekawa jestem reakcji pozostałych na pojawienie się L. Nie będą zachwyceni to pewne, chociaż to i tak lepsze od zmierzenia się z Rufusem.. zwłaszcza, że to co mogło spotkać Claire wydawało się znajome. Dla niej to pewnie koniec z ewentualnymi wyjściami. Albo ojciec ją zamknie na klucz, albo sama nie będzie chciała nigdzie wychodzić. Chociaż to, że to był człowiek może zmienić jej podejście do ewentualnego zagrożenia. Z każdej strony może nadejść, nie tylko od osób przeistaczających się okazjonalnie w wilki.
    No i spotkanie Liz z bratem.. ciekawa jestem co on może chcieć od niej. Przecież wiedzie teraz inne życie i nie musiał się ujawniać. Chyba, że ma jakiś żal.. ale o co?

    Czekam na ciąg dalszy
    Weny kochana
    Guśka

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa