10.05.2016

Sto dziewięćdziesiąt trzy

Elena
Atmosfera była tak napięta i gęsta, że pewnie dałoby się kroić ją nożem. Aldero wciąż ciskał się na prawo i lewo, chętny zamordować tymczasem na szczęście milczącego, pojękującego czasami Briana, Cammy siedział przy wciąż nieprzytomnej Claire, a ona… No cóż, najpewniej zwariowała, choć zdecydowanie nie zamierzała się do tego przyznać. Jak inaczej wytłumaczyć to, że w przepływie paniki zdecydowała się zrobić z zostawionego przez Lawrence'a numeru telefonu i wezwać go do pomocy?
W gruncie rzeczy chyba nawet nie był zdziwiony. Sama rozmowa sprowadzała się do tego, że przy pierwszej okazji kazał jej się zamknąć, przesłać sobie adres i „siedzieć na tyłku, niezależnie od tego, co by się stało”. Nie brzmiało to szczególnie zachęcająco, ale czuła się zbytnio wytrącona z równowagi, by zdobyć się na jakąkolwiek sensowną reakcję, dlatego nawet nie obruszyła się na niego za to, że mógłby już na wstępie próbować rozstawiać ją po kątach. Nie żeby sam Lawrence zamierzał dać jej po temu okazję, bezceremonialnie rozłączając się, kiedy tylko wyrzucił z siebie kolejne dyspozycje. Wciąż nie wierzyła, że ktoś taki mógłby być spokrewniony z jej cudownie spokojnym ojcem, ale z drugiej strony… po kimś musiała mieć charakter, prawda?
Początkowo nie była przekonana, czy uda jej się nakłonić resztę do spokojnego czekania, jednak szybko przekonała się, że bliźniaki właściwie nie mają pojęcia, co powinni zrobić. W podenerwowaniu nawet nie zwrócili uwagi na to, że gdziekolwiek dzwoniła, zawzięcie dyskutując o wszystkim i o niczym, biorąc pod uwagę za i przeciw ucieczki oraz pozostania. Wiedziała, że wyjście z domu wcale nie było takie proste, bo i tak mieli zwrócić na siebie uwagę już samym tym, że pojawili się na imprezie. Elena nie miała pojęcia, jak wyglądały procedury w policji, ale podejrzewała, że w przypadku dokonania jakiejkolwiek zbrodni, jedną z podstawowych procedur było to, żeby przesłuchać wszystkich potencjalnych świadków. Musieliby kłamać, a to… Cóż, mogłoby się skończyć naprawdę różnie.
Wciąż o tym myślała, sama niepewna tego, jak wiele czasu minęła. Claire wciąż pozostawała nieprzytomna, chociaż przynajmniej oddychała, jednak wątpiła, by dla jej ojca to był argument, by jednak ich wszystkich nie zabijać. Co więcej, chyba naprawdę zaczynała się o kuzynkę martwić, nagle wątpiąc w to, czy słusznie postąpiła, decydując się zaufać właśnie Lawrence’owi. Nie miała pojęcia, co i w jakiej ilości przemycił Claire Brian, więc równie dobrze mogło okazać się, że dziewczyna potrzebowała lekarza, a każda kolejna minuta zwłoki mogła co najwyżej pogorszyć już i tak nieciekawą sytuację.
Wciąż o tym myślała, kiedy gdzieś z zewnątrz doszły ją jakieś dziwne dźwięki. Aldero i Cammy również zamarli, po czym spojrzeli po sobie, spinając się i wydając się chętni do tego, żeby ostatecznie podjąć decyzję o ucieczce. Sama chciała podejść do drzwi, jednak powstrzymało ją spojrzenie Al'a. W następnej sekundzie drzwi do pokoju otworzyły się w bezceremonialny, tak gwałtowny sposób, że jedynie cudem nimi nie oberwała, zmuszona wręcz rzucić się na ścianę, żeby uniknąć ewentualnego ciosu.
– Co do…? – zaczął Aldero, po czym gwałtownie urwał, w zamian bezmyślnie wpatrując się w Lawrence’a.
Wampir nie odezwał się nawet słowem, nerwowo rozglądając się do pokoju, żeby ocenić sytuację. Elena drgnęła, kiedy ich spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę, a w oczach nieśmiertelnego znowu doszukała się tego dziwnego wyrazu, co i w lesie, kiedy porównywał ją do swojej zmarłej żony. Nie miała pojęcia, czy faktycznie była aż tak bardzo podobna do swojej zmarłej babci, to zresztą stanowiło mało istotną kwestię, której nie zamierzała poruszać.
– Co tak patrzycie? – zniecierpliwił się Lawrence. – Idźcie do tamtej dwójki na korytarzu. Wynosimy się stąd – rzucił spiętym tonem, a jego spojrzenie ostatecznie skoncentrowało się na Claire. – A z nią co?
– Hm… Odpłynęła jakieś pół godziny temu – wyjaśnił z wahaniem Cameron. Wpatrywał się w wampira w co najmniej oszołomiony sposób, co jednak nie powstrzymało go przed logicznym myśleniem. – Nie próbowaliśmy jej budzić, ale może Damien…
Urwał, bo Lawrence błyskawicznie ruszył w jego stronę, chcąc przejąć Claire. Cammy wyglądał na chętnego mu na to pozwolić, co otrzeźwiło Aldero, bo natychmiast zmaterializował się pomiędzy bratem i kuzynką a wampirem.
– Co on tutaj robi? – obruszył się, nie kryjąc konsternacji. – Może coś przeoczyłem, ale…
– A możemy o tym porozmawiać później? Zawsze byłeś wygadany, Aldero, ale teraz akurat nie mam do tego cierpliwości – rzucił rozdrażnionym tonem. – Swoją drogą, dziękuję ci bardzo, Eleno. Mogłaś ich uprzedzić.
– A ty mógłbyś mniej się rządzić – odparowała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Lawrence prychał, ale nie odpowiedział, wymownie spoglądając na bliźniaków. Aldero wciąż wydawał się zdezorientowany, ale tym razem nie próbował protestować, kiedy nieśmiertelny spróbował zabrać Claire. W jego ramionach dziewczyna wydawała się jeszcze bledsza i drobniejsza, a Elena nagle zwątpiła w to, czy nie powinni pojechać prosto do domu. Była podenerwowana, a każda kolejna sekunda nerwowego oczekiwania sprawiała, że była coraz bliższa tego, żeby stracić cierpliwość.
Usłyszała jęk, chcąc nie chcąc przypominając sobie o Brianie. Kiedy na niego spojrzała, przekonała się, że ze swojego kąta niespokojnie obserwował ich wszystkich, a zwłaszcza Lawrence’a, najpewniej będąc świadkiem tego, jak ten poruszał się wampirzym tempem. Wciąż trzymając Claire na rękach, mężczyzna obrócił się w stronę chłopaka, po czym lekko zmarszczył brwi, nie kryjąc zaskoczenia.
– To znowu ten dzieciak? – zapytał z niedowierzaniem. – Ale tym razem przynajmniej go nie pogryzłaś, prawda?
Poczuła na sobie zdezorientowane spojrzenie Camerona, Aldero zaś wyraźnie się zmieszał. Sama poczuła, że się rumieni, bynajmniej z takiego stanu rzeczy niezadowolona. Że też musiał zacząć ten temat akurat teraz, na dodatek przy Brianie, który…
– Należałoby mu się – warknął Al, a w jego głosie znowu dało się wyczuć wyraźną nutkę gniewu. – Za Claire. Ten idiota próbował ją zgwałcić! – nie wytrzymał, decydując się nazwać po imieniu to, co wszyscy zrozumieli na chwilę po wejściu do pokoju.
– No chyba nie! – obruszył się Brian. – To znaczy… Jej i tak byłoby potem wszystko jedno, nie? Skoro nie walczyła, to to nie gwałt – dodał, a Elena jęknęła, dochodząc do wniosku, że skręcenie mu karku wcale nie byłoby takim głupim posunięciem.
– A niech cię szlag! – wybuchła, czym skutecznie ściągnęła na siebie spojrzenie wyraźnie skonsternowanego chłopaka.
– To przez to, że jesteś taka uparta, Ell – oznajmił, raptownie poważniejąc. – Jakbyś zobaczyła nas razem…
– Ty lepiej nam powiedz, co to było – wtrącił się nowy głos, a kiedy obejrzała się przez ramię, zauważyła stojącego w progu Damiena.
Jej kuzyn był bardzo blady, poza tym tulił do siebie roztrzęsioną, wyraźnie wytrąconą z równowagi… Elizabeth. Oczy Eleny rozszerzyły się nieznacznie na widok przyjaciółki, tym bardziej, że coś w wyglądzie i wyrazie twarzy dziewczyny z miejsca uprzytomniło jej, że wydarzyło się coś bardzo niedobrego. Spojrzała na Uzdrowiciela, ten jednak wyłącznie pokręcił głową, spoglądając to na Briana, to znowu na Claire.
– A ja wiem? – Największy idiota, jakiego miała okazję spotkać w całym swoim życiu, jedynie pokręcił głową. – Miała sobie tylko zasnąć. Wrzuciłem jakieś… cztery albo… – Zawahał się, robiąc taką minę, jakby właśnie próbował z marszu i bez pomocy naukowych wyprowadzić jakieś wyjątkowo trudne równanie.
Słodka bogini, pomyślała w oszołomieniu, mając coraz większą ochotę zdzielić chłopaka w łeb. Zawsze wiedziała, że nie należał do inteligentnych, ale tym razem przechodził samego siebie. Już wcześniej doszła do wniosku, że Claire i tak miała szczęście, że jak pół-wampirzyca cieszyła się większą odpornością, bo gdyby była człowiekiem, Brian najpewniej nieświadomie doprowadziłby ją do grobu.
Chciała coś powiedzieć, ale powstrzymała ją reakcja Lawrence’a. Wampir dotychczas słuchał, przytrzymując nieprzytomną dziewczynę, jednak coś w słowach byłego chłopaka Eleny musiało ostatecznie wytrącić go z równowagi. Jedną ręką wciąż trzymając małą Prime, drugą zdołał chwycić wyraźnie oszołomionego Briana za gardło i – obojętny na to, że najpewniej właśnie ujawniał się zarówno przed nim, jak i przez Elizabeth – bezceremonialnie postawił chłopaka do pionu. Dzieciak jęknął i chyba spróbował coś powiedzieć, jednak wystarczyło jedno spojrzenie krwistych tęczówek Cullena, by zmusić go do milczenia.
– Nigdy więcej… Słyszysz? – rzucił lodowatym tonem, a do jego głosu wkradła się jakaś dziwna, niepokojąca i jakby hipnotyzująca nuta, która dała Elenie do myślenia. Brian zastygł w bezruchu, rozszerzonymi do granic możliwości oczami spoglądając wprost w rubinowe tęczówki swojego potencjalnego kata. Właśnie wtedy przypomniała sobie, co takiego potrafił jej dziadek i uprzytomniła sobie, że Lawrence faktycznie mógł pokusić się o całkowity brak ostrożności. – Niech nigdy więcej nie przyjdzie ci do głowy, żeby potraktować w ten sposób jakąkolwiek dziewczynę, a już zwłaszcza taką, która ma jakikolwiek związek ze mną – oznajmił i w tamtej chwili nawet Elena zapragnęła zejść mu z oczu. – Co więcej, teraz grzecznie zapomnisz, że kiedykolwiek widziałeś którekolwiek z nas na oczy, a tym bardziej, że próbowałeś jakichkolwiek idiotycznych sztuczek. Niemniej gdyby to się powtórzył… Och, będę wiedział – dodał i uśmiechnął się drapieżnie. – A wtedy przysięgam, że postaram się o to, byś raz na zawsze stracił zainteresowanie kobietami.
– O bogini… Serio zrobiłbyś z niego…? – zaczął Aldero, jednak prawie natychmiast urwał, kiedy Lawrence zamrugał i przeniósł wzrok w jego stronę.
– A chcesz się przekonać, jak wiele jestem w stanie zdziałać? – zapytał, choć po chłopaku widać było, że nie miał na to najmniejszej ochoty.
– Ehm… Może kiedy indziej – rzucił pojednawczym tonem, pośpiesznie uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
Lawrence nie odezwał się nawet słowem. W zamian poprawił Claire w swoich ramionach i – wcześniej raz jeszcze spojrzawszy w stronę Briana, który z jękiem osunął się na podłogę, bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń – szybkim krokiem ruszył w stronę drzwi.
– Idziemy – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu tonem. Gdzieś na zewnątrz pojawiły się niebiesko-czerwone światła, mogące oznaczać wyłącznie jedno. – Tylko pośpieszcie się, bo nie lubię czekać. Nie po to tłukłem się przez pół miasta, żeby teraz dać się zgarnąć policji.
Nawet jeśli którekolwiek z nich miało jeszcze wątpliwości, nie odezwało się nawet słowem.

Elena sama nie wierzyła w to, co działo się wokół niej. Wszystko, co miało związek z nieudaną imprezą i wydarzeniach bezpośrednio po niej, jawił jej się jako istny chaos, wzbudzając w dziewczynie tak wiele skrajnych emocji, że ledwo była w stanie zebrać myśli. Sama nie była pewna, co takiego powinna czuć albo co faktycznie działo się w jej głowie, dlatego ostatecznie zdecydowała się od wszystkiego odciąć, działając trochę tak jak automat i pozwalając, by Lawrence przejął całkowitą kontrolę nad sytuacją.
Miała wątpliwości, kiedy wampir kazał im tak po prostu wyjść z domu i pójść do samochodu, ale z braku lepszych perspektyw zdecydowała się mu zaufać. Aldero i Damien chcąc nie chcąc poszli zając się swoimi autami, woląc nie zostawiać pojazdów przed domem Jessiki, skoro dopiero co doszło w nim do mordu. Ona sama towarzyszyła Lawrence’owi, zresztą tak jak Claire, Cammy i uparcie milcząca Elizabeth, której puste spojrzenie zaczynało przyprawiać Elenę o dreszcz niepokoju. Chciała cokolwiek powiedzieć albo zapytać przyjaciółkę o jakąkolwiek z istotnych kwestii, która przyszła jej do głowy, jednak nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.
– To rozsądne, tak po prostu stąd uciekać? – wtrącił spiętym tonem Cameron. Trzymał w ramionach Claire, wraz z kuzynką i Liz lądując na tylnym siedzeniu czarnego lexusa, który – tak swoją drogą – mógłby wydać się Elenie całkiem interesujący, gdyby akurat nie była skoncentrowana na dziesiątce innych spraw. – To znaczy…
– Uwierz mi, że nikt was nie widział – oznajmił jak gdyby nic Lawrence i najwyraźniej to musiało im wystarczyć.
Nie miała pojęcia, jak daleko sięgały zdolności tego wampira, ale poważnie zaczynała się go obawiać. To nie była telepatia, ale coś o wiele prostszego, choć efekty i tak okazały się imponujące. Sam były pastor dosłownie spadał im z nieba, choć do Eleny wciąż nie docierało to, że tak po prostu zdecydowała się skontaktować z kimś, kogo nawet nie znała. Ryzykowała, ale co innego mogła zrobić w obecnej sytuacji? Lawrence był jedyną osobą, której wezwanie na pomoc wydała jej się względnie bezpieczna, zresztą… Cóż, chyba podświadomie tego chciała – tego, by w końcu móc go poznać, choć od ostatniego spotkania w lesie nawet razu nie wzięła pod uwagę zrobienia użytku z numeru telefonu, który jej zostawił.
Jechali w ciszy, ale to jej nie przeszkadzało. Poczuła nieopisaną wręcz ulgę, kiedy daleko za sobą zostawili dom Jessiki i całe to zamieszanie, choć to w gruncie rzeczy niczego nie wyjaśniało. Ktoś, kogo znała, był martwy… Nie miała pojęcia, co takiego powinna w związku z tym czuć, myśleć albo powiedzieć. Niczego już nie rozumiała, a jedynym, czego była tak naprawdę świadoma, pozostawał wciąż odczuwany niepokój i wrażenie, że podczas imprezy wydarzyło się coś bardzo, ale to bardzo niedobrego.
– W porządku, więc teraz może mi powiecie, co tam właśnie się stało? – odezwał się nagle Lawrence, decydując się przerwać przeciągającą się ciszę. – W porządku tam z wami, Cammy? – dodał, jak nic mając na myśli Claire.
Elena okręciła się na przednim siedzeniu, by móc spojrzeć na kuzynkę. Wtulona w Camerona, nie wyglądała aż tak źle, sprawiając wrażenie pogrążonej we śnie. Chłopak raz po raz praktycznie bezwiednie przeczesywał ciemne włosy dziewczyny palcami, co jakiś czas powtarzając jej imię, by móc ją wybudzić. Zanim odpowiedział, raz jeszcze spróbował Claire potrząsnąć, po czym westchnął, wyraźnie uspokojony, kiedy pół-wampirzyca jęknęła w proteście i mocniej do niego przywarła.
– Będzie w porządku, tak myślę – zapewnił pośpiesznie. – Chociaż wujek Rufus i tak nas zabije. Jestem tego pewien, zresztą… Ale najważniejsze, że chyba nic jej nie jest – dodał o wiele spokojniej, raz jeszcze wplatając palce w czarne loki kuzynki.
– Jak się nie wygadacie, to może przeżyjecie – zniecierpliwił się Lawrence. – Chociaż chyba zabił bym kretyna, który spróbowałby tknąć mi córkę, gdybym oczywiście ją miał. Nie wiem, co ty do tego dzieciaka masz, Eleno, ale nie ma mowy, by kiedykolwiek jeszcze się do ciebie zbliżył – zapowiedział, a ona spojrzała na niego z niedowierzaniem. Czy miała przez to rozumieć, że właśnie próbował czegokolwiek jej zabraniać? W normalnym wypadku wpadłaby w szał, ale prawda była taka, że w tej jednej kwestii już dawno podjęła decyzję, zaś po tym, co zrobił Brian… Cóż, obawy Lawrence’a wydawały się w pełni uzasadnione. – Lepiej już teraz zacznijcie układać sobie wiarygodną wymówkę… Ale nie dla mnie, tak z gwoli ścisłości. Za dużo dla was zrobiłem, żeby pisać się na słuchanie bajek.
Miał rację i to również chcąc nie chcąc musieli mu przyznać. Wciąż nie miała pewności, czego tak naprawdę powinni się po nim spodziewać, ale jak na razie zachowywał się jak przewrażliwiony opiekun, który czuje się w obowiązku ustawić gromadkę niesfornych dzieciaków do pionu. To była niemalże troska, a zdecydowanie nie tego była gotowa oczekiwać po tym wampirze w świetle tego, czego dowiedziała się od rodziców. Zwłaszcza tata chciał, by trzymała się od nieśmiertelnego z daleka, przynajmniej kilkukrotnie powtarzając jej, że Lawrence jest niebezpieczny. Cóż, co do tego jednego również nie miała wątpliwości, a jednak zarówno podczas pierwszego spotkania, jak i teraz nie potrafiła wyobrazić sobie, by mógł zrobić krzywdę jej albo któremukolwiek z pozostałych.
Sam L. milczał, przez dłuższą chwilę koncentrując się na drodze. Poczuła się nieswojo, kiedy samochód znacznie zwolnił, a do niej dotarło, że właśnie utknęli w korku. Zapchane ulice nie były niczym nowym i to nawet późną porą, będąc wręcz nieodzownym, porównywalnym do wiecznie deszczowej aury elementem Seattle, ale i tak dziwnie czuła się na tak małej powierzchni z wampirem, który… jakby nie patrzeć był jej dziadkiem. I właśnie uratował ich wszystkich, bo nawet nie chciała zastanawiać się nad tym, dokąd całe to szaleństwo zaprowadziłoby ją i pozostałych, gdyby próbowali działać na własną rękę.
Nerwowo zerknęła w lusterko wsteczne, po dłuższej chwili będąc w stanie wypatrzeć posuwający się tuż za nimi samochód Aldero. Damien musiał być gdzieś dalej, najpewniej trzymając się przede wszystkim drogi, którą obu narzucał Lawrence. Obserwując pogrążone w półmroku, rozświetlone przez liczne latarnie i neony ulice, Elena nie potrafiła określić w której części miasta się znajdowali, a tym bardziej jakie miejsce tak naprawdę było ich celem.
– Dokąd jedziemy? – zapytała z wahaniem, choć prawda była taka, że to pytanie którekolwiek z nich powinno było zadać na samym wstępie.
Lawrence nawet na nią nie spojrzał.
– W bezpieczne miejsce – odpowiedział lakonicznie. – Biorę was do siebie, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy. Claire będzie mogła się płożyć, a my na spokojnie porozmawiamy. Jeśli będę w stanie wam pomóc, to cudownie, ale jeśli jej się nie poprawi, to dzwonicie prosto do domu, nawet gdyby ktoś miał was pozabijać. To nie ja jestem tutaj lekarzem, zresztą mam dość istnień na sumieniu, by ryzykować jeszcze jedno – rzucił tak swobodnym tonem, jakby właśnie dyskutowali o pogodzie, a nie… całej gamie innych, bardziej przerażających scenariuszy.
Gdzieś za sobą Elena wyraźnie usłyszała, że ktoś gwałtownie nabiera powietrza. Kiedy spojrzała na Liz, ta wydawała się blada jak papier i bez wątpienia przerażona. Sama Cullenówna mogła co najwyżej zgadywać, co takiego musiało dziać się w głowie jej przyjaciółki, która właśnie słuchała o istnieniach na sumieniu, zabijaniu i…
– Liz? – wyszeptała drżącym głosem, w głowie szukając jakiejś sensownej wymówki.
Elizabeth poderwała głowę, w przeciwieństwie do L. decydując się na nią spojrzeć bez choćby chwili wahania. Doszukała się w jej spojrzeniu determinacji, która z jakiegoś powodu zaskoczyła ją bardziej niż cokolwiek innego.
– Ja też nie pozwolę sobie na kolejne kłamstwa, Eleno – oznajmiła, siląc się na spokój. Panowanie nad emocjami przyszło jej z zaskakującą wręcz łatwością, chociaż zarówno po jej tonie, jak i wyrazie twarzy, dało się wywnioskować, że kosztowało ją to mnóstwo energii. – Damien już i tak mi to obiecał, ale wolę powiedzieć. Ja… Za daleko to zaszło – dodała, a Lawrence posumował jej słowa cichym parsknięciem śmiechem.
– Nie wiem, czy już o tym mówiłem, ale ta dziewczyna naprawdę mi się podoba. Ma charakterek – oznajmił a Liz jak na zawołanie spąsowiała.
– Dziękuję panu bardzo – wymamrotała, być może z grzeczności, a może chcąc uszanować jedną osobę, która wydawała się być po jej stronie.
Elena zacisnęła usta, coraz bardziej podenerwowana. Jeśli miała być ze sobą szczera, sama również chciała powiedzieć Elizabeth prawdę… Zrobić cokolwiek, byleby ją odzyskać, nawet jeśli takie myślenie wydawało się co najmniej samolubne. Wciąż nie potrafiła stwierdzić, co takiego się wydarzyło i dlaczego Damien ostatecznie pozwolił na to, by Liz znalazła się w takiej sytuacji, ale to nie było dla niej istotne. Podejrzewała, że wszystko dopiero miał się wyjaśnić, chociaż nie miała pojęcia, czy oby na pewno tego chce; czasami lepiej było nie wiedzieć, chociaż z drugiej strony…
Oparła czoło o przyjemnie chłoną szybę, czując, że powoli zaczyna pulsować jej w skroniach. Ból głowy wydał jej się w jakiś pokrętny sposób najlepszym i zarazem najłatwiejszym do przewidzenia następstwem tego, co działo się wokół niej. Przez moment marzyła o tym, żeby zamknąć oczy i choć na moment zasnąć, niejako idąc śladem Claire, chociaż…
Cóż, to byłoby za proste, prawda?
Znając nietypowe szczęście, które dopisywało ją w tamtym czasie, chyba powinna cieszyć się z tego, że w całym tym zamieszaniu wciąż nie pojawił się wściekły, zaniepokojony kolejnymi kłopotami Rafael.
Jeśli spojrzeć na to w ten sposób, chyba naprawdę nie był aż tak źle.

1 komentarz:

  1. Hej!^^
    Myślałam, że nie będę się mogła zabrać do tego, aby napisać jakiś porządny komentarz. W końcu jednak jestem, bo trzeba nadrobić zaległości. :p Pewnie nie opiszę wszystkiego po kolei, ale postaram się skupić i wypisać to co chcę. :D Jezu, jestem (znaczy byłam) tak do tyłu, że nie mam pojęcia od czego powinnam zacząć. Najwyżej będzie chaotycznie, ale wiem, że mi to wybaczysz. ^^
    Nie sądziłam, że Claire da się wyciągnąć na jakąkolwiek imprezę, a tu proszę taka niespodzianka. Siłami wyobraźni widziałam sukienkę, którą dała jej Elena no i jakby miała okazję to sama pewnie zajrzałabym do garderoby Eleny, żeby coś pożyczyć. Myślałam też, że będą musieli trochę dłużej ją pomęczyć, aby z nimi gdziekolwiek wyszła, a tu się okazuje, że niekoniecznie. No i potem jeszcze to, że zaśpiewała... Kurczę, kuzynostwo ma na nią zły wpływ! Nie dość, że wychodzi na imprezy to publicznie jeszcze śpiewa. Oj, Claire, Claire ;p Hm, jak tylko przeczytałam, że jej Brian zaproponował coś do picia przeczuwałam, że to nie będzie nic dobrego no i wcale się nie pomyliłam. Kurczę, naprawdę nie sądziłam, że on jest w stanie posunąć się do czegoś takiego. Co on sobie myślał, że Elena naprawdę byłaby zazdrosna? Szkoda, że jednak Aldero nie zrobił mu poważnej krzywdy, bo naprawdę mu się należało za to, że próbował zgwałcić Claire. Jego wymówka jest po prostu śmieszna. T-T „Jej i tak byłoby potem wszystko jedno, nie? Skoro nie walczyła, to to nie gwałt „ He, he. ;-; Biedna Claire, jestem pewna, że po tym co jej próbował zrobić będzie jeszcze gorzej o ile w ogóle coś będzie pamiętała. Nie wiem dokładnie jak działa tabletka gwałtu, o ile to było to co jej dał. I akurat słucham Meg & Dia „Monster” c:
    I wrócił też Jason. Zastanawiałam się jak to będzie, kiedy postanowi się ujawnić Elizabeth, o ile zamierzałby to zrobić. Jak zgaduję ich rodzice wiedzieli co się z nim tak naprawdę stało, a bajeczkę o ćpaniu zostawili dla Elizabeth. Jestem ciekawa po co on tak naprawdę wrócił, może nawet mi coś wspominałaś, ale z moją super długą pamięcią to wiesz jak bywa. :D Ich wątek na pewno będzie ciekawy, a teraz czy chcą czy nie muszą wtajemniczyć dziewczynę w to wszystko, bo po tym co widziała nie da się jej wmówić, że tak po prostu się uderzyła w głowę, albo straciła przytomność i miała jakieś halucynacje. Chyba, że wszyscy udawaliby, że są na niezłym haju to może wtedy by to przeszło. XDD
    Elena zadzwoniła po L. Od początku wiedziałam po kogo ona dzwoni, chociaż przyznaję, że w ogóle wyleciało mi z głowy tamto spotkanie. No i przyjechał, a ja wiem co jego pojawienie się oznacza. *skacze z radości * bo to już niedługo, prawda? :D:D:D:D Dobra, wracam na ziemię xD Myślałam, że zabierze ich z powrotem do Cullen'ów, ale chyba dobrze, że na razie postanowił zabrać ich do siebie. Będą mogli ochłonąć, Claire może się polepszy, a potem wrócą do domu. Nie rozumiem tylko dlaczego Rufus miałby ich pozabijać za to co się jej prawie stało. Jasne, poszła z nimi, ale przecież jest dorosła, naprawdę dorosła i nie trzeba jej prowadzić za rączkę, a co za tym idzie Claire też myśli za siebie. Nikt jej nie kazał pić tego co Brian jej dał, ani tym bardziej gdziekolwiek z nim iść... T_T Ale Rufus to Rufus tutaj nie trzeba niczego tłumaczyć, a przynajmniej ja nie potrzebuję żadnych wyjaśnień. Z drugiej strony rozumiem – Claire znowu się znalazła w takiej sytuacji, z tym, że teraz miała „ułatwienie”, bo to był człowiek, ale ona sama była naćpana, więc ciężko było cokolwiek zrobić.
    Rozdziały były ciekawe, wciągające i ja chcę znacznie więcej. Teraz pozostaje mi tylko czekać na to, aż dodasz nowy rozdział. ^^
    Pozdrawiam, dużo weny i jeszcze więcej czasu. C:

    Gabi.

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa