12.05.2016

Sto dziewięćdziesiąt pięć

Elizabeth
Drżała, ale prawie nie była tego świadoma. Trwała w bezruchu, bezwiednie kołysząc się w przód i w tył, mając wrażenie, że wokół niej rozgrywa się istne szaleństwo, chociaż i o tym starała się nie myśleć. W żaden sposób nie potrafiła określić tego, co czuła, mając wrażenie, że wypełnia ją nicość – całkowita pustka, która sprawiała, że zaczynała być obojętna na wszystko i wszystkich. Oddychała głęboko, niemalże spazmatycznie, bezskutecznie próbując zapanować nad emocjami, choć i te wydawały się przytłumione i jakby odległe. Miała ochotę znaleźć jakiś cudowny sposób na to, żeby spróbować się od tego odciąć, jednak nie była w stanie zrobić niczego, co mogłoby choć w niewielkim stopniu jej to ułatwić.
To się nie działo, nie mogło się dziać… Powtarzała to w duchu raz za razem, mając nadzieję, że dzięki temu łatwiej będzie jej w to uwierzyć, jednak nic podobnego nie miało miejsca. Przed oczami wciąż miała twarz Jasona, a zwłaszcza jego rubinowe tęczówki – tak niezwykłe, hipnotyzujące i na swój sposób nieludzkie. Nie widziała już niczego, mając dziesiątki pytań, które pragnęła zadać, jednak nie była w stanie wykrztusić z siebie chociaż słowa. Chyba nawet nie chciała się nad tym zastanawiać, paradoksalnie równie mocno pragnąć poznać odpowiedzi, jak i bojąc się tego, co mogłaby usłyszeć.
Gdyby to przynajmniej było takie proste…
No cóż, nie było, o czym przekonała się już od pierwszej chwili, kiedy Damien wprost oznajmił jej to, co potrafi. Uzdrowiciel. W końcu dlaczego nie, prawda? W końcu od samego początku widziała, że tamtej nocy wydarzyło się coś więcej, aniżeli próbował jej wmówić. Pamiętała bijące od jego ciała ciepło, a także przytłumiony, stopniowo wycofujący się ból. Wiedziała, że coś jest nie tak i że wszyscy wokół ją okłamując, nawet jeśli zarówno Damien i reszta jego rodziny twierdzili coś innego. Czuła to, irytowała się i walczyła o prawdę, jednak kiedy przyszło co do czego…
Cóż, teraz perspektywa poznania odpowiedzi wcale nie wydawała się jej aż tak atrakcyjna.
W głowie jej wirowało, ale i nad tym nie próbowała się zastanawiać. Wcisnęła się w kąt tego cholernego pokoju, nie po raz pierwszy zastanawiając się nad tym, co takiego podkusiło ją, by wsiąść do samochodu obcego mężczyzny, a ostatecznie przyjechać tutaj. Być może była w szoku, a może liczyła na szybką śmierć, bo chyba do tego sprowadzało się ufanie komuś, kto zdecydowanie nie był człowiekiem. Elizabeth czuła, że odpowiedź jest jeszcze bardziej złożona i że stwierdzenie „uzdrawiam dotykiem” wkrótce znacznie jej się jawić jako coś niemalże normalnego w porównaniu z tym, co jeszcze mogła usłyszeć, jednak zdecydowanie nie była na to gotowa. Już sama nie była pewna, czego tak naprawdę chciała, nagle będąc w stanie marzyć tylko i wyłącznie o tym, by móc rzucić się do ucieczki i jakkolwiek odciąć się od tego, co działo się wokół niej. Była w niebezpieczeństwie, co zresztą potwierdził Damien, ale to nadal nie tłumaczyło niczego – a już zwłaszcza tego, dlaczego Jason był żywy.
Miała ochotę wyjąć telefon i zadzwonić do rodziców, by móc zażądać wyjaśnień. Jakkolwiek przerażona by nie była, kiedy słuchała wyjaśnień chłopaka, zdołała wywnioskować tylko jedno – była okłamywana, a oni doskonale o tym wiedzieli. Chciała się upewnić, czy tak był w istocie; wprost zapytać ich o to, czy zdawali sobie sprawę z tego, że jej brat już od dłuższego czasu miał się dobrze, przynajmniej teoretycznie. Pragnęła spojrzeć im w oczy i usłyszeć odpowiedź, najlepiej przeczącą, chociaż jakaś jej cząstka czuła, że brat powiedział jej prawdę.
Cóż, on jeden.
Usłyszała skrzypnięcie drzwi i tylko to utwierdziło ją w przekonaniu, że ten mężczyzna – Lawrence – wrócił do sypialni. Nie uniosła głowy, ale spróbowała zerknąć w stronę łóżka przez rozstawione palce, dyskretnie obserwując Claire. Dziewczyna kończyła rozmawiać z kimś przez telefon, w pośpiechu wyrzucając z siebie jakieś zapewnienia i raz po raz musząc przerywać jakiejś wyraźnie wygadanej, entuzjastycznej osóbce. Liz wydało się, że słyszy kobiecy głos i doszła do wniosku, że dziewczyna musiała rozmawiać z matką, chociaż i co do tego nie miała pewności. Nie ufała już ani sobie, ani swoim zmysłom, woląc z rezerwą podchodzić do tego, co widziała i słyszała, traktując wszystko w taki sposób, jakby oglądała film – jako odległe, należące do kogoś innego wspomnienia, które nie miały z nią żadnego związku.
Claire wypuściła powietrze ze świstem, po czym bez słowa oddała Aldero komórkę. Wydawała się spokojna, poza tym nie była już aż tak chorobliwie blada, co nie powinno mieć miejsca, jeśli faktycznie Brian podał jej to, co wszyscy podejrzewali. Liz lubiła przedmioty ścisłe, a biologię i chemię poznała dość dobrze, by zakładać, że po takiej dawce środków odurzających dziewczyna już dawno powinna była wylądować w szpitalu i to najpewniej w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Nie do pomyślenia było dla niej to, że Claire mogłaby ot tak dojść do siebie, nie potrzebując pomocy nawet przy tym, by swobodnie utrzymać szklankę z wodą, którą bez słowa podsunął jej Lawrence. Damien wciąż siedział obok, wyglądając na chętnego rzucić się kuzynce na pomoc, gdyby jednak zasłabła albo gorzej się poczuła, spojrzenie jednak utkwił w jakimś bliżej nieokreślonym punkcie w przestrzeni – przynajmniej do czasu, bo nagle odwrócił głowę, spoglądając wprost na skuloną na pufie Liz.
– Ech… Elizabeth? – zaryzykował, starannie wypowiadając jej imię.
Drgnęła, ale tym razem zmusiła się do tego, żeby się wyprostować. Już od dłuższego czasu próbowała psychicznie przygotować się na jakąkolwiek rozmowę, do tej pory nie będąc w stanie przyjąć do wiadomości tego wszystkiego, co zdołała usłyszeć. Niektóre wypowiedzi przemykały przez jej umysł, nie pozostawiając po sobie nawet śladu i brzmiąc niewiele lepiej od niezrozumiałego bełkotu.
Uparcie milczała, nie będąc w stanie wykrztusić z siebie chociaż słowa. Co zresztą mogłaby im powiedzieć? Mogła zadawać pytania, jednak i tego nie potrafiła sobie wyobrazić, sama niepewna tego, od czego powinna zacząć. „Kim jesteście?” – cisnęło jej się na usta, ale i to brzmiało niedorzecznie, niejako dowodząc temu, że tak naprawdę nigdy nie poznała dziewczyny, którą przez tyle czasu miała za najlepszą przyjaciółkę. To względem Eleny czuła najsilniejszy żal, rozbita i zraniona zarazem, w miarę jak docierało do niej, że Cullenówna zataiła przed nią o wiele więcej, aniżeli mogłaby przypuszczać.
– Czyli mam jednak nic nie robić, tak? – odezwał się cicho Lawrence, jakby od niechcenia spoglądając w jej stronę. Nie miała pojęcia, co takiego w sobie miał, ale coś w nim sprawiało, że wolała nie patrzeć mu w oczy. – No cóż…
– Zdecydowani nie – zapewnił natychmiast Damien. – Liz… – zaczął o wiele łagodnie.
Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, tak mocno, że aż poczuła ból, co skłoniło ją do poluzowania uścisku. Nie miała pojęcia, skąd brało się przekonanie, że upuszczenie sobie krwi nie jest najlepszym pomysłem, ale jakiś cichy głosik w jej głowie sprawiał, że wiedziała, iż nie powinna sobie na to pozwolić.
– Powiesz mi jedną rzecz, Damien? – zapytała tak cicho, że ledwo była w stanie siebie samą zrozumieć.
Nie była pewna, dlaczego zwracała się bezpośrednio do niego, ale tak było o wiele prościej. W głowie miała pustkę, przez co skoncentrowanie się na czymkolwiek albo kimkolwiek, jawiło jej się jako niewykonalne, zdecydowanie zbyt trudne do realizacji zadanie. Prościej było walczyć o zachowanie pustki w głowie, bezmyślnie wpatrując się w jeden punkt albo udając, że nie dzieje się nic, co mogłoby okazać się warte jej uwagi. Z jakiegoś powodu w całym tym chaosie to właśnie Damien jawił jej się jako ktoś, kto byłby w stanie ją przed tym całym zamieszaniem uratować, będąc niczym gwarancja upragnionego spokoju – stały element, który mogłaby uznać za zapewnienie bezpieczeństwa, którego tak bardzo potrzebowała, a które wciąż pozostawało gdzieś poza jej zasięgiem.
– Co takiego? – zachęcił ją natychmiast. – Wszystko będzie okej, ale…
– Na pewno – przerwała mu, prawie nieświadoma tego, co mówi. – Na pewno, ale… – powtórzyła i spojrzała mu w oczy. Czuła, że jej własne błyszczą w niezdrowy, intensywny sposób, zdradzając obecność nieudolnie hamowanych łez żalu i narastającej irytacji. Bała się i jednocześnie była na siebie o to zła, mając poczucie, że na własne życzenie traci kontrolę nad sytuacją. – W takim razie powiedz mi, proszę, dlaczego on tam był… Dlaczego mój martwy brat jak gdyby nigdy nic stał sobie w korytarzu i próbował mnie zabić?!
Nie chciała podnosić głosu, to jednak okazało się o wiele silniejsze od niej. Równie wielkie wrażenie zrobiły na niej wypowiedziane słowa, tak ostateczne i niedorzeczne zarazem. Do tej pory za wszelką cenę usiłowała odrzucić od siebie te niebezpieczne myśli, które nie powinny mieć racji bytu, jednak z chwilą, w której zdecydowała się je sformułować i wypowiedzieć na głos, odniosła wrażenie, że tym samym uczyniła je prawdziwszymi. To było niczym przyznanie, że takie rzeczy w istocie miały miejsce – że mogły się wydarzyć i że w takim wypadku powinna była je zaakceptować, nawet jeśli stały w kontrze do wszystkiego, co dotychczas składało się na jej względnie spokojny, poukładany świat. Teraz już nic nie było takim, jakim być powinno, a Liz nie miała pojęcia w jaki sposób wrócić do tego, co miała kiedyś. Coś się zmieniło i to bez jej wiedzy i zgony, rzucając ją w sam środek czegoś nowego, czego w żaden sposób nie potrafiła wytłumaczyć i właściwie opisać.
Czuła się rozbita, co nigdy dotąd nie miało miejsca. Już wcześniej odczuwała symptomy tego, walcząc o przypomnienie sobie szczegółów tamtego wypadku, to jednak było niczym w porównaniu z tym, czego doświadczała tym razem. Wtedy po prostu przeczuwała, ale teraz…
Teraz już nic nie było takim, jak dotychczas sądziła – i nie miało być.
Tego, jakie były zamiary Jasona, również była pewna, choć sama myśl o śmierci, a tym bardziej bracie w roli kata, wydawała jej się niedorzeczna. Chciała wierzyć w to, że coś pomyliła i że to wcale nie jest aż takie proste, jednak podświadomie czuła, że było. Wciąż czuła ten lodowaty oddech na szyi, słyszała jego szept i…
– Twój… Twój brat? – usłyszała głos wyraźnie wstrząśniętej Eleny. Poczuła na sobie oszołomione spojrzenie przyjaciółki – jedynej osobie, której w ogóle opowiadała o przeszłości. – Jason? Ale mówiłaś, że…
– Wiem, co mówiłam! – Spojrzała na dziewczynę rozszerzonymi do granic możliwości oczami. – I dzisiaj rano jeszcze sama w to wierzyłam… A potem wpadłam na niego na korytarzu. Był tam, rozmawialiśmy… Rozpoznał mnie – dodała, po czym bezwiednie przycisnęła dłoń do ust. Drżała i teraz w końcu była tego świadoma, tym bardziej, że w którymś momencie impulsywnie poderwała się na równe nogi. – Nigdy wcześniej tak bardzo się nie bałam, chociaż to i tak nic w porównaniu z tym, co było później. Gdyby nie Damien… – Znowu urwała, po czym załzawionymi oczami spojrzała na chłopaka. – Po raz drugi. Dlaczego?
Nie odpowiedział, wyraźnie zaskoczony pytaniem, które zdecydowała się zadać. Nie miała pojęcia, dlaczego już drugi raz to właśnie on ryzykował, byleby tylko zapewnić jej bezpieczeństwo. Pojawiał się zawsze, kiedy tego potrzebowała, niczym jakiś cholerny wybawca, chociaż zdecydowanie nie musiał tego robić. Co z tego, że była znajomą jego kuzynki – i to na dodatek takiej, której szczerze nie znosił? To do niczego go nie zobowiązywało, chociaż być może z perspektywy kogoś, kto… uzdrawiał, sprawy wyglądały na o wiele bardziej złożone. Jakkolwiek by nie było, ta jedna kwestia nie dawała jej spokoju, zresztą tak jak i to, że jakaś jej cząstka wydawała się do niego lgnąć, czując się naprawdę bezpiecznie, kiedy był obok.
Usłyszała dziwny dźwięk, który dopiero co rozpoznała jako kaszel. Uniosła brwi, wymownie spoglądając na Aldero, który odchrząknął i odsunął się, bezskutecznie próbując nie zwracać na siebie uwagi i zamaskować śmiech. Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie czegoś takiego, choć może w przypadku Al'a nawet nie powinna być zdziwiona. Po Damienie widziała, że wyglądał tak, jakby miał ochotę urwać chłopakowi głowę, co również nie było niczym nowym, choć widok podenerwowanego Licavoli nie należał do tych rzeczy, które można było zaobserwować na co dzień.
– Gorzej ci, Aldero? – syknął przez zaciśnięte zęby Damien. – Jak coś, to Claire może zrobić ci trochę miejsca na tym łóżku.
– Nie przeszkadzajcie sobie… Serio, ja tylko tak… – Chłopka urwał, po czym energicznie pokręcił głową. – Nie chciałaś przypadkiem zapytać o coś innego, Liz? – wypalił nagle, a ona zesztywniała.
Oczywiście, że chciała, chociaż w żaden sposób nie potrafiła się do tego zmusić. W głowie miała pustkę, a to, że wszyscy spoglądali na nią tak, jakby widzieli ją po raz pierwszy, jedynie wszystko utrudniało. Próbowała ignorować ich spojrzenia, raz po raz próbując doprowadzić się do porządku, jednak z równym powodzeniem mogłaby dążyć do tego, żeby przestać oddychać – absolutnie niemożliwe i do tego zbędne. Wszystko było nie tak, a przecież miało być gorzej, czego była pewna w równym stopniu, co i powrotu własnego, zmarłego brata.
Wypuściła powietrze ze świstem, po czym wplotła palce w ciemne włosy, pociągając lekko za długie kosmyki. Niech to szlag, jak bardzo beznadziejna była? Nie tak dawno temu sama dążyła do tego, żeby poznać prawdę, a kiedy w końcu pojawiła się okazja, robiła wszystko, byleby odsunąć od siebie ten moment najdalej, jak tylko byłoby to możliwe. Przeczyła samej sobie, naprzemiennie dążąc do zrozumienia i uciekając, co zdecydowanie nie miało doprowadzić jej do niczego. Wiedziała o tym doskonale, a jednak…
– Muszę stąd wyjść – oznajmiła i niemalże biegiem rzuciła się w stronę drzwi.
Ręce jej drżały, kiedy zaczęła zmagać się z klamką, w końcu jednak zdołała wydostać się z sypialni. W efekcie omal się nie wywróciła, jedynie cudem nie potykając się o własne nogi i będąc w stanie myśleć tylko i wyłącznie o tym, że ktoś w każdej chwili mógł próbować ją zatrzymać. Czuła się dziwnie, w równym stopniu roztrzęsiona i oszołomiona, będąc wręcz w stanie przysiąc, że za moment przestanie być w stanie oddychać. Czuła uścisk w gardle, mając wrażenie, że ktoś siedzi na jej piersi, skutecznie miażdżąc żebra i uciskając płuca. Wiedziała, że to tylko jej wyobraźnia albo jakaś nietypowa reakcja organizm, ale nie była w stanie zrobić niczego, by choć po części móc nad sobą zapanować.
Nie wyszła z mieszkania, chociaż miała na to ochotę. Nie była pewna w której części miasta byli, zresztą samotne błąkanie się po ulicach Seattle, na dodatek nocą, w krótkiej sukience z imprezy, stanowiło niewiele lepszą perspektywę od tego, co robiła teraz, przebywając z… tymi wszystkimi osobami. Co więcej, tam mógł być Jason, a jej robiło się słabo na samą myśl o tym, że miałabym trafić na niego w ciemnościach. Tutaj było bezpiecznie, nawet jeśli wcale nie czuła się w ten sposób, w panikę nie wpadając tylko i wyłącznie dzięki szokowi i… Damienowi, który w jakiś pokrętny sposób uspokajał ją samą tylko swoją obecnością.
Jej wzrok spoczął na przeszklonych drzwiach, prowadzących bezpośrednio na przylegający do apartamentu balkon. Przemknęła przed aneks kuchenny, dopadając do mechanizmu i już po chwili będąc w stanie wydostać się na zewnątrz. Zadrżała niekontrolowanie od różnicy temperatur, jednak nawet to nie było w stanie zmusić ją do tego, by wróciła do środka. Nie miała pojęcia, kiedy się rozpadało, jednak przed sobą wyraźnie widziała ścianę wody; deszcz – nawałnica niemalże – wydawał się zawzięcie atakować ziemię, całkowicie podatny na siłę grawitacji. Coś w tym widoku sprawiło, że tym bardziej odczuwał potrzebę, żeby się popłakać, nagle nie marząc o niczym więcej, prócz skulenia się w kącie i spędzeniu tam kilku następnych godzin. W zasadzie mogła sobie na to pozwolić, chroniona przed wilgocią za sprawą przeźroczystego, plastikowego daszku, który dostrzegła, kiedy z zaciekawieniem zdecydowała się unieść głowę ku górze.
Z wolna podeszła do barierki, wzdrygając się mimowolnie, kiedy na jej skórze osiadło kilka rozpryśniętych kropelek deszczu; widziała rozciągającą się poniżej panoramę miasta i przypominające cienkie druciki ulice, co uprzytomniło jej, jak wysoko się znajdowała. Ostatnie piętro wysokiego apartamentowca sprawiało, że czuła się niemalże jak w jakimś innym świecie, choć to równie dobrze mogło mieć związek z tym, czego doświadczała już od dłuższego czas, zwłaszcza po spotkaniu z Jasonem.
Jason żyje. Jason chce mnie zabić i…
– Elizabeth?
Omal nie wyszła z siebie, słysząc za sobą cichy, troskliwy szept. Odwróciła się gwałtownie, przywierając plecami do barierki i spoglądając z wyrzutem na stojącego w progu Damiena. Chłopak rzucił jej przepraszające spojrzenie, po czym z wahaniem podszedł bliżej, starając się utrzymać odległość, która – przynajmniej w teorii – byłaby w stanie ją uspokoić. Wcale nie czuła się dzięki temu lepiej, chociaż… Cóż, gdyby dobrze się nad tym zastanowić, to chyba liczyły się intencje.
– Nie martw się, nie zamierzam w panice stąd wyskoczyć, jakbym była jakaś nienormalna – rzuciła cierpko. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to nie zabrzmiało najlepiej, zwłaszcza w świetle tego, co zrobiła w liceum Joce. – Przepraszam.
Wysilił się na uśmiech.
– Za co? – zapytał, nie kryjąc zaskoczenia. – Jesteś w szoku, a ja cię przestraszyłem. To najzupełniej normalne.
Może i miał rację, ale zdecydowanie nie zamierzała się nad tym rozwodzić. Wciąż go obserwując, ostrożnie obróciła się w taki sposób, by móc obserwować miasto. Damien musiał uznać to za przyzwolenie, bo po chwili znalazł się tuż obok niej, przynajmniej starając się nie poruszać tym przyprawiającym o zawroty głowy tempem. Oboje milczeli, ale to było dobre, a ona czuła się przy nim całkiem swobodnie, pomimo wrażenia, że wszystko jest nie tak i że w każdej chwili będzie mogło ulec zmianie. Z drugiej strony…
– Powiesz mi w końcu, kim jesteś? – zapytała cicho, uparcie na niego nie patrząc. – Poza tym, że… okazjonalnie się świecisz i uzdrawiasz dotykiem. Bo w to, że cokolwiek sobie wyobraziłam, już raczej nie uwierzę.
– Ech… Nie mogłaś mi ułatwić, prawda? – mruknął, po czym westchnął cicho. – Mam uznać, że gramy w „dwadzieścia pytań”? – rzucił pół-żartem, pół-serio.
Wzruszyła ramionami.
– To brzmi tak, jakbyś też chciał mnie o coś wypytywać – zauważyła, a Damien spojrzał na nią wymownie, niejako potwierdzając jej przypuszczenia.
– Może nie dwadzieścia, ale kilka by się znalazło – przyznał.
Nerwowo przygryzła dolną wargę, po raz kolejny musząc niemalże siłą upominać się, że upuszczenie sobie krwi to zły pomysł. Z drugiej strony, może gdyby się o to pokusiła, po raz kolejny rzuciłby się ją ratować, dzięki czemu bez przeszkód mogłaby znaleźć się w jego ramionach i…
O czym ja, do jasnej cholery, myślę?!
O tak, była w szoku. Definitywnie, ostatecznie, niezaprzeczalnie i…
– Ja pierwsza – zarządziła, pośpiesznie uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
– Jesteś pewna? – upewnił się, więc sztywno skinęła głową. – Jak sobie życzysz, chociaż… to skomplikowane. I pewnie ci się nie spodoba – zapowiedział, ale w odpowiedzi na tę uwagę jedynie prychnęła.
– W ostatnim czasie nie dzieje się nic, co mogłoby mi się spodobać – zauważyła przytomnie.
– Najwyraźniej… – Kiedy na niego spojrzała, przekonała się, że zmarszczył brwi. – To, że leczę dotykiem, już wiesz. Tacy jak ja nazywają mnie Uzdrowicielem, chociaż to trochę wyszukany tytuł – przyznał, uśmiechając się blado. – Jestem wampirem, Liz. Tylko w połowie, ale jednak.
Jęknęła, po czym nerwowo zacisnęła dłonie na barierce, porażona jego bezpośredniością.
No cóż – chciała to ma.
Teraz mogło być już tylko ciekawiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa