11.05.2016

Sto dziewięćdziesiąt cztery

Elena
– O… rany.
Nic więcej nie była w stanie dodać, zresztą miała wrażenie, że to w jakiś pokrętny sposób wyrażało wszystko. W milczeniu przestąpiła próg mieszkania, uważnie rozglądając się dookoła i… No cóż, pozostając pod ogromnym wrażeniem, chociaż w głowie już słyszała wymowne prychnięcie Rafaela i stwierdzenie, że znowu zachowuje się płytko. Chyba jednak coś w tym było, ale nie czuła się z tego powodu źle, przynajmniej na moment mogąc odciąć się od tego całego szaleństwa.
W zasadzie mieszkanie w tym wypadku nie było wystarczająco adekwatnym określeniem. To był apartament w pełnym znaczeniu tego słowa. Już kiedy znaleźli się w wyraźnie lepszej, wzbudzającej zainteresowanie dzielnicy, doszła do wniosku, że nie będzie źle. Kiedy ostatecznie wysiedli przed jednym z najwyższych budynków, a Lawrence pogonił ich na samą górę, była już tego pewna, choć zdecydowanie nie tego się spodziewała.
– Masz bardzo interesujący sposób doboru priorytetów – ocenił L., jak nic się z niej naigrają.
Wydęła usta, nie po raz pierwszy zaczynając się zastanawiać nad tym, co też przyszło jej do głowy, kiedy zdecydowała się po niego zadzwonić. Już za pierwszym razem odniosła wrażenie, że Lawrence należy do tej kategorii osób, które mają szansę doprowadzić ją do szału, a już na pewno nie szczędząc sobie cynizmu. Pod tym względem byli podobni, ale nie potrafiła określić czy to dobrze, czy może źle.
Nie odezwała się nawet słowem, w milczeniu wodząc wzrokiem na prawo i lewo. Widziała ciemne panele, stonowane, utrzymane w odcieniach szarości kolory ścian oraz drogie, nowoczesne meble z czarnymi, błyszczącymi frontami. Widziała również aneks kuchenny, temu jednak nie poświęciła najmniejszej nawet uwagi, uznając go za zbędny dodatek; wyjątkiem mogła być lodówka, w której z powodzeniem można było trzymać krew, co zresztą przez obecność Licavolich sami praktykowali. Tak czy inaczej, rozglądając się po tym miejscu, Doszła do wniosku, że gdyby miała porzucić plany o pięknym domu z ogrodem, ewentualnie mógłby zadowolić czymś takim.
Obejrzała się przez ramię, mimochodem zauważając, że reszta wydawała się równie spięta i zafascynowana, co i ona. Co prawda w ich przypadku przeważała przede wszystkim nieufność, co jednak musiało mieć związek z samym Lawrence'm. Zdążyła przekonać się, że wampir nie cieszył się szczególną sympatią, ale w jej przypadku niechęć nie wchodziła w grę. Tak naprawdę nie znała dziadka, jednak gdyby miała określić własne emocje względem niego, najpewniej pozostałaby przy stwierdzeniu, że jest cholernie irytujący.
Jej wzrok spoczął na Damienie, być może dlatego, że wydawał się najzdolniejszy. Tym razem to w jego ramionach wylądowała Claire, ledwo tylko znaleźli się przed budynkiem, który wskazał im Lawrence. Chłopak najwyraźniej nie mógł się powstrzymać przed wykorzystaniem mocy, jak zwykle wyczuwając słabość i nie będąc w stanie przejść wobec niej obojętnie.
Cokolwiek robił, najwyraźniej zaskutkowało, bo Claire nagle jęknęła, po czym otworzyła oczy. Na twarzy jej kuzyna odmalowała się wyraźna ulga, zresztą nie był w tej reakcji odosobniony. Zdołał wysilić się na uspokajający uśmiech, dla pewności mocniej chwytając oszołomioną dziewczynę, bo ta w panice zrobiła taki ruch, jakby chciała mu się wyrwać.
– Cześć, kochanie – rzucił i musiała rozpoznać jego głos, bo rozluźniła się i z pewnym wysiłkiem skoncentrowała wzrok na jego twarzy.
– Damien? – wykrztusiła, krzywiąc się mimowolnie. – Co…?
Jedynie potrząsnął głową, próbując dać jej do zrozumienia, że ma zamilknąć.
– Jesteś bezpieczna – zapewnił i zabrzmiało to całkiem przekonująco, choć Elena mogła się założyć, że również Uzdrowiciel miał względem L. wątpliwości. – Lepiej mi powiedz, jak się czujesz – zasugerował, mierząc wzrokiem jej bladą twarz.
– Dalej mi niedobrze – przyznała niechętnie. Oddychała niemalże spazmatycznie, walcząc o zachowanie kontroli nad własnym ciałem. – Damien… – zaczęła, ale tym razem to Lawrence nie dał jej dość do słowa:
– Łazienka jest po lewej. Weź ją i niech spróbuje to zwrócić, chociaż po takim czasie… – Wampir urwał i wzruszył ramionami. – A my sobie pogadamy.
Nie zamierzał odpuścić i to jedno wydało się Elenie aż nazbyt oczywiste, ale w gruncie rzeczy było jej wszystko jedno. Z jakiegoś powodu wiedziała, że przynajmniej mogą spróbować mu zaufać, niemalże całkowicie pewna tego, że wampir był po ich stronie. Nie znała go, a to, co zdążyła usłyszeć, nie brzmiało szczególnie zachęcająco, jednak już dawno przekonała się, że w przypadku niektórych osób myślenie w szablonowy sposób najzwyczajniej w świecie nie miało racji bytu. Coś sprawiało, że lgnęła do L., co być może powinno było ją zaniepokoić, choć prawda była taka, że nawet nie brała pod uwagę jego daru. Niebezpieczny czy nie, przyjechał, a teraz im pomagał. Ją uratował w zasadzie po raz drugi, jeśli wziąć pod uwagę również tę sytuację z Brianem i tamtym zaułkiem. Teraz musieli ustalić coś sensowniejszego, ale…
Przestała o tym myśleć, w zamian spoglądając na milczącą Elizabeth. Przyjaciółka niespokojnie rozglądała się dookoła, najwyraźniej za punkt honoru biorąc sobie to, żeby udawać, że nie istnieje. Mimochodem zauważyła, że jej spojrzenie raz po raz uciekało w stronę łazienki, gdzie chwilę wcześniej zniknął Damien, co zdecydowanie nie mogło być przypadkiem. Dziewczyna obejmowała się ramionami, raz po raz pocierając je w taki sposób, jakby było jej zimno, choć Elena wiedziała, że to coś więcej niż tylko wpływ temperatury. Zdawała sobie sprawę z tego, że najpewniej doszła do momentu, w którym dalsze zwodzenie Elizabeth nie miało racji bytu, co jednak w najmniejszym nawet stopniu nie przypadło jej do gustu.
– Kim on jest, co? – usłyszała i z zaskoczeniem przekonała się, że Liz najwyraźniej doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ktokolwiek ją obserwuje. – To jedno muszę wiedzieć. Kilka tygodniu temu… umarłam, prawda? – dodała cicho, układając dłoń na brzuchu.
– Nie. – Elena poczuła, że blednie. – To nie było tak, ale…
Elizabeth uniosła głowę.
– Ale to Damien mnie uratował – powiedziała z naciskiem, nie tyle pytając, co stwierdzając fakt. – Jego pamiętam. I ból, ale… Co tam się stało? – zapytała wprost, najwyraźniej nie zamierzając tracić szansy na zaspokojenie ciekawości.
Elena zacisnęła usta, coraz bardziej zaniepokojona. Nie miała pojęci, co i w jaki sposób powinna powiedzieć, tym bardziej, że zdecydowanie nie wyobrażała sobie tego, że ten wieczór mógłby dodatkowo się skomplikować, zmuszając ją do konfrontacji z przyjaciółką. Czuła się oszołomiona i rozbita, zaś naglące spojrzenie Liz w najmniejszym nawet stopniu nie pozwalało jej odzyskać kontroli nad pozostawiającej tak wiele do życzenia sytuacją.
– Pięknie się wpakowaliście, nie ma co – odezwał się cicho Lawrence, uważnie je obserwując. Zmarszczył brwi, a jego spojrzenie jak na zawołanie skoncentrowało się na Elenie. – Jeśli chcesz, mogę to załatwić, ale… Cóż, sama wiesz – zasugerował i zabrzmiało to niemal łagodnie.
Zaskoczył ją, choć prawda była taka, że skorzystanie z jego zdolności mogłoby okazać się najprostsze i najbardziej rozsądne. W ten sposób mogłaby zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo, nawet jeśli wymazanie wspomnień jawiło jej się jako coś co najmniej nieuczciwego, co nie powinno mieć racji bytu. Wiedziała, że jej przyjaciółka już i tak była zaniepokojona, a Lawrence bez wątpienia mógłby uporządkować ich relacje, przynajmniej w teorii. Powrót do bezpiecznego stanu sprzed ataku Huntera był kuszący, ale…
– Jak to zrobicie, to ona zginie.
Zesztywniała, co najmniej wytrącona z równowagi nagłym powrotem Damiena. Tym razem nie tyle niósł, co podtrzymywał bladą jak papier Claire, która najwyraźniej uparła się, by poruszać się w pojedynkę. Ciemne włosy kleiły jej się do twarzy, zaś w oczach Elena doszukała się przede wszystkim słabości i dezorientacji, choć tym razem kuzynka przynajmniej nie wydała jej się bliska tego, by stracić przytomność. Jej spojrzenie było o wile przytomniejsze, co znacznie ją uspokoiło, ale i tak miała ochotę wrócić do domu Jessiki i zrobić Brianowi krzywdę. Cokolwiek jej podał, miał szczęście, że wampirza natura zneutralizowała to w stopniu wystarczającym, by dziewczyna w dość krótkim czasie doszła do siebie.
Coś słowach Damiena skutecznie zaniepokoiło zarówno Elenę, jak i wciąż milczącą Liz. Ta druga krótko skinęła głową, jakby chcąc potwierdzić prawdziwość tego stwierdzenia, choć jej przyjaciółka w żaden sensowny sposób nie potrafiła określić tego, co mogłoby zmienić się w ciągu zaledwie kilku godzin. Na imprezie nie było demonów, a przynajmniej tak jej się wydawało, dlatego nie rozumiała, kto i dlaczego miałby zaatakować Elizabeth. Hunter nie pojawił się od czasu tego nieudanego porwania i szału chętnego zabić go Rafaela, zresztą nic do tego pory nie wskazywało na to, żeby konieczność ochrony Liz wymagała podjęcia jakichkolwiek radykalnych kroków.
Cokolwiek się działo, jej kuzyn najwyraźniej nie widział powodu, dla którego miałby od razu przejść do wyjaśnień. W tamtej chwili Elena zapragnęła trzepnąć go w ramię, by w jakikolwiek sposób zmusić chłopaka do rozmowy, jednak powstrzymała się przez wzgląd na obejmowaną przez chłopaka Claire. Uzdrowiciel rzucił dziewczynie zaniepokojone spojrzenie, zwłaszcza kiedy spróbowała zrobić krok naprzód i zachwiała się niebezpiecznie. Czegokolwiek nie ustalili w łazience, najwyraźniej doszedł do wniosku, że szybciej będzie, jeśli weźmie Claire na ręce, co zresztą uczynił, nie zważając na jej ciche protesty.
– Sypialnia jest tam. – Lawrence krótko skinął głową, po czym jak gdyby nigdy nic ruszył przodem. – Mam przynajmniej nadzieję, że nikogo tam nie ma, chociaż jak znam Sage’a… – dodał, jednak tym razem zdawał się zwracać bardziej do siebie, aniżeli któregokolwiek z nich.
Kim jest Sage?, pomyślała, jednak ostatecznie zdecydowała się pozostawić to pytanie dla siebie. Już i tak wszyscy mieli dość wątpliwości, które w pierwszej kolejności wypadało wyjaśnić. Sama miała w głowie pustkę, bezskutecznie próbując ułożyć w sensowną całość to, co działo się wokół niej – całe to szaleństwo, śmierć Jessiki, to, co spotkało Claire oraz… nagłą zmianę w sytuacji Elizabeth. Tego było zdecydowani za dużo, Elena zresztą wciąż miała wrażenie, że unika jej najważniejsza, bezpośrednio związana z nią kwestia.
Sypialnia okazała się przestronna i jasna, co skojarzyło jej się z zestawami kolorystycznymi, które dostrzegała w rodzinnym domu. Zerknęła w stronę okna, to jednak zostało starannie zasłonięte, przez co tym trudniej było jej określić, która mogła być godzina. Wodziła wzrokiem dookoła, udając zainteresowanie detalami, prawda jednak była taka, że poszczególne obrazy przemykały przez jej umysł, nie pozostawiając po sobie nawet śladu. Ostatecznie jej uwaga skupiła się na zaścielonym łóżku, na którym Damien bardzo ostrożnie położył Claire, siadając obok i dla pewności chwytając kuzynkę za rękę. Nawet z odległości była w stanie wyczuć ciepło bijące od jego ciała, w miarę jak wykorzystywał moc, próbując zrobić z niej użytek i przynamniej spróbować doprowadzić dziewczynę do porządku.
– Lepiej się czujesz, czy dalej cię mdli? – zapytał cicho, nie otwierając oczu; wydawał się w pełni skoncentrowany na zadaniu.
– Może trochę, ale… – Claire urwała, wzdrygając się nieznacznie. – Co ty robisz? – zapytała cicho, równie zaniepokojona, co i zafascynowana.
– Próbuję cię dla pewności zbadać – odpowiedział ze stoickim spokojem. – Nie broń się przede mną, a wtedy będzie mi o wiele prościej.
Najwyraźniej usłuchała, bo więcej żadne z nich nie odezwało się nawet słowem. Co prawda oddech Claire znacznie przyśpieszył, a ona sama wydawała się zaniepokojona tym, co robił jej kuzyn, jednak nie próbowała z nim walczyć, chyba na swój sposób zafascynowana możliwością przekonania się o tym, jak daleko sięgała jego moc. Elena nigdy dotąd nie musiała sprawdzać zdolności chłopaka w aż tak szczegółowy sposób, w gruncie rzeczy cieszą się tym, że nie musiała zawdzięczać Świętemu Damienowi niczego.
Przez kilka następnych sekund panowała cisza, zanim chłopak zdecydował się wyprostować i puścić Claire. Skuliła się na łóżku z ciemnymi włosami rozrzuconymi wokół głowi, choć nawet z daleka widać było, że już nie była aż tak chorobliwie blada. Damien wyprostował się, po czym z wolna obejrzał, po chwili wahania decydując się spojrzeć na milczącą, wciąż wpatrzoną w niego Elizabeth.
– Szczerze powiedziawszy… uzdrawiam dotykiem – wyznał, decydując się ubrać w słowa to, co sama zainteresowana wydawała się już od dłuższego czasu podejrzewać.
– Jezus Maria…
Krew odpłynęła Liz z twarzy, kiedy w popłochu cofnęła się o krok, by ciężko opaść na stojący w kącie pokoju puf. Nachyliła się do przodu i wplótłszy palce w ciemne włosy, pociągnęła za nie lekko, przez dłuższą chwilę sprawiając chętną do tego, żeby pod wpływem impulsu spróbować je wyrwać. Ostatecznie jedna z jej dłoni po raz kolejny wylądowała na brzuchu, a przez twarz przemknął cień, jakby przypomniała albo uświadomiła sobie coś, co wzbudzał w niej czyste przerażenie. Oczy jej się zaszkliły i w tamtym momencie Elena ostatecznie nie wytrzymała, ruszając w stron przyjaciółki, by moc wziąć ją w ramiona.
– Liz…
Spojrzenie, którym obdarowała ją dziewczyna, oszołomiło Cullenównę bardziej niż cokolwiek innego.
– Stój tam, gdzie stoisz! – zażądała niemalże gniewnym, rozkazującym tonem, wyciągając rękę przed siebie i układając dłoń w taki sposób, jakby chciała w ten sposób opędzić się od wszystkich wokół, by zapewnić sobie bezpieczeństwo. – Ja nie mogę… muszę…
Elena zastygła w bezruchu, bezradnie ją obserwując. Była w szoku i to jedno wydawało się oczywiste, choć tak naprawdę nie powiedzieli jej niczego.
– Ehm… To może ja przyniosę Claire coś do picia? – odezwał się z wahaniem Aldero. Do tej pory milczał, co w przypadku tego chłopaka wydawało się graniczyć niemalże z cudem.
– Ma rację – poprał brata Cammy. – Claire, kochana, chcesz krwi? O ile oczywiście jakąś tutaj znajdziemy, chociaż…
Jeszcze kiedy mówił, pytająco spojrzał na Lawrence’a. Wampir chciał mu odpowiedzieć, ale powstrzymała go sama zainteresowana, z pewnym trudem siadając na łóżku, by łatwiej móc rozejrzeć się dookoła.
– Nie… – powiedziała stanowczo, a bliźniaki wymienili wymowne spojrzenia, wyraźnie zaskoczeni. Elena miała ochotę na nich warknąć za taką nieostrożność w rozmowie przy Liz, kiedy jednak spojrzała na przyjaciółkę, przekonała się, że ta musiała być zbyt oszołomiona, by być w stanie odpowiednio przejąć się rozmową o picu osoki. – Krwi nie.
– Nie masz się czego bać, mała – zapewnił ją natychmiast Cameron. Ton miał łagodny, niemalże pojednawczy, poza tym ostrożnie dobierał słowa, być może podejrzewając, że do jego kuzynki dopiero zaczynało docierać, co takiego się wydarzyło. – Musisz się wzmocnić, więc… – zaczął, ale dziewczyna jedynie pokręciła głową.
– Ten chłopak… Briana mi coś podobał, prawda? – zapytała wprost, ale głos i tak lekko jej zadrżał. – Co takiego?
Damien wzruszył ramionami.
– On sam chyba tego nie wiedział – przyznał, a w jego tonie wyjątkowo dało się wyczuć nutkę gniewu. – Wiemy jedynie, że dostałaś o wiele za dużo, a gdybyś była człowiekiem…
– Kwas gammahydroksymasłowy? – zasugerowała, a w pokoju jak na zawołanie zapanowała nieprzenikniona wręcz cisza.
– Ech… – Aldero przekrzywił głowę. – Co?
Dziewczyna westchnęła, jednak trudno było stwierdzić z jakiego powodu – narastającego zmęczenia, strachu czy może irytacji, którą mogłaby wywołać w niej taka reakcja.
– Chodzi o klasyczną pigułkę gwałtu – uświadomił ich usłużnie Damien. Zaraz po tym spojrzał na dziewczynę i uspokajająco pogładził ją po ramieniu. – Jest w porządku, Claire. Już ci mówiłem, że nikt cię nie skrzywdził – zapewnił pośpiesznie, niespokojnie obserwując twarz dziewczyny.
– Ja… wiem – zapewniła, ale i tak wyglądała tak, jakby jedynie cudem powstrzymywała faktyczne emocje. Być może miało to związek z jakimś ubocznym działaniem środka, a może po prostu była w szoku, wciąż nie dopuszczając do siebie pełni tego, co miało miejsce. – I tak, chodziło mi właśnie o tę… – Urwała, nie będąc w stanie wypowiedzieć tych kilku słów. – Dlatego nie powinnam pić krwi. Wtedy takie środki wchłaniają się lepiej, dokładnie tak jak alkohol.
Nawet jeśli faktycznie wciąż nie była w najlepszej formie, jej słowa zabrzmiały sensownie i pewnie, przez co nie mieli powodów do tego, żeby jej nie uwierzyć. Elena musiała przyznać, że gdzieś już słyszała coś podobnego, kiedy zaś spojrzała na Damiena, odniosła wrażenie, że chłopak jako jedyny wcześniej pamiętał o tym, co powiedziała Claire.
– Chcę wiedzieć, skąd ona wie taki rzeczy? – mruknął niedowierzającym tonem Al, energicznie potrząsając głową. – Kwas… coś-tam-masłowy – powtórzył i chociaż to nie było pytanie, dziewczyna zdecydowała się zareagować:
– Tata ma w laboratorium bardziej niebezpieczne związki, więc musiałam widzieć, czego powinnam unikać. Niektórych się nie miesza, ale w tym chaosie łatwo o wypadki… Gdybym się czegoś nawdychała albo skaleczyła, miałam być w stanie stwierdzić, czy to tylko nic nieznaczące objawy, które same przejdą, czy może natychmiast powinnam mu powiedzieć – wyjaśniła, a Aldero rzucił jej wyraźnie skonsternowane spojrzenie.
– Jedni uczą dzieci układać klocki… – Znowu energicznie pokręcił głową, najwyraźniej przypominając sobie, że w przypadku Rufusa właściwie mogli spodziewać się wszystkiego, zwłaszcza kiedy w grę wchodziło wychowanie córki. – A co z tym… masłem? – dodał, a Claire jakimś cudem zdołała wywrócić oczami.
– Mam wrażenie, że kategoria trzecia: to zależy – przyznała, przez co jak na zawołanie znalazła się pod obstrzałem pytających spojrzeń. – Zależy od tego, czy można to uznać za wypadek przy pracy, czy może… coś, co powinno go zaniepokoić.
– Wypadek przy pracy! – rzucili niemalże jednocześnie.
Cóż, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, Brian był jedną wielką pomyłką, której żadne z nich w porę nie wzięło pod uwagę. W zasadzie Elena szczerze wątpiła w to, czy chłopak byłby w stanie odpowiednio wykorzystać swoją rzekomą męskość, zwłaszcza po tym, jak potraktowała go w kantorku, ale o tym zdecydowała się nie wspominać, szczerze wątpiąc, by Claire poczuła się dzięki takiej uwadze lepiej. Wciąż nie miała pojęcia, co takiego było z tymi wszystkimi facetami, których napotykała na swojej drodze, ale szczerze zaczynała wątpić w to, czy którykolwiek z nich był zdolny do wykorzystania mózgu.
– Ja… Nic takiego się nie stało – odezwała się cicho Claire, ostrożnie dobierając słowa. – Zaraz mi przejdzie, chociaż jestem zmęczona… Mogłabym poprosić o wodę, jeśli już? – zapytała z wahaniem, nagle wyraźnie się spinając.
– Zapomniałem już, że jesteś z nich wszystkich najmilsza – przyznał Lawrence, obrzucając dziewczynę zaciekawionym spojrzeniem. Nie odwróciła wzroku, chociaż przez moment wyglądała na chętną, by to zrobić. – Nie ma sprawy, maleńka… Swoją drogą, wyglądasz dużo lepiej i całe szczęście. Spróbujcie się nie zabijać, póki nie wrócę, jasne? – rzucił jeszcze sarkastycznym tonem, wycofując się w stronę drzwi.
W pokoju zapanowała cisza, co w jakiś pokrętny sposób wydało się Elenie w pełni naturalne. Z wolna przesunęła się w stronę łóżka, choć w rzeczywistości wszystko w niej aż rwało się do tego, żeby raz jeszcze spróbować porozmawiać z Liz.
– Co robimy? – zapytała cicho. – Nie chcę nic mówić, ale Claire dalej wygląda, jakby miała zemdleć. Nie wiem, kiedy jej to przejdzie, ale…
– Do rana wydobrzeje – odpowiedział Damien takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Po prostu poczekamy. Powiemy, że wszyscy…
– …zbiorowo uczymy się u Liz – podsunął Cammy, a Aldero prychnął.
– Toś teraz zaszalał, bracie – rzucił z przekąsem.
Claire jednak zdołała się wyprostować, bez chwili wahania zwracając się bezpośrednio do Damiena. Zachęcająco wyciągnęła w jego stronę rękę, decydując się przejść do rzeczy:
– Daj mi telefon – poprosiła. – Wy nie raz nie wracaliście na noc, więc nie będzie problemu. Zadzwonię do mamy i powiem, że zostanę z Issie, bo wcześniej wyrwałyśmy się z imprezy. Wiem, że chce, żebym szukała sobie znajomych, więc pewnie się ucieszy… No i nigdzie nie puści taty, nawet gdyby coś głupiego przyszło mu do głowy – dodała i to zabrzmiało aż nadto sensownie.
– To przerażające, że ona już teraz na poczekaniu wymyśla takie historyjki – mruknął Al. – Mam wrażenie, że psuję kuzynkę…
Cóż, na dobry początek musiało wystarczyć. Gdyby z równą łatwością przychodziło jej wytłumaczenie Elizabeth wszystkiego, co działo się wokół, wtedy byłoby naprawdę cudownie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa