20.05.2016

Dwieście trzy

Elizabeth
Trzęsła się, chociaż sama nie była pewna z jakiego powodu – ze złości czy strachu, te zresztą wydawała się odczuwać niemalże na równi. Niespokojnie krążyła po swojej sypialni, wciąż nie dowierzając temu, że po tym wszystkim w ogóle udało jej się wrócić do domu. Trwając w szoku, początkowo nie była w pełni świadoma tego, co działo się wokół niej, chyba wciąż niedowierzając wszystkim tym rzeczom, które powiedział jej Damien. Z drugiej strony, to równie dobrze mogło mieć związek z pocałunkami, który…
Och, niczego już nie wiedziała!
Być może nie powinna była do tego dopuścić, ale praktycznie o to nie dbała. Co z tego, że całowała się z chłopakiem, który najpewniej nawet nie był człowiekiem? Ba! Co z tego, że ten potrafił uzdrawiać dotykiem i – jeśli dobrze zrozumiała – w sprzyjających warunkach roznieść wszystko wokół samą tylko siłą umysłu? Po tym pocałunku jeszcze długo rozmawiali, więc dowiedziała się dość, by zdawać sobie sprawę z istnienia telepatów i jeszcze wielu innych niezwykłych istot. Wiedziała o wiele więcej niż mogłaby sobie tego życzyć, ale wcale nie czuła się dzięki temu lepiej, nie wspominając o tym, że nie potrafiła właściwie określić tego, co myślała albo czuła… Albo czego powinna doświadczać. Nic nie było takim, jakim być powinno, a Liz miała w głowie coraz silniejszy mętlik, którego w żaden sposób nie potrafiła opanować.
Od powrotu do domu, bała się ruszyć choć na krok ze swojego pokoju. Raz po raz przyłapywała się na tym, że podchodziła do okna, wyglądając na zewnątrz i wypatrując… Cóż, w zasadzie kogokolwiek, a już zwłaszcza Jasona – z tą jego nową, bladą skórą, oszałamiającą urodą i krwistymi tęczówkami. Od chwili, w której Damien zostawił ją samą, dosłownie odchodziła od zmysłów, a pierwszą noc spędziła zwinięta na łóżku, wypłakując sobie oczy w poduszkę. Początkowo za wszelką cenę próbowała przekonać samą siebie, że coś pomieszała albo że ktoś robił sobie z niej wyjątkowo nieśmieszne żarty. To jednoznacznie świadczyło o tym, że jednak musiała być w szoku, przyjmując wszystkie wyjaśnienia ze spokojem, którego w rzeczywistości nie czuła. Słuchała, próbując dzięki temu zapanować nad sytuacją, naiwnie licząc na to, że w ten sposób ta zacznie jawić jej się w co najmniej znośny, oczywisty sposób. To było niczym oszukiwanie samej siebie, ale Elizabeth nie było stać na nic więcej, przynajmniej początkowo, póki godziny szlochu i bicia się z myślami jednoznacznie nie utwierdziły jej w przekonaniu, że w ten sposób nie osiągnie niczego.
To się działo, a ona nie była w stanie zrobić niczego, żeby temu zapobiec. Chciała prawdy, więc ją dostała, a odrzucanie czegoś, co chcąc nie chcąc pozostawało zgodne z rzeczywistością, było jak prośba o przedłużenie cierpienia. Wiedziała o tym, a jednak nie potrafiła zmusić się do ostatecznego odrzucenia myśli o tym, że być może nadal istniała nadzieja na normalność. Miała Damiena, a ten gorączkowo zapewniał ją, że nie pozwoli jej skrzywdzić. Wciąż nie miała pewności, co takiego było między nami, a tym bardziej co takiego ją podkusiło, by pozwolić na te pocałunki, ale prawda była taka, że czuła się przy nim bezpieczna. Nie chciała tak po prostu uwierzyć w to, że jej uczucia mogłyby się sprowadzać wyłącznie do wdzięczności i szukania stabilizacji. Miała wrażenie, że między nimi powoli powstawało coś bardziej złożonego, choć to równie dobrze mogło być jedynie jej wyobrażeniem. W efekcie już niczego nie była pewna, nie chcąc nawet zastanawiać się nad czymś tak przyziemnym, jak flirt z chłopakiem – i to nawet tak przystojnym, ułożonym… pół-wampirem.
Cholera.
Niektóre słowa nadal nie były w stanie przejść jej przez usta, nawet w myślach brzmiąc tak, jakby należały do jakiegoś innego, obcego języka, który ledwo była wstanie zrozumieć. Nie chciała myśleć o Cullenach, Licavolich… własnym bracie. Momentami miała wrażenie, że to ją przerasta, stopniowo doprowadzając do szaleństwa, co paradoksalnie okazało się gorsze nawet od niewiedzy, chociaż nie przypuszczała nawet, że to w ogóle możliwe. Kolejny raz próbowała odnaleźć się w sytuacji, która była jej obca, wydając się budować wszystko od podstaw – cały otaczający ją świat, ten bowiem nagle wydał jej się obcy, nieprzystępny i na swój sposób dziki.
Damien nie potrafił stwierdzić, czego chciał od niej Jason, oczywiście pomijając to, że próbował ją przemienić. Liz nadal robiło się słabo na samą myśl o tym, jak czuła się, kiedy brat przyciskał usta do jej szyi, gotów ją ukąsić. Dlaczego?, tłukło jej się w głowie, chociaż prawda była taka, że kwestia pobudek chłopaka stanowiła dla niej najmniej istotną, nic nieznaczącą kwestię. Jakie znaczenie mało to, co i dlaczego chciał zrobić? Chyba nawet nie chciała wiedzieć, już i tak ledwo radząc sobie z tym, co działo się wokół niej. Przywykła do tego, że jest i niejako musi być silna, dotychczas radząc sobie w każdej, nawet najbardziej złożonej sytuacji. Czasami słyszała, że jest zimna, zwłaszcza kiedy unikała okazywania tych najbardziej skrajnych emocji. Nigdy nie płakała – przynajmniej nie wtedy, kiedy ktoś mógł zauważyć, zwykle preferując długie sesje prysznicowe, kiedy po prostu stała pod strumieniem spływającej po jej ciele, gorącej wody, która skutecznie kamuflowała wszelakie niedoskonałości, zmywając łzy. Niestety, w ostatnim czasie nie mogła sobie na to pozwolić, bo gdyby biegała do łazienki za każdym razem, kiedy traciła spokój, mając wrażenie, że sobie nie radzi, już właściwie nie wychodziłaby z kabiny. Być może miała do tego prawo, ale wcale nie czuła się dzięki temu lepiej, podświadomie wręcz modląc się o to, żeby wrócić do okresu, kiedy wszystko było proste i oczywiste.
Problem polegał na tym, że na dłuższą metę ucieczka prowadziła donikąd, nawet jeśli była wygodna. Co więcej, wciąż pozostawała zagrożona, jakkolwiek irracjonalne by się to nie wydawało. Nie powiedziała tego Damienowi wprost, ale sama myśl o tym, że Jason naprawdę miałby chcieć przemienić ją w istotę z legend, napawała ją przerażeniem i… swego rodzaju obrzydzeniem. Nie chciała tego, a wszystko w niej wręcz krzyczało w proteście na samą sugestię tego, że mogłaby zostać… wampirzycą. Nie, nie, nie… Wcale nie chodziło o to, że to istoty nieśmiertelne wzbudzały w niej jakiekolwiek negatywne odczucia, a przynajmniej nie ci, których dotychczas traktowała jak przyjaciół. Problem leżał w niej oraz w tym, że nie potrafiła zaakceptować tego, że ktokolwiek bez jej zgody miałby odebrać jej człowieczeństwo. Bała się, że Damien mógłby zrozumieć jej słowa w opatrzny, niewłaściwy sposób, gdyby choć zająknęła się o swoich obawach, ale strach pozostawał strachem – Liz z kolei uświadomiła sobie, że prędzej wolałaby umrzeć, aniżeli stać się nieumarłą.
Czasami wolała, żeby to wszystko działo się po prostu w jej głowie. Zabawne, ale żałowała, że to nie jej Brian wsypał środku odurzające – wtedy przynajmniej mogłaby udawać, że całe to szaleństwo na imprezie było co najwyżej skutkiem narkotyku. Niestety, żadne tłumaczenia nie wchodziły w grę, a Elizabeth walczyła o to, żeby stopniowo przywyknąć do nowej rzeczywistości. Musiała się na to zdobyć i to stosunkowo szybko, skoro nadal pozostawała zagrożona. Swoją drogą, nawet gdyby nie świadomość tego, że jej brat mógłby być zagrożeniem, nie mogłaby obojętnie przejść wobec tego, że wcale nie był martwy, co zresztą wcale nie jawiło jej się jako coś niewłaściwego czy jakkolwiek dziwnego. Słowa Jasona nie dawały jej spokoju i chociaż początkowo udawało jej się je ignorować, konkretne linijki powracały do niej niczym bumerang, wydając się wręcz zmuszać ją do tego, żeby podjęła jakiekolwiek sensowne działanie.
Jej brat wcale nie był martwy (nie tak do końca), poza tym jednoznacznie dawał jej do zrozumienia, że powinna mieć pretensje do rodziców. A skoro tak…
Bała się tej rozmowy, ale jakaś jej cząstka marzyła o tym, żeby wparować do salonu, kiedy będą tam przesiadywać, po czym zażądać wyjaśnień. Jeśli ją okłamywali, tym bardziej mała prawo poznać prawdę, niezależnie od tego, jak bardzo przerażająca by ta nie była. Chociaż wciąż nie miała pewności, czego powinna się spodziewać, była na nich wściekła, podświadomie czując, że Jason jej nie okłamał. Jego śmierć od zawsze była tematem tabu, a sami rodzice czasami zachowywali się tak, jakby nigdy nie istniał, choć to akurat było nie do końca prawdziwym stwierdzeniem. W zasadzie jej brat był obecny przez cały czas – nie osobiście, nie jako wspomnienie, ale… Cóż, nie potrafiła tego jednoznacznie opisać, ale prawda była taka, że rodzice niejako żyli jego śmiercią – tylko nią, ta bowiem od zawsze kładła się cieniem na całą rodzinę, przy okazji mając znaczny wpływ na sposób, w jaki Liz była wychowywana. Jason nie musiał być wspominany i obecny, bo zawsze pamiętała o tym, że odszedł – i że jej najbliżsi nigdy w pełni tego nie zaakceptowali. Od zawsze była świadoma tych licznych sprzeczności i niedomówień, teraz jednak wiedziała, że chodzi o coś więcej, jednak pomimo starań nadal nie miała pojęcia, co takiego powinna w związku z tym zrobić.
Nie rozmawiała za dużo z Damienem na temat tego, co planowała, ten zresztą nie pytał, jak zwykle okazując pełnię empatii. Wiedział, że potrzebowała czasu, żeby ochłonąć, być może nawet podejrzewając to, że kiedy szok minie jej reakcja może być dość osobliwa, a ona sama będzie skłonna zanegować wszystko, czego się dowiedziała. To wydawało się naturalną reakcją, zresztą jak i potrzeba choć odrobiny stabilizacji – coś, czego coraz bardziej zaczynało jej brakować, skoro miała wrażenie, że niemalże na każdym kroku wszystko sypie się na jej oczach. Normalność zniknęła z dnia na dzień, zaś Licavoli wydawał się w pełni tego świadom, niemalże stając na głowie, żeby jakoś jej pomóc. Zasugerował coś, co sprowadzało się do propozycji wspólnej rozmowy z jej rodzicami, gdyby jednak była na to gotowa, ale…
Nie, zdecydowanie nie mogła na niego czekać. Pomocny czy też nie, sprawa była zbyt złożona i intymna, by mogła dopuścić kogokolwiek z zewnątrz – i to niezależnie od tego, jak wiele mu zawdzięczała. Damien był cudowny, poza tym dwukrotnie uratował jej życie, jednak z pewnymi sprawami musiała poradzić sobie w pojedynkę, niezależnie od tego, jak trudne by się to nie okazało. Zdawała sobie z tego sprawę przez wszystkie te dni, kiedy dystansowała się i odkładała jakiekolwiek rozmowy „na później”… Wciąż i wciąż, chociaż czas wcale nie sprawiał, że czuła się jakkolwiek pewniejsza tego, co działo się wokół niej.
Sama nie była pewna, co tak naprawdę wpłynęło na to, że nagle doszła do wniosku, że ma dość. Poczuła to nagle, właściwie bez większej przyczyny czy kontroli nad tym, co działo się w jej głowie i z jej ciałem. Od dłuższego czasu była niczym pełna napięcia bomba, która w każdej chwili mogła eksplodować, chociaż nikt w żaden sposób nie był w stanie przewidzieć czasu i potęgi nadciągającej katastrofy. Wiedziała jedynie, że jest coraz bliższa dania upustu wszystkim gromadzącym się w jej wnętrzu uczuciom, a później…
Ucieczka nie prowadziła do niczego sensownego, co wiedziała już od dłuższego czasu. Skoro już i tak była bliska szaleństwa, równie dobrze mogła posunąć się o krok dalej i rozpętać małą burzę. Kto wie, może jednak oszalała, jednak i to nie miało dla niej najmniejszego nawet znaczenia. Dlaczego miałoby, skoro jakaś jej cząstka chyba nawet byłaby zadowolona z niepoczytalności – czegokolwiek, co byłoby w stanie uchronić ją przed koniecznością zaakceptowania tego, że to nie z nią, ale otaczającą ją rzeczywistością coś było definitywnie nie tak.
Jej kroki były ledwo słyszalne, kiedy znalazła się w korytarzu. W pośpiechu ruszyła przed siebie, jakby od niechcenia przesuwając palcami po tapetowanej ścianie. Oddech momentalnie jej przyśpieszył, a serce zaczęło bić szybciej, waląc tak mocno i nierytmicznie, że ledwo była w stanie oddychać. W milczeniu wpatrywała się w przestrzeń przed sobą, mając wrażenie, że obraz raz po raz rozmazuje jej się przed oczami. Nie była w stanie skupić się na niczym, zdolna myśleć tylko i wyłącznie o tym, że pewne rzeczy nie powinny mieć miejsca.
Zabawne, ale wcale nie czuła satysfakcji albo ulgi na myśl o tym, że mogłaby porozmawiać z rodzicami i uzyskać jakiekolwiek wsparcie. Chyba każdy na jej miejscu potrzebowałby bliskości rodziny – jakiegokolwiek zapewnienia, że wszystko jest w porządku – jednak w jej przypadku nic podobnego nie miało miejsca. Czuła się pusta w środku, zupełnie jakby była kimś innym, pozbawionym wspomnień, emocji i jakichkolwiek ważnych dla niej relacji. Z równym powodzeniem mogłaby być sama, zbierając się do tego, żeby zamienić choć kilka słów z całkowicie jej obcymi, odległymi ludźmi, którzy…
A może to po prostu ona była inna, na dodatek przytłoczona perspektywą istnienia tak perfidnego, raniącego kłamstwa, które serwowano jej przez całe lata. To było prawdopodobne, chociaż…
Cóż, w zasadzie wszystko wydawało się równie właściwe i nieprawdopodobne jednocześnie.
Rodzice byli w salonie, zresztą jak zwykle wieczorem, kiedy spędzali ze sobą czas po pracy. Czasami widywała ich, kiedy oglądali telewizję, a czasami zajętych czymś mniej czasochłonnym, jak czytanie książki czy rozmowa na tak bezpieczne tematy, jak chociażby praca. Kochali się i to zawsze wydawało się Liz oczywiste, choć momentami szczerze wątpiła w to, czy którekolwiek z nich potrafiło właściwie to okazać. Być może to miało związek z tym, że przez większość czasu próbowali trzymać ją pod kloszem, ograniczając na wszystkie możliwe sposoby i zachowując się tak, jakby wciąż była małą dziewczyną, która nie potrafiła o siebie zadbać. Przez to odbierała ich jako chłodnych i na swój sposób surowych, choć nigdy dotąd nie było aż tak źle.
Przystanęła w progu, dłuższą chwilę stojąc i biernie obserwując dwójkę ludzi, których dobrze znała i – oczywiście – kochała. Wszyscy byli do siebie podobni – ciemnowłosi, o przeciętnej urodzie, a przynajmniej Liz nigdy nie uważała, by jakkolwiek szczególnie wyróżniała się rysami twarzy. Mama, w przeciwieństwie do niej, preferowała krótkie, sięgające zaledwie do połowy łopatek włosy, przez co sprawiała wrażenie starszej i poważniejszej niż w rzeczywistości. Zwłaszcza z kanciastymi okularami przypominała Elizabeth surową nauczycielkę, co zresztą zgadzało się z tym, jak ta kobieta zachowywała się na co dzień – kochająca, wbrew wszystkiemu ciepła i – co wrzucało się w oczy w pierwszej kolejności – zdecydowanie zbyt nadopiekuńcza.
Czy byłaby zdolna do tego, żeby kłamać? Wcześniej Liz nigdy nie próbowała się nad tym zastanawiać, jednak w ostatnim czasie nawet to przestało być aż tak oczywiste. Już nie była pewna, co tak naprawdę oznaczało zaufanie, choć momentami była skłonna, by zacząć besztać się za to, że wyciągała tak pochopne wnioski. Skąd mogła mieć pewność, że czegoś nie pomyliła albo że Jason tego nie zrobił? Był rozżalony, a przynajmniej tyle zdołała wywnioskować w szoku, który wzbudziło w niej samo tylko spotkanie z chłopakiem. Nic nie było takim, jakim być powinno, ale to jeszcze nie znaczyło, że powinna była zapominać o zdrowym rozsądku – ten z kolei podpowiadał jej, że nie zawsze sprawy były takie proste, jak mogłoby się wydawać.
Jason wciąż chodził po świecie, co prawda odmieniony, ale jednak w pełni świadom tego, co działo się wokół niego. Nie umarł, ale przeszedł przemianę, o czym do tej pory nie miała pojęcia. Nie wiedziała, co takiego skłoniło go do tego, żeby zacząć obwiniać właśnie rodziców, ale to jeszcze o niczym nie musiało świadczyć. Emocje potrafiły zdziałać swoje, więc równie dobrze mogło się okazać, że jego gniew jest bezpodstawny albo… Sama nie miała pewności, jednak chciała myśleć logicznie – i to niezależnie od tego, jak trudne by się to nie okazało. Kto wie, może istniało jakieś sensowne wytłumaczenie; rodzice wcale nie musieli wiedzieć albo mieli naprawdę istotny powód, żeby przez tyle czasu nie reagować. Co prawda Liz nie wyobrażała sobie żadnego usprawiedliwienia takiego kłamstwa, jednak zamierzała dać im szansę – w końcu to było właściwe, prawda?
Gdyby jeszcze do tego wszystkiego wiedziała, jak powinna z nimi rozmawiać i czy właśnie nie popełniała błędu, być może właśnie nieświadomie wciągając bliskich w coś tak nieprzewidywalnego i niebezpiecznego, wtedy byłoby o wiele prościej.
Może po prostu poczekaj na Damiena… Zapytaj go, co o tym myśli, odezwał się cichy głosik w jej głowie, ale stanowczo kazała mu się zamknąć. Sprawy zaszły za daleko, poza tym wszystko tak naprawdę zależało tylko i wyłącznie od niej. Była w stanie poradzić sobie z sytuacją w pojedynkę, a przynajmniej musiała spróbować zdziałać chociaż tyle. Już i tak długo zwlekała, zresztą sama zdążyła się przekonać, że niewiedza potrafi być bardzo niebezpieczna. Wiedzieli czy nie, powinni być świadomi zagrożenia, jakie stanowił ich… cóż, podobno zmarły syn, a jej brat.
Kiedy myślała o tym w takim kontekście, czuła się w równym stopniu przerażona, co i oszołomiona. Jakby tego było mało…
– Liz?
Poderwała głowę, czując się trochę tak, jakby trwała w transie. Natychmiast podchwyciła spojrzenie wpatrzonej w nią matki, jednak wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Nie musiała pytać, by zorientować się, że kobieta wyczuła jej nienajlepsze samopoczucie. Już wcześniej próbowała rozmawiać, świadoma tego, że jej jedyną córkę mogłoby coś dręczyć, ale Elizabeth zbywała ją kolejnymi wymówkami. Zdawała sobie sprawę z tego, jak wyglądała, blada, milcząca i sprawiająca wrażenie ciągle zmęczonej, co również nie było czymś szczególnie dziwnym, skoro nie sypiała po nocach. Nawet to stanowiło wyzwanie, tym bardziej, że ewentualnego ataku ze strony Jasona spodziewała się właśnie po zachodzie słońca i to pomimo wrażenia, że Damien najpewniej próbował przesiadywać pod jej oknem.
Cholera, o nim również nie pomyślała, chociaż bez wątpienia powinna. Nie chciała rozmawiać od czasu tych kilku godzin, które spędzili razem na balkonie tamtego apartamentu, a on oczywiście to szanował. Z drugiej strony, chyba nawet wspominał coś o tym, że nie zostawi ją bez opieki, więc taki rodzaj poświęcenia wydawał się bardzo prawdopodobny, chociaż nie miała sposobności, żeby się upewnić. Wiedziała jedynie, że dawno nie widziała kogoś tak empatycznego i otwartego – z tym, że szczerze wątpiła w to, czy starania Damiena wystarczą, by cokolwiek zmienić.
Milczała, chociaż spojrzenie matki jednoznacznie dało jej do zrozumienia, że ta zaczynała się martwić. To bez wątpienia nie było uczciwe, ale nie potrafiła się tym przejąć. W pośpiechu uciekła wzrokiem gdzieś w bok i – wciąż skoncentrowana na bitwie własnych myśli oraz jakimś bliżej nieokreślonym punkcie w przestrzeni – z wolna podeszła bliżej. Tym razem zaintrygowała również ojca, a przynajmniej miała wrażenie, że ten jej się przypatrywał, chociaż nie miała odwagi, żeby to sprawdzić. Wątpiła zarówno we własne zdolności, jak i tę rozmowę, chociaż z drugiej strony…
Co tak naprawdę jeszcze miała do stracenia, skoro już i tak czuła się tak, jakby była szalona?
– Możemy porozmawiać? – zapytała wprost i mimowolnie skrzywiła się, prażona brzmieniem własnego głosu. W jej pytaniu pobrzmiewała… pustka, jakże odmienna od tego, co w rzeczywistości działo się w jej wnętrzu.
– Oczywiście, że tak – zapewniła natychmiast mama. Wydała się zaniepokojona, bez trudu orientując się, że coś jest nie tak. – Elizabeth…
Tym razem zmusiła się do tego, żeby poderwać głowę i spojrzeć rodzicielce w oczy. Początkowo nie była pewna tego, jak powinna zacząć, po chwili jednak stwierdziła, że jest jej wszystko jedno – i że najprościej będzie przejść do rzeczy.
– Kilka dni temu widziałam Jasona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa