27.05.2016

Dwieście dziesięć

Jocelyne
Uczucie déjà vu pojawiła się z chwilą, w której na krótko przed godziną drugą wyszła na korytarz. Nie miała pojęcia, czy robi dobrze, ale tym razem nie zamierzała dawać sobie czasu na wątpliwości. I tak nie mogła spać, przez większość czasu rozpamiętując to, co powiedział jej Dallas i jednocześnie w naturalny sposób zastanawiając się nad tym, czy spotkanie się z chłopakiem faktycznie jest takim dobrym pomysłem. Miała mnóstwo pytań, a kiedy znalazła się poza sypialnią, po raz kolejny zaczęła martwić się kamerami, ostrożnie posuwając się naprzód i w duchu modląc o to, żeby jednak czegoś nie pomyliła, próbując odtworzyć podobno bezpieczną drogę, uwzględniającą wszystkie ślepe punkty. Pomimo obaw, tym razem dotarcie na miejsce zajęło jej dużo mniej czasu, być może dlatego, że całą sobą wierzyła, iż jej towarzysz nie zdecyduje się zostawić jej samej po tym, jak obiecał pomoc.
Dallasowi udało się ją wystraszyć, nie po raz pierwszy zresztą, co jedynie dowodziło temu, że przejmowała się o wiele bardziej, aniżeli starała się okazywać. Omal nie wyszła z siebie, kiedy nagle znalazł się u jej boku, tym samym uprzytomniając Jocelyne to, jak bardzo nieostrożna była. Gdyby skoncentrowała się na czymkolwiek innym, prócz ostrożnym stawianiem kolejnych kroków, wtedy nie miałaby najmniejszych problemów we wczesnym wychwyceniu dźwięku jego kroków, oddechu czy miarowego bicia serca. Spojrzała na niego gniewnie, po części zażenowana, ale przede wszystkim zawstydzona, choć i tego usiłowała nie dać po sobie poznać. Dallas na szczęście również milczał, czujnie rozglądając się dookoła i nawet słowem nie komentując tego, że mogłaby być aż do tego stopnia strachliwa.
Świetnie. Będę pierwszym pół-wampirem, który zejdzie na atak serca¸ pomyślała z niedowierzaniem, wahając się nad tym, jak powinna się zachować, skoro już byli razem. Od schodów do gabinetu Rona droga była dość prosta, jednak nie po ciemku i w sytuacji, w której nie mogli pozwolić sobie na to, żeby ktokolwiek ich zauważył. Miała ochotę zapytać Dallasa, co tak naprawdę planował, skoro przez tyle czasu podobne akcje uchodziły mu płazem. Zakładała, że musiał mieć jakiś system albo… cokolwiek innego, chociaż wcale nie była tego taka pewna. Co więcej, pozostawał jeszcze problem kamer, ale…
– Idziemy – usłyszała jego szept, a chwilę później jak gdyby nigdy nic ruszył zdecydowanym krokiem przed siebie.
Otworzyła i zamknęła usta, ledwo powstrzymując się przed naskoczeniem na niego. Spodziewała się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że – obojętny na jakiekolwiek środki ostrożności – pójdzie wzdłuż korytarza, zachowując się tak, jakby żadnych kamer nie było. Tak niby postępował ktoś, kto regularnie gdzieś się zakradał? Szczerze w to wątpiła, niemalże spodziewając się tego, że za moment pojawi się Julie, Ron… albo ktokolwiek inny, kto zorientował się, że właśnie zachowywali się jak dwójka największych kretynów, jacy kiedykolwiek chodzili po ziemi.
Ze znacznym opóźnieniem ruszyła za nim, w pośpiechu omal nie wywracając się o własne nogi. Dogoniła go w chwili, w której miał wejść w kolejny korytarz, po czym zdecydowanie chwyciła za ramię, zmuszając do tego, żeby się zatrzymał. Dallas zmarszczył brwi, ale nie zaprotestował, kiedy stanowczo pociągnęła go w cień, choć aż nazbyt dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że już i tak mieli problem.
– Co? – zapytał zdziwiony, a ona ledwo powstrzymała się przed tym, by porządnie zdzielić go w głowę. Do tego wszystkiego jeszcze się pytał!?
– Co? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Co ty robisz?! – syknęła, raz po raz musząc przypominać sobie o tym, że krzyk nie byłby najlepszym pomysłem. – Kamery…
– O, fakt – rzucił takim tonem, jakby nie istniał żaden powód do niepokoju. – Zapomniałem ci powiedzieć: trzymaj się blisko mnie i nie przejmuj się kamerami, okej? A teraz chodźmy.
Zaskoczył ją do tego stopnia, że już zupełnie machinalnie spełniła polecenie, chcąc nie chcąc ruszając za nim. Odzyskała głos dopiero w połowie kolejnego korytarza, ale nawet wtedy nie zdecydowała się o nic zapytać, choć aż gotowało się w niej na samą myśl o tym, że Dallas mógłby okazać się aż do tego stopnia bezmyślny. Kamery? Niby w czym problem, prawda? Wystarczyło z uśmiechem iść samym środkiem korytarza, a po drodze pewnie jeszcze pomachać, bo i jakie konsekwencje ktokolwiek mógł wyciągnąć z tego, że w środku nocy pałętali się na zewnątrz? Cóż, mogła co najwyżej mu zaufać, choć i to przestawało jawić jej się jako odpowiednia opcja. Jeśli miała być ze sobą szczera, była coraz bliższa paniki, nie po raz pierwszy zastanawiając się nad tym, co ten chłopak właściwie sobie myślał albo planował… Bo chyba nie to, że w razie potrzeby po raz kolejny pozwoliłaby się pocałować? Wątpiła zresztą w to, żeby Julie po raz drugi uwierzyła w to, że para rzekomo zakochanych nastolatków wybrała się na nocny spacer, podziwiać klatkę schodową i ciemne korytarze. Swoją drogą, sam Dallas pogrążał się w ten sposób, bo jeśli spojrzeć na jego wymówki pod tym kątem, mogło się okazać, że miał dość wypaczone pojęcie romantyzmu…
Słodka bogini, o czym ja właściwie myślę?
W głowie miała mętlik, ale to w ostatnim czasie nie było niczym nowym. Z dwojga złego wolała nawet zająć czymś umysł, w pełni zdana na silny uścisk prowadzącego ją chłopaka. Rozproszenie najpewniej nie było najrozsądniejszym, co mogłaby zrobić w obecnej sytuacji, ale z drugiej strony, chyba zaczynało być jej wszystko jedno. Czym zresztą miałaby się przejmować, skoro sam Dallas wydawał się nie widzieć po temu powodów?
Zatrzymał się nagle, przy okazji zmuszając ją do tego samego. Z pewnym opóźnieniem zwróciła uwagę na to, że przystanął przy zamkniętych drzwiach – najpewniej prowadzących do gabinetu Rona, choć wyłączyła się do tego stopnia, by przestać zwracać uwagę na kolejne przejścia, które znajdowały się na korytarzu. Zmarszczyła brwi, niespokojnie obserwując swojego towarzysza, kiedy przykucnął przy zamku, niczym jakiś zawodowy złodziej przechodząc do gmerania w nim czymś, co chyba było jakimś cudacznie wygiętym kawałkiem drucika. Sama pokusiłaby się o użycie telepatii, ale przy Dallasie oczywiście nie mogła sobie na to pozwolić, przez co nie miała innego wyboru, prócz czekania na jakiekolwiek oznaki sukcesu tego, co próbował zrobić chłopak. W duchu odliczała kolejne sekundy, nasłuchując kroków albo jakichkolwiek oznak tego, że mogliby mieć poważne kłopoty, nic jednak nie wskazywało na to, by w najbliższym czasie ktoś miał się pojawić.
Dallas wydał z siebie zdławiony, pełen zadowolenia okrzyk, po czym wyprostował się, odsuwając na bok, by mogła przyjrzeć się drzwiom. Wyraźnie z siebie dumny, rzucił jej znaczące spojrzenie, po czym zdecydowanym ruchem nacisnął klamkę, by móc wpuścić ją do pokoju. Wywróciła oczami, co najmniej niedowierzając temu, że mógłby mieć jeszcze humor na tyle dobry, by pokusić się o żarty i jakiekolwiek teatralne zachowania. Coraz trudniej przychodziło jej zrozumienie go, zwłaszcza kiedy zachowywał się w ten sposób i to na dodatek w sytuacji, w której w każdej chwili mogli wpakować się w poważne kłopoty.
O, tak… Romantyk, pomyślała z niedowierzaniem, nie mogąc się powstrzymać.
Pośpiesznie weszła do środka, nerwowo rozglądając się po pogrążonym w ciemnościach wnętrzu. Jej oczy zdążyły przyzwyczaić się do ciemności, dzięki czemu była w stanie całkiem wyraźnie dostrzec zarys poszczególnych mebli. W gabinecie była zaledwie raz i na pewno nie przypuszczała, że wróci do niego w takich okolicznościach, ale zapamiętała dość, by czuć się dość swobodnie. Próbowała ocenić, czy cokolwiek zmieniło się od jej ostatniej wizyty, jednak zarówno biurko, jak i wypełnione książkami regały, wyglądały dokładnie tak, jak je zapamiętała.
Dallas wślizgnął się do pokoju tuż za nią, starannie zamykając za sobą drzwi. Przez myśl przeszło jej, że mogłaby kazać mu zamknąć je na zamek, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie tę niepokojącą myśl. Już i tak była podenerwowana, a gdyby do tego wszystkiego miała świadomość tego, że są zamknięci, wtedy naprawdę mogliby mieć problem.
– Akta są po prawej stronie biurka, w szufladzie – usłyszała za plecami naglący głos Dallasa. Nerwowo obejrzała się w jego stronę, by przekonać się, że wciąż tkwił przy drzwiach, najpewniej pilnując, czy ktoś nie nadchodzi. W porządku, na pewno miał okazać się w tym o wiele lepszy od niej. – Tylko szybko. Masz jakąś komórkę albo…? – Urwał, po czym wzruszył ramionami.
– Jakoś sobie poradzę – zapewniła pośpiesznie.
Brak światła mógł okazać się problematyczny, a przynajmniej tak mogłoby być, gdyby pozostawała człowiekiem. Oczywiście nie zamierzała dzielić się z Dallasem informacją o tym, że mogłaby być w stanie czytać w takich warunkach, dochodząc do wniosku, że zawsze mogła pokusić się o stwierdzenie, że to światło księżyca, które sączyło się zza ulokowanego za biurkiem okna, dawało wystarczająco dużo jasności.
Wciąż była spięta, kiedy na drżącym nogach obeszła mebel, ostrożnie przykucając przy wskazanej przez Dallasa stronie. Szuflady były trzy, ale jej uwagę momentalnie przykuła najwyższa z nich, być może dlatego, że swobodnie mogła pomieścić nawet całe pliki papierów. Ręce drżały jej, kiedy ostrożnie spróbowała ją wysunąć, starając się robić jak najmniej hałasu, ale i tak skrzywiła się, kiedy prowadnice wydały z siebie ciche skrzypnięcie. Uniosła głowę, by ponad blatem biurka spojrzeć na tkwiącego przy drzwiach chłopaka, ten jednak wyglądał na spokojnego, kiedy zaś podchwycił jej spojrzenie, ruchem głowy dał Jocelyne do zrozumienia, żeby robiła swoje.
Na dnie znalazła zaledwie kilka teczek, ale to jej wystarczyło. Ostrożnie wyjęła papiery, po czym usiadła, by móc bezpiecznie ułożyć je na kolanach. Każdy ruch kosztował ją mnóstwo wysiłku, co miało związek z wciąż odczuwanym zdenerwowaniem. Nie mogła pozwolić sobie na to, żeby cokolwiek zniszczyć albo podrzeć, bo wtedy mogliby mieć jeszcze większe problemy, nawet gdyby swobodnie udało im się wrócić do pokoi. Co więcej, nie chciała niczego pomieszać, bo choć szczerze wątpiła w to, żeby Ron pamiętał kolejność, w jakiej zgarniał dokumenty do biurka, wolała nie ryzykować, że jednak mógłby zauważyć coś niewłaściwego.
Lekko zmrużyła oczy, by lepiej widzieć ułożone tuż przed nią teczki – proste, białe i opatrzone ręcznie zapisanymi nazwiskami. Uniosła brwi na widok imienia Jeremiego, ale pominęła go, bardziej przejęta znalezieniem swojego nazwiska. Zamierzała dowiedzieć się wszystkiego, co tylko będzie możliwe, licząc na to, że dzięki temu uda jej się łatwiej ustalić na czym tak naprawdę stała i czy miała jakiekolwiek powody do niepokoju. Chciała wierzyć w to, że wszystko będzie w porządku, ale jednocześnie szczerze w to wątpiła; perspektywa wyboru pomiędzy niewiedzą, czymś dziwnym albo szaleństwem, w najmniejszym nawet stopniu nie poprawiała jej nastroju.
Pierwszym, co zwróciło jej uwagę, było umiejscowione na samym wierzchu zdjęcie, choć nie przypominała sobie, by jakiekolwiek dołączała. Fotografia wyglądała na wyjętą ze szkolnego rocznika, co bynajmniej jej nie uspokoiło, wręcz utwierdzając w przekonaniu, że musieli ją sprawdzać jeszcze przed tym, jak zdecydowała się przyjechać do ośrodka. Nie spodobało jej się to, bo choć nie miała pojęcia, jak działały takie miejsca, była gotowa założyć się o to, że niekoniecznie sięgały swoimi kompetencjami aż tak daleko. Zaczynała czuć się naprawdę dziwnie, aż nazbyt świadoma tego, że ludzie, którzy odpowiadali za Projekt Beta, mogliby wiedzieć o wiele więcej, aniżeli sobie tego życzyła.
Okej… Czy to najwyższa pora, żeby stąd uciekać?, pomyślała w panice, stanowczo odrzucając od siebie wspomnienie słów Dallasa, który wprost dał jej do zrozumienia, że wyjście z tego miejsca mogło okazać się o wiele trudniejsze od decyzji o przyjeździe. W jej przypadku wszystko sprowadzało się do jednego telefonu, bo nie wyobrażała sobie tego, żeby rodzice zostawili ją samą, gdyby tego nie chciała. Jak na razie wszystko zależało od niej, co na swój sposób było kojące, bo nie wyobrażała sobie, jaki rodzic albo bliska osoba były w stanie tak po prostu zaufać obcym ludziom, zamiast wierzyć tym, których doskonale znali. W tamtej chwili uświadomiła sobie, że miała olbrzymie szczęście, przynależąc do rodziny, która prędzej dałaby się zabić, byleby tylko nie pozwolić na to, żeby stała jej się jakakolwiek krzywda.
Przestała o tym myśleć, w zamian wbijając wzrok w teczkę z dwoma prostymi słowami:
Licavoli, Jocelyne
Wypuściła powietrze ze świstem, przez dłuższą chwilę będąc w stanie co najwyżej wpatrywać się w napis i czekać na coś, czego nawet nie potrafiła sprecyzować. Bała się, poza tym czuła, że w ułamku sekundy po raz kolejny mogło zmienić się wszystko, ale…
Weź się w garść!
Mieli mało czasu, a ona dodatkowo marnowała go na to, żeby bezmyślnie wpatrywać się w teczkę. Myśl o tym, że mogłaby nie zdążyć sprawdzić wszystkiego, skutecznie ją otrzeźwiła, zmuszając do tego, by przesunąć zdjęcie na bok i przyjrzeć się pierwszej stronie akt. Nie była zaskoczona niemalże standardowymi już rubryczkami, zawierającymi informacje o imieniu, nazwisku, dacie urodzenia (zakłamanej o blisko dekadę, bo przecież nikt nie uwierzyłby w jej faktyczny wiek), miejscu zamieszkania, rodzicach (również niezgodne)…
A potem w końcu zauważyła to, co najbardziej ją interesowało, a co przez ułamek sekundy widziała już w papierach na biurku Rona – „wersja oficjalna”, jak przynajmniej miała nadzieję.
Rozpoznanie: Podejrzenie schizofrenii niezróżnicowanej. Przesłanki do stwierdzenia zaburzeń w kontaktach interpersonalnych, wycofanie ze społeczeństwa. Możliwe omamy wzrokowe i słuchowe oraz zaburzenia snu. Jedna próba samobójcza.
Niemalże prychnęła, zastanawiając się nad tym, kto i jak długo siedział nad pisaniem tych bredni. Po co w takim razie rozmawiała z Ronem, skoro najwyraźniej incydent ze szkoły i tak interpretował po swojemu? Cóż, siedzeniem w pokoju również sobie nie pomagała, chociaż z drugiej strony… Jakie to właściwie miało znaczenie, skoro ta część dokumentów miała być tylko i wyłącznie na pokaz? Z drugiej strony, wcale nie dziwiła się temu, że niektórzy ludzie mogliby uwierzyć w to, że coś jest z nią nie tak, tym bardziej, że sama przez jakiś czas szczerze wątpiła w to, czy wszystko jest z nią w porządku.
Ominęła zaledwie jednozdaniowy wpis o leczeniu, jak na razie sprowadzający się wyłącznie do uwagi o obserwacji. Mimochodem pomyślała o tym, że nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby okazało się, że Ron ma już konkretny plan, by mogła odpowiednio wcześnie przygotować sobie własny, ale na tę chwilę musiała zadowolić się tymczasowym spokojem. Cóż, musiała być ostrożna, ale to akurat nie stanowiło żadnej nowości.
Przerzuciła stronę, niemalże z fascynacją spoglądając na kolejny dokument. Pierwsza część wyglądała dokładnie tak samo, jak wcześniejsza karta, tym razem jednak dodatkowe wpisy brzmiały zupełnie inaczej.
Rozpoznanie: Obiekt kłamie albo nie jest świadom ewentualnych zdolności. Z pozyskanych informacji trudno jednoznacznie stwierdzić, jakiego rodzaju umiejętności może przejawiać w przyszłości. Pod obserwacją.
Zaraz po tym, na samym dole, już ręcznym pismem, dodano:
Nekromancja (???)
Wypuściła powietrze ze świstem, niemalże jak urzeczona wpatrując się w tę krótką, niekonkretną notatkę. Nie tego się spodziewała, ale choć w pierwszym odruchu poczuła się rozczarowana, prawie natychmiast skoncentrowała pełnie uwagi na zrozumienie tego jednego, niezrozumiałego słowa. Nekromancja? To brzmiało co najmniej śmiesznie, a przynajmniej tak jej się wydawało, bowiem nigdy wcześniej nie spotkała się z tym słowem. W tamtej chwili zapragnęła natychmiast znaleźć się w swoim pokoju i zadzwonić do domu albo od razu dorwać się do jakiegoś połączonego z siecią komputera – cokolwiek, byleby mogła rozwiać narastające z każdą kolejną sekundą wątpliwości. Cokolwiek nie sugerowałyby dokumenty, Ron najwyraźniej miał jakieś spostrzeżenia, a ona… Cóż, potrzebowała odpowiedzi – w końcu „obiekt” wcale nie kłamał, a przynajmniej nie w kwestii tego, że mogłaby nie wiedzieć, co takiego działo się wokół niej.
Cholera, to też nie brzmiało dobrze – sposób w jaki ją określali. Podejrzewała, że podobne słownictwo znalazłaby w każdej z teczek, co sprawiało, że momentalnie zrobiło jej się zimno. Coś tutaj był zdecydowanie nie tak, choć nic nie wskazywało na to, żeby w najbliższym czasie miała poznać odpowiedzi na jakiekolwiek z dręczących ją wątpliwości. Potrzebowała odpowiedzi i choć teoretycznie jakąś otrzymała, ta pociągnęła za sobą całą lawinę kolejnych, jeszcze bardziej skomplikowanych pytań.
Niechętnie schowała dokumenty z powrotem do teczki, dbając o to, żeby ułożyć je w dokładnie taki sam sposób, jak były wcześniej. Zamierzała zająć się powolnym składaniem wszystkiego do szuflady, kiedy jej uwagę przykuło coś zupełnie innego.
Foyer, Dallas
Serce zabiło jej szybciej, zaraz też dyskretnie spojrzała w stronę drzwi, chcąc upewnić się, co robi jej towarzysz. Chłopak nie patrzył w jej stronę, skupiony na drzwiach i tymczasowo spokojny. To zachęciło ją do tego, żeby jednak zaryzykować i zabrać się za jego teczkę, choć nie była pewna, czy to uczciwe, chociaż z drugiej strony…
Tym razem zignorowała zarówno zdjęcie, jaki i oficjalne informacji, dochodząc do wniosku, że to najmniej istotna kwestia. Równie dobrze mogła uwierzyć w wersję o piromanii, czy czymkolwiek równie niedorzecznym; sama była schizofreniczką, więc równie dobrze mogła spodziewać się wszystkiego innego. W tym miejscu nic nie było normalne, więc… właściwie czemu nie?
Inną kwestię stanowiła możliwość dowiedzenia się tego, kim był Dallas, a to… Cóż, na pewno było kuszące i o wiele prostsze od zadania mu jakiegokolwiek konkretnego pytania.
– Joce… – usłyszała i dokumenty omal nie wypadły jej z rąk. Poderwała głowę, czując się jak złodziej złapany na gorącym uczynku i to nawet w momencie, w którym przekonała się, że Dallas wcale nie wpatrywał się w nią, ale we wciąż zamknięte drzwi. – Znalazłaś to, czego szukałaś? – zapytał jakby od niechcenia, ale wyczuła w jego głosie coraz bardziej wyraźne napięcie.
– Ehm… Tak jakby – zapewniła, w duchu modląc się o to, żeby już na wstępie nie próbował wypytywać ją o szczegóły.
Najwyraźniej nie miał takiego zamiaru, bo nagle wyprostował się niczym struna i – coraz bardziej podenerwowany – w pośpiechu cofnął o krok w tył.
– To świecie. Nie chcę nic mówić ani nic z tych rzeczy, ale musimy się pośpieszyć – oznajmił, a jej serce zabiło szybciej. – Jeszcze Vicki – dodał, a ona zaklęła cicho, w pośpiechu zgarniając razem nie tylko jego teczkę, ale wszystkie inne.
Zadanie było proste, tym bardziej, że w ośrodku była jej garstka, jednak kiedy w pośpiechu przerzuciła kolejne teczki, nigdzie nie dostrzegła interesującego Dallasa imienia. Sprawdziła raz jeszcze, jednak i tym razem nie doszukała się niczego, co mogłoby okazać się choć odrobinę przydatne.
– Nie ma ich – powiedziała w końcu, a chłopak spojrzał na nią w taki sposób, jakby próbowała komunikować się z nim w jakimś obcym języku.
– Co takiego?
Zacisnęła usta, poirytowana tym, że mógłby mieć jakiekolwiek wątpliwości.
– Nie mam tu teczki Vicki. Może jej potrzebowali, kiedy się rozchorowała – wyrzuciła z siebie na wydechu. Jeszcze kiedy mówiła, w pośpiechu wrzuciła wszystkie teczki do szuflady, układając je w zgrabny stosik, zanim zdecydowała się zamknąć biurko. – Moglibyśmy szukać dalej, bo może Ron po prostu gdzieś je zostawił, ale…
– Nie ma czasu – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu tonem Dallas. – Spadamy stąd i to w tej chwili. Nie chcę cię martwić czy coś, ale wydaje mi się, że coś słyszałem i… – zaczął, po czym zamarł, nerwowo oglądając się za siebie i wbijając wzrok w drzwi.
Usłyszała to w tym samym momencie, co i on. Natychmiast poderwała się na równe nogi, dla pewności przytrzymując biurka, by z wrażenia przypadkiem z powrotem nie wylądować na podłodze – tym razem o wiele głośniej, co z decydowanie nie polepszyłoby ich sytuacji.
Nie, skoro z korytarza dochodziły coraz wyraźniejsze kroki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa