09.04.2016

Sto sześćdziesiąt trzy

Renesmee
W jednej chwili wszystko potoczyło się bardzo szybko. Wytrzeszczyłam oczy na widok olbrzymiej, kudłatej kulki, która skoczyła na Claire, zmuszając dziewczynę do tego, by w panicznej ucieczce spróbowała odskoczyć do tyłu. Wyrwał jej się zaskoczony okrzyk, a w ułamek sekundy później zachwiała się niebezpiecznie i całym ciałem poleciała na stojącą w przedpokoju szafkę, przy okazji uderzając w wiszące na ścianie lustro. Widziałam, że zwierciadło zakołysało się, by w następnej chwili z głośnym trzaskiem spaść na podłogę, rozbijając się na drobne kawałeczki. W nozdrza jak na zawołanie uderzył mnie słodki zapach krwi, byłam jednak zbyt zaskoczona, by w jakikolwiek sposób na to zareagować.
Coraz bardziej spanikowana, w pośpiechu spojrzałam na Gabriela. Chciałam ruszyć się z miejsca i dopaść do Claire, ale musiałam się powstrzymać, aż nazbyt świadoma tego, że w każdej chwili mógł pojawić się Charlie. Nie mogłam pozwolić sobie na ukazywanie swojej inności, zresztą nie ufałam sobie na tyle, by spróbować się do dziewczyny zbliżyć. Rufus nas pozabija, przeszło mi przez myśl, ale nie miałam czasu, by się nad tym zastanawiać, tym bardziej, że wyraźnie usłyszałam kroki na schodach.
Seth pojawił się nagle, a po bladości jego skóry i spojrzeniu, którym obdarował kolejno matkę, a ostatecznie radośnie ujadającą kulkę futra, utwierdziło mnie w przekonaniu, że był przerażony.
– Star! – powtórzył i zrozumiałam, że tak musiała mieć na imię pokaźnych rozmiarów suczka, która z takim uporem wyrywała się do wciąż siedzącej na ziemi Claire, pozostając całkowicie obojętną na to, że dziewczyna w panice odsunęła się aż pod same drzwi. Nie miałam pojęcia, co powinnam sądzić o obecności psa, jednak to również wydawało się najmniej istotne w obecnej sytuacji. – O Boże, przepraszam! Ona jest taka niewychowana! – wyrzucił z siebie w pośpiechu chłopak.
Star w końcu odwróciła się w jego stronę, najwyraźniej rozpoznając jego głos. Znowu zaczęła podskakiwać, szczekać i na wszystkie sposoby okazywać entuzjazm, którego ktoś taki jak Claire zdecydowanie nie miał być w stanie odwzajemnić. Seth również wydawał się przygnębiony, ale wyciągnął rękę, zachęcającym gestem dając zwierzęciu do zrozumienia, że ma do niego podejść. Star nawet się nie zawahała, energicznie machając ogonem i wyrywając się do tego, żeby móc polizać go po ręce. Podejrzewałam, że w innym wypadku byłby zadowolony, jednak w tamtej chwili sprawiał wrażenie skupionego przede wszystkim na tym, by odciągnąć rozentuzjazmowaną suczkę w głąb domu.
– Zabierz ją – ponagliła syna Sue. – Przepraszam was bardzo i… Hej, nic ci nie jest? Ona po prostu chciała się bawić – wyjaśniła pośpiesznie kobieta, rzucając Claire niespokojne spojrzenie.
– Nie… Nie wiem. – Dziewczyna energicznie pokręciła głową. Skrzywiła się nieznacznie, po czym odsunęła się od lustrzanych odłamków, próbując jednocześnie trzymać się z daleka od Star. – Zabierzcie to!
„To”, nie psa. To była nieznaczna różnica, ale wystarczyła, bym zorientowała się w czym leżał problem. Pies a wilk… Cóż, dla mnie różnica była znacząca, jednak sądząc po reakcji Claire, w tamtej chwili z równym powodzeniem mógł atakować ją rozjuszony syn księżyca.
Doszło mnie ciche prychnięcie, a kiedy rozejrzałam się dookoła, przekonałam się, że w ślad za Sethem na schodach pojawiła się Leah. Oparła się o barierkę schodów, obojętnie spoglądając w naszą stronę. Wydawała się… znudzona, chociaż kiedy spojrzała na brata, byłam skłonna stwierdzić, że na swój sposób zaczynała mu współczuć.
– Świetny początek, Romeo – zadrwiła, ale wszyscy zgodnie puściliśmy tę jawną złośliwość mimo uszu.
– Claire, w porządku? – zapytał w zamian Gabriel, błyskawicznie, jednak wciąż w ludzkim tempie dopadając do siostrzenicy i kucając u jej boku.
Nie zaprotestowała, kiedy ją objął, pomagając stanąć na równe nogi, chociaż zauważyłam, że wciąż drżała, chwiejąc się lekko i mając problem z tym, żeby utrzymać równowagę. Wciąż czułam zapach krwi, a kiedy przyjrzałam się dziewczynie, przekonałam się, że musiała zaciąć się szkłem. Co prawda cięcie na dłoni nie wydawało się szczególnie głębokie, ale i tak skrzywiła się, kiedy Gabriel ujął ją za rękę, by móc je obejrzeć.
– Claire? – powtórzyła Sue, a w jej oczach doszukałam się zrozumienia. Krótko obejrzała się na syna, ostatecznie decydując się pozostawić kwestię wpojenia na późniejszą dyskusję. – Nieważne. Weź Star na górę, Seth… A wy chodźcie do salonu – zaproponowała spiętym tonem.
Czułam, że obserwowała nas z uwagą, zresztą tak jak i Leah, zupełnie jakby obie Indianki podejrzewały, że w każdej chwili dojdzie do rzezi – i to tylko dlatego, że pojawiła się odrobinka krwi. Zmusiłam się do tego, by to zignorować, bardziej przejęta siostrzenicą męża. Krótko zerknęłam na oniemiałą Elenę, by przekonać się, że pół-wampirzyca tkwiła w bezruchu, niespokojnie obserwując rozwój wydarzeń. Ostatecznie to Gabriel zachował się najbardziej sensownie, jak gdyby nigdy nic porywając Claire na ręce, by skorzystać z sugestii pani Clearwater i bezpiecznie zabrać dziewczynę do salonu. Tam od razu posadził ją na kanapie, kucając naprzeciwko i ujmując jej ręce w obie dłonie. Wyczułam powiew mocy i zrozumiałam, że próbował przynajmniej po części zatamować krwawienie, w przeciwieństwie do Damiena nie będąc w stanie ot tak uleczyć rany. Wydawał się spokojny, co trochę mnie uspokoiło, chociaż w przeszłości miałam okazje wielokrotnie przekonać się o tym, że mój mąż bywał zbyt pewny siebie.
– Nic ci nie będzie, amore. Damien potem rzuci na to okiem – usłyszałam. Mówił na tyle cicho, by nikt niepożądany nie był w stanie go usłyszeć. – Nie obraziłbym się za wodę i opatrunki – dodał już głośniej, przybierając ten swój uprzejmy ton łagodnej perswazji.
– Oczywiście – zareagowała momentalnie Sue. Zauważyłam, że jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, co zresztą wcale mnie nie zdziwiło; dla kogoś niewtajemniczonego pierwsze spotkanie z Gabrielem mogło być dość specyficzne. – Leah.
Nie musiałam sprawdzać, by wiedzieć, że dziewczyna nie będzie zadowolona z tego, że mogłaby zostać wysłana po cokolwiek, co miałoby posłużyć któremukolwiek z nas. Tym większym zaskoczeniem było dla mnie to, że bez zbędnych kłótni pobiegła na piętro, mrucząc coś gniewnie pod nosem i najpewniej wyklinając na czym świat stoi. Jej reakcja wcale mnie nie dziwiła, zresztą tak jak i to, że nie była zadowolona z naszej wizyty. Leah nigdy za mną nie przepadała, już i tak wystarczająco trudno znosząc to, że wkrótce miałybyśmy zostać rodziną, wiec wizyta jakichkolwiek istot nieśmiertelnych zdecydowanie nie była jej na rękę.
Westchnęłam, w duchu wyklinając to, że wszystko musiało potoczyć się w ten sposób. Nie tak wyobrażałam sobie przyjazd tutaj, zresztą tak jak i Claire, chociaż odkąd zarówno Star, jak i zmiennokształtni zniknęli jej z oczu, była o wiele spokojniejsza. Krótko spojrzała na rozcięcie na dłoni, po czym lekko zmarszczyła brwi, bynajmniej nie wyglądając jak ktoś, kto w każdej chwili mógłby zemdleć.
– Wszystko w porządku, naprawdę – powiedziała w końcu, energicznie potrząsając głową. – Co to było? Ja nie…
– Star – wyjaśniła pospiesznie Sue. – Nie wiem, gdzie Seth ją znalazł, ale z miejsca przypadli sobie do gustu. Mówiłam Charliemu, żeby was ostrzegł, ale był tak podekscytowany spotkaniem z tobą… – zwróciła się do mnie, jednak jej uwaga prawie natychmiast na powrót skoncentrowała się na Claire. Obserwowała dziewczynę z uwagą, wydając się chłonąc jej wygląd i być może oceniać to, kogo też wybrał sobie jej syn. – Przynieść ci coś do picia, kochanie? – zapytała po chwili; zawsze była otwarta, a przynajmniej względem mnie i moich bliskich nigdy nie okazywała wrogości, czego niestety nie dało się powiedzieć o jej córce.
– Nie trzeba – zapewniła pośpiesznie Claire. Spojrzała na kobietę i spróbowała się uśmiechnąć, co wyszło jej całkiem przekonywująco. – Już jest w porządku.
Sue skinęła głową, jednak trudno było mi ocenić, czy wierzyła w zapewnienia dziewczyny. Wciąż wydawała się zmartwiona, co zresztą wcale mnie nie dziwiło, bo czułam się podobnie. Nie byłabym zresztą zdziwiona, gdyby Claire nagle oznajmiła, że chce wracać do domu, chociaż Rufus bez wątpienia dałby do wiwatu nam wszystkim – ot tak, dla zasady, nawet jeśli faktycznie nie stało się nic złego.
Przestałam o tym myśleć, kiedy doszły mnie kroki i wyraźne bicie serca. Jeszcze zanim się odwróciłam, wiedziałam, kogo powinnam się spodziewać i pomimo ogólnego napięcia udało mi się uśmiechnąć. Wciąż miałam wyrzuty sumienia z powodu tego, że przez tak długi okres czasu odwlekałam możliwość zobaczenia się w Charliem, to jednak w tamtej chwili z miejsca zeszło na dalszy plan, wyparte przez nieopisaną wręcz radość.
– Co tu się stało? – obruszył się dziadek, co najmniej skonsternowany wyczuwalnym zamieszaniem i lekkim chaosem, który panował w przedpokoju, jednak prawie natychmiast jego uwagę pochłonęłam ja. – Nessie…
Wpadłam mu w ramiona, co skutecznie ucięło jakiekolwiek dyskusje. Wyczułam, że spiął się, zaś jego serce z miejsca przyśpieszyło. Wiedziałam, że się zaczerwienił, zresztą tak jak i zwykle, kiedy w grę wchodził ten rodzaj bliskości. Charlie nigdy nie był wylewny, preferując okazywanie uczuć w bardziej subtelny sposób, chociażby poprzez „dobre rady”, jak jeden z tych wielu razy, kiedy próbował zabezpieczyć nieśmiertelną wszakże Bellę w świeżą porcję gazu pieprzowego. Tym bardziej troszczył się również o mnie, a w tamtej chwili pomimo początkowego zażenowania uściskał mnie z serdecznością i zdecydowaniem, które zaskoczyło najpierw mnie.
– Cześć, dziadku – rzuciłam pogodnie; tylko mnie nazywanie go w ten sposób mogło ujść płazem.
Sama nie byłam pewna, co powinnam była dodać, tym bardziej, że liczyłam się z tym, że Charlie jednak mógłby być na mnie zły. Miał dość powodów, by postąpić w ten sposób, nawet jeśli w moich intencjach nigdy nie było niczego złego, przynajmniej teoretycznie. Chciałam go chronić, nawet jeśli przez wzgląd na związek z Sue i znajomość tajemnicy Quileutów zdecydowanie tego nie potrzebował.
– Cały czas rośniesz – zarzucił mi, a ja parsknęłam śmiechem. – Gdzie twoja matka, co? Moja córka po raz kolejny mnie unika – stwierdził, co zresztą wcale nie było takie dalekie od prawdy. – Nie rozumiem, naprawdę, co takiego wy… – zaczął i prawie natychmiast urwał, w końcu uprzytomniając sobie, że nie przyszłam sama.
Uśmiechnęłam się, cofając o krok, by móc mu się przyjrzeć. Chociaż minęło kilka lat, wciąż pamiętałam Charliego na tyle dobrze, by mieć wrażenie, że wcale się nie zmieniał. Co prawda to było jedynie wrażeniem, bo kiedy przyjrzałam się jego wciąż ciemnym włosom, dostrzegłam wyraźne oznaki siwizny, jednak mimo to trzymał się wyjątkowo dobrze – nic dziwnego, skoro wciąż czynnie pełnił służbę. Tym razem nie miał na sobie ani munduru, ani tym bardziej kabury, co przyjęłam z ulgą, chociaż zdążyłam zauważyć, że najpewniej nie był w pracy.
Zmierzyłam mężczyznę wzrokiem, dochodząc do wniosku, że życie u boku Sue mu służyło. Wyglądał dobrze, poza tym bez trudu zorientowałam się, że był szczęśliwy – i to nie tylko przez wzgląd na to, że w końcu mogliśmy się zobaczyć. To było w nim, zresztą tak jak i we wdowie po Harrym, o czym przekonałam się, kiedy tylko zauważyłam, jak przyszła żona spogląda na Charliego. On również rzucił jej krótkie spojrzenie, wzrok jednak prawie natychmiast skoncentrował na wciąż kucającym przy Claire nieśmiertelnym, zaś na jego twarzy z miejsca pojawiła się konsternacja.
– Nie mieliśmy okazji – odezwał się mój luby, zamiast mnie decydując się przejąć kontrolę nad sytuacją. Z wolna wyprostował się, po czym jak gdyby nigdy podszedł do mojego dziadka, jak gdyby nigdy nic wyciągając rękę w jego stronę. – Gabriel Licavoli.
Nie dodał niczego więcej, zachowując się tak, jakby jego obecność była czymś najnormalniejszym na świcie. Nie miałam pojęcia, co takiego planował i jak zamierzał się zachowywać względem Charliego, ale jego taktyka wydawała się dość oczywista. Co więcej, zaskoczył swojego rozmówcę na tyle, by ten nie protestował, przez dłuższą chwilę będąc w stanie co najwyżej milczeć i wpatrywać się w stojącego przed nim chłopaka. Wiedziałam, że zwłaszcza spoglądając w ciemne oczy mojego męża można było poczuć się naprawdę nieswojo, a jeśli do tego dodać czarujący charakter i beztroski uśmiech, którym owijał sobie wokół palca wszystkich wokół…
– Rodzice nie mogli przyjechać – wtrąciłam ze spokojem. Zaraz po tym skinęłam głową na wciąż siedzącą na kanapie siostrzenicę męża, tym bardziej, że ta lekko nachyliła się w naszą stronę. – To jest Claire – wyjaśniłam i chciałam dodać coś jeszcze, ale Charlie zdecydował się mi przerwać:
– Claire… To o niej cały czas mówi Seth, prawda? – zapytał, zwracając się najpewniej do Sue, ale nawet nie czekał na odpowiedź. – Chłopak naprawdę się zauroczył. Nic dziwnego – dodał, a ja i bez patrzenia na dziewczynę wiedziałam, że się zarumieniła. – Co się w ogóle stało? Jeśli to coś poważnego, mogę zadzwonić do doktora Greena albo…
– Absolutnie nie ma takiej potrzeby – zapewniłam pośpiesznie. – Mały wypadek. Nie mówiłeś mi, że macie psa.
Udało mi się zmienić temat, co przyjęłam z ulgą. Co prawda atmosfera wciąż wydawała się napięta, zresztą tak jak i Claire, która zaniepokoiła się jeszcze bardziej, kiedy w salonie pojawiła się wysłana przez Sue po opatrunki Leah, jednak żadna z dziewczyn nie odezwała się nawet słowem. Czułam wrogość ze strony swojej przyszłej… no cóż, ciotki, ale nie zwracałam na to najmniejszej uwagi, woląc obserwować poczynania Gabriela. Ruchy miał pewne i delikatny, zresztą okazywał córce swojej siostry tyle troski, że momentalnie zapragnęłam go uściskać. Zdążyłam już zapomnieć o tym, że na początku naszej znajomości przez bardzo krótki okres czasu próbował interesować się medycyną, zresztą opatrzenie nieszczególnie głębokiego rozcięcia nie było żadnym wyzwaniem. Większym problemem mogła okazać się krew, jednak i ta nie była tak intensywna, by którekolwiek z nas czuło się niekomfortowo.
Ulżyło mi, kiedy emocje z wolna zaczęły opadać, nawet jeśli wciąż miałam wątpliwości. Seth nie wrócił do nas, najwyraźniej nie chcąc bardziej stresować swojej wybranki, co mogłoby być całkiem rozsądne, gdyby nie to, że Claire przyjechała z nami specjalnie dlatego, by pozwolić mu na jakąkolwiek rozmowę. Co prawda wtedy żadne z nas nie wzięło pod uwagę udziału entuzjastycznego golden retrievera, ale wciąż miałam nadzieję na to, że ten incydent nie sprawi, że dziewczyna znowu spróbuje się wycofać. Niektóre sprawy należało załatwiać od razu, chociaż sama nie zawsze to robiłam, raz po raz popełniając błędy.
– Star lubi rozrabiać – stwierdził Charlie, jakby to wszystko wyjaśniało. Być może i tak było, chociaż nie sądziłam, żeby takie wyjaśnienia zadowalały Claire. – Nie macie co się przejmować małym bałaganem. Ważniejsze, że nikomu nic się nie stało, chociaż… – Urwał, a jego spojrzenie nieoczekiwanie powędrowało w stronę Eleny. – A ta panienka? Koleżanka?
– Można tak powiedzieć – przyznałam zgodnie z prawdą.
Sama zainteresowana wyprostowała się i uśmiechnęła w nieco wymuszony, uprzejmy sposób. Wiedziałam, że kiedy tylko zechciała, dziewczyna potrafiła być czarująca, zwłaszcza dla osób, które nie miały okazji, by poznać jej dość trudny charakterek.
– Elena Cullen – oznajmiła wprost. – Dzień dobry.
Była miła, więc żadne z nas nie miało jej niczego do zarzucenia, co samo w sobie okazało się przyjemnym zaskoczeniem. Chyba na swój sposób obawiałam się tego, że Elena spróbuje powiedzieć albo zrobić coś, za co będę miała ochotę ją udusić. Ta dziewczyna bywała trudna, a w ostatnim czasie zachowywała się w ciężki do zrozumienia, nieszczególnie sympatyczny sposób. Czasami jej nie rozumiałam, zresztą chyba wolałam nie wiedzieć, kto albo co zalazło najmłodszej Cullenównie za skórę do tego stopnia, by chodziła obrażona na cały świat. Już sam fakt tego, że chciała nam towarzyszyć, wydał mi się zastanawiający, nawet jeśli zdążyłam już poznać jej motywację.
Charlie zmarszczył brwi, po czym raz jeszcze zmierzył dziewczynę wzrokiem. Cóż, nie dało się zaprzeczyć, że uroda Eleny oszałamiała – zarówno jej rysy twarzy, jak i jasności lśniących, długich do pasa włosów. Znamienitą większość cech wyglądu zawdzięczała Carlisle’owi, jak nic wdając się w ojca, chociaż tego samego nie dało się powiedzieć, kiedy w grę wchodził charakter. Nie zmieniało to jednak faktu, że z łatwością dało się zauważyć podobieństwo, a skoro tak…
– Cullen? – powtórzył Charlie. – Kolejna Cullenówna? – dodał znacząco, a ja drgnęłam niespokojnie.
– Elena jest… – zaczęłam, po chwili jednak urwałam, dochodząc do wniosku, że nie ma sensu kluczyć. – To dość skomplikowane – zapowiedziałam, a dziadek westchnął.
– Coś z rzeczy, których nie muszę wiedzieć? – zapytał wprost, więc sztywno skinęłam głową. – W porządku. Ja nie… Tak, dobrze – dał za wygraną, jednak zarówno do jego głosu, jak i spojrzenia, wkradła się wyraźna nutka niepokoju. Nie lubił niedopowiedzeń, jednak nigdy dotąd nie próbował spierać się z nami w kwestii swojego bezpieczeństwa. – Powiedzcie mi tylko jedno.
– Tak? – Spojrzałam na niego z uprzejmym zainteresowaniem, woląc nie obiecywać, że udzielę mu odpowiedź.
Westchnął, po czym raz jeszcze spojrzał na Elenę.
– Czy powinienem… pogratulować Esme i Carlisle’owi? – zapytał, a ja zaśmiałam się nieco nerwowo.
– Sądzę, że jak najbardziej możesz to zrobić – zapewniłam i zawahałam się na moment. – Mnie zresztą też, bo bardzo dużo się zmieniło przez ostatnich kilka lat – dodałam, ostatecznie dochodząc do wniosku, że najrozsądniej będzie postawić na szczerość… Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku.
– Boże…
Oczy Charliego rozszerzyły się nieznacznie, a on sam pobladł, jednak – co musiałam przyznać – trzymał się dzielnie. Mimo wszystko poczułam się lepiej, kiedy jednak podjęłam decyzję o tym, by nie ukrywać ani tego, kim jest Gabriel, ani tym bardziej istnienia Alessi, Damiena i Jocelyne. Ktoś, kto przez te wszystkie lata radził sobie z tajemnicą zmiennokształtnego plemienia, jednocześnie spoglądając przez palce na nietypową rodzinę wampirów, do której dołączyła jego córka, nie wspominając już o błyskawicznie rozwijającej się wnuczce, mógł spokojnie znieść jeszcze kilka rewelacji. Dzięki temu mogłam mieć przynajmniej częściowe poczucie tego, że Charlie nadal należy do mojego życia, a przecież przede wszystkim na tym mi zależało – i to niezależnie od tego, czy na swój sposób nie próbowałam właśnie oszukiwać samej siebie.
Przygotowywałam się psychicznie na rozmowę, którą sama zaczęłam, próbując ułożyć sobie w głowie najodpowiedniejsze słowa i całe odpowiedzi, kiedy tuż przy mnie znalazł się Gabriel. Drgnęłam, kiedy bez chwili wahania otoczył mnie ramieniem, przygarniając do siebie i jak gdyby nigdy nic składając na moich ustach krótki, aczkolwiek treściowy pocałunek – coś, co nadal przyprawiało mnie o szybsze bicie serca i za co w normalnym wypadku dałabym się pokroić, gdyby nie świadomość tego, że obserwował nas wyraźnie wytrącony z równowagi Charlie.
– Nie martw się, moja śliczna – rzucił pogodnym tonem Gabriel. – Wszystko jakoś sensownie wyjaśnimy, czyż nie? Trochę tego będzie, ale…
– Wszystko pięknie, ale czy będziecie mieli coś przeciwko temu, że na trochę wyjdę? – przerwała mu Elena, samoistnie decydując się odezwać chyba po raz pierwszy od chwili, w której znaleźliśmy się w Forks. Kiedy na nią spojrzałam, przekonałam się, że w dłoniach nadal ściskała komórkę, przekładając ją z ręki do ręki, i raz po raz spoglądając to w stronę okna, to znowu drzwi. – Chciałam rozejrzeć się po okolicy. Mówiłam wam zresztą.
– Jasne – zgodziłam się, dobrze pamiętając, że miała na to ochotę. Z drugiej strony, wciąż miałam wrażenie, że za jej zachowaniem kryło się coś więcej, chociaż nadal nie miałam pewności co i dlaczego. – Jakbyś potrzebowała jakiejś wskazówki…
– Obejdzie się – przerwała mi pośpiesznie. Ruszyła w stronę wyjścia tak energicznym krokiem, że chyba jedynie cudem nie pokonała drogi do drzwi biegiem. – Dzięki. Jakby co, jestem pod telefonem – rzuciła jeszcze na odchodne, a zaraz po tym po prostu wyszła, zostawiając nas w salonie.
Zamrugałam kilkukrotnie, co najmniej zaskoczona. Nie miałam pojęcia, co działo się z tą dziewczyną, ale mogłam się założyć, że nawet gdybym spróbowała ją zatrzymać, nie miałabym na co liczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa