23.04.2016

Sto siedemdziesiąt sześć

Claire
Siedziała w pokoju, jakby od niechcenia przerzucając strony zeszytu z notatkami – któregoś z kolei, bo w porywach zdarzało jej się pisać tak dużo i często, że już dawno przestała liczyć, ile tak naprawdę ich było. Większość z tego, co pisała, należała do niej, stanowiąc mniej lub bardziej złożone rymowanki albo białe wiersze, zależnie od nastroju i tego, co akurat przyszło jej do głowy. Inne, te bardziej skomplikowane i niepokojące, powstawały, kiedy wpadała w ten dziwny stan, a kolejne słowa samoistnie wychodziły spod jej ręki, często zapowiadając, co dopiero miało się wydarzyć, chociaż nie zawsze była w stanie to zrozumieć. Wciąż dziwnie się czuła, określając siebie mianem osoby dysponującej jakimkolwiek darem, ale już dawno zrozumiała, że tak po prostu było: posiadała wyjątkowe zdolności, bo przepowiadanie przyszłości w tej formie zdecydowanie nie było czymś, czego można było się ot tak nauczyć.
W zamyśleniu zacisnęła palce na zawieszce bransoletki od Lucasa, paznokciem odnajdując niewielką szczelinę – dowód na to, że serduszko dało się rozdzielić na dwie części, tym samym będąc w stanie dostać się do niewielkiego pisaka, który mogła użyć w razie tej szczególnej potrzeby. Do tej pory nie musiała tego zrobić nawet raz, co niezmiernie ją cieszyło, nawet jeśli nie była w stanie tak po prostu zapomnieć o tych kilku słowach, które przyszły jej do głowy na krótko przed tym, jak zdecydowała się pojechać z kuzynami do szkoły. Tysiące tożsamości… Wciąż nikomu o tym nie powiedziała, nie widząc żadnej logiki w ewentualnym proroctwie, tym bardziej, że w ostatnim czasie już i tak działo się dość, by wszyscy chodzili zmartwieni. Swoją drogą, była w stanie wyobrazić sobie reakcję ojca, który zwykle sprawiał wrażenie chętnego coś rozwalić, kiedy akurat wspominała o zagadkach w wierszu; skoro nawet ona nie zawsze potrafiła je w porę zinterpretować, Rufus tym bardziej nie miał szans, co oczywiście uderzało w jego ambicję w stopniu wystarczającym, by czuł się poirytowany.
Inną kwestią było to, że te dziwne stany mogłyby wrócić, chociaż przez całe lata nie czuła potrzeby pisania haiku. Martwiło ją to, bo – tak jak i wizje Isabeau, o czym również nie była w stanie zapomnieć, porażona analogią tego, jak jej zdolności pokrywały się z umiejętnościami ciotki – najczęściej wiedziała o rzeczach, które w najmniejszym stopniu nie były dobre. Nie miała pojęcia, co tak naprawdę powinna o tym sądzić i czy kiedykolwiek miała nauczyć się właściwie interpretować swoje zapiski, w większości przypadków błądząc na oślep i szukając wyjaśnienia czegoś, co na swój sposób było dla niej obce. Być może początkowo miało to związek z tym, że z uporem odsuwała od siebie samą myśl o tym, że mogłaby być w jakimkolwiek stopniu wyjątkowa; chyba nadal to robiła, podświadomie obawiając się tego, że znowu przewidzi coś złego i nie będzie w stanie tego zatrzymać. Czuła, że powinna się z tym oswoić – otworzyć na dar, który wydawał się płynąć od samej bogini, jakby to Selene prowadziła ją za rękę, wskazując odpowiedni kierunek działania – jednak i to nie było takie oczywiste i proste, a Claire wiedziała, że wszystko tak naprawdę zależało od niej. To były jej zdolności, jej indywidualna sprawa, a szukanie kogoś, kto wyręczyłby ją w poszukiwaniu sensu wierszy, najzwyczajniej w świecie nie miało sensu.
Wywróciła oczami. Cóż, chyba coś w tym było, bo dotychczas sama rozumiała najwięcej ze wszystkich tych, którzy widzieli jej wiersze – i te wyjątkowe, i tworzone przez nią. W zasadzie te drugie pokazywała wyłącznie Lucasowi, czasami niepewna tego, czy wszystkie komplementy, które sypał pod jej adresem, są szczere, czy może wampir chciał być tylko uprzejmy. Teraz z zaskoczeniem przekonała się, że brakowało jej wspólnego spędzania czasu, nawet jeśli Pavarotti miał to do siebie, że nie raz swoim poczuciem humoru wprawiał ją w konsternację. Jemu mogłaby powiedzieć, choć jednocześnie nie wyobrażała sobie tego, że nawet z najlepszym przyjacielem miałaby konsultować kwestię chociażby ostatniego haiku, które… prawie na pewno dotyczyło jej i Setha.
Och, no tak – Clearwater był kolejnym problemem, zresztą tak jak i wpojenie, chociaż Claire miała wrażenie, że podczas ostatniego rozmowy osiągnęli swego rodzaju przełom, nawet jeśli nadal nie potrafiła tego jednoznacznie określić słowami.
Issie twierdziła, że faceci mieli to do siebie, że zwykle nie miało się pojęcia, jak powinno się w ich towarzystwie zachowywać. Sama nie miała pojęcia, co takiego podkusiło ją, kiedy zdecydowała się wspomnieć dziewczynie o problemach z pewnym całkiem miłym adoratorem (oczywiście bez dodawania tego, że Seth był wpojonym zmiennokształtnym, który potrafił zmieniać się w wilka, a sama myśl o tym przyprawiała ją o atak paniki, bo z pewnych istotnych względów bardzo, ale to bardzo bała się wszystkiego, co w wolnych chwilach obrastało futrem i biegało na czterech łapach), ale rozmowa z Marissą wydała się jej czymś najzupełniej naturalnym, co przyszło jej z równą łatwością, co i zwierzanie się matce. Chyba nawet w tej kwestii łatwiej było zwrócić się do kogoś innego niż Layla, tym bardziej, że wciąż nie miała pewności, co takiego powinna zrobić. Co więcej, nie chciała wampirzycy zawieść, gdyby okazało się, że nie jest w stanie postąpić w taki sposób, jak ta mogłaby oczekiwać, nawet jeśli oczywistym było to, że mama w życiu by się na nią nie zdenerwowała. Claire wciąż pamiętała to, jak ostatnim razem mówiły o Secie i jak Layla zwróciła jej uwagę na życzenia Isabeau, wręcz sugerując to, że ciotka mogłaby wiedzieć albo przeczuwać więcej, aniżeli którekolwiek z nich podejrzewało.
Jakkolwiek by nie było, nie potrafiła ot tak odciąć się od chłopaka, który – nie ukrywajmy – darzył ją tak szczególnym rodzajem miłości. Chyba nawet tego nie chciała, teraz tym bardziej rozdarta, zwłaszcza kiedy wspominała to, jak czuła się, kiedy rozmawiali. Sam Seth był uroczy, chociaż trochę roztargniony i bardzo nerwowy w jej towarzystwie. Samo spotkanie bez wątpienia byłoby bardziej udane, gdyby przez cały ten czas nie próbowała utrzymać ponad metrowego dystansu, ale z drugiej strony… przynajmniej nie uciekła, prawda? Co więcej, na moment chyba nawet zapomniała o tym, że przebywa z chłopakiem, który potrafił przeistoczyć się w bestię, a to również o czymś świadczyło. To, że na koniec pokusiła się o danie mu numeru telefonu również, a gdyby przyszło do ewentualnej rozmowy, być może byłoby nawet łatwiej, bo komórka zdecydowanie nie byłaby w stanie jej skrzywdzić. Hm, Seth także, przede wszystkim dlatego, że jego zadaniem było to, by zapewnić jej bezpieczeństwo. W takim wypadku trochę ironiczne wydawało się to, że nie miał być w stanie porozumieć się z Rufusem, ale to było do przewidzenia – w końcu jej ojciec sam w sobie był jednym, wielkim paradoksem.
Myśląc o tym, doszła do wniosku, że tym bardziej jest wdzięczna Gabrielowi, który bez chwili wahania zdecydował się pomóc jej dostać do Forks, kiedy go o to poprosiła. Nie zadawał pytań, nie próbował na nią naciskać albo starać wyperswadować jej spotkanie ze zmiennokształtnym, skoro sama podjęła taką decyzję. To pomagało, a Claire czasami zastanawiała się, jakim cudem z taką łatwością przychodziło mu zarówno zaufanie siostrom, jak i własnym dzieciom, zwłaszcza w sytuacjach, które jemu samemu bez wątpienia nie przypadały do gustu. Wiedziała, że między pół-wampirem a jego siostrami istniał szczególny rodzaj więzi, a teraz sama mogła przekonać się o tym, że wujek dbał o swoją rodzinę na wszystkie możliwe sposoby – o nią też i to nie tylko dlatego, że była córką Layli. Fakt, że po tym nieszczęsnym wypadku z lustrem w porę porozumiał się z Damienem, a chłopak doprowadził ją do porządku, zanim Rufus zorientowałby się, że cokolwiek jest nie tak, również był dla niej istotny.
Wciąż zamyślona, bezwiednie ujęła porzucony na materacu długopis, po czym impulsywnie przycisnęła końcówkę do wolnego skrawka papieru. Kiedy chwilę później poczuła znajome uczucie, przypominające trochę nagły, gwałtowny skurcz, nawet się nie skrzywiła, bardziej zaciekawiona i skonsternowana, aniżeli przestraszona. Nie miała pojęcia od czego to zależy, ale chyba już od dłuższego czasu przeczuwała, że kolejne haiku jest wyłącznie kwestią czasu. Z drugiej strony, była niemalże całkowicie pewna tego, że tym razem nie napisze niczego złego, chociaż…
Uczucia
Otwórz się na mnie
Póki czas
Wypuściła powietrze ze świstem, wpatrując się w pośpiesznie nakreślone linijki. Wniosek był oczywisty, zresztą tak jak i rada, która niejako pokrywała się z tym, co pomyślała sobie ostatnim razem. Przełknęła z trudem, wciąż lekko oszołomiona, zresztą jak i za każdym razem, kiedy w grę wchodziły jakiekolwiek wiersze tego rodzaju. Bez ukrytych symboli, dziecinnie proste i aż nazbyt czytelne: to, że powinna zaufać, ryzykując dopuszczenie do siebie kogoś, kto wzbudzał w niej najgorszy, ten najbardziej złożony rodzaj lęku. To nie była jego wina, zresztą jak i to, że mógł ją sobie wybrać, a Claire mimowolnie pomyślała o tym, że być może powinna powiedzieć mu prawdę – przynajmniej po części, by nie zadręczał się tym, jak zachowywała się w jego towarzystwie. Może gdyby przynajmniej spróbowała nauczyć się przebywania w jego towarzystwie, nawet pomimo tego, kim był, wtedy wszystkim byłoby prościej, a ona nareszcie miałaby szansę nauczyć się normalnie funkcjonować. Już i tak miała wrażenie, że uciekała zbyt długo, woląc kryć się za plecami innych, aniżeli oswoić się z tym, co miała. Tkwiła w miejscu, co zresztą zarzucił jej Aldero, ale…
Świetnie! Więc do tego wszystkiego zaczynam doceniać mądre rady Al'a!
Jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to chyba nie Jocelyne, ale ona powinna szukać pomocy w miejscu, które w jakimkolwiek stopniu wiązało się z problemami z głową.
Wciąż o tym myślała, kiedy z zamyślenia wyrwało ją delikatne wibrowanie wyciszonego telefonu. Nerwowo przygryzła dolną wargę, po czym zerknęła na wyświetlacz; serce zabiło jej szybciej na widok informacji o nowej wiadomości od obcego numeru. Wiedziała kto to, zresztą wcale nie dziwiło jej, że mógłby odezwać się akurat teraz, dosłownie chwilę po tym, jak napisała kolejny wiersz – dyskretną wskazówkę, która mogłaby okazać się kluczowa, gdyby po raz kolejny stanęła przed jakimkolwiek wyborem.
Jak leci?
Lekko przekrzywiła głowę, jakby spojrzenie na krotką wiadomość pod innym kątem mogło pozwolić jej lepiej zrozumieć treść. Dlaczego miała wrażenie, że wystukanie tych dwóch, niewinnych słów musiało kosztować Setha mnóstwo energii?
Nie dziwiło ją to, że pisał, zamiast po prostu zadzwonić – tak było bezpieczniej, skoro nadal nie podjęli żadnych konkretnych kroków w celu ustalenia tego, jak właściwie miały się ich relacje. Sama go o to prosiła, woląc nie ryzykować, że ktoś (Rufus) zbyt wcześnie dowie się o jej dylematach i o tym, że jednak zdecydowała się dać chłopakowi szansę – oczywiście nie tyle na związek, co przynajmniej próbę zapoznania się. Uznała, że przynajmniej tyle jest mu winna i chociaż widok SMS-a wzbudził w niej mieszane uczucia, sprawiając, że momentalnie poczuła się odrobinę spięta, nie widziała powodu, dla którego miałaby mu nie odpowiedzieć.
Ujęła komórkę, po czym – nie dając sobie czasu na wątpliwości – zdecydowała się oddzwonić. Odebrał momentalnie, najpewniej wisząc nad telefonem i tylko czekając na jakikolwiek znak od niej.
– Hej! – wyrzucił na wydechu, dosłownie rozbrajając ją entuzjazmem, który wkradł się do jego głosu. W takich momentach kojarzył jej się z dzieckiem, bardzo radosnym i pełnym nadziei, przez co sprawienie mu przykrości zaczęło jawić jej się jako coś, co zdecydowanie nie powinno mieć miejsca. – Jesteś sama? To znaczy…?
– O ile mi wiadomo, gdzieś wybyli – rzuciła wymijająco. W zasadzie to Layla zażądała od Rufusa wspólnego wyjścia, twierdząc, że inaczej dostanie szału, zbytnio zamartwiając się siostrą i tym, co działo się w Mieście Nocy, ale to było najmniej istotne. – Nie martw się. Nie chcę żeby coś ci się stało – zapewniła w przypływie szczerości.
Udało jej się uśmiechnąć, kiedy parsknął śmiechem.
– Och, dzięki. Nie powiem żeby mi nie ulżyło – stwierdził, po czym zamilkł, wyraźnie skonsternowany. – Więc jednak jesteś sama. I zadzwoniłaś.
– Chyba po to dałam ci numer, prawda? Prawdziwy – dodała z naciskiem, bo pamiętała, że nie wyglądał na przekonanego, kiedy z nieco drżącym głosem zdecydowała się podyktować mu kolejne cyfry.
– Fakt. Swoją drogą, wiesz, że przez telefon brzmisz lepiej? – zapytał nagle, aż uniosła brwi, zaskoczona jego szczerością. – Może powinienem zacząć nosić torbę na głowie, skoro mój widok wyraźnie cię peszy?
Chociaż początkowo jego słowa sprawiły, że poczuła się nieco przygnębiona, coś w tej propozycji momentalnie ją rozbawiło. Seth miewał dziwne pomysły, poza tym pod względem poczucia humoru przypominał jej Lucasa, zwłaszcza kiedy próbował robić z siebie błazna. Nie miała pojęcia czy robił to specjalnie, czy może w nerwach miał w zwyczaju pleść trzy po trzy, ale nie mogła zaprzeczyć, że dzięki temu rozmowa z nim przychodziła jej dużo swobodniej.
– Chyba to byłoby z mojej strony zbyt okrutne – stwierdziła z przekonaniem. Podobało jej się to, że przy nim nie musiała uważać na słowa, wręcz starając się unikać przesadnie skomplikowanych słów, które podczas rozmowy z Rufusem przychodziły jej naturalnie, a innych skutecznie wprawiały w osłupienie. – Hm… Zapytałeś się, co u mnie. Chyba dobrze, chociaż… – Urwała i wzruszyła ramionami, mimo świadomości tego, że on nie miał być w stanie tego zobaczyć.
– Z mojej winy? Dlatego, że się odezwałem? – zmartwił się.
Jęknęła w duchu. Aż do tego stopnia dała mu się we znaki tym, jak zachowywała się przy nim ostatnim razem?
– Nie – zapewniła pośpiesznie. – To coś innego… Problemy rodzinne – wyznała, a Seth na dłuższą chwilę zamilkł, wydając się nad czymś intensywnie myśleć.
– Z rodzicami? Miałaś problem z tym, co zrobiła Star? – zapytał w końcu, wyraźnie taką perspektywą zaniepokojony.
Cholera, więc jednak teraz przy każdej okazji obawiał się tego, że mógłby sprawić jej kłopot. Zdecydowanie nie była z tego dumna, wręcz rwąc się do tego, żeby wszystko mu wytłumaczyć.
– Mam kuzyna Uzdrowiciela – wypaliła i choć początkowo całkiem skutecznie udało jej się go zaskoczyć, najwyraźniej zrozumiał, co takiego sugerowała. – Nie, to żaden problem w związku z tym, że ostatnio byłam w Forks. Po prostu bardzo dużo złych rzeczy dzieje się tam, gdzie mieszkam.
– I dlatego dłużej zostajecie z Seattle…? Och, sorry, to pewnie zabrzmiało trochę egoistycznie, prawda? – zreflektował się pośpiesznie, ale w jego głosie i tak dało się wyczuć entuzjazm.
Rany, ten chłopak naprawdę zaczynał ją rozczulać. To, jak bardzo zależało mu na jej bliskości, pomimo tego, że w pełni nie potrafiła mu się odwzajemnić, również było… całkiem urocze, a już na pewno nie potrafiła się na niego z tego powodu gniewać.
– Wcale nie. Tak, na razie zostajemy – powiedziała. W gruncie rzeczy to nie było kłamstwem, bo jak długo Miasto Nocy nie było przychylne jej rodzicom, właściwie nie mieli większego wyboru. – To trochę trudne… – dodała, sama niepewna tego, co tak naprawdę czuła.
– Chcesz pogadać? – zaproponował natychmiast. – To znaczy…
Mocniej zacisnęła palce wokół komórki.
– To nie jest rozmowa na telefon – powiedziała w końcu. – Chociaż pewnie mielibyśmy o czym. Wiem, że ostatnim razem… nie byłam najlepszą towarzyszką do wspólnego spaceru – dodała z wahaniem.
– Dlaczego? Było całkiem przyjemnie – zaoponował natychmiast. – Wiem, że to nie jest twoja wina. To na razie mi wystarczy, więc się nie przejmuj.
Coś ścisnęło ją w gardle, tak bardzo nieprawdopodobne wydało jej się zrozumienie, które jej okazywał. Damien i Cameron również mieli w sobie bardzo dużo empatii, ale w ich przypadku to było coś zupełnie innego, tym bardziej, że pozostawali jej kuzynami. Rozumieli ją i kochali, poza tym należeli do jednej rodziny; to, że próbowali wzajemnie się chronić, wydawało się czymś najzupełniej oczywistym. W przypadku Setha było inaczej i nawet jeśli jakiekolwiek ciepłe uczucia zawdzięczała wyłącznie wpojeniu, które nakazywało mu ją kochać, była za taki stan rzeczy bardzo wdzięczna.
Renesmee, a później rodzice, wielokrotnie powtarzali jej, że nie jest nikomu niczego winna. Tak było w istocie, a jednak rozmawiając, podświadomie czuła, że przynajmniej Seth zasłużył sobie na odrobinę zaufania. To było dziwne, skoro ją przerażał, a tak naprawdę rozmawiali na spokojnie dopiero drugi raz, ale jeśli dobrze się nad tym zastanowić…
Otwórz się na mnie…, przypomniała sobie, mimowolnie zerkając na trzy starannie zapisane w zeszycie linijki.
To chyba była dość jasna podpowiedź.
– Chyba faktycznie powinnam ci to i owo wytłumaczyć – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – Nie wiem jak i czy zrobię to tak, jak trzeba, ale… Ech, tym razem postaram się nie spoglądać na ciebie tak, jakbyś chciał mnie ugryźć – zapowiedziała, a po drugiej stronie jak na zawołanie zapadła długa, przeciągająca się w nieskończoność cisza.
Zastygła w bezruchu, porażona tym milczeniem, usiłując cierpliwie czekać na jakąkolwiek jego reakcję. Miała wrażenie, że kolejne sekundy ciągną się w nieskończoność, a cisza dosłownie dzwoni jej w uszach. Nie widziała, czy to możliwe, by powiedziała coś nie tak – w końcu po raz pierwszy była w takiej sytuacji, a jej doświadczenia sprowadzały się przede wszystkim do tych kilku spotkań z Dean'em, o których jak najszybciej pragnęła zapomnieć – ale mimo wszystko… Okej, tak, być może mieszała mu w głowie, wciąż gubiąc się we własnych emocjach, pragnieniach i tym, że nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, czego tak naprawdę chce, ale teraz przecież próbowała.
Chciała zrobić przynajmniej tyle – i dla niego, i dla siebie.
– Ehm… Claire? – wykrztusił z siebie w końcu. Starannie dobierał słowa, równie podekscytowany, co i zaniepokojony, najpewniej tym, że mógłby coś źle zrozumieć. – Mam rozumieć, że byłabyś chętna się ze mną zobaczyć?
– Nie wiem – przyznała, decydując się na całkowitą szczerość. – To zależy, czy przebywanie ze mną nie byłoby dla ciebie… problematyczne.
– Jaja sobie robisz? – wyrwało mu się. Prawie natychmiast zorientował się, że to nie zabrzmiało szczególnie dobrze w rozumie z dziewczyną, którą był wyraźnie zainteresowany. – To znaczy… Kurde, nie słyszałaś tego. Jezu, Leha się śmieje! Wiedziałem, że podsłuchuje – obruszył się, specjalnie podnosząc głos, by słowa dotarły również do jego siostry. – Nieważne. Jasne, że nie jesteś dla mnie problematyczna, przeciwnie. Tłumaczyć się też mi nie musisz, serio. Chyba, że naprawdę będziesz chciała i… Wiesz, myślałem żeby zaprosić cie do rezerwatu, ale nie wiem, czy to dobry pomysł. Chociaż jakbyś poznała Emily i resztę, to może byście się polubili. No i ona dobrze gotuje, więc… Ale nie wiem, czy ty lubisz cokolwiek innego prócz… No, sama wiesz. – Urwał, wyraźnie zażenowany. Kiedy zachowywał się w ten sposób, wtedy naprawdę wydawał jej się uroczy. To, że wzmianka o picu krwi nie chciała przejść mu przez gardło, żeby jej nie urazić, również wydało jej się zabawne. – Ale Charlie też cię polubił. Cały czas mówił, że jesteś taka miła i grzeczna, więc…
– Seth – przerwała mu. – Jeśli chodzi o rezerwat… Tam jest więcej takich jak ty, prawda?
Westchnął, ale nie zaprzeczył.
– Pilnowałbym cię, chociaż rozumiem, że możesz nie chcieć. Ale żadne z nas nie przemienia się ot tak… A Emily jest człowiekiem – dodał z przekonaniem. – Możemy też zostać w Seattle i pójść… No nie wiem, na pizzę?
Zaskoczył ją, zresztą jak i to, że gdzieś w tle prawie na pewno usłyszała kobiecy głos, mówiący coś w stylu „Podrywasz wampirzą dziewczynę na pizzę?!”. Sama nie była pewna, co tak naprawdę bardziej wytrąciło z równowagi Leę, ale to nie miało większego znaczenia.
– Pizza – powtórzyła; uczepiła się tej myśli, mając nadzieję, że sam zorientuje się, że wyprawa do pełnego wilków rezerwatu niekoniecznie była jej na rękę – przynajmniej nie tak szybko.
Seth westchnął.
– No wiesz, taki niezobowiązujący obiad. W Seattle jest dużo fajnych miejsc – zapewnił i brzmiało już niemal na zdesperowanego.
– Nie, nie wiem. Wiesz… Ja nie wychodziłam do tej pory za często – dodała.
Cóż, w zasadzie nie wychodziła wcale.
– Ach… – Zamilkł na moment, wyraźnie skonsternowany. – Więc?
Otwórz się na mnie…
– Będę czekała – wyrzuciła z siebie na wydechu, po czymś pośpiesznie się rozłączyła.
Kiedy w pokoju zapanowała nieprzenikniona cisza, cichy głosik w jej głowie podpowiedział Claire, że postępowała dobrze.

1 komentarz:

  1. Seth jest taaaaaaaki uroczy. ;D Wciąż jest mi go szkoda, ale Claire jest na dobrej drodze do tego, aby dać mu szansę. Nie dziwię się wcale, że dziewczyna to robi. W końcu on jej się nie narzuca, a jedynie proponuje wspólne spotkania. Chociaż tym razem to ona zaproponowała spotkanie! Jej, plus na Claire! (:
    Te haiku, które dotyczy jej i Setha... coś czuje, ze niedługo się otworzy na niego. :D
    Nie mogę się juz doczekać ich spotkania, chociaż coraz bardziej zaczynam tęsknić za Rafaelem i Elena ;)
    pędzę dalej czytać! :D

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa