21.04.2016

Sto siedemdziesiąt cztery

Jocelyne
Przystanęła w progu, wpatrując się w przestrzeń. Kolejne zaskoczenie na dłuższą chwilę zdołało wytrącić ją z równowagi, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Nie miała pojęcia, czego tak naprawdę się spodziewała, ale zdecydowanie nie tak ładnej, przestronnej sypialni, która z miejsca sprawiła, że poczuła się niemalże bezpiecznie.
– Podoba ci się? – zapytała Julie, a Jocelyne omal nie wyszła z siebie, tym bardziej, że zdążyła zapomnieć o tym, że ktokolwiek w ogóle jej towarzyszył.
Wypuściła powietrze ze świstem, próbując lepiej nad sobą zapanować. W porządku, musiała w końcu się rozluźnić i przestać wzdrygać za każdym razem, kiedy ktoś do niej podchodził, bo to mogło skończyć się naprawdę kiepsko, gdyby za którymś razem w nerwach pokusiła się o ciśnięcie kimś przez korytarz. To tylko ludzie, pomyślała, po raz kolejny besztając się w myślach. Na dłuższą metę to pomagało, a Joce miała nadzieję, że jeśli powtórzy to sobie to jeszcze kilka razy, ostatecznie zdoła odzyskać wewnętrzną równowagę.
Raz jeszcze rozejrzała się dookoła, zanim w końcu zdecydowała się odpowiedzieć. Co mogłaby powiedzieć o dużym, przytulnym pokoju z którego pewnie byłaby zadowolona, gdyby znajdował się w jej domu? Ściany w większości zostały pomalowane na niebiesko, pomijając kilka zgrabnie dopasowanych wstawek z białej, zdobionej kwiatowym motywem tapety. Meble z jasnego drewna, bez chociażby śladu kurzu, aż prosiły się o to, żeby coś na nich ustawić. Zauważyła proste biurko, kilka półek na książki oraz dużą szafę na ubrania, której pewnie nie miała być w stanie zapełnić nawet do połowy tym, co ze sobą zabierała. Mimowolnie pomyślała o tym, że być może popełniła błąd, rezygnując z zapakowania chociaż kilku książek, poniekąd w obawie przed tym, że większość rzeczy po prostu zostanie jej zabrana. Co prawda Castiel zapewniał, że nic podobnego nie będzie miało miejsca, ale jak zwykle musiała wiedzieć lepiej.
Tym, co przypadło jej do gustu najbardziej, był widok pojedynczego łóżka. Świetnie, więc miała być w pokoju sama! Nie mogła zaprzeczyć, że bardzo jej taki stan rzeczy odpowiadał – i to pomimo tego, że bardzo drażnił ją widok różowej, nie panującej do otoczenia pościeli.
– Jest duży – powiedziała w końcu, ostatecznie koncentrując się na Julie. – Ale podoba mi się, chociaż…
– Co takiego? – zachęciła kobieta.
Joce wywróciła oczami.
– Nie lubię różu – przyznała, a w odpowiedzi doczekała się szczerego, serdecznego śmiechu.
– Och, sądzę, że da się na to coś poradzić i to jeszcze przed kolacją – zapewniła.
– To nie jest takie ważne – zapewniła pospiesznie, dochodząc do wniosku, że narzekanie na drobiazgi nie ma sensu. Nie po to tutaj była, żeby rozwodzić się nad kolorem poszewki. – Nie chciałabym być problematyczna. To tylko miesiąc, więc…
– Hm, no tak, miesiąc – zgładziła się Julię, jednak coś w sposobie, w jaki wypowiedziała te słowa, dało Jocelyne do myślenia. Podejrzewała, że to wyłącznie jej wrażenie i że zaczynała być przewrażliwiona, nim jednak zdążyła jakkolwiek na to zareagować, kobieta ze spokojem ciągnęła dalej: – Miesiąc czy nie, chcemy żebyście czuli się tutaj swobodnie. Przez okres pobytu tutaj, ten pokój będzie tylko twój, więc możesz zrobić wszystko, byleby czuć się dobrze. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, możesz mówić mnie albo któremukolwiek z moich współpracowników – zapewniła, obdarowując Jocelyne kolejnym olśniewającym uśmiechem. – Zaraz trochę cię oprowadzę, żebyś lepiej zapoznała się z ośrodkiem. Każde z was ma własny pokój, bo w końcu nie ma to jak prywatność, prawda? My ufamy wam, a w zamian oczekujemy tego samego, chociaż… No cóż, oczywiście pokoje dla pań i panów znajdują się w dwóch rożnych częściach, tak dla bezpieczeństwa. Wiesz co mam na myśli – dodała, mrugając do Joce porozumiewawczo. – Na parterze jest stołówka, pokój rekreacyjny i czytelnia. Jest jeszcze mała sala gimnastyczna, a za domem boisko, więc w wolnych chwilach na pewno nie będziesz się nudziła. Posiłki są o określonych godzinach, ale nigdy nie było problemu z tym, żeby któreś z was wpadło w międzyczasie, bo w kuchni zawsze coś się znajdzie. Cisza nocna jest od godziny dwudziestej drugiej do szóstej, więc dobrze by było, gdybyście już wtedy nie kręcili się po korytarzach, chociaż naturalnie nikt nie będzie miał pretensji, jeśli któreś z was będzie chciało pójść do łazienki. Z góry uprzedzam pytanie: są dwie, po jednej w każdej części mieszkalnej, więc musicie się pogodzić, ale jest was tak miało, że nie powinno być z tym problemu. Jeśli zamierzacie wybrać się do miasta, muszę o tym wcześniej wiedzieć, żeby wszystko załatwić, zresztą dobrze by było, żebyście nie upraszali się o to szczególnie często. Nikt nie trzyma was tutaj na siłę, ale przyjeżdżając tutaj, zgodziliście się na prawne zasady, więc teraz się ich trzymajmy. Dodam jeszcze, że dobrze pamiętamy, że wciąż się uczycie, dlatego w planie są zajęcia, żebyście później nie mieli zaległości… Wszystkim nie dogodzimy, ale jesteście w podobnym wieku, więc coś na pewno da się załatwić. – Julie zamilkła, po czym z uwagą zmierzyła Jocelyne wzrokiem. – Na tę chwilę wszystko jasne? – zapytała niemalże troskliwie.
– Absolutnie – zapewniła, lekko tylko oszołomiona tym, jak dużo ta kobieta potrafiła mówić. Sam ośrodek również coraz bardziej ją zaskakiwał, przypominając raczej internat albo kolonię, aniżeli jakąkolwiek specjalistyczną placówkę. – Ale w takim razie co z…? – Urwała, wymownie wzruszając ramionami; podejrzewała, że kobieta dobrze wiedziała, co takiego chodziło jej po głowie. – No, głównym celem. Z projektem.
O, tak, to brzmiało o wiele lepiej niż „badania”, „terapia” czy coś równie… uroczego.
– Później porozmawiasz z Ronem i wszystkiego się dowiesz – odpowiedziała z przekonaniem Julie, uśmiechając się przyjaźnie. – Do każdego z was podchodzimy indywidualnie, bo tylko wtedy będzie miało to sens. Nie przejmuj się, zawsze będziesz wiedziała, czego powinnaś się spodziewać.
– Ronem… Lekarzem? – rzuciła z powątpiewaniem, nie kryjąc niechęci; próbowała wszystko sensownie uporządkować, wciąż niepewna tego, czego właściwie powinna spodziewać się po tym miejscu.
– Nie. – Julie parsknęła śmiechem. – To cię martwi, tak? Projekt Beta to żaden szpital, a wy jesteście tutaj dobrowolnie. Nie patrz na nas jak na lekarzy czy pielęgniarki, bo to nie ma żadnego związku z rzeczywistością. Możecie mówić do nas po imieniu, zresztą – dodała ze spokojem – wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.
Wypuściła powietrze ze świstem, po czym skinęła głową. W porządku, przynajmniej w teorii mogła uznać, że jest uspokojona, chociaż rozmowa z Julie wciąż nie wyjaśniła jej wszystkiego w takim stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać. Ta niepewność kładła się cieniem na wszystko to, co wiedziała, chociaż już przynajmniej nie czuła się aż tak spięta, jak początkowo mogłoby się wydawać. Potrzebowała czasu, by właściwie oswoić się z sytuacją i choć trochę się uspokoić, ale nic ponad to. Sądziła, że będzie o wiele gorzej, więc odkrycie, że sam ośrodek rządził się tak przystępnymi zasadami i oferował niemalże całkowitą swobodę oraz znośną atmosferę, w znacznym stopniu pozwolił jej się rozluźnić.
Julie musiała zdawać sobie z tego sprawę, bo z wolna podeszła do drzwi, zaciskając dłoń na klamce. Obrzuciła krótkim spojrzeniem pokój, ostatecznie koncentrując spojrzenie na Jocelyne.
– Zostawię cię teraz, żebyś mogła chwilę odpocząć. Za godzinę będzie obiad i to chyba dobra okazja, żebyś poznała resztę. Jest was tylko piątka, więc pewnie szybko się dogadacie – stwierdziła, wycofując się. – Potem zaprowadzę cię do stołówki. W porządku?
– Tak… Tak, dziękuję – rzuciła w roztargnieniu, myślami będąc już gdzieś daleko.
Poczuła się dziwnie, kiedy została sama, ale nie był to ten rodzaj niepokoju, którego mogłaby się spodziewać. Przez dłuższą chwilę tkwiła w miejscu, wodząc wzrokiem na prawo i lewo, by raz jeszcze zapoznać się z ładnym pokojem. Dopiero po chwili zdecydowała się na to, by – zostawiając walizki przy drzwiach i dochodząc do wniosku, że równie dobrze mogła rozpakować się później – podeszła do łóżka. Kiedy ułożyła się na materacu, wbijając spojrzenie w sufit, doszła do wniosku, że różowa pościel była całkiem wygodna. Przez moment miała ochotę zamknąć oczy i odpłynąć na przynajmniej kilka godzin, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że Julie najpewniej by jej na to nie pozwoliła. Sen również nie stanowił najlepszej perspektywy, zresztą tak jak i ucieczka przed rzeczywistością z którą tak czy inaczej musiała się zmierzyć. Wiedziała, że krycie się po kątach i unikanie towarzystwa również nie prowadziło do niczego dobrego, ale perspektywa poznawania nowych osób i tak nie napawała jej entuzjazmem. Nigdy nie była dobra w nawiązywaniu przyjaźni, najbezpieczniej czując się przy rodzinie, a w tym miejscu nie miała ani któregokolwiek z kuzynów czy rodzeństwa, ani Rufusa, który powstrzymałby ją przed wpakowaniem się w kłopoty.
Julie twierdziła, że łącznie była ich piątka. Na pewno nie spodziewała się aż tak małej liczebności, było jej zresztą trudno stwierdzić, czy taki stan grupy był dobry, czy też nie. W głowie miała pustkę, świadoma tylko i wyłącznie tego, że w końcu była na miejscu i że wcale nie czuła się tak źle, jak początkowo zakładała. Teraz największym problemem stanowiło to, czego powinna oczekiwać po projekcie i jak miał wyglądać jej udział. Wiedziała, że musi uważnie ważyć każde słowo podczas rozmów z pracownikami, nie wspominając o ukrywaniu swojej… inności. Zawsze znacznie odstawała od swoich rówieśników, dzięki czemu przebywanie z ludźmi przychodziło jej o wiele naturalniej niż reszcie rodziny, jednak nadal pozostawała zagrożona. To, kim była, nie mogło ujrzeć światła dziennego, a jakby tego było mało, wciąż pozostawała kwestia polowań i picia krwi. Normalne jedzenie w zupełności mogło zaspokoić jej potrzeby, a Jocelyne wiedziała, że gdyby tylko zechciała, mogłaby żywić się w ten sposób nawet latami, nie sądziła jednak by była do tego zdolna. Nigdy tak naprawdę nie sprawdzała, jak długo mogłaby wytrzymać bez posoki, zwykle mając świadomość tego, że w razie potrzeby zawsze mogła otworzyć lodówkę i wyjąć jeden z trzymanych tam plastikowych woreczków z tym, czego potrzebowało jej ciało.
Z letargu wyrwał ją dźwięk telefonu, jednoznacznie informujący o tym, że właśnie doczekała się nowej wiadomości. Niechętnie przeciągnęła się, po czym chcąc nie chcąc poderwała na równe nogi, by móc dostać się do porzuconej w torbie komórki. Jeszcze zanim odczytała SMS-a, była pewna kogo powinna się spodziewać; mama się martwiła, chociaż bez wątpienia starała się to ukryć, skoro ograniczała się do pisania wiadomości – przynajmniej na razie.

Wszystko w porządku?

Jocelyne westchnęła, w zamyśleniu stukając paznokciem w obudowę komórki. Obracając telefon w dłoniach, bez pośpiechu ruszyła w stronę okna, intensywnie myśląc nad tym, jak powinna odpowiedzieć, żeby dodatkowo nie martwić rodziców. Czuła się bezpiecznie? Cóż, to na pewno; chyba nawet była oczarowana tym miejscem, a zwłaszcza jego okolicą, chociaż wciąż porażającym wydawało jej się to, że tak wielki dom i tak rozległe tereny zakupiono tylko po to, by zająć się zaledwie piątką osób. Niezależnie od tego, wrażenie było całkiem pozytywne, a Joce z czystym sumieniem mogła zaryzykować stwierdzenie, że wcale nie było aż tak źle.
Wciąż o tym myślała, kiedy zdecydowała się rozsunąć zasłony, by móc wyjrzeć na zewnątrz. Właśnie wtedy dobre wrażenie zostało na moment zatarte, kiedy zauważyła wstawione w okna kraty. Serce zabiło jej mocniej i szybciej, przez moment trzepocąc się w piersi dziewczyny tak intensywnie, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz i gdzieś uciec. Lekko nachyliła się do przodu, spod uniesionych brwi obserwując ni mniej, ni więcej, ale ulokowane w oknach kraty – zwykłe, metalowe pręty, które najpewniej mogłaby bez większego wysiłku powyginać, ale ich obecność i tak skutecznie wprawiła dziewczynę w konsternację.
Więc jednak nie było tak kolorowo.
Cóż, słyszała kiedyś, że kontrola stanowiła najwyższą formę zaufania i tutaj najwyraźniej ta zasada sprowadzała się doskonale. Jeśli dobrze się nad tym zastanowić, ten, który wpadł na genialny pomysł uzupełnienia wystroju takimi „dodatkami”, pewnie doskonale dogadałaby się z Rufusem, bo Jocelyne miała wrażenie, że wampir kierował się dokładnie tą samą regułą w stosunku do Claire. Tak czy inaczej, sama świadomość tego, że mogłaby być w tak niepozorny, nieoficjalny sposób odcięta od świata, wprawiła ją w konsternację nawet większą niż moment, kiedy samochód Castiela przejechał przez bramę. To jeszcze o niczym nie musiało świadczyć, ale…
Po prostu o tym nie myśl, nakazała sobie stanowczo, pewniej ujmując komórkę. Ostrożnie wsunęła ręce pomiędzy kraty, by móc zrobić całkiem wyraźne, niezwykle urokliwe zdjęcie okolicy, nie zniekształcone żadnymi dodatkowymi „ozdobnikami”. Fotografię ostatecznie wysłała mamie z jakimś nie do końca fałszywym zapewnieniem, że wszystko jest w porządku. Tak przecież było, a przynajmniej Joce chciała w to wierzyć, dochodząc do wniosku, że w razie co zawsze mogła zapytać Julie o sens tych krat. Podejrzewała, że otrzyma jakieś proste, aż nazbyt oczywiste wyjaśnienie, jak chociażby to, że chodziło o bezpieczeństwo – o to, że duże okna mogły być niebezpieczne, a dzieciaki w jej wieku miały skłonności do nieprzemyślanych pomysłów, co mogło skończyć się naprawdę różnie.
Tak, to zdecydowanie musiało być to.
Wysłała jeszcze jednego SMS-a, tym razem obiecując zadzwonić wieczorem, po czym wyłączyła komórkę. Czując się trochę tak, jakby robiła coś wyjątkowo niedobrego, pośpiesznie schowała telefon do torby, wtykając go pomiędzy ubrania, by nabrać pewności, że nagle gdzieś nie zginie. Julie słowem nie zająknęła się na temat tego, że nie wolno im było kontaktować się z rodziną, ale Joce wolała mieć pewność, że nikt nie spróbuje zabrać jej komórki. Braku kontaktu z rodziną by nie zniosła, a gdyby przypadkiem ktoś zaczął wymagać od niej tego, żeby zgodziła się na podobne kroki…
Och, właśnie dlaczego? Zaczynasz być przewrażliwiona!, warknęła na siebie w duchu. Wywróciła oczami, po czym energicznie pokręciła głową, próbując doprowadzić się do porządku. Podejrzewała, że to nowe miejsce i wciąż towarzysząca jej mimo wszystko niepewność, ale naprawdę nie potrafiła w pełni się rozluźnić. Mieszane uczucia nie dawały jej spokoju, a to był dopiero początek; poza budynkiem z zewnątrz, korytarzy i swojego pokoju tak naprawdę nie widziała niczego. W takim wypadku tym bardziej powinna była pozwolić Julie oprowadzić się po budynku, wciąż mając nadzieję na to, że dzięki temu łatwiej zdoła oswoić się z ośrodkiem, w którym miała spędzić bisko miesiąc.
Skrzywiła się, mimowolnie przypominając sobie wyraz twarzy swojej rozmówczyni, kiedy wspomniała o jakimkolwiek konkretnym terminie zakończenia projektu. Wiedziała, że to sprawa indywidualna, poza tym Castiel twierdził, że jak na razie pojawiła się jako ostatnia. Te dzieciaki już się znały, więc po raz kolejny była gdzieś nowa, nie mogąc nawet liczyć na to, że ktoś, komu ufała, zdecyduje się poprowadzić ją za rączkę. Była zagubiona i bardzo niepewna, a jakiekolwiek wątpliwości jedynie komplikowały sprawę, stopniowo doprowadzając ją do szaleństwa. Nie mogła sobie na to pozwolić, aż nazbyt świadoma tego, że nadeszła pora, by w końcu o siebie zadbała i udowodniła bliskim oraz samej sobie, że jest dość duża, by radzić sobie w pojedynkę, ale dla kogoś, kto zawsze mógł liczyć na rodzinę, taka sytuacja wcale nie była prosta.
Gdyby przynajmniej wiedziała, czego tak naprawdę powinna się spodziewać…
Jak na razie wszystko wydawało się przyjazne, niemalże idealne, ale Jocelyne obawiała się, że to wyłącznie pozory; nie miała pojęcia, czego tak naprawdę mogła oczekiwać, ale złe przeczucia nie opuszczały jej nawet na moment, będąc czymś o wiele bardziej znaczącym od obaw kogoś, kto znalazł się w obcym miejscu i bał się, że sobie nie poradzi. W pamięci wciąż miała słowa Rosy, te zaś nie dawały jej spokoju, raz po raz przypominając o tym, że powinna być ostrożna – i że to miejsce wcale nie musiało być takim, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.
Teraz musiała tylko zrozumieć dlaczego, przy okazji być może znajdując odpowiedź na to, kim była. Gdyby Rosa była taka dobra, by ponownie się pojawić i spróbować ją uświadomić, wtedy wszystko byłoby prostsze, ale w obecnej sytuacji…
– Bo przecież to byłoby zbyt oczywiste, prawda? – mruknęła pod nosem. Mówienie do siebie nigdy nie wróżyło niczego dobrego, ale zwłaszcza w tym miejscu mogła chyba założyć, że jest absolutnie wszystko jedno.
Trwała w bezruchu, rozmyślając o wszystkim i o niczym aż do chwili powrotu Julie. Kiedy kobieta zapukała, by po chwili zajrzeć do pokoju, Jocelyne zdołała stanowczo wymóc na sobie to, żeby w końcu wziąć się w garść. W efekcie powitała swoją tymczasową opiekunkę czymś, co chyba od biedy można było określić mianem uśmiechu, nawet jeśli w jej odczuciu sposób okazywania entuzjazmu nadal pozostawiał wiele do życzenia. Julie wydawała się tego nie zauważać, specjalnie albo celowo, jednak i nad tym dziewczyna nie zamierzała się rozwodzić.
Milczała, kiedy na powrót znalazły się na korytarzu. Tym razem z większą uwagą rozglądała się dookoła, całą sobą chłonąc to, co widziała. Musiała nauczyć poruszać się po tym domu, nie chcąc nawet wyobrażać sobie błądzenia po tak wielkim budynku; nie mogła na każdym kroku być uzależnioną od kogoś, kto zechciałby wskazać jej odpowiedni kierunek, choć Julie zapewniała ją, że w razie potrzeby zawsze mogła poprosić o pomoc. To było pocieszające, jednak Joce pragnęła samodzielności, co zresztą jawiło jej się jako równie naturalne, co i potrzeba zrozumienia tego, co działo się wokół niej. Rodzice wydawali się to rozumieć, wręcz wspierając w tym, co chciała osiągnąć, nawet jeśli nie popierali kierunku, który zdecydowała się obrać. Gdyby nie oni, czy też raczej zaufanie, którym ją darzyli, nie znalazłaby się tutaj, a skoro tak…
Julie mówiła, wyrzucając z siebie kolejne słowa. Jocelyne podejrzewała, że miały związek z ośrodkiem i sposobem w jaki działał, jednak nie była w stanie skoncentrować się na rozmowie. Myślami była gdzieś daleko, raz po raz analizując w myślach to, gdzie była, co musiała zrobić i czego powinna się obawiać. Rozproszenie wydawało się czymś najzupełniej naturalnym zresztą jak i towarzyszące jej obawy, chociaż za wszelką cenę starała się trzymać nerwy na wodzy. W końcu wszystko było w porządku, przynajmniej teoretycznie. Teraz pewne sprawy miały się poukładać i wyklarować, o ile tylko dałaby na to szansę sobie oraz ludziom, którzy – o czym również zapewniała ją Julie – byli otwarci na nią, jej problemy oraz niesienie pomocy.
Zawsze była roztrzepana, a przynajmniej tak wielokrotnie twierdzili jej bliscy. To, zwłaszcza w zestawieniu z marną koordynacją ruchową, którą odziedziczyła po babci Belli, również nie pomagało jej w bezpiecznym poruszaniu się po okolicy. W efekcie musiała uważać na siebie o wiele bardziej niż jakakolwiek normalna nieśmiertelna, na dodatek taka, która – przynajmniej z założenia – powinna poruszać się z niebywałą wręcz lekkością i gracją.
No cóż, w jej ruchach na pewno nie było nic harmonijnego, kiedy schodziła ze stromych, prowadzących na parter schodów. Wciąż słyszała głos Julie, raz po raz odpowiadając kobiecie monosylabami i praktycznie nie skupiając się na tym, co ta miała jej do przekazania. Wciąż analizowała, martwiła się i zastanawiała się nad tym, co takiego strzeliło jej do głowy, kiedy zdecydowała się tutaj przyjechać, z kolei później…
Sama nie była pewna, jakim cudem potknęła się o własne nogi – nie po raz pierwszy, chociaż tym razem nie miała nikogo, kto doskoczyłby do niej w porę i uchronił przed upadkiem. W efekcie jak długa poleciała do przodu, nie mając nawet szans na to, żeby pochwycić się poręczy albo jakkolwiek inaczej zareagować.
– Cholera! – usłyszała, a męski głos zdecydowanie nie należał do Julie.
W chwili, w której z impetem wpadła na kogoś, wszystko inne przynajmniej na moment przestało mieć znaczenie.

2 komentarze:

  1. Hej
    Kurcze te kraty w oknach oraz to jak Julie zareagowała na słowo "miesiąc" dają do myślenia o tym co tam się dzieje. Mam wrażenie, że nie wypuszczą jej tak łatwo po tym miesiącu, albo ona uważa, że Joce nie wytrzyma tam tak długo? W każdym razie z pewnością nie będzie tak kolorowo skoro zasłonili okna aby nie ujrzała krat. Chociaż pytanie zasadnicze.. nie widziała ich gdy przyjechała? Chyba, że kraty są tylko w sypialniach ale to trochę mija się z celem, bo można użyć innego okna w innej części budynku.
    Joce spadła ze schodów prosto w ramiona jakiegoś mężczyzny:D No, no..:D Brzmi jak rycerz na białym koniu:D A tak poważnie to zastanawiam się na kogo ona wpadła..:P

    Czekam na ciąg dalszy:)
    Weny
    Guśka

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej :3
    Szczerze mówiąc, kiedy mi o nim wspominałaś nie sądziłam, że Joyce pozna go właśnie w takim miejscu. ;> Może będą próbować razem uciec, bo szczerze mówiąc nie wydaje mi się, że oni tak po prostu pozwolą im wyjść. W filmach, gdzie ludzie trafiają do takich ośrodków to rzadko kiedy pozwalają im odejść po określonym terminie. Takie miejsca zawsze wywoływały u mnie negatywne emocje. Nie miałam z tym nigdy osobiście doczynienia, ale przez te wszystkie filmy o takich miejscach jestem po prostu uprzedzona. xD
    Biedna Joyce. Naprawdę jest mi jej szkoda, jest tam sama bez nikogo bliskiego, ale sama się w końcu na to pisała. ;_; Mam nadzieje, ze nie stanie się tam nic złego, chociaż znając ciebie to wszystko jest możliwe, a moje podejrzenia co do tego Projektu Beta wciąż są takie same i nie czuje, aby to było coś dobrego.
    Mało jest tam co prawda ludzi. Sądziłam, że będzie ich nieco więcej, ale no cóż ;)
    Uciekam czytać dalej:D

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa