01.04.2016

Sto pięćdziesiąt sześć

Renesmee
Sama nie byłam pewna, co powinnam zrobić w związku z Jocelyne. Powiedzieć, że po prostu się o córkę martwiłam, byłoby niedopowiedzeniem stulecia, zresztą ta jedna kwestia nawet na moment nie dawała mi spokoju. Byłam przerażona, tak jak i Joce, chociaż ta za wszelką cenę usiłowała udawać, że wszystko jest w porządku. Taki stan rzeczy nie był dobry dla żadnej z nas, ale starałam się o tym nie myśleć, raz po raz przekonując samą siebie, że wkrótce wszystko się wyjaśni, a my nie mamy powodów, by się przejmować. Być może to, co sugerował Castiel, miało jakikolwiek sens albo przynajmniej trochę mogło ulżyć Jocelyne, tym bardziej, że dziewczyna sama podjęła decyzję o udziale w projekcie.
Projekt… Kiedy myślało się o tym w ten sposób, to faktycznie brzmiało całkiem dobrze, choć nadal nie wyobrażałam sobie tego, że mogłabym gdziekolwiek oddać własne dziecko – i to nawet pomimo tego, że w grę nie wchodził żaden ośrodek albo szpital. Nie wierzyłam w to, żeby Joce była chora i chociaż nie miałam pojęcia, jak wytłumaczyć to, co działo się z nią w ostatnim czasie, uparcie odrzucałam od siebie niechcianą perspektywę. W zamian pragnęłam wierzyć w to, że moja córka potrzebowała odrobiny spokoju, pewności siebie i czasu na to, żeby dojść do siebie. Gdyby to zależało ode mnie, nie pozwoliłabym jej nigdzie jechać, w zamian naciskając na jak najszybsza przeprowadzkę, w nadziei na to, że przebywanie w nowym domu, który tak bardzo przypadł jej do gustu, prędzej czy później samo będzie w stanie rozwiązać jakiekolwiek problemy. Tak byłoby prościej, choć jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że to trochę jak czekanie na cud – i że wyparcie nigdy nie prowadziło do niczego dobrego.
Wciąż miałam wątpliwości, jednak starałam się nie okazywać ich przy Jocelyne. Chciałam, żeby miała poczucie tego, że zarówno ja, jak i Gabriel jej ufamy, nawet jeśli żadne z nas nie potrafiło ot tak zaakceptować jej decyzji. Zwłaszcza móż mąż nie podszedł entuzjastycznie do tego, czego chciała dziewczyna, ale trudno było mi stwierdzić czy to wyłącznie troska, czy poniekąd sama świadomość tego, że pomocy udzielić miał nam akurat Castiel. Początkowo miałam ochotę porozmawiać z nim na temat tego niedorzecznego okazywania zazdrości, tym bardziej, że zawsze należałam tylko i wyłącznie do niego, ale ostatecznie nie zdecydowałam się na to, zbyt przejęta córką. Była jeszcze kwestia związana z samym Gabrielem, który w ostatnim czasie miał dość powodów do tego, żeby się martwić, począwszy od więzi z siostrami, a kończąc na Isabeau. Wiedziałam, że nie jest dobrze, co w zestawieniu z kłopotami z Jocelyne sprawiało, że wszyscy byliśmy podenerwowani i spięci.
Chociaż każde z nas miało wątpliwości, ostatecznie stanęło na tym, by pozwolić Jocelyne przynajmniej spróbować działać po swojemu, jeśli faktyczni tego potrzebowała. Na dobry początek zamierzałam pozwolić jej zobaczyć się z Castielem, a później ewentualnie zadecydować o tym, co zrobić dalej. W pierwszej kolejności chciałam przynajmniej dowiedzieć się, czym jest tajemniczy Projekt Beta, bo informacje, których w kawiarni udzielił mi mężczyzna, zdecydowanie nie należały do kategorii wystarczająco konkretnych, bym była w stanie podjąć jakąkolwiek sensowną decyzję. Wciąż miałam nadzieję, że Joce zmieni zdanie i że znajdziemy jakieś inne, bardziej logiczne rozwiązanie, chociaż jak na razie się na to nie zanosiło. Mimo wszystko starała się na córkę nie naciskać, by zapewnić jej dość swobody i spokoju, by znowu nie próbowała się przed nami zamykać. Miałam wrażenie, że mimo wszystko nie była z nami szczera, ukrywając coś, czego tylko mogliśmy się domyślać, ale i tego zdecydowałam się nie komentować. Gdyby poczuła się osaczona i przestała nam ufać, wtedy naprawdę mielibyśmy problem, a na to zdecydowanie nie zamierzałam pozwolić.
Jocelyne była przybita i przerażona, co wydawało mi się aż nazbyt oczywiste. Nie chciała rozmawiać, a ja poznałam po jej zachowaniu, że przynajmniej tymczasowo wolała, żebyśmy wraz z Gabrielem zachowali dla siebie to, co nam wyjawiła. Kiedy nawet nie wyszła ze swojego pokoju, kiedy do domu Cullenów wrócili Layla i Rufus, jedynie utwierdziłam się w przekonaniu, że coś jest na rzeczy – w innym wypadku moja córka zdecydowanie nie odmówiłaby sobie możliwości przywitania ukochanej ciotki. To sprawiło, że zaczęłam martwić się jeszcze bardziej, choć to stanowiło zaledwie wierzchołek góry lodowej problemów, które mieliśmy.
Jeszcze zanim zaczęliśmy rozmawiać, wiedziałam, że nie jest dobrze. Layla już wcześniej lakonicznie wspominała o tym, co działo się z Isabeau, aż do tamtego pamiętnego telefonu, kiedy wprost oznajmiła mojemu mężowi, że ich siostra ostatecznie odrzuciła od siebie wszystko to, co upodabniało ją do człowieka. Nie przypominałam sobie, kiedy ostatnim razem widziałam Gabriela aż tak bladego i niespokojnego, choć naturalnie przez wzgląd na mnie robił wszystko, byleby nie okazywać emocji. Tak było i tym razem, chociaż już w chwili, w której para wampirów pojawiła się w domu, chłopak doskoczył do siostry, zaciskając obie dłonie na jej ramionach i z uwagą mierząc wzrokiem całą jej smukłą postać, jakby spodziewał się dostrzec w jej wyglądzie coś, co powinno go zaniepokoić.
– Nic ci nie jest? – zapytał natychmiast. Już zadawał jej to pytanie przez telefon, ale najwyraźniej nadal był pełen wątpliwości. – Wciąż nie wierzę w to, że Beau…
– Wyluzuj, braciszku – przerwała mu pośpiesznie dziewczyna, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Jestem cała, a przynajmniej tak mi się wydaje. To srebro to nic, zresztą Rufus… – Urwała, po czym wzruszyła ramionami. – Miałam szczęście.
Jakoś nie miałam co do tego wątpliwości, zresztą tak jak i Gabriel, którego mina wyrażała dosłownie wszystko. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że srebro działało na istoty nieśmiertelne, stanowiąc dla nich truciznę – w mniejszym lub większym stopniu. Co więcej, nowe wampiry – takie jak Layla czy Rufus – nie były w stanie znieść fizycznego kontaktu z tym kruszcem, niezależnie od ilości, więc moja szwagierka zdecydowanie mogła mówić o szczęściu. W to, że naukowiec odpowiednio się nią zajął, również w najmniejszym nawet stopniu nie wątpiłam, tym bardziej, że miałam okazję przekonać się, jaki troskliwy i przewrażliwiony potrafił być wampir, kiedy tego wymagała sytuacja. To zresztą tłumaczyło, dlaczego ta dwójka pojawiła się w Seattle z tak znacznym opóźnieniem, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co działo się w Mieście Nocy.
Wciąż nie wierzyłam, że wszystko mogłoby się aż do tego stopnia skomplikować. W zaledwie kilka tygodni świat stanął na głowę, a ja nie byłam w stanie rozpoznać już miejsca, które było moim domem przez całe lata. Już sama zdrada Dimitra była dla mnie czymś nie do pojęcia, bo nie znałam chyba mężczyzny, który w taki sposób spoglądałby na swoją kobietę. No, był jeszcze Gabriel, ale nasz związek stanowił najmniej istotną kwestię w zestawieniu z tym, co działo się pomiędzy Beau a królem. Nie miałam pojęcia, co takiego strzeliło wampirowi do głowy, ale miałam ochotę porządnie nim potrząsnąć i zażądać jakichkolwiek sensownych wyjaśnień – z tym, że najpewniej również wtedy bym nie zrozumiała. Chyba nie istniał sposób, który mógłby bardziej zranić Isabeau, zwłaszcza kiedy wiedziało się o tym, jak długo wampirzyca zbierała się w sobie, by zaufać w stopniu wystarczającym, by w końcu zdecydować się na małżeństwo.
No cóż, jakkolwiek nie prezentowałby się związek Dimitra i Beau albo sprawy z Claudią, to wydawało się niczym w porównaniu z konsekwencjami jednej, jedynej decyzji. Załamanie kapłanki było ostatnim, czego bym się po tej kobiecie spodziewała. Isabeau zawsze jawiła mi się jako istota silna, niebezpieczna i – kiedy pojawiała się taka potrzeba – również bezduszna, choć nigdy w sposób, który okazałby się szczególnie przerażający. Dziewczyna miała w sobie charyzmę i siłę, która bez wątpienia umożliwiała jej należyte zajmowanie pozycji, która była całym jej światem przez te wszystkie lata. Nadawała się na kapłankę w każdy z możliwych sposób, silna, piękna i zdolna do tego, żeby właściwie radzić sobie z bólem. Chociaż wiele przeszła, do tej pory zawsze potrafiła walczyć, nawet kiedy wszystkim nam zaczynało brakować energii, a jednak…
– Zabiję go – usłyszałam i to wystarczyło, żeby sprowadzić mnie na ziemię. Kiedy Gabriel zaczynał się denerwować, wtedy mogłam założyć, że jest źle. – Pojadę tam i po prostu go zabiję – powtórzył z naciskiem mój mąż, a ja westchnęłam.
– Gabrielu… – zaczęłam łagodnie, chociaż sama nie byłam pewna, co takiego powinnam mu powiedzieć.
W głowie miałam pustkę, choć jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że powinnam coś zrobić. Machinalnie podeszłam bliżej, w uspokajającym geście kładąc chłopakowi obie dłonie na ramionach, zupełnie jakbym podejrzewała, że w każdej chwili mógłby zdecydować się na to, by dostać się do Miasta Nocy. Być może Dimitr w istocie zasłużył sobie na to, żeby zapoznać się zarówno z gniewem Gabriela, jak i Layli, ale podejmowanie pochopnych decyzji zdecydowanie nie skończyłoby się dobrze.
Wiedziałam, że moja obecność potrafiła zdziałać cuda – przekonałam się o tym już podczas spotkania Gabriela z Marco, kiedy chłopak wydawał się czerpać z mojego dotyku, jakimś cudem będąc w stanie powstrzymać się przed rzuceniem ojcu do gardła. Tym razem sytuacja była inna, a ja nie potrafiłam wyobrazić sobie tego, żeby mój mąż darzył szwagra aż tak szczególnym rodzajem nienawiści. Jasne, był wściekły, ale czułam, że jestem w stanie zmusić go do tego, żeby się opanował – przynajmniej teoretycznie.
– Skrzywdził obie moje siostry… Rozumiesz to, Nessie? – Gabriel westchnął, po czym zajrzał mi w oczy. – Nie wiem, co tam się stało, ale nie obchodzi mnie to! Jeśli ktoś raz podniesie rękę na moją rodzinę…
– Wiem – przerwałam mu pośpiesznie. – I wciąż nie wierzę w to, że Beau… Ale przyłożenie Dimitrowi nic nie da – zauważyłam przytomnie.
– Może, ale za to ja poczułbym się lepiej.
Szczerze w to wątpiłam, jednak zdecydowałam się tego nie komentować. Wciąż myślałam o tym, co już wiedzieliśmy, jednocześnie koncentrowałam się na dotykaniu Gabriela. Chciałam jakkolwiek mu ulżyć i przekonać do tego, żeby nie zachował się zbyt lekkomyślnie, tym bardziej, że miasto przestało być bezpieczne. Co prawda w grę wchodziły teraz przede wszystkim polowania na nowe wampiry, ale nie sądziłam, żeby podczas impulsywnego ataku na króla, Gabriel został potraktowany w szczególnie lepszy, bardziej przystępny sposób.
– To Claudia – odezwała się cicho Layla. – Nie wiem, co jest z Dimitrem, ale tak naprawdę to ona jest problem. Odkąd wróciła…
– Teraz nie ważne jest to, kto najbardziej zawinił – zniecierpliwił się Rufus. – Jeśli chcecie porywać się na króla albo kręcić się w pobliżu Niebiańskiej Rezydencji, to wasza sprawa. Prawdziwym problemem jest Isabeau, ale skoro lepszą perspektywą jest porywanie się z motyką na słońce…
Chociaż był złośliwy, tym razem jego słowa podziałały, by skutecznie skupić uwagę Gabriela na czymś innym. Chyba wciąż nie przyjmowałam do wiadomości tego, co spotkało moją szwagierkę, ale w tamtej chwili dłużej nie byłam w stanie się przed tym opierać. Słuchanie o Isabeau sprawiało, że ta jedna kwestia stałą się prawdziwa i na swój sposób ostateczna – zresztą tak jak i to, że dziewczyna zrobiła jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogłyby tyczyć się wampira.
Zdawałam sobie sprawę z tego, co działo się w nieśmiertelnymi, którzy odrzucili człowieczeństwo. Pamiętałam Dylana i resztę dzieciaków, które Rufus przetrzymywał w podziemiach i które ostatecznie postradały zmysły. Samo wspomnienie tamtego okresu sprawiło, że poczułam się okropnie, a to był zaledwie początek, tym bardziej, że nie mieliśmy pojęcia, co takiego działo się z Beau. Z tego, co mówiła świadoma sytuacji dwójka, Beau najzwyczajniej w świecie rozpłynęła się w powietrzu, najpewniej raz na zawsze zamierzając opuścić Miasto Nocy. Robiła dokładnie to samo, co po śmierci brata, uciekając i usiłując znaleźć ukojenie w nowym, niezwiązanym z przeszłością miejscu. Kiedy wszyscy Licavoli funkcjonowali przede wszystkim jak nomadzi, nieustanie przemieszczając się z miejsca na miejsce, choć to było coś zupełnie innego. Do tej pory żadne z moich bliskich nie doświadczyło szoku aż tak silnego, by „wyłączyć” to, co upodabniało nas do ludzi. Co prawda czasami tata albo Gabriel pozwalali sobie na przybranie swego rodzaju maski, która skutecznie uniemożliwiała rozpoznanie targających nimi emocji, jednak to, co zrobiła Beau…
Do tej pory dla tych, którzy podjęli decyzję, nie było ratunku. W zasadzie Syndrom Agresji właśnie do tego dążył: do wyeliminowania tego, co z naturalnego punktu widzenia stanowiło słabość i ewentualne zagrożenie – emocji, które niejednokrotnie doprowadzały do podejmowania nieprzemyślanych, często nielogicznych decyzji. Zdolność czucia niejednokrotnie wiązała się z bólem, niosąc ze sobą poważne konsekwencje, które zwłaszcza w najtrudniejszych, najbardziej skomplikowanych sytuacjach wydawały się być czymś nie do przyjęcia. Sama niejednokrotnie miałam ochotę odciąć się od tego, co przynosiło mi tak wiele bólu, zwłaszcza kiedy tym, których kochałam, stała się krzywda. Zwłaszcza kiedy dzieci i Gabriela nie było przy mnie, wielokrotnie marzyłam o tym, żeby to ukrócić – po prostu się od tego odciąć, ale…
Nigdy do tego stopnia – i nie takim kosztem.
Chciałam coś powiedzieć, ale nie byłam w stanie, w zamian decydując się na bezpieczne milczenie. Słuchałam, ale nie wierzyłam, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że to jakiś cholerny sen albo żart, który da się sensownie wytłumaczyć. Martwiłam się o Beau, chociaż to wydawało się być niedopowiedzeniem stulecia, tym bardziej, że żadne z nas nie miało pojęcia, co takiego się z nią działo. Wiedziałam, że musieliśmy coś zrobić i że teraz priorytetem było odnalezienie dziewczyny, zanim zrobiłaby coś, czego później miałaby żałować, ale obawiałam się, że to wcale nie będzie takie proste, jak którekolwiek z nas mogłoby oczekiwać. Isabeau była doświadczona telepatką, a do tego współgrającą z ciemnością wampirzycą; zwłaszcza w swoim obecnym, pozbawionym jakichkolwiek emocji stanie, odszukanie jej, a już zwłaszcza nakłonienie do współpracy, mogło okazać się niemożliwe.
Była jeszcze kwestia uczuć i tego, jak kończyły istoty, których ich pozbawiono. Wszyscy ci, którzy zabrnęli tak daleko, decydując się na ostateczność, teraz byli martwi, a przynajmniej ja nie słyszałam o innych przypadkach. Wampiry nowego rodzaju zawsze były chwiejne, zarówno przed, jak i po przemianie, poza tym w ich przypadku jedynym ratunkiem wydawała się miłość. Potrzebowali rodziny, przyjaciół i – a może zwłaszcza – drugiej połówki; kogoś, kto zmusiłby ich do zachowania ludzkich uczuć, nawet kiedy to wydawało się bardzo trudne. Dla Beau takim wybawieniem był Dimitr, zresztą dziewczyna zawsze jawiła się jako szczególnie stabilny przypadek. Do tej pory nie miała problemów z nerwami, oczywiście pomijając te chwile, kiedy z jakiegoś powodu zdarzało jej się wybuchnąć gniewem – chociażby wtedy, gdy Pavarotti po raz kolejny zaczynali igrać z jej ognistym temperamentem.
Nigdy dotąd nie było aż tak źle, a ja obawiałam się, że zawsze mogło być jeszcze gorzej.
Moje palce mocniej zacisnęły się na ramionach Gabriela, ale prawie nie zwróciłam na to uwagi. Stałam przy mężu, raz po raz muskając palcami jego plecy albo ręce, byleby tylko zając czymś uwagę – i to zaledwie swoją, jak i jego. Czułam, że był podminowany i że to z każdą kolejną sekundą narastało, zresztą tak jak i intensywna mieszanka gniewu, zmartwienia i strachu, którego od niego odbierałam. Przynajmniej nie bronił się przede mną, a może najzwyczajniej w świecie zapomniał o tym, że jestem w stanie odebrać jego emocje, zwłaszcza te skrajne, które łatwością każdemu z nas mogły wymknąć się spod kontroli. W jakiś pokrętny sposób możliwość ujęcia przynajmniej części jego odczuć sprawiała, że poczułam się trochę lepiej, mając poczucie tego, że jesteśmy w tym razem – i że przynajmniej dla niego jestem w stanie coś zrobić.
– Nie mówmy już o tym. – Głos Layli był cichy, ale zrozumiałam ją aż nazbyt wyraźnie. Dziewczyna była spięta, a ja mogłam założyć się, że martwiła się w niemniejszym stopniu, co i Gabriel. – Musimy znaleźć Beau, ale to też może chwilę zaczekać. Potrzebujemy planu, ale jak na razie… Gdzie jest Claire? No i oczywiście Jocelyne – dodała, bez trudu orientując się, że zwłaszcza w przypadku tej drugiej coś musi być na rzeczy.
– Joce śpi – wyjaśniłam lakonicznie. Starałam się brzmieć równie beztrosko, co i zazwyczaj, ale obawiałam się, że to najzwyczajniej w świecie mi nie wychodziło. – A Claire pewnie jeszcze jest w szkole. Nie ma się czym martwić, tym bardziej, że jest z bliźniakami – stwierdziłam z przekonaniem.
– Ale kto tutaj się martwi? W końcu Aldero i Cammy to wzory rozsądku i logicznego myślenia – mruknął pod nosem Rufus, ale puściłam jego uwagę mimo uszu.
Prawda była taka, że z synami Isabeau również trzeba było porozmawiać, tym bardziej, że obaj od dawna byli dorośli. Może i mieli specyficzne poczucie humoru, ale wiedziałam, że to nie zmieniało faktu, iż byli rozsądni. Kto jak kto, ale mieli prawo wiedzieć, co działo się z ich matką, choć po części już zdawali sobie z tego sprawę – w końcu nie ukrywaliśmy przed nimi tego, że Beau ostatecznie się załamała. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam aż tak poważnego, chętnego do przetrącenia komuś gardła Al'a, przejawiającego równie silne pragnienie mordu, co i jego wujek. Nie miałam najmniejszej wątpliwości co do tego, że obaj się zawiedli, tym bardziej, że Dimitr zawsze był dla nich niczym ojciec, skutecznie zapełniając pustkę po Drake’u, którego nigdy nie mieli okazję poznać. Co więcej, miałam wrażenie, że bliźniaki mogły być jedyną deską ratunku dla Isabeau, zwłaszcza jeśli ta faktycznie wyzbyła się tego, co upodabniało ją od człowieka. Jeśli te uczucia nadal tam były – być może przytłumione, tak jak było z wspomnieniami, które odbierała Isobel – to kto jeśli nie dzieci miał być w stanie zmusić jakąkolwiek matkę do tego, żeby znowu zaczęła czuć?
Chciałam powiedzieć coś, co zabrzmiałoby lepiej i bardziej sensownie od pustych frazesów, ale nie sądziłam, żeby jakiekolwiek słowa zabrzmiały odpowiednio. Nie po raz pierwszy obserwowałam Licavolich, sama gotowa przysiąc, że moja obecność nic nie zmienia – że jestem gdzieś obok, co prawda bliska, ale niezdolna pojąc ich osobistej tragedii. Tak czułam się, kiedy Isabeau umarła na klifie, a ja mogłam co najwyżej spoglądać na ból wzajemnie pocieszającego się rodzeństwa. Nasza więź znacznie zmieniła to, co Gabriel odczuwał względem sióstr, jednak ich wzajemne relacje wciąż nie uległy zmianie – i najpewniej ta jedna kwestia już zawsze miała być taka sama, niezależnie od tego, co by się nie wydarzyło.
Nerwowo przygryzłam dolną wargę, próbując się uspokoić. Nie wyobrażałam sobie tego, jak mielibyśmy zacząć poszukiwanie Beau, ale czułam, że prędzej czy później będziemy musieli się na to zdecydować. Dziewczyna może i chciała być sama, licząc na święty spokój, ale to zdecydowanie nie było dla niej dobre. Dla jej dobra lepiej miało być, gdybyśmy w porę do niej dotarli, choć i pod tym względem towarzyszyły mi złe przeczucia. Wszystko było nie tak, a jakby tego było mało, dysponowaliśmy zaledwie garstką informacji, która nagle wydała mi się mało istotna.
Wciąż o tym myślałam, kiedy usłyszałam szybkie kroki na schodach. Wyczułam obecność mamy dosłownie na chwilę przed tym, jak na stopniach pojawiła się podekscytowana wampirzyca, kurczowo ściskając w dłoniach telefon komórkowy. Wydawała się poruszona, zaraz też spojrzała na mnie, nie kryjąc swego rodzaju obaw, ale i satysfakcji.
– Nessie – rzuciła już na wstępie, a jej głos znacznie kontrastował ze stanem mojego ducha. – Właśnie rozmawiałam z Charliem. Tata chyba ma dla ciebie propozycję…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa