03.04.2016

Sto pięćdziesiąt siedem

Renesmee
W milczeniu wpatrywałam się w mamę, początkowo czując się trochę tak, jakby mówiła do mnie w obcym języku. Słuchałam, rozumiałam, ale sama rozmowa o Charliem jawiła mi się jako coś cudownie błahego, co nie wymagało ani energii, ani szczególnego skupienia. W pamięci wciąż miałam to, co powiedziała mi Jocelyne, co w połączeniu z relacjami Layli i Rufusa na temat Beau, skutecznie dawało mi się we znaki. Znowu wszystko było nie tak, przez co nie potrafiłam skoncentrować się na czymś tak przyziemnym i… normalnym, jak życie, które pozostawiliśmy w Forks i które już od dawna nie należało do mnie.
Westchnęłam cicho, w roztargnieniu przeczesując włosy palcami i próbując przywołać się do porządku. Wiedziałam dobrze, że już dawno powinnam była odezwać się do dziadka, zwłaszcza po tym, czego dowiedzieliśmy się na temat jego i Sue. Kochałam go i pod tym względem nic się nie zmieniło, zresztą nadal chciałam, żeby był częścią mojego życia, choć to zdecydowanie nie miało być proste. Kwestia nieśmiertelności wciąż pozostawała dla Charliego zagadką, zresztą tak jak i nasza faktyczna tożsamość, chociaż ujawnienie się Jacoba pod wieloma względami rozwiązywało problem. Niestety, dziadek wciąż nie miał pojęcia o zagrożeniu, które mogłoby dotyczyć również jego, gdyby dowiedział się o wampirach. Zwłaszcza teraz, kiedy Volturi na swój sposób znowu zaczęli się nami interesować, musieliśmy być ostrożni, nawet jeśli czasami wydawało mi się, że dla taty mamy byłoby o wiele lepiej, gdyby został wtajemniczony we wszystko.
– Dla mnie? – powtórzyłam w roztargnieniu, potrząsając z niedowierzaniem głową. Myślami wciąż byłam gdzieś daleko, przez co skupienie się na rozmowie z Bellą przyszło mi z wielkim trudem. – Powinnam była do niego zadzwonić, prawda?
– Na razie ja z nim rozmawiałam i zgarnęłam wszystkie pretensje – zapewniła mnie mama, uśmiechając się blado. Wydawała się spięta, być może wyczuwając nieciekawą atmosferę, którą spowodowały relacje Prime’ów. – Swoją drogą, na ciebie nie mógłby być zły. Sama wiesz najlepiej – dodałam, a ja zaśmiałam się w odrobinę nerwowy sposób.
Och, tak, wiedziałam, chociaż to zdecydowanie nie poprawiło mi nastroju, wręcz potęgując wyrzuty sumienia. Być może nie miałam powodów do tego, by cokolwiek sobie zarzucać, tym bardziej, że przez ostatnie lata moje życie zmieniło się w stopniu wystarczającym, bym musiała pogodzić się z wieloma zmianami, które zaszły zarówno we mnie, jak i moim sposobie postrzegania świata, ale to czasami nadal było trudne. Już i tak dużo wysiłku włożyłam w to, żeby przynajmniej spróbować nadrobić utracony czas z bliskimi, łącząc to, kim byłam kiedyś, ze swoim nowym życiem u boku Gabriela. To jakoś się udało, a przynajmniej ja nie czułam się odrzucona przez któregokolwiek z tych, których kochałam, co było dla mnie aż nazbyt istotne, nawet jeśli czasami czułam, że relacje Cullenów i mieszkańców Miasta Nocy mogłyby prezentować się dużo lepiej.
Jakkolwiek by nie było, Charlie należał do tej części mojego życia, której nadal nie potrafiłam właściwie uporządkować. Pragnęłam mieć go przy sobie i pozwalać na to, by jakkolwiek dzielił ze mną to, co miałam teraz – rodzinne życie u boku męża i z dorastającymi dziećmi – ale to zdecydowanie nie wchodziło w grę. Oduczyłam się grać, a przez lata spędzone poza Forks chyba przywykłam do myśli o tym, że o niektórych osoba z przeszłości będę musiała zapomnieć. To było okropne, tym bardziej, że Charlie zawsze traktował mnie jak swoje oczko w głowie, ale prawda była taka, że teraz mogłam co najwyżej postarać się o to, by zacząć postępować tka, jak powinnam.
– Cholera – wyrwało mi się. Zauważyłam, że Gabriel wywrócił oczami, jak zwykle w dość wymowny sposób reagując na „przekleństwa” na której sobie pozwalałam. – Zdecydowanie powinnam zadzwonić.
– Albo po prostu tam pojechać – wtrącił mój mąż, przynajmniej nie próbując komentować tego, czy „cholerę” można było zaliczyć do jakichkolwiek przekleństw. Uniosłam brwi, spoglądając na niego tak, jakbym widziała go po raz pierwszy. – Och, daj spokój, mi amore. Wiem, że masz na to ochotę.
– A ty? – zapytałam z powątpiewaniem. – Zresztą co ja mu powiem? Musimy ustalić jakąś wersję, chociaż… Dobra bogini, tak, już ja widzę, jak uświadamiam Charliego, że mam chłopaka – westchnęła i zaśmiałam się w nieco nerwowy sposób.
Charlie zawsze poświęcał mi dużo uwagi, już kiedy byłam mała rwąc się do tego, żeby jak najczęściej mieć mnie przy sobie. Jako że wizyty w domu Cullenów były dla niego co najmniej niezręczne, tym bardziej, że będąc u siebie moi bliscy nie zawsze potrafili udawać ludzi, mama najczęściej zabierała mnie do domu komendanta, gdzie bywałam niemal równie często, co i w samym La Push. Sam Charlie uwielbiał mnie rozpieszczać, niejednokrotnie powtarzając, że jestem najpiękniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widział – i to łącznie z samą Bellą, choć naturalnie żadna z nas nie przejmowała się tym wyznaniem. Zwłaszcza dla niczego nieświadomych śmiertelników, wampiry i inne istoty mroku zawsze jawiły się jako o wiele atrakcyjniejsze i bardziej pożądane od ludzi, choć wszyscy wywodziliśmy się z jednego gatunku.
Tak czy inaczej, dziadek o mnie dbał, momentami równie nadopiekuńczy, co i sam Edward. Czasami bywał przewrażliwiony, a ja pamiętałam, że jeszcze na długo po tym, jak już zaczęłam sprawiać wrażenie na tyle dojrzałej, by nie zrobić sobie krzywdy w świadomy sposób, nadal zdarzało mu się rozładowywać broń, kiedy wracał ze służby. Nie, nie byłam zdesperowana, a tym bardziej na tyle głupia, by chcieć bawić się porzuconym pistoletem, ale nie zamierzałam z Charliem na ten temat dyskutować, w gruncie rzeczy nie widząc niczego złego w tym, jak mnie traktował. W jego oczach byłam małą dziewczynką, co zresztą wcale mnie nie dziwiło, skoro rozwijałam się o wiele szybciej od normalnych dzieci. Dla kogoś, kto tylko w teorii wiedział, że ja i moja rodzina nie jesteśmy normalni, ograniczając się wyłącznie do „tego, co musiał wiedzieć”, takie tempo musiało być o wiele zbyt szybkie, by tak po prostu mógł to zaakceptować.
– Powiemy tak, jak jest, przynajmniej na ile się da – rzucił beztroskim tonem Gabriel. – Jesteśmy razem. Wiesz, nie czuję się tak, jakbym zwodził niewinną, małoletnią panienkę – zapewnił mnie, chyba po raz pierwszy od chwili rozmowy z Joce pozwalając sobie na szczery, odrobinę tylko złośliwy uśmiech.
– Pogadamy o tym, kiedy przekonasz się, co to oznacza zadawać się z wnuczką policjanta – mruknęłam, potrząsając z niedowierzaniem głowa. – Wciąż jest na służbie, tak? Powinnam dla pewności poczekać aż rozładuje broń? – dodałam, wymownie spoglądając na mamę.
Poniekąd żartowałam, a przynajmniej miałam nadzieję, że to jedynie forma wisielczego humoru do którego miałam prawo po wszystkim tym, czego się dowiedziałam. Nie chodziło o to, że wyobrażałam sobie, że Charlie zastrzeli pierwszą osobę, którą przedstawię jako swojego partnera, o mężu nie wspominając. Nie, problem leżał w czymś innym, tym bardziej, że mimo upływu czasu dobrze dziadka znałam. Nie był wylewny, zresztą tak jak i mama, więc kwestia okazywania emocji (zwłaszcza publicznie) nigdy nie stanowiła jego mocnej strony, to jednak było najmniej istotne. To, że nie czuł się dobrze, kiedy ktoś go przytulał, wcale nie znaczyło, że nie odwzajemniał uczucia, bowiem troskę z łatwością okazywał na wiele innych sposobów. Wiedziałam, że zdecydowanie nie pozwoliłby mnie skrzywdzić, a skoro tak…
Cóż, kto stanowił dla młodej dziewczyny większe niebezpieczeństwo, jeśli nie chłopak? Z perspektywy Charliego to bez wątpienia był powód do niepokoju – zarówno o mnie, jak i o moją cnotę, bo zdecydowanie nie brał pod uwagę tego, że mogłabym być matką trójki dzieci. Tego również nie mogłam mu powiedzieć i to nie tylko dlatego, że uświadomienie go o tym, że jest pradziadkiem, mogłoby się źle skończyć dla jego serca.
Cudownie.
– Robi się coraz ciekawiej – wtrącił Rufus, a we mnie aż się zagotowało. – Koniecznie powinniście jechać – dodał, a ja spiorunowałam go wzrokiem.
– Dobrze wiedzieć, że życzysz mi wszystkiego, co najlepsze – rzucił z nutką sarkazmu Gabriel.
Powiodłam wzrokiem to w stronę jednego, to znów drugiego, zastanawiając się nad tym, czy kiedykolwiek mogliby być dla siebie mili. Cóż, zwłaszcza w przypadku Rufusa sprawa była prosta, zwłaszcza przy specyfice jego charakteru. Łatwiej byłoby mi nakłonić Gabriela do tego, żeby przestał przejmować się Castielem, aniżeli zmusić do pokojowej współegzystencji ze szwagrem.
– Możecie w końcu przestać? – obruszyłam się, wznosząc oczy ku górze. – To trzeba przemyśleć. Chciałabym zobaczyć Charliego, jasne, ale…
– Skoro tego chcesz, to w czym problem – przerwał mi ze spokojem Gabriel. – Zadzwoń i powiedz, że przyjedziemy. Kto wie, może Joce będzie chciała nam towarzyszyć, to zresztą dobrze jej zrobi. Nie wiem, co w kwestii małżeństwa, bo o tym ty zadecydujesz, ale małą znowu możemy przedstawić jako twoją siostrę – stwierdził, ale wcale nie byłam przekonana.
Zdecydowanie nie miałam głowy do prowadzenia jakiejkolwiek rozmowy, a już zwłaszcza takiej, która wymagałaby kluczenia i przekręcania faktów. Gabriel jak zwykle podchodził do takich spraw z pewnością siebie, która mogła okazać się kiedyś zgubna, ale niezmiennie zazdrościłam mu tego, jak niewiele potrzebował, by opracować gotowy plan działania. Wiedziałam, że mam skłonność do wyolbrzymiania i zbytniego rozdrabniania problemów, ale co tak naprawdę mogłam na to poradzić? Przejmowałam się wszystkim, co w jakimkolwiek stopniu miało związek z moimi bliskimi, i chociaż wiedziałam, że w wielu kwestiach niepotrzebnie się zadręczam, nie potrafiłam ot tak przestać.
– Zastanowię się – mruknęłam, a Gabriel uśmiechnął się blado.
– Mam skoczyć po kluczyki?
Jęknęłam, wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym geście. Żartował sobie ze mnie? Jeśli tak, to zdecydowanie niczego nie ułatwiało, nawet jeśli z jego perspektywy sprawa z pewnością była bardzo prosta. Ten chłopak z całkowitą beztroską podchodził do kwestii Volturi, więc czego innego tak naprawdę mogłam się po nim spodziewać.
– Słowem się nie odezwę, jeśli Charlie spróbuję cię zastrzelić – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, chociaż prawda była taka, że nie potrafiłam być dla niego zła.
Drugą kwestią było to, że zdecydowanie bardziej preferowałam to, by zająć czymkolwiek męża, jeśli tylko w ten sposób nabrałabym pewności, że nie zrobi niczego głupiego w związku z Isabeau. Gdyby przynajmniej chodziło o szukanie siostry, to byłabym w stanie jeszcze znieść, choć bez gotowego planu, podążanie za Beau mogło okazać się co najwyżej stratą czasu. Inaczej sprawy się miały, jeśli chodziło o Claudię, której Gabriel z takim przekonaniem życzył śmierci. Nie znałam nikogo bardziej zapatrzonego w swoje siostry i gotowego dopaść każdego, kto skrzywdziłby przynajmniej jedną z nich, a to bez wątpienia o czymś świadczyło. Sama pragnęłam tego, by wampirzycę spotkało coś złego po wszystkim tym, co zrobiła mojej szwagierce, ale zgodnie z tym, co mówili Layla i Rufus, próba dopadnięcia stwórczyni króla była niczym prośba o szybką śmierć. Nie zamierzałam pozwolić Gabrielowi ryzykować, tym bardziej, że kobieta zdecydowanie nie była warta tego, by z jej powodu ryzykować życie. W Mieście Nocy sprawy miały się naprawdę nieciekawie, a skoro tak, ja zamierzałam zrobić wszystko, by chronić tych, którzy byli dla mnie najważniejsi.
Gabriel nic nie odpowiedział, ale w gruncie rzeczy nawet tego nie oczekiwałam. Raz jeszcze na niego spojrzałam, po czym jak gdyby nigdy nic odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę schodów, nieudolnie próbując sprawiać wrażenie urażonej. Zamierzałam zajrzeć do Joce, chociaż nie miałam pewności, czy dziewczyna w ogóle zechce się ze mną zobaczyć. Nie miałam nawet pojęcia, co takie powinnam jeszcze jej powiedzieć, by mieć choć cień szansy na odwiedzenie ją od pomysłu wzięcia udziału w Projekcie Beta, choć nade wszystko pragnęłam znaleźć jakieś inne rozwiązanie. Co prawda był jeszcze Rufus, którego mimo wszystko miałam w planach poprosić o pomoc, ale… No cóż, chyba podświadomie czułam, że będzie tak, jak zadecydowała Jocelyne – i że podejmowanie jakichkolwiek decyzji za jej plecami to najgorsze, co mogłabym postąpić.
Westchnęłam, nie mogąc się powstrzymać. Wszystko było nie tak, a ja czułam, że po raz kolejny tracę kontrolę nad sytuacją. Nie miałam wpływu na to, co działo się w Mieście Nocy albo pomiędzy Beau a Dimitrem, ale to nie wzbudzało we mnie aż takich emocji. Najgorsza była bezradność oraz świadomość tego, że najpewniej nie jestem w stanie pomóc własnemu dziecku, chociaż byłam gotowa zrobić wszystko, byleby przynajmniej spróbować to zrobić. Kończyły mi się pomysły i chociaż wiedziałam, że Joce darzyła mnie i Gabriela zaufaniem, wciąż dusiła w sobie coś, czego nie chciała wyjawić i czego mogliśmy się co najwyżej domyślać. Być może wspólny wyjazd do Forks był dobrą formą odskoczni od tego wszystkiego, niezależnie od sposobu w jaki rozwiązałabym problem z Charliem, ale to wciąż nie było rozwiązanie, a prędzej czy później problemy znowu miały dojść do głosu. W przeszłości doświadczałam tego wielokrotnie, więc już dawno przestałam wierzyć w cuda, wręcz wątpiąc w to, by ten mógł nastąpić.
Czegokolwiek bym nie zrobiła, w kwestii zdrowia mojej córki trwałam w impasie – i właśnie ta świadomość była w tym wszystkim najgorsza.
Elena
Czuła na sobie przenikliwe spojrzenie Rafaela, ale była już do tego przyzwyczajona. Często patrzył na nią w ten sposób, czasami złośliwie komentując te jej zachowania, które stanowiły dla niego niejasną, trudną do zrozumienia kwestię. Czasami czuła się tak, jakby miała do czynienia z dzieckiem, przynajmniej pod względem emocjonalnym, bo demon był o wiele bardziej doświadczony od niej. Próbowała to znosić, tym bardziej, że kiedy akurat nie znęcał się nad nią podczas treningów, próbując nauczyć walki wręcz, okazywał przynajmniej względną cierpliwość. Innymi słowy, bywał milszy, chociaż nie miała pojęcia, czy w ich przypadku to w ogóle miało rację bytu – i to zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że oboje mieli równie trudne charaktery.
Westchnęła, po czym wsparła wolną rękę na biodrze, w drugiej wciąż trzymając niepozorny przedmiot, który wzbudził tak wiele emocji. Była coraz bardziej zniecierpliwiona, tym bardziej, że Rafa sprawiał wrażenie kogoś, kto nie ma pojęcia, czego się od niego oczekiwało, chociaż wyjaśniła mu to w wystarczająco jasny, obrazowy sposób.
– Weź to w końcu, okej? – powiedziała w końcu, potrząsając z niedowierzaniem głowa. – Specjalnie dla ciebie wyrwałam się ze szkoły, kiedy tylko przyszło mi to do głowy. Zaraz mam trening na który pewnie i tak się spóźnię, więc gdybyś był taki dobry i przestał spoglądać na mnie w ten sposób…
– To znaczy w jaki? – przerwał jej.
Wydęła usta.
– Jakbym mówiła do ciebie w innym języku – obruszyła się. – Ja wiem, że część twoich doświadczeń woła o pomstę do nieba, zwłaszcza jeśli chodzi o te… najbardziej przyjemne – podjęła, a kąciki jej ust drgnęły, nieznacznie unosząc się ku górze – ale telefon komórkowy musiałeś widzieć.
– Znowu zaczynasz być bezczelna – zarzucił jej gniewnym tonem, jednak słyszała podobne uwagi tak często, że już przestały robić na niej wrażenia. Oczywiście, wciąż na swój sposób obawiała się Rafaela, aż nazbyt świadoma tego, co mógłby zdziałać, gdyby stracił cierpliwość, ale… Cóż, przez większość czasu znała granice – a jak długo ich nie przekraczała, tak długo mogła pozwalać sobie dosłownie na wszystko. – Wiem co to telefon.
– Och, no to świetnie – stwierdziła Elena, wywracając oczami. – Na pewno wiesz. W końcu gdyby było inaczej, nie spoglądał byś na mnie tak, jakbym wyrwała się z buszu – rzuciła, nie szczędząc sobie ironii.
Igrała z ogniem i to było oczywiste, ale nie potrafiła się tym należycie przejąć. Wiedziała, że w jego obecności pozwala sobie na coraz więcej, chyba zaczynając oswajać się z myślą o tym, że nie będzie w stanie jej skrzywdzić. Czasami wciąż nie miała pojęcia na czym stała i czego powinna spodziewać się po tym demonie, ale wiedziała, że jest inaczej niż do tej pory. Rafael wciąż miał momenty, w których próbował buntować się przed ludzkimi uczuciami, to jednak zdarzało się coraz rzadziej, a może to ona nie chciała tego zauważać. Wciąż ukrywał przed nią słabości i to wychodziło mu doskonale, co bynajmniej nie wydało się jej niczym dziwnym. Zawsze był dobrym aktorem, poza tym gardził słabością, ale… to wciąż nie zmieniało faktu, że teraz łatwiej go znosiła – przynajmniej przez większość czasu.
– Spoglądam na ciebie, bo wyglądasz w dość… nietypowy sposób – wyjaśnił jej zniecierpliwionym tonem, a Elena zesztywniała.
Nerwowo przygładziła dół plisowanej spódniczki, którą miała na sobie. Nie skłamała, kiedy powiedziała mu, że decyzję o wcześniejszym przyjeździe podjęła zaledwie w przypływie chwili, siedząc na jednej z nudniejszych lekcji. Sama nie była pewna, dlaczego wcześniej nie wpadła na to, by wykorzystać dobrodziejstwa nauki i obdarować Rafaela telefonem, ale to było najmniej istotne. Ważne, że już przy pierwszej okazji zerwała się z zajęć, by zajrzeć do sklepu i nabyć komórkę, chcą jak najszybciej wcielić swój zamysł w życie. Sama nie widziała w tym nic dziwnego, zresztą jak i w tym, że na sobie miała gotowy strój cheerleaderki w barwach szkolnej drużyny. Już i tak miała mało czasu na powrót, wiec dodatkowe skracanie go, by móc się przerwać, zdecydowanie nie wchodziło w grę, tym bardziej, że temperatura powietrza nie robiła na niej aż takiego wrażenia, jak na zwykłych śmiertelnikach.
No cóż, Rafael najwyraźniej sądził inaczej, a przynajmniej to sugerowało jego spojrzenie. Nagle poczuła się naprawdę niezręcznie, uświadamiając sobie, że z uwagą wodził wzrokiem po jej odsłoniętym brzuchu, ramionach i udach, dobrze wyeksponowanych dzięki krótkiemu, odsłaniającemu dość znaczą część jej ciała strojowi. Kiedy tańczyła, strój nigdy nie robił na niej wrażenia, z kolei zainteresowanie płci przeciwnej było czymś aż nadto pożądanym, ale tym razem…
Chciała coś powiedzieć, ale Rafael nie dał jej po temu okazji. Sama nie była pewna kiedy i dlaczego zmaterializował się przy niej, niecierpliwym ruchem wyjmując jej z ręki telefon. Jego błękitne oczy z uwagą zmierzyły całą jej sylwetkę, a dłonie jak na zawołanie spoczęły na jej ramionach, kiedy chwycił ją w taki sposób, by nie mogła się cofnąć. Coś w jego spojrzeniu dosłownie paraliżowało, przyprawiając o zawroty głowy, chociaż przebywając z tą diabelską istotą Elena zdążyła przyzwyczaić się zarówno do tego zapachu, jak i wyjątkowej urody.
Ta… Chciałoby się.
– Wybierasz się na trening? – powtórzył ze stoickim spokojem, a dziewczyna wymownie wywróciła oczami.
– Tak. Nie jesteś jedyny, jak widzisz – mruknęła i prychnęła cicho. – Tańczę, skoro już musisz wiedzieć. To żaden wyczyn, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ty, ale…
– Nieważne – zniecierpliwił się. – Nie mój problem, co takiego robisz, jeśli nie jesteś ze mną… O ile oczywiście nie zamierzasz wpakować się w kłopoty – dodał, a Elena po jego tonie poznała, że podejrzewał najgorsze nawet w chwili, kiedy nie roiła absolutnie nic głupiego. – Powiedz mi tylko… Chyba nie zamierzasz iść w tym? – zapytał nagle, zaciskając palce na krawędzi jej króciutkiej bluzeczki i próbując naciągnąć ją tak, żeby zasłonić brzuch.
Uniosła brwi, co najmniej zaskoczona jego pytaniem i tonem, którym je wypowiedział. Wciąż się jej przyglądał, a w jego ruchach i gestach było coś… niezwykle zaborczego, chociaż nie potrafiła jednoznacznie tego określić.
– Owszem, zamierzam – odpowiedziała mu zniecierpliwionym tonem. Chciała oswobodzić się z jego uścisku i cofnąć o krok, ale demon zdecydowanie nie zamierzał jej na to pozwolić. – O co ci…? – zaczęła, a potem gwałtownie urwała, coś sobie uświadamiając.
Zrozumienie pojawiło się nagle, chociaż wydawało się czymś niedorzecznym – z tym, że mogłaby przysiąc, że odczucia Rafaela były dokładnie takie.
Tym, co dostrzegła w jego jasnoniebieskich oczach, była zazdrość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa