30.04.2016

Sto osiemdziesiąt trzy

Aldero
Cierpliwość nigdy nie była jego mocną stroną. Tak było i tym razem, a kolejne minuty, które spędzał na tym, by raz po raz spoglądać w stronę schodów, jedynie utwierdzały go w przekonaniu, że w niektórych stwierdzeniach było bardzo dużo prawdy: czekanie na kobiety faktycznie stanowiło inną definicję wieczności. Kiedy do tego wszystkiego jedną z nich była Elena, spokojnie można było założyć, że się spóźnią. Nie żeby kiedykolwiek jakoś wybitnie dbał o to, żeby być na czas, niektóre uroczystości zresztą wręcz wymagały tego, żeby z klasą przyjść po czasie, ale gdy w grę wchodziło nerwowe stanie w miejscu i nierobienie niczego sensownego, wtedy zniecierpliwienie naprawdę jawiło mu się jako coś w pełni uzasadnionego.
– Cóż… – rzucił jakby od niechcenia Cammy, a Al wymownie wywrócił oczami, jakby od niechcenia przenosząc wzrok na brata.
– Ta, wiem – przyznał, po czym wzruszył ramionami. – Nie no, spokojnie. Mamy czas… Shannon mnie zabije, pójdziemy na samo zakończenie i w ogóle będzie cudownie – dodał z przekąsem.
Z drugiej strony, być może nie było aż tak źle, tym bardziej, że jednak jechała z nimi Claire. Już wcześniej próbował nakłonić dziewczynę do tego, by im towarzyszyła, chociaż naturalnie bezskutecznie. Nie miał pojęcia, dlaczego sam nie wpadł na to, żeby nasłać na kuzynkę Issie, ale – jak to się mówił – „lepiej późno niż wcale”, zresztą liczył się efekt. Co prawda to nadal nie gwarantowało niczego, bo nie sądził, żeby pół-wampirzyca zechciała towarzyszyć Shanny podczas jakiegokolwiek występu, to jednak zdecydował się pozostawić samej zainteresowanej. Wiedział jedynie, że Shannon nie pałała entuzjazmem na myśl o jakimkolwiek występie, w ostatnim czasie unikając wykorzystywania swojego głosu i to nawet podczas prób. Myślał, że ją zabije, kiedy zaczęła nalegać na całkowitą zmianę brzmienia, przy każdej możliwej okazji usiłując obniżyć brzmienie, a czasem bez konkretnego powodu urywając w trakcie śpiewu, kiedy mniej lub bardziej świadomie wchodziła na zbyt wysokie rejestry. To jedynie utwierdziło go w przekonaniu, że coś jest na rzeczy, chociaż wciąż musiał powstrzymywać się przed rozpoczęciem jakiejkolwiek konkretnej rozmowy – i to zarówno przez wzgląd na argumenty Claire, jak i samą Shannon, która wyraźnie irytowała się za każdym razem, kiedy w nawet pośredni sposób którekolwiek z nich nawiązywało do niecodziennych zdarzeń, które miały miejsce z jej udziałem.
W zamyśleniu rozejrzał się dookoła, obserwując zebrane towarzystwo. Wyczuł zmianę w zachowaniu Cullenów, co jak nic miało związek z obecnością człowieka pod ich dachem, tym bardziej, że żadne z nich nie przygotowało się na pojawienie się Marissy. Inaczej sprawy miały się z Laylą, która wręcz promieniała, ignorując uwagi Rufusa, który wyraźnie nie był chętny tak po prostu puścić gdzieś córki. Cóż, jakimś pocieszeniem było to, że miał im towarzyszyć Damien, którego nawet naukowiec musiał uznać za rozsądnego, Aldero jednak obawiał się, że jak przyjdzie co do czego, cała odpowiedzialność i tak miała spaść na niego. Nie miał pojęcia czy go to cieszyło, czy też nie, ale starał się o tym nie myśleć, nie potrafiąc wyobrazić sobie tego, że cokolwiek mogłoby pójść źle podczas zwykłej imprezy. Każde z nich miało mieć problem nawet problem z tym, żeby się upić, alkohol zresztą nigdy nie jawił mu się jako szczególnie interesujący element jakiegokolwiek spotkania. Był wampirem, więc nawet krew wzbudzała w nim większe emocje, zresztą jako jedyny potrafił prowadzić, a to jednak do czegoś zobowiązywało.
Rufus musiał wyczuć, że ktokolwiek mu się przypatrywał, bo jego spojrzenie z miejsca przeniosło się na Aldero. Wujek wymownie uniósł brwi, uważnie mierząc go wzrokiem i przez moment najwyraźniej zapominając o Claire na rzecz rozważania tego, czy powinien się śmiać, czy może wręcz przeciwnie.
– Co ty właściwie odwalasz? – zapytał z powątpiewaniem, jak nic mając na myśli czarno-czerwoną pelerynę, która – zdaniem Al'a – była w równym stopniu elegancka, co i odrobinę zabawna. Taki zresztą był zamysł, chociaż nie sądził, by unikający jakichkolwiek nowocześniejszych zwyczajów Rufus był w stanie to zrozumieć.
– Robi za Draculę – wtrącił pogodnym tonem Cammy. – Bram Stoker i tak dalej… – dodał, chociaż dyskutowanie o literaturze z tym wampirem było jak prośba o zostanie wyśmianym.
– Wiem, kto napisał „Draculę” – obruszył się Rufus. – Bardziej zadziwia mnie to, że którykolwiek z was mógłby mieć w rękach jakąkolwiek powieść – stwierdził, wymownie wywracając oczami.
– Jaką tam książkę. – Aldero zaśmiał się nerwowo. – Nie wiem, co wyjątkowego jest w treści, ale ekranizacja była całkiem znośna.
Wujek przez moment wyglądał na chętnego to skomentować, ale ostatecznie rozmyślił się, w zamian jedynie z niedowierzaniem potrząsając głową. Al udał, że tego nie dostrzega, po raz kolejny przenosząc spojrzenie na schody i poważnie zaczynając zastanawiać się nad tym, czy dziewczyny miałyby wielką chęć na to, żeby go zlinczować, gdyby bezceremonialnie wpadł do sypialni Eleny. Co prawda zakładał, że wszystkie miały na sobie coś więcej prócz bielizny, ale z doświadczenia wiedział, że płeć piękna nienawidziła zostać zaskakiwaną podczas przygotowań, kiedy to – ich zdaniem – wyglądała nie dość dobrze. Chyba nigdy nie miał być w stanie tego zrozumieć, zwłaszcza w przypadku Eleny, która zawsze i wszędzie prezentowała się jak ktoś, kto dopiero co zszedł z wybiegu jakiegoś drogiego projektanta. Nie potrafił wyobrazić sobie, by jakakolwiek kobieta mogła dorównać jej urodą, chociaż przez całe lata nieśmiertelnego życia widział dość dziewcząt – i to zarówno ludzkich, jak i nie. Cullenówna miała w sobie coś wyjątkowego, z czego zresztą zdawała sobie sprawę i co niezmiennie sprawiało, że mężczyźni wokół niej szaleli, traktując dziewczynę niczym ósmy cud świata. On sam tracił przy niej głowę, choć przynajmniej w teorii powinien uodpornić się na jej wdzięki, skoro znał ją od chwili, w której się urodziła.
Przestał o tym myśleć, kiedy doszły go przyśpieszone kroki, a chwilę później na piętrze pojawiła się Issie. Tym razem nie uginała się pod ciężarem sportowej torby, najpewniej zostawiwszy ją w pokoju Eleny, dzięki czemu mogła cieszyć się o wiele większą swobodą ruchów. Uśmiechała się od ucha do ucha, co przy bladości jej cery i nietypowym kostiumie wydało mu się nieco przerażające, tym bardziej, że niezmiennie kojarzyła mu się ze zjawą. Wolał nawet nie zastanawiać się nad tym, jaki był faktyczny zamiar Marissy, tym bardziej, że przez czas, który jednak zdarzało mu się spędzić w szkole, zdążył zauważyć, że dziewczyna była trochę szalona. Claire najwyraźniej miała wyjątkowe zdolności przyciągania do siebie osób o dość nietypowym charakterze, choć nie mógł zaprzeczyć, że ktoś tak energetyczny bez wątpienia miał się jego kuzynce przydać.
– Przyszłaś po to, żeby powiedzieć, że dzisiaj jednak nigdzie nie jedziemy, a wy zawczasu przygotowujecie się na imprezę za rok? – rzucił zaczepnym tonem.
Dziewczyna jedynie prychnęła, po czym – a jakże! – uśmiechnęła się jeszcze bardziej olśniewająco.
– Elena kończy się malować i zaraz przyjdzie. Szykuj się na mały sabat w aucie, Aldero – oznajmiła, a on wymownie uniósł brwi ku górze.
– Szczerze powiedziawszy, zaczynam się bać i to zwłaszcza ciebie, Issie – stwierdził zgodnie z prawdą.
Miała mu odpowiedzieć, być może planując w końcu wytłumaczyć to, jak powinien interpretować jej strój, nim jednak zdążyła się odezwać, tuż za nią w końcu pojawiła się Claire. Mógł przewidzieć, że nie było szansy, żeby to Elena pojawiła się wcześniej, najpewniej jak zwykle zamierzając zmusić wszystkich do tego, żeby na nią czekać. W normalnym wypadku mogłoby to go zirytować, jednak w tamtej chwili całą uwagę skupił na kuzynce, tym bardziej, że mało kiedy widział ją w takim wydaniu. Nigdy nie przeczył, że Claire była ładna, bez wątpienia jednak pozostawała nieśmiała, mając skłonności do próby zrobienia wszystkiego, byleby nie zwracać na siebie uwagi. W efekcie raptem kilka razy widział ją w sukience, czego nie rozumiał, bo w tak kobiecym wydaniu prezentowała się po prostu dobrze – zresztą tak jak i w czerni. Gdyby musiał ją opisać, powiedziałby, że stanowiła całkowite przeciwieństwo przypominającej ducha, rzucającej się w oczy Issie, dla odmiany subtelna, nieco tajemnicza i na swój sposób pociągająca, chociaż trudno było mu myśleć w ten sposób akurat o tej ze swoich kuzynek. Z Eleną nie byli spokrewnieni, przez co często patrzył na nią jak na każdą inną kobietę, która miała prawo podobać mu się w ten znaczący sposób, z Claire jednak sprawy miały się zupełnie inaczej.
Dziewczyna zawahała się, najwyraźniej wciąż czując się nieswojo. Tren czarnej sukni zafalował łagodnie, muskając podłogę i swoją długością sprawiając, że już i tak poruszająca się z lekkością nieśmiertelna wyglądała trochę tak, jakby unosiła się w powietrzu. Dopiero kiedy podeszła bliżej, a światło padło na jej strój pod innym kątem, dało się zauważyć, że czarny materiał w niektórych miejscach przetykany był czerwoną, połyskliwą nitką. Subtelne błyski skutecznie zwracały uwagę, w samej Claire zaś wydawało się być coś niezwykle tajemniczego, co wzbudzało ciekawość, ale jednocześnie nie prowokowało. Podejrzewał, że zwłaszcza dla jego kuzynki musiało być to istotne, skoro jej dotychczasowe doświadczenia z mężczyznami nie zaliczały się do szczególnie pozytywnych – delikatnie rzecz ujmując.
Ciemne włosy łagodnie opadały jej na ramiona i plecy, lekko podkręcone przy końcach, co jak nic musiało być zasługą Eleny albo Issie. Poruszała się niepewnie i zaczął się zastanawiać, czy któraś z dziewczyn przypadkiem nie nakłoniła jej do założenia szpilek, tym bardziej, że wydała mu się o kilka centymetrów wyższa. Kiedy podeszła bliżej, przekonał się, że pomimo starannie zasłoniętych piersi i długich rękawów, sukienka odsłaniała znaczną część pleców. To z kolei znaczyło, że złożenie stanika zdecydowanie nie wchodziło w grę, co mogło wyjaśniać, dlaczego Claire wydawała mu się aż do tego stopnia zażenowana. No cóż, dla słodkiego stworzenia, które mało kiedy w ogóle chciało pokazać się gdzieś publicznie, konieczność ubrania czegoś bardziej zwracającego uwagę, bez wątpienia musiała być przeżyciem wzbudzającym dość skrajne emocje.
– Jakaś ty śliczna! – zawyrokowała wyraźnie zachwycona Layla, a Aldero doszedł do wniosku, że nawet nie zdziwiłby się, gdyby wampirzyca pobiegła po aparat, by w niecały kwadrans być w stanie uzbierać materiał na cały album.
Na ustach Claire z wolna pojawił się blady, wyraźnie zawstydzony uśmiech. Jakie to słodkie, pomyślał z odrobiną przekąsu Aldero, czasami nie pojmując tego, jak zwykle delikatna i zagubiona wydawała się ta dziewczyna. Co prawda to nie było aż tak rażące jak początkowo, kiedy sam nie miał pewności, jak z nią rozmawiać, żeby było dobrze, ale czasami i tak wprawiała go w konsternację. Tak było i tym razem, więc koniec końców zdecydował się na milczenie oraz bezmyślne wpatrywanie się w pół-wampirzycę, w miarę jak niecierpliwie czkał na pojawienie się Eleny i…
Kiedy w końcu w zasięgu jego wzroku pojawiła się Cullenówna, po prostu zamarł, tępym wzrokiem wpatrując się w najcudowniejszą istotę, jaką kiedykolwiek miał okazję widzieć. Elena miała w sobie coś, co niezmiennie go zachwycało, sprawiając, że nie był w stanie oderwać od niej wzroku nawet na chwile. Kolejne sekundy mijały, a jego uwagę wciąż zaprzątała ona, tak idealna, jasnowłosa i po prostu piękna, chociaż już dawno powinien był przyzwyczaić się do myśli o tym, że mieszka pod jednym dachem z prawdziwą uwodzicielką. Obserwując ją w tamtej chwili, nie po raz pierwszy miał wielką ochotę podejść bliżej, wciąż dziewczynę w ramiona, a potem najzwyczajniej w świecie pocałować – o wiele bardziej namiętnie i zdecydowanie niż ostatnim razem, kiedy poniosły go emocje. Gdyby się postarał, tym razem mogłoby być inaczej; sama możliwość tego, żeby zbliżyć się do Eleny i zaproponować jej wspólne wyjście, chociażby ma tę imprezę, napawała go entuzjazmem, choć jednocześnie miał wątpliwości co do tego, czy blondynka zareagowałaby w sposób, którego mógłby oczekiwać. W ostatnim czasie ich relacje pozostawiały wiele do życzenia, być może właśnie przez ten pocałunek, a może z innego powodu, tym bardziej, że Cullenówna wciąż miała w zwyczaju znikać – nie na tak długo, jak do tej pory, jednak ta kwestia nadal nie dawała mu spokoju.
Co się z nią działo? Wciąż zdawał sobie to pytanie, czasami mając ochotę zaryzykować i po prostu za nią pójść, tak jak tamtego dnia, kiedy znalazł ją w lesie. Wtedy pozwolił na to, żeby go wyczuła, próbując zachowywać się fair, ale jeśli wziąć pod uwagę go, że czasem cel uświęcał środki… A on nade wszystko pragnął zrozumieć, co takiego było źle pomiędzy nim a dziewczyną, którą przez tyle czasu traktował niemalże jak przyjaciółkę albo siostrę. W takim wypadku mógł chyba stwierdzić, że był za nią odpowiedzialny, co z kolei oznaczało, że miał wręcz obowiązek zrozumieć, co zajmowało Elenie aż tyle czasu, więc…
– No, już – usłyszał i głos kuzynki skutecznie sprowadził go na ziemię. – Zadowolony, Aldero? – rzuciła zaczepnie, jednak był zbyt przejęty, by zastanawiać się nad tym, czy próbowała go sprowokować.
Jedynie potrząsnął z niedowierzaniem głową, sam niepewny tego, co powinien jej powiedzieć, żeby zabrzmiało sensownie. Wiedział jedynie, że krwistoczerwona sukienka, którą miała na sobie, idealnie pasowała do jej smukłego ciała. Zdecydowany dekolt oraz prześwitujące wstawki, które odsłaniały między innymi krągłe biodra Eleny, dawały cudowny efekt, przynajmniej z jego perspektywy. Wyglądała odważnie i pięknie, jak zwykle mając okazać się królową imprezy – tego jednego był pewny, tym bardziej, że aż nazbyt dobrze znal swoją kuzynkę. Uwielbiała błyszczeć, a tej nocy bez wątpienia była na dobrej drodze do tego, żeby stać się niebezpieczną uwodzicielką, jak nic mając w planach łamać kolejne męskie serca i owijać sobie nic nieświadomych śmiertelników wokół palca. Co więcej, chyba miała również jego, chociaż…
– Co Issie miała na myśli, kiedy mówiła o sabacie? – zapytał, wyrzucając z siebie pierwsze słowa, które przyszły mi do głowy.
Dziewczyna ściągnęła brwi, po czym rzuciła mu nieco skonsternowane spojrzenie. Nieznacznie wzruszyła ramionami, jakby od niechcenia odrzucając jasne loki na plecy i raz po raz nerwowo poprawiając czerwony materiał, choć przecież już i tak prezentowała się znakomicie.
– Udajemy czarownice, nie widać? – obruszyła się. – Zamierzam czarować każdego, kogo się da – dodała i uśmiechnęła się olśniewająco.
– Cholera – wyrwało mu się. – A już miałem nadzieję na to, że znalazłem swoją Lucy.
– Masz mnie za idiotkę, która pozwoli wyssać się do cna, a wcześniej bezsensownie obwiesić czosnkiem? – rzuciła urażonym tonem.
Miał jej odpowiedzieć, ale nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. To zresztą okazało się zbędne, bo powstrzymało go ciche prychnięcie Rufusa.
– No, proszę… Kolejna fanka ekranizacji? – zapytał z powątpiewaniem, choć na moment odrywając wzrok od córki, by móc obrzucić wyraźnie niechętnym spojrzeniem Eleny.
– To coś złego? – Lekko zmrużyła oczy. – Nieważne. I tak nie nadaję się do tego, żeby być jakąś Lucy.
– Na pewno. Twój strój sugeruje coś zupełnie innego i wcale nie powiedziałbym, że to czarownica… – Rufus urwał, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że kończenie myśli jest zbędne. Nigdy nie przepadał za dziewczyną, zresztą ze wzajemnością, bo w odpowiedzi na jego słowa Elena nawet się nie skrzywiła. – Nieważne. Gwiazdeczka potrzebuj obstawy, prawda? – dodał jakby od niechcenia.
Dziewczyna uśmiechnęła się słodko.
– Ja tego nie powiedziałam. – Odrzuciła jasne włosy na plecy, po czym z wolna ruszyła przed siebie, dla lepszego efektu poruszając biodrami. – Idziemy?
– Jesteś pewna, że nie powinniśmy zaczekać jeszcze godziny? – mruknął Aldero, po czym pośpiesznie uniósł obie dłonie ku górze, kiedy kuzynka spojrzała na niego w niemalże gniewny sposób. – Okej, okej… Tak tylko sobie żartuje – zapewnił pośpiesznie.
Poczuł ulgę, kiedy w końcu znaleźli się w garażu. Obecność Issie i Claire znacznie komplikowała pierwotny plan, według którego mieli zmieścić się razem do jego samochodu, przynajmniej do chwili, w której Marissa nie wspomniała o tym, że przyjechała autem. Ostatecznie stanęło na tym, że miał zabrać zawieźć dziewczyny, pozostawiając Cameronowi i Damienowi wolną rękę, chociaż wciąż nie miał pewności, czy to dobry pomysł. Przebywanie z kobietami na tak małej powierzchni, kiedy w grę wchodziła cała mieszanka hormonów, nigdy nie było dobre, a przynajmniej zakładał, że efekt mógłby być… interesujący, ostatecznie jednak zmusił się do tego, żeby myśleć pozytywnie. Kiedy na dodatek Elena zajęła miejsce z przodu, przypadkowo ocierając się o jego ramię, doszedł do wniosku, że dzień zapowiadał się wyjątkowo dobrze.
Spodziewał się wielu rzeczy, zwłaszcza po Issie, która wydawała się być osobą niezdolną do usiedzenia w milczeniu, więc nawet w najmniejszym stopniu nie zdziwiło go to, że to właśnie ona jako pierwsza zdecydowała się przerwać panującą ciszę:
– Wspominałam o tym, że ostatnio uczyłam się wróżyć z ręki? – wypaliła bez chwili wahania i jakiegokolwiek wcześniejszego wprowadzenia. – Chiromancja. Moja ciocia pokazała mi ostatnio to i owo… I chyba się sprawdza, a przynajmniej mam nadzieję, że w moim przypadku tak będzie – oświadczyła, a Aldero uśmiechnął się pod nosem.
– Wywróżyła ci spotkanie z przystojnym brunetem? – rzucił pobłażliwym tonem.
W lusterku wyraźnie zauważył, że Marissa wydęła usta, urażona.
– Ha, ha. – Energicznie potrząsnęła głową. – Nie. Powiedziała mi, że jestem artystyczną duszą i wciąż czekam na swoją miłość, a ta pojawi się niedługo. Kto wie, może to dzisiaj, bo w końcu Halloween jest magiczne, a ja właśnie zostałam czarownicą – dodała i zaśmiała się melodyjnie. – Och, właśnie! Claire, daj rękę – nie tyle poprosiła, co wręcz zażądała, naglącym ruchem wyciągając dłoń w stronę przyjaciółki.
Al zauważył, że kuzynka w pierwszym odruchu wzniosła oczy ku górze, najpewniej równie sceptyczna, ostatecznie jednak pozwoliła na to, by Issie chwyciła ją za dłoń. Mała Wróżka lekko zmrużyła oczy, po czym wbiła wzrok w wewnętrzną część, wydając się wypatrywać czegoś, co tylko i wyłącznie dla niej było oczywiste. Na ustach Marissy wciąż błąkał się uśmiech, po chwili zaś jej entuzjazm stał się jeszcze bardziej wyraźny, jakby zobaczyła coś, co wyjątkowo przypadło jej do gustu.
Widzę ciemny tunel… I kogoś, kto zmierza do ciebie. To chyba wilk, ale chwila… O, tak, dopada go wściekły wujek Rufus i tyle z tej waszej pięknej miłości, pomyślał i ledwo powstrzymał się przed nerwowym śmiechem. Cóż, chyba mniej więcej tak wyglądały wszystkie te tanie tekst wróżek.
– Masz… nietypową linię miłości, wiesz? – odezwała się w końcu Marissa. – Początkowo cieniutką, prawie niewidoczną, ale… Chociaż to wygląda tak, jakbyś zawsze była kochana, chociaż sama mogłaś tego nie dostrzegać – poprawiła się ze słodkim uśmiechem. – Później jest grubsza i bardziej zdecydowana. To tak, jakbyś dopiero miała rozkwitnąć, chociaż z miłością może być… bardzo burzliwie – przyznała, a Claire wysiliła się na uśmiech.
– Hm…
– Też chcę! – wtrąciła Elena, odwracając się w taki sposób, by móc spojrzeć na obie dziewczyny pomiędzy przestrzeń między fotelami.
Issie rozpromieniła się, a Aldero westchnął, chyba nigdy nie mając być w stanie zrozumieć tego, co tak bardzo ekscytowało wszystkie dziewczyny w możliwości zabawy wróżbami i co tam jeszcze było możliwe.
– To chyba oczywiste. Ciebie wszyscy kochają, Ell – dodał, specjalnie używając skrótu, który z takim uporem stosował Briana, chociaż dziewczynę doprowadzał to do szaleństwa.
– Dzięki, Al – obruszyła się, po czym bez chwili wahania podała Issie rękę. – Naprawdę zadziwia mnie to, jak bardzo…
– O Boże!
Elena natychmiast zamilkła, wyraźnie zaniepokojona reakcją swojej wróżki. Wbiła wzrok w Marissę, podczas gdy ta zaczęła energicznie potrząsać głową, nagle dziwnie blada i niespokojna.
– No co? – zaryzykowała Elena, a Aldero odniósł wrażenie, że wyraźnie się spięła. – Coś jest nie tak z moim życiem uczuciowym, czy…?
– Nawet tego nie sprawdzałam. Wybacz, bo pewnie coś pomyliłam, ale… – Issie urwała, po czym potrząsnęła głową. – Twoja linia życia jest tak krótka…
Z jakiegoś powodu resztę drogi pokonali w całkowitej ciszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa