29.04.2016

Sto osiemdziesiąt dwa

Claire
Wpatrywała się w Issie, nie kryjąc oszołomienia. Wodziła po dziewczynie wzrokiem, co najmniej zaskoczona tym, jak wielka zmiana zaszła w wyglądzie blondynki, począwszy od fryzury, przez makijaż i na stroju kończąc. Wiedziała, że Marissa miała mnóstwo nietypowych, często fantazyjnych pomysłów, a przynajmniej tyle wynikało z tych wszystkich rozmów, które miały okazję przeprowadzić. W zasadzie lepszym stwierdzeniem byłby chyba monolog, bo Issie lubiła mówić tak dużo i bez przerwy, że Claire mało kiedy decydowała się jej przerwać. W ostatnim czasie naturalnie głównym tematem było Halloween, impreza i to, jak dziewczyna zamierzała się przebrać, jednak miała tak wiele różnych pomysłów, że przejęta Sethem pół-wampirzyca w którymś momencie przestała zwracać uwagi na to, co Marissa tak naprawdę mówiła.
Jakkolwiek by nie było, najwyraźniej w końcu udało jej się zdecydować. Co więcej, efekt był porażający, chociaż Claire w żaden sposób nie potrafiła określić tego, cóż to za niezwykłe stworzenie miała przed sobą. Powiedzieć, że Issie była po prostu blada, stanowiłoby niedopowiedzenie stulecia. Dziewczyna wyglądała tak, jakby ktoś sypnął jej w twarz całym workiem mąki, która przy okazji pokrywał jej długie, płowe włosy, bo te na pierwszy rzut oka wydawały się niemalże srebrzyste. Dopiero kiedy przyjrzała się dokładniej, zauważyła kilka zielonych i fioletowych pasemek, kolory zresztą wpasowały się również w wyjątkowo fantazyjny makijaż. Zwłaszcza sine usta wyglądały niepokojąco i to pomimo świadomości tego, że ich kolor musiał być zasługą szminki. Długie loki starannie natapirowano, co samo w sobie prezentowało się… interesująco, tak jak i biała sukienka, którą miała na sobie.
O bogini, pomyślała w oszołomieniu, ale nie zdecydowała się na to, by odezwać się chociaż słowem, zdolna co najwyżej patrzeć i gorączkowo zastanawiać nad tym, czy efekt bardziej ją fascynował, czy może wzbudzał niepokój. Jedynym, co nie pasowało do wizerunku Marissy, była sportowa, wypchana torba, którą dziewczyna przerzuciła przez ramię i dosłownie uginała się pod jej ciężarem. Nawet to nie było w stanie powstrzymać jej przed nerwowym podrygiwaniem, kiedy z wyraźnym zniecierpliwieniem zaczęła wpatrywać się w Claire, wydając się czekać na coś, czego ta mogła się co najwyżej domyślać.
– Hm… Cześć, Issi – rzucił uprzejmym tonem Damien, ale i po wyrazie jego twarzy widać było, że widok dziewczyny go oszołomił.
– Tak, tak. – Marissa niecierpliwie machnęła ręką, wyraźnie nie mając cierpliwości do tego, żeby się witać. – Mamy dwie godziny. Dwie – powtórzyła z naciskiem. – Zdajesz sobie sprawę z tego, co to oznacza?
Claire jedynie pokręciła głową.
– To, że na pewno zdążysz, jeśli Aldero cię zawiezie? – zaryzykowała, próbując nadążyć za tokiem rozumowania Issie.
Sama zainteresowana jedynie wydęła usta, najwyraźniej sądząc, że to wyjątkowo marny żart. Obserwując ją i słuchając kolejnych pretensji, Claire powoli zaczynała domyślać się tego, czego mogła spodziewać się po swojej ludzkiej towarzyszce, to jednak zdecydowanie nie przypadło jej do gustu. Och, nie – zdecydowanie nie zamierzała nigdzie wychodzić, a już zwłaszcza na imprezę dzisiejszego wieczora. Wydawało jej się, że to dość oczywiste, jednak kiedy głębiej się nad tym zastanowiła, doszła do wniosku, że popełniła błąd, nie stawiając sprawy jasno podczas licznych rozmów z rozentuzjazmowaną, rozrywkową Marissą.
– O ile zamierza zawieźć nas obie, wtedy może nie będzie tak źle. – Issie wsparła dłonie na biodrach. – Nie po to biegałam za Brianem, wypytując o adres, żeby teraz pojechać do Jessiki w pojedynkę. Swoją drogą, już dawno chciałam zajrzeć – dodała i chociaż nadal wydawała się rozdrażniona, na jej ustach pojawił się jeden z tych niezwykle uroczych, pozytywnych uśmiechów.
– Marissa…
Urwała, sama niepewna tego, jak powinna uświadomić dziewczynę, że głośna muzyka i ścisk zdecydowanie nie były szczytem jej możliwości. Tego akurat miała okazję doświadczyć, czy to podczas ślubu sprzed kilku lat, czy też uroczystości, które dość regularnie organizowali Isabeau i Dimitr, więc z całym przekonaniem była gotowa stwierdzić, że również pod tym względem była podobna do ojca – wolała trzymać się z daleka i przeczekać zamieszanie, zdecydowanie nie czując się dobrze w miejscu, gdzie tak niewiele trzeba było, żeby znaleźć się w centrum zainteresowania. Co prawda podejrzewała, że dla Issie taki stan rzeczy mógłby być czymś niewyobrażalnym, wręcz nie do przyjęcia, ale wciąż łudziła się, w duchu modląc o to, żeby znaleźć sensowną wymówkę.
Wciąż gorączkowo myślała nad tym, co zrobić, kiedy od strony schodów doszły ją kroki. To mamę zauważyła jako pierwszą, tym bardziej, że oczy Layli zabłysły na widok Marissy. Wampirzyca natychmiast podeszła bliżej, uważnie mierząc dziewczynę wzrokiem.
– Jaki śliczny kostium! – wyrwało jej się; zawsze była bezpośrednia, Claire zresztą miała wrażenie, że te dwie z łatwością byłyby w stanie się porozumieć. Zaraz po tym na twarzy kobiety pojawiła się konsternacja, kiedy ta uprzytomniła sobie, że ma przed sobą kogoś dotychczas jej nieznanego. – Jestem Layla – zreflektowała się, energicznie machając ręką na powitanie.
– To jest Issie – wtrąciła Claire.
Marissa uśmiechnęła się olśniewająco.
– Dziękuję bardzo. – Lekko zmarszczyła brwi, po czym obrzuciła obie nieśmiertelne zaciekawionym spojrzeniem. – Jesteście spokrewnione? – zapytała wprost, wyraźnie zaintrygowana.
– Jak to siostry – wymyśliła na poczekaniu Layla, jak gdyby nigdy nic chwytając córkę za rękę. – Clairie nie wspominała?
– Claire ma najwyraźniej problemy z pamięcią, ale ja wspaniałomyślnie jej to wybaczam. Jeśli miałyście jakieś plany, to pardon, ale dzisiaj to ja ją porywam – oznajmiła wprost, najwyraźniej czując się w pełni swobodnie w domu pełnym wampirów, które – przynajmniej w teorii – powinny samą tylko obecnością wzbudzać niepokój w śmiertelnikach.
Otworzyła usta, zamierzając zaprotestować, ale powstrzymał ją promienny wyraz wyraźnie zadowolonej z tego, co słyszała, mamy.
– Koniecznie!
O, dziękuję. To mi nie pomaga…, pomyślała gorączkowo, ale najwyraźniej ani Layla, ani Marissa nie widziały powodu, dla którego miałby zapytać ją o zdanie. Cóż, to było do przewidzenia, ale i tak poczuła się rozdrażniona.
– Kto i gdzie znowu wychodzi? – usłyszała głos Rufusa i to wystarczyło, żeby momentalnie jej ulżyło. Skupiona na Layli, wcześniej nie zwróciła uwagi na to, że i wampir przystanął w pobliżu, dotychczas obserwując ich ze schodów. – W tym domu pojawia się zdecydowanie za dużo osób, ale… Claire? – dodał już bardziej do siebie, na tyle cicho, że niedysponująca wyostrzonymi zmysłami Marissa nie miała szansy na to, żeby go usłyszeć.
– Och, nim się nie przejmuj – rzuciła pogodnym tonem Layla. – Lubi narzekać – oznajmiła, a naukowiec prychnął, co najmniej urażony.
Issie najwyraźniej nie widziała powodów, by czymkolwiek się przejmować, bo energicznie skinęła głową i – kolejny raz popisując się wręcz porażającą impulsywnością – doskoczyła do Claire, jak gdyby nigdy nic zarzucając jej obie ręce na szyję. Dopiero w tamtej chwili dziewczyna zauważyła, że blondynka miała na sobie wyjątkowo wysokie koturny, co dodawało jej kilka znaczących centymetrów, zapewniając pełną swobodę ruchów. Entuzjazm aż do niej bił, choć to wydawało się rażącym niedopowiedzeniem, bo emocji Marissy zdecydowanie nie dało się ot tak opisać słowami.
– Mamy mało czasu, a ja już nastawiłam się na wspólne wyjście – powiedziała z powagą. – Nie chcę iść do Jessiki sama, więc biorę przyjaciółkę i to w zasadzie tyle w tym temacie.
– Przyjaciółkę… – powtórzyła w oszołomieniu.
– Udam, że nie słyszę wahania w twoim głosie. – Issie odsunęła się, po czym zdecydowanie chwyciła ją za rękę. – Twój pokój. Na górze, tak? Mam jakieś złe przeczucia, że rozczaruje się zawartością szafy, ale…
Mówiła coś jeszcze, jednak Claire trudno było skoncentrować się na poszczególnych słowach. Wiedziała jedynie, że Marissa stanowczo pociągnęła ją za sobą, zachowując się równie pewnie i swobodnie, co i w przypadku, gdyby była u siebie, co przynajmniej teoretycznie mogłoby być dziwne, gdyby od zawsze nie leżało w jej naturze. Issie miała w sobie coś rozkosznie niewinnego, co sprawiało, że trudno było mieć do niej o cokolwiek pretensje, nawet kiedy zachowywała się w… zdecydowanie zbyt żywy sposób, by dało się to ot tak zignorować.
Nie była w stanie protestować, bardziej przejęta tym, żeby wywrócić się na kolejnych stopniach. Issie jak gdyby nigdy nic przemknęła tuż obok Rufusa, rozentuzjazmowana w stopniu wystarczającym, bo ten spojrzał na nią w osłupieniu, wymownie unosząc brwi ku górze. Sama zdołała jedynie wzruszyć ramionami, dochodząc do wniosku, że próba wytłumaczenia zachowania albo charakteru tej dziewczyny w gruncie rzeczy prowadziła donikąd.
– W porządku – podjęła znowu Marissa. – Jak zgaduje, nie zastanawiałaś się nad przebraniem, ale… Hej, w zasadzie od czego masz mnie! – Dziewczyna zaśmiała się melodyjnie. – Tak swoją drogą, tej nocy jestem czarownicą.
– Bardziej przypominasz mi ducha – przyznała, przynajmniej ten jeden raz będąc w stanie się odezwać.
– Mogę być i duchem czarownicy – stwierdziła, wyraźnie usatysfakcjonowana taką sugestią. – Nieważne. Nie chcesz wiedzieć, ile czasu spędziłam dzisiaj przed lustrem. Ten makijaż…
Wciąż mówiła, kiedy w korytarzu pojawiła się Elena. Dziewczyna wyglądała na poirytowaną, a Claire doszła do wniosku, że sprawcą najpewniej był Aldero, któremu najwyraźniej udało się zmusić kuzynkę do opuszczenia łazienki. Szła bez pośpiechu, raz po raz zarzucając wciąż lekko wilgotnymi włosami i początkowo nie zwracając na nią i Marissę najmniejszej nawet uwagi. Dopiero kiedy spojrzenie pół-wampirzycy padło na Issie, Elena zatrzymała się gwałtownie, co najmniej zaintrygowana.
– O cholera…
To nie brzmiało miło, przynajmniej z perspektywy Claire, jednak jej towarzyszka uśmiechnęła się co najmniej w taki sposób, jakby została obdarowana najlepszym z możliwych komplementów.
– Szykuję się od rana – oznajmiła pogodnym tonem. – Może troszeczkę przesadziłam z makijażem, ale…
– Żartujesz sobie? – Elena z niedowierzaniem pokręciła głową. – Sama się tak umalowałaś? O bogini… – zaczęła, po czym w pośpiechu podeszła bliżej. – Jedziesz z nami do Jessiki? – zapytała podejrzliwym tonem.
– I Claire – wtrąciła natychmiast Marissa.
Cullenówna zmarszczyła brwi.
– Claire… – powtórzyła, rzucając kuzynce wymowne, po części pytające spojrzenie.
– Nie jest chętna, ale ja wiem swoje – stwierdziła beztroskim tonem Issie. – Mam pomysł, jak ją wyszykować, ale nie jestem pewna, jak się do tego zabrać. Potrzebuję na cito jakiejś sensownej sukienki, kosmetyków i… – zaczęła, jednak coś w spojrzeniu błękitnych oczu Eleny skutecznie przekonało ją do tego, żeby jednak zamilknąć.
– Nie mam więcej pytań – oznajmiła, po czym z gracją odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła w stronę swojego pokoju.
To mogło być niewinnym stwierdzeniem, a jednak coś w słowach dziewczyny dało Claire do zrozumienia, że ta zamierzała pomóc Issie w zgotowaniu jej małego piekła.
Elena
Przygotowania do wyjścia nie były dla niej niczym nowym. Nie była w stanie zliczyć, w jak wielu uroczystościach – mnie lub bardziej oficjalnych – brała do tej pory udział, ale kwestia doboru stroju, fryzury i makijażu, stanowiły niemalże element jej codzienności. Uwielbiała dobrze wyglądać, sądziła zresztą, że odpowiedni wygląd stanowił wizytówkę każdej kobiety, a jej myślenie nie uległo zmianie nawet pomimo licznych uwag na temat tego, że mogłaby być płytka. Co prawda złośliwości Rafaela dawały jej do myślenia, ale chyba wyłącznie cud byłby w stanie zmusić Elenę Cullen do tego, żeby całkiem zapomniała o tak istotnej kwestii, jak właściwe przyszykowanie się do wyjścia. Wiedziała w końcu, że jest piękna, a możliwość znalezienia się w centrum uwagi oraz liczne, męskie spojrzenia, w pełni ją satysfakcjonowały, choć o tym zdecydowanie nie zamierzała wspominać pewnemu zaborczemu demonowi.
Zaplotła ramiona na piersiach, w milczeniu obserwując Marissę, która – radując się przy tym jak dziecko, któremu ktoś powiedział, że gwiazdka w tym roku wypada podwójnie – przetrząsała zawartość jej szafy. Słabo się znały, ale jedna kwestia wydawała się aż nazbyt oczywiste: dziewczyna zdecydowanie potrafiła zdziałać cuda, jeśli dać jej odpowiednie narzędzia. Co więcej, Elena zawsze myślała o niej jako o miłej, choć trochę dziecinnej istocie, która nie wzbudzała w niej niechęci, co samo w sobie wydało jej się istotne. O Issie nie dało się powiedzieć złego słowa, a jeśli do tego wszystkiego zaprzyjaźniła się z Claire, tym lepiej dla ich obu. Zawsze uważała, że jej kuzynka potrzebuje kogoś, kto wyciągnie ją do ludzi, nawet jeśli sama zainteresowana wydawała się czuć o wiele lepiej, kiedy przesiadywała w pokoju i czytała książki. Cóż, nie potępiała tego, ale nie wyobrażała sobie, by ktokolwiek aż do tego stopnia mógł unikać jakiegokolwiek towarzystwa. Co prawda nie spodziewała się, że Marissie uda się przekonać do czegokolwiek Claire, zwłaszcza do wyjścia na imprezę, to jednak wydało jej się najmniej istotne.
Mimowolnie pomyślała o Rafie, nie po raz pierwszy zastanawiając się nad tym, jak zareagowałby, gdyby wiedział, jak zamierzała spędzić nadchodzący wieczór. Oczywiście nie zająknęła się na ten temat nawet słowem, w pamięci wciąż mając chociażby to, jak poirytowany był, kiedy zobaczył ją w krótkiej spódniczce i stroju cheerleaderki. Teraz też nie zamierzała ubierać się skromie, w głowie mając już dość konkretny obraz tego, w jaki sposób chciała pojawić się w domu Jessiki. W tamtej chwili przez myśl przeszło jej, że obecność Claire i Issie wcale nie byłaby taka zła, tym bardziej, że strój tej pierwszej wydawał się całkiem dobrze dopasowywać do tego, co planowała Elena.
Jakkolwiek by nie było, sama perspektywa imprezy jawiła jej się jako coś nienaturalnie wręcz przyziemnego i na swój sposób niezwykle pożądanego. Potrzebowała tego, zwłaszcza po tym, co w ostatnim czasie działo się między nią a Rafaelem. Czasami wciąż nie docierało do niej to, że mogliby być razem, choć jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że wspólna noc w dawnym domu jej bliskich zmieniała wszystko. Demon wciąż miał problemy z tym, żeby mówić o uczuciach, zwłaszcza o miłości, woląc ograniczać się do pieszczot i powtarzania tego, że mogłaby należeć do niego, to jednak wydało się Elenie nawet lepsze niż czułe słówka i ciągłe zapewnianie się o dozgonnej miłości. To było coś innego, zupełnie odmiennego od związków, w które wchodziła do tej pory, kiedy to spotkania z mężczyznami traktowała raczej jako sposób na zabicie czasu i podkreślenie pozycji, którą zajmowała w szkole. Z Rafą wszystko było inne i bardziej zagmatwane, łącznie z ich relacjami, choć to jedynie czyniło je o wiele trwalszymi, aniżeli mogłaby się spodziewać. Sama myśl o tym momentami wzbudzała w niej strach, zwłaszcza kiedy przez myśl przechodziło jej to, że wszystko nadal mogło się zepsuć – a ona z jakiegokolwiek powodu miałaby go stracić.
O tak, to zdecydowanie nie wchodziło w grę.
W takim wypadku impreza tym bardziej wydawała jej się przyjemną formą odskoczni i dowodem na to, że wciąż pozostawała sobą. Aż nie wierzyła w to, że zaledwie kilka tygodni wcześniej była na urodzinach Jessiki w towarzystwie Liz, a Rafa… Cóż, jawił jej się jako irytujący dupek, który najpewniej zgubił gdzieś oczy, skoro jako jedyny z facetów, których spotykała na swojej drodze, wydawał się w pełni obojętny na jej wdzięki. Już wtedy nieświadomie wzięła sobie za punkt honoru, by spróbować ten stan rzeczy, odrzucenie traktując wręcz tak, jakby było wyzwaniem, którego natychmiast należało się podjąć. Wtedy nawet nie przypuszczała, że wszystko ostatecznie skończy się w ten sposób, jednak teraz…
Gdyby do tego wszystkiego mogła przestać trzymać własny związek w sekrecie, nie ryzykując przy tym, że ktoś spróbuje zaszlachtować Rafę, a Elizabeth znowu zaczęłaby się do niej odzywać, wtedy naprawdę mogłaby mówić o pełni szczęścia. I to nawet pomimo tego, że nadal znajdowała się na czarnej liście wampirzej królowej.
Samo wspomnienie Liz wystarczyło, by coś ścisnęło ją w gardle. Nie miała pojęcia, co takiego powinna w związku z przyjaciółką zrobić, ta zresztą nie wydawała się chętną do tego, żeby ułatwić Elenę zadanie. Do tej pory nie potrafiła wyjaśnić, co czuła albo musiała myśleć sobie ta dziewczyna, zwłaszcza w świetle tego, co zrobiła zaledwie kilka dni wcześniej. Choć rozmowa z Rafaelem i wspólna noc bez wątpienia były powodem do radości, pół-wampirzyca zdecydowanie nie spodziewała się tego, że lakoniczny SMS wysłany przez demona wystarczy, by uspokoić jej bliskich. Tak było w istocie, bo po powrocie musiała przynajmniej kilkukrotnie przepraszać za to, że mogłaby tak po prostu zmienić plany, to jednak w niczym nie przypominało awantury, którą przez cały ten czas sobie wyobrażała, wręcz wyczekując wybuchu, pretensji i niewygodnych pytań. Jakby tego było mało, jeszcze podczas tej samej rozmowy dowiedziała się, że pierwszą reakcją jej rodziców była próba ustalenia, gdzie tak naprawdę przebywała, co ostatecznie zaskutkowało tym, że otrzymali potwierdzenie wymówki, którą wymyślił Rafael – i to od Liz. Spodziewała się naprawdę wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że jej prawdopodobnie już była przyjaciółka tak po prostu skłamie, bez znajomości sytuacji decydując się dać jej alibi. To sprawiło, że tym bardziej zapragnęła z Elizabeth porozmawiać, w duchu modląc się o to, by dziewczyna pojawiła się na imprezie, a do tego wszystkiego dała przekonać się do przynajmniej chwilowej rozmowy.
– Może ta?
Głos Issie skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Kiedy poderwała głowę, przekonała się, że śmiertelniczka wciąż stała przed szafą, energicznie potrząsając wieszakiem z krwistoczerwoną, dobrze znaną Elenie sukienką, którą już kilka razy miała okazję mieć na sobie, kiedy jeszcze spotykała się z Brianem. Dzięki temu dobrze wiedziała, jak delikatny i lekko prześwitujący był materiał oraz – co najważniejsze – że odważny dekolt odsłaniał o wiele więcej, by kreacje dało się określić mianem skromnej. To była jedna z tych sukienek, która potrafiła wyeksponować każdą zaletę, ale i podkreślić najdrobniejszą nawet niedoskonałość sylwetki, przez co założenie jej wymagało nie tylko pewności własnego ciała, ale również odwagi.
Nie musiała długo przyglądać się Claire, by zorientować się, że ta była przerażona. Zauważyła, że dziewczyna w pośpiechu zaplotła ramiona na piersiach, wbijając spanikowane spojrzenie w dekolt, co skutecznie uprzytomniło Elenie, że nigdy dotąd nie widziała kuzynki w kreacji, która choć trochę odsłaniałaby jej piersi. To był nic nieznaczący szczegół, którego Issie nie miała prawa zauważyć, tym bardziej, że na pierwszy rzut oka mała Prime prezentowała się doskonale – szczupła, ładna i zaokrąglona w sposób, którego mogła pozazdrościć jej niejedna dziewczyna. Genów nie dało się oszukać, a Licavoli od zawsze mieli w sobie coś, co zwracało uwagę, jednak…
– Oczywiście – powiedziała, po czym w pośpiechu ciągnęła dalej, natychmiast orientując się, że Claire spróbuje zaprotestować: – Ta sukienka jest idealna, ale dla mnie. – Jeszcze kiedy mówiła, podeszła bliżej, by móc wyjąc wieszak z rąk Marissy. – Jeśli chodzi o Claire, to… Hm, mam coś lepszego – dodała i nie czekając na jakąkolwiek reakcję, w pośpiechu zaczęła przetrząsać zawartość szafy.
Nigdy tak naprawdę nie zapytała kuzynki o to, jak bardzo skrzywdziły ją wilkołaki i dlaczego tak się bała, ale dobrze wiedziała, że dziewczynę spotkało coś bardzo złego. Słyszała o tym, jak bardzo okrutne i niebezpieczne potrafiły być te istoty, a jeśli na domiar złego pokusiły się o to, by kogoś w ferworze walki zranić…
Westchnęła, po czym bez słowa wyjęła czarną, efektowną i – przynajmniej na pierwszy rzut oka – prostą sukienkę. Materiał łagodnie spływał niemalże do ziemi, a Elena wiedziała, że na smukłym ciele prezentował się doskonale. Co więcej, długi rękaw oraz staranie przysłonięty dekolt równoważyły odsłonięte plecy, podejrzewała jednak, że w tej kwestii jej kuzynka nie miała żadnych kompleksów. Wymownie uniosła brwi, czekając na potwierdzenie albo jakiejkolwiek oznaki tego, że coś jednak jest nie tak, przeciągająca się cisza dała jej jednak do zrozumienia, że jakiekolwiek wątpliwości są zbędne.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim Claire chcąc nie chcąc przejęła od niej wieszak i zniknęła za drzwiami szafy, które z powodzeniem mogły posłużyć jej jako prowizoryczny parawan.
Elena nie była pewna, co tym myśleć, ale była gotowa przysiąc, że na twarzy dziewczyny malowały się przede wszystkim zaskoczenie i ulga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa