10.03.2016

Sto trzydzieści dziewięć

Jocelyne
Obudziła się, chociaż wcale nie była pewna, czy tego chce. Czuła się zmęczona, w pamięci wciąż mając niewyraźne wspomnienie kłębiących się dookoła cieni, odległych szeptów i przenikliwego chłodu, który towarzyszył jej przez cały ten czas. Nie była pewna, który już raz doświadczała czegoś podobnego, ale wiedziała, że coś było nie tak – i że podobne majaki zdarzały jej się coraz częściej, stopniowo się nasilając i doprowadzając ją do szaleństwa.
Coś się zmieniło, chociaż w żaden sposób nie potrafiła wytłumaczyć dlaczego i w jaki sposób. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wiedziała, iż miało to jakiś związek z nią, a to, co robiła, wcale nie było takie dobre i normalne, jak przez większość czasu zapewniali ją bliscy. Nadal nie powiedziała im tego, co zobaczyła w szkole i wcześniej, kiedy oglądała z mamą dom, z kolei oni woleli nie pytać, by nie ryzykować tego, że po raz kolejny mogłaby wpaść w szał. Nikt nie powiedział tego wprost, ale i tak wiedziała swoje – bali się jej albo o nią, biorąc pod uwagę to, że mogłaby zrobić krzywdę sobie bądź komuś innemu, gdyby zdolności wymknęła jej się spod kontroli. Starali się zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa, nawet słowem nie komentując tego, że zrywała się w nocy, często odsypiała w dzień i przez większość czasu snuła się po domu niczym cień, ale aż nazbyt oczywiste było to, że coraz bardziej ich martwiła, a taki stan nie mógł trwać wiecznie. Prędzej czy później znowu mieli zacząć na nią naciskać, z kolei ona…
Ale co miała im powiedzieć? Że widziała mężczyznę z dziurą w głowie, który podążał za nią aż od tamtego domu, który oglądała z mamą i że to on zapędził ją na tamtej dach? Czy może że sama już nie była pewna kiedy śpi, a kiedy nie, czasami czując się nieswojo, kiedy siedziała sama w pokoju, mając niejasne poczucie tego, że gdzieś poza zasięgiem jej szoku znajduje się ktoś – coś? – kto niezmiennie ją obserwował. Wyczuwała obecność, czyjąś bliskość i choć to wydawało się niemożliwe, czasami miała wrażenie, że ktoś ją woła, raz po raz powtarzając jej imię.
Co więcej, to narastało, a szepty wydawały się przybierać na sile – niczym upiorne crescendo, którego w żaden sposób nie potrafiła zatrzymać. Czy w ten sposób objawiała się moc? Nie sądziła, tata zresztą nie wspominał, by hormony i okres dojrzewania kogokolwiek przyniosły na skraj szaleństwa… Nie w taki sposób – a już na pewno nie istotę, która pozostawała po części człowiekiem i to w tak znaczącym stopniu.
Cokolwiek to było, nie należało do kategorii rzeczy normalnych… I bardzo możliwe, że działo się w jej głowie, bo nie sądziła, żeby takie rzeczy mogły mieć miejsce w rzeczywistości.
Chyba nawet chciała, żeby tak było, chociaż jednocześnie myśl o szaleństwie coraz bardziej ją przerażała.
Dlaczego…?
Miała ochotę kogoś o to zapytać, jednak z uporem milczała, nie wyobrażając sobie zająknięcia się chociaż słowem na ten temat. Nie była zaskoczona tym, że po incydencie w szkole Carlisle chciał ją zbadać, a tym bardziej nie próbowała się przed tym wzbraniać, przyzwyczajona do częstych chorób oraz tego, że to właśnie dziadek się nią wtedy zajmował. Ufała mu i szczerze odpowiadała na większość pytań, które jej zadawał, po cichu licząc na to, że stwierdzi… cokolwiek sensownego, co mogłoby wytłumaczyć, dlaczego doświadczała tak niepokojących rzeczy. Gdyby przynajmniej miała gorączkę… Ale Carlisle twierdził, że była po prostu wymęczona, poza tą jedną kwestią stanowiąc okaz zdrowia, co w najmniejszym nawet stopniu nie ułatwiając jej zrozumienia czegokolwiek.
Był jeszcze Rufus, a ona już od dłuższego czasu zbierała się do tego, żeby to właśnie jego wziąć na spytki, jeszcze zanim z Laylą w pośpiechu wybyli do Miasta Nocy. Teraz podświadomie czekała aż wrócą, powoli dochodząc do wniosku, że w gruncie rzeczy jest jej wszystko jedno, jak mógłby zareagować wujek. Cóż, najwyżej by ją wyśmiał, co chyba nawet nie byłoby takie złe, bo wampir miał swoisty talent do bagatelizowania rzeczy pozbawionych znaczenia – przynajmniej z jego perspektywy. Zakładała, że przy jego doświadczeniu istniała największa szansa na to, że w przeszłości spotkał się z czymś podobnym i mógł jej wyjaśnić, czy powinna zacząć się martwić. Potrzebowała tego, nawet gdyby później cały dzień miała spędzić na przeglądania słownika i encyklopedii, by zrozumieć, co w ogóle próbował do niej mówić.
Chyba naprawdę zaczynała być przewrażliwiona – wręcz zdesperowana – bo czuła się gotowa zrobić naprawdę wiele, żeby zrozumieć… Chociaż tyle.
Aż tyle.
Poczucie bycia obserwowaną pojawiło się nagle, przyprawiając ją o dreszcze. Wciąż jeszcze zaspana i wymęczona zatrzepotała powiekami, po czum uniosła głowę, by pomimo obaw rozejrzeć się po pokoju. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy uświadomiła sobie, że na skraju łóżka jak gdyby nigdy nic siedziała znajoma postać, która ze spokojem obserwowała każdy jej ruch.
– Elena…? – wymamrotała sennie, unosząc się na łokciach, żeby móc się lepiej przyjrzeć i pojąć, czego kuzynka mogła szukać w jej pokoju.
Dziewczyna nie odpowiedziała, w zamian uśmiechając się blado. Sprawiała wrażenie spokojnej, ale i zatroskanej, zwłaszcza kiedy z uwagą zmierzyła wzrokiem skuloną na łóżku Jocelyne. Jej błękitne tęczówek ze złocistymi cętkami przy źrenicach, wydawały się lśnić, skupione i wyrażające tak wiele skrajnych emocji, że z wrażenia Joce aż zakręciło się w głowie. Coś w Elenie wydawało się inne niż zazwyczaj – odniesione i jakby nierzeczywiste, chociaż to wydawało się co najmniej irracjonalnym wrażeniem.
Jocelyne z wolna usiadła, prostując się niczym struna na swoim miejscu i z uwagą obserwując kuzynkę. Elena zawsze była piękna, olśniewając urodą i pełnymi gracji ruchami, ale tym razem wydawała się dodatkowo promieniować jakimś wewnętrznym blaskiem – rodzajem wewnętrznej siły, który sprawiał, że nieśmiertelna sprawiała wrażenie… niemalże estetycznej, jakby nie była prawdziwa.
Jej spojrzenie również było dziwne, a przynajmniej taka myśl nasunęła się Jocelyne, kiedy rozbudziła się na tyle, żeby zacząć kojarzyć fakty. Obserwowała Elenę i wiedziała, że coś jest nie tak, chociaż jednocześnie nie potrafiła tego wytłumaczyć. Być może miało to związek z rozespaniem, ale z drugiej strony…
– Cii, Joce. – Głos Eleny brzmiał znajomo, ale wydał się Jocelyne o wiele bardziej delikatny i pełen ciepła, którego dziewczynie często zdawało się brakować. To zdecydowanie nie było w jej stylu i musiała zdawać sobie z tego sprawę, a jednak nic nie wskazywało na to, żeby zamierzała się z tego tłumaczyć. – Wszystko jest w porządku.
– Co tutaj robisz? – zapytała wprost, po czum przełknęła z pewnym wysiłkiem, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak.
Elena jedynie się uśmiechnęła, czym po raz kolejny wytrąciła Joce z równowagi. Zanim dziewczyna zdążyła się nad tym zastanowić, kuzynka jak gdyby nigdy nic nachyliła się w jej stronę, by móc ująć pół-wampirzycę za rękę. Dziewczyna zesztywniała, nagle zaniepokojona, czując jak całym jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Uścisk był bardzo delikatny, jakby odległy i… Nie potrafiła tego opisać, ale coś w bliskości blondynki sprawiało, że Jocelyne momentalnie zapragnęła się odsunąć.
– W porządku, maleńka. – Elena uśmiechnęła się blado, chociaż nie to okazało się najbardziej zaskakujące w zachowaniu kuzynki. Maleńka? – Jesteś bezpieczna.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, sama niepewna, co takiego powinna odpowiedzieć na podobne zapewnienia. Nie przypominała sobie, żeby krzyczała, zresztą gdyby znowu zerwała się z wrzaskiem, rodzice już dawno byliby przy niej, ale mimo wszystko…
No i… Elena.
Co jak co, ale ta dziewczyna zdecydowanie nie miała w zwyczaju pocieszać wszystkich wokół, nie wspominając o okazywaniu jakichkolwiek ciepłych uczuć swoim bliskim. To nie było w jej stylu, a obserwując kuzynkę i jej zachowanie, Joce czuła się coraz bardziej zdezorientowana. Chciała Elenę o cokolwiek zapytać, by przynajmniej spróbować ustalić, czy coś się stało i dlaczego ta jest dla niej aż do tego stopnia miła, ale sama nie miała pewności od czego zacząć. Wszystko było nie tak, a jakby tego było mało… z jakiegoś powodu naprawdę zaczynała się bać.
Milczenie się przeciągało, ale jej towarzyszce najzwyczajniej taki stan rzeczy nie przeszkadzał, co również wydawało się dość nietypowe, zwłaszcza dla Eleny, której zazwyczaj buzia się nie zamykała. Tym razem była spokojna i przesadnie wręcz milcząca, nie sprawiając przy tym wrażenia zniecierpliwionej tym, że wokół niej panowała cisza. Jakby tego było mało, kiedy do Joce nagle dotarło niepokojąco znajome wrażenie przejmującego zimna, dziewczyna zadrżała niekontrolowanie, po czym objęła się ramionami, próbując bronić się przed nieprzyjemnym doświadczeniem. Czasami po przebudzeniu odczuwała zimno, jednak tym razem wrażenie było o wiele bardziej nieprzyjemne i nietypowe. Co więcej, Jocelyne była gotowa przysiąc, że już wcześniej czegoś podobnego doświadczyła, a skoro tak…
Ponownie zadrżała, po czym instynktownie poderwała głowę, żeby móc rozejrzeć się po pokoju. Elena uniosła brwi, przez moment sprawiając wrażenie chętnej do tego, żeby coś powiedzieć – być może zaprotestować, chociaż Jocelyne nie potrafiła samej sobie wytłumaczyć, dlaczego dziewczyna miałaby postąpić właśnie w ten sposób – jednak ostatecznie z jej ust nie padło nawet najcichsze słowo. W zamian mocniej ścisnęła ją za rękę, chociaż nawet wtedy jej dotyk wydał się dziewczynie dziwny, zupełnie jakby jej kuzynka nie miała dość siły albo nie wiedziała, w jaki sposób odpowiednio pochwycić czyjąkolwiek dłoń.
– Eleno… – zaczęła, czując, że powoli zaczyna tracić cierpliwość do jakichkolwiek dalszych rozmów i oczekiwania na odpowiedzi. Krótko spojrzała wprost w niebieskie oczy kuzynki, próbując samej sobie wytłumaczyć to, dlaczego czuła się aż do tego stopnia skrępowana w jej obecności. Jasne, nie miały najlepszego kontaktu, a dziewczyna w ostatnim czasie zachowywała się dziwnie, za wszelką cenę unikając jakiegokolwiek towarzystwa, to jednak jeszcze o niczym nie świadczyło. – Eleno, co tu robisz? – powtórzyła wcześniejsze pytanie.
Z jakiegoś powodu czuła się dziwnie, nawet nie oczekując odpowiedzi, zresztą nic nie wskazywało na to, żeby ta miała nadejść. Zanim zastanowiła się nad tym, co i dlaczego robi, gwałtownie odwróciła głowę w stronę najbardziej zacienionego kąta pokoju. Serce zabiło jej szybciej ze zdenerwowania, chociaż początkowo sama nie była pewna, co takiego próbowały podsuwać jej zmysły. Chciała wierzyć w to, że to jedynie głupie wrażenie, które nie ma żadnego związku z rzeczywistością – wynik zmęczenia albo wytwór wyobraźni, tym bardziej, że w ostatnim czasie raz po raz przyłapywała się na robieniu rzeczy, które w normalnym wypadku zdecydowanie nie powinny mieć miejsca. Nie chciała zastanawiać się nad tym, co to oznacza i co działo się z nią przez ostatnie tygodnie, to zresztą wydawało się najmniej istotne.
Nie w zestawieniu z tym, co zobaczyła.
Oczy Jocelyne rozszerzyły się nieznacznie w odpowiedzi na subtelny, ale wystarczająco wyraźny ruch, który dostrzegła gdzieś w zaciemnionym kącie pokoju. Natychmiast spojrzała w tamtą stronę, chociaż intuicja podpowiadała jej, że zdecydowanie nie chciała tego robić, nawet jeśli zignorowanie takiego stanu rzezy wydawało się czymś niemożliwym. Puls jeszcze bardziej jej przyśpieszył, chociaż bardziej prawdopodobne wydawało jej się to, że serce w końcu skapituluje i się zatrzyma, porażone nadmiarem stresu oraz tym, jak podenerwowana się czuła.
– Joce… Jocelyne, popatrz na mnie! – zaoponowała Elena, jednak głos dziewczyny wydawał się dochodzić jakby z oddali, równie nierzeczywisty i eteryczny, co cała jej postać.
Przełknęła z trudem, czując, że panika chwyta ją za gardło. Coś było w ciemnościach, chociaż nie potrafiła tego sprecyzować – prawie jak cień o ludzkich kształtach, kłębiący się i czekający na to, żeby…
Albo cienie.
Dlaczego miała wrażenie, że było ich więcej…?
Jocelyne… – usłyszała, ale tym razem głos zdecydowanie nie należał do Eleny, a tym bardziej do kogoś, kogo mogłaby znać. – Ma na imię Jocelyne
Cokolwiek tam było, wydawało się zachwycone tym, że wiedziało, jak powinno się do nie zwracać. Szept narastał, tak jak i poczucie zagrożenia, nakazujące jej natychmiast zeskoczyć z łóżka i rzucić się ku drzwiom pokoju, by jak najszybciej znaleźć się gdzieś, gdzie mogłaby poczuć się bezpieczna. Chciała krzyczeć i to nawet za cenę tego, że jeszcze bardziej zmartwi bliskich, jak nic mając doczekać się kolejnych zatroskanych pytań, spojrzeń i prób wyciągnięcia z niej jakichkolwiek wyjaśnień. Nie chciała tego, ale chociaż podświadomie broniła się przed otwartym mówieniem o tym, co się działo, prawda była taka, że to narastało – czymkolwiek było i jakkolwiek powinna to nazwać.
Nierealne… nierzeczywiste… Miała wrażenie, że wszystko jest nie tak, chociaż w rzeczywistości prawdziwy problem leżał tylko i wyłącznie w nie. To musiało dziać się tylko i wyłącznie w jej głowie, a jednak coraz częściej granica pomiędzy jawą a snem wydawała się zacierać, zmuszając ją do balansowania na pograniczu szaleństwa. Czuła, że traci zmysły, mogąc co najwyżej obserwować to, co działo się wokół niej i pomimo starań nie będąc w stanie zrobić niczego, żeby jakkolwiek nad tym nowym stanem rzeczy zapanować. Bała się, a jakby tego było mało, na własne życzenie została z tym wszystkim sama, chociaż tak było lepiej; nie zniosłaby tego, gdyby bliscy zaczęli traktować ją jak wariatkę, ale z drugiej strony… Czy to w gruncie rzeczy nie była prawda?
To nie jest szaleństwo… Ja nie jestem szalona.
Dlaczego to brzmiało jak kłamstwo?
Dłoń, którą w swoim uścisku trzymała Elena, zadrżała jej niebezpiecznie, a Jocelyne przez ułamek sekundy rozważała to, by spróbować wyrwać rękę. Chciała zrobić cokolwiek, co pomogłoby jej ochronić się przed szeptami, emocjami i coraz silniejszym lękiem, jednak nie mogła pozbyć się wrażenia, że ciało z uporem odmawiało jej jakiejkolwiek formy współpracy. Uciekaj… Uciekaj!, nakazywał instynkt, ale i to nie było w stanie zmusić jej do zrobienia czegokolwiek sensownego. Nie była w stanie się ruszyć ani nawet zacząć krzyczeć, chociaż przynajmniej względne poczucie bezpieczeństwa wydawało się być gdzieś na wyciągnięcie ręki – chociażby w ramionach mamy, która najpewniej była gdzieś na dole. Gdyby przynajmniej była w stanie zwrócić na siebie jej uwagę i mieć gwarancję, że kobieta pojawi się, gdyby tylko…
Chciała do mamy. Jak bardzo niedorzecznie zabrzmiałoby to, że w swoim wieku nade wszystko pragnęła znaleźć się w ramionach któregokolwiek z rodziców, tak jak za każdym razem, kiedy działo się coś niewłaściwego, a ona zaczynała się bać? Coś tam było – w cieniu, zaledwie kilka metrów od niej, skąd w każdej chwili mogło przesunąć się jeszcze bliżej. Nawet nie chciała się nad tym zastanawiać, raz po raz próbując przekonać samą siebie, że to sen, chociaż i to nie mogło być prawdą. Gdyby tak było, a ona faktycznie denerwowałaby się przez nocne majaki, tata najpewniej już dawno by coś wyczuć i na to zaradził. Zwłaszcza w ostatnim czasie z przesadną dokładnością czuwał nad jej snami, by mogła odpocząć, co mogłoby być irytujące, gdyby nie to, że naprawdę bała się zamknąć oczy. Nawet to, że bliscy traktowali ją jak małą dziewczynkę, nagle wydało jej się na miejscu, bo właśnie w ten sposób się czuła: mała, zagubiona i naiwnie wierząca w to, że ramiona rodziców wystarczą, żeby skutecznie uporać się ze wszystkimi problemami.
To nic nie znaczy, a ja nie jestem szalona…
Powtarzała to raz po raz, próbując się uspokoić i jakkolwiek przekonać samą siebie, że tak jest w istocie, w nadziei na to, że dzięki temu zdoła odciąć się od tych szeptów. Przecież nie były prawdziwe, czyż nie? Nie mogły być, a gdyby się postarała i spróbowała zrobić cokolwiek… Przecież to od niej zależało to, jak miała się rzeczywistość – tylko i wyłącznie, tym bardziej, że była telepatką. Dysponowała mocą, więc tym bardziej nie powinna odczuwać strachu, a wręcz przeciwnie – to ją powinno się obawiać, tym bardziej, że w zdenerwowaniu robiła rzeczy, które w normalnym wypadku nie powinny mieć miejsca. Tak było i tym razem, chociaż nie od razu uświadomiła sobie, że temperatura w pokoju spadła o kilka kolejnych, znaczących stopni. Kiedy na dodatek wyczuła znajomy zapach ozonu po burzy, a jej wyostrzone zmysły wychwyciły klekot szkła, kiedy lustro i okna zaczęły się trząść, w pełni dotarło do niej, że musi coś zrobić, zanim naprawdę dokona czegoś, czego później będzie żałowała.
Elena poruszyła się nagle, podrywając się na równe nogi i zwracając w stronę tego czegoś w ciemnościach. Coś w jej spojrzeniu uprzytomniło Joce, że dziewczyna również zdawała sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak, ale nie miała siły i czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Jakaś jej cząstka poczuła narastające podekscytowanie – zaledwie cień nadziei, właściwie nic nieznaczący w porównaniu z przerażeniem, które odczuwała – kiedy przez myśl przeszło jej, że kuzynka również widziała, a może nawet słyszała… te głosy. Potrzebowała kogoś, kto mógłby jej uwierzyć, chociaż świadomość Eleny niosła ze sobą również okropną świadomość tego, że w takim wypadku cale to szaleństwo w istocie miało miejsce. Gdyby w istocie tak było, a ona miała do czynienia z czymś, czego nie potrafiła wytłumaczyć, a co z jakiegoś powodu wydawało się do niej lgnąć…
– Ile razy mam wam jeszcze powtarzać, że macie trzymać się od niej z daleka?!
Tym razem głos jasnowłosej pół-wampirzycy zabrzmiał inaczej, gniewnie i tak stanowczo, że Jocelyne z wrażenia aż zakręciło się w głowie. Usłyszała słowa dziewczyny całą sobą, nie tylko dzięki zmysłowi słuchu, ale również w swojej głowie, jakby poszczególne słowa wibrowały w powietrzu, przenikając ją na wskroś i wzbudzając coraz bardziej skrajne emocje. Gwałtownie nabrała powietrza do płuc, czując się trochę tak, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Na moment zabrakło jej tchu, a w głowie jak na zawołanie pojawiła się myśl, że to niemożliwe, by Elena mogła dokonać takich rzeczy; nie była telepatką, a tym bardziej nie dysponowała żadnymi nadnaturalnymi zdolnościami, a jednak w tamtej chwili bez wątpienia komunikowała się w ten najbardziej wrażliwy, aż nazbyt znajomy Jocelyne sposób.
W oszołomieniu spojrzała na zwróconą plecami do niej kuzynkę, uważnie mierząc wzrokiem jej smukłą sylwetkę. Jasne włosy Eleny były w nieładzie, a ciało drżało tak bardzo, że Joce nagle zwątpiła w to, czy to możliwe, żeby dziewczyna była w stanie utrzymać się w pozycji stojącej. Nie widziała jej twarzy, ale niemalże wyczuła gniew, który odczuwała, zupełnie jakby ten jakimś cudem zdołał się zmaterializować i wypełnił całą wolna przestrzeń. To wszystko wydawało się szalone, a już na pewno nie powinno mieć miejsca, a jednak…
A potem dotarło do niej kilka dość istotnych szczegółów i nagle zmieniło się wszystko.
Elena stała tuż naprzeciwko niej, ale nie wyglądała tak, jak zazwyczaj. Jocelyne w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że dziewczyna była na wpół przeźroczysta i bardziej eteryczna niż kiedykolwiek wcześniej, zupełnie jakby nawet najdelikatniejszy podmuch powierza mógł doprowadzić do tego, żeby rozpadła się na kawałeczki. Co więcej, mogła przysiąc, że nieśmiertelna jarzyła się subtelnym, rozświetlającym jej ciało od środka blaskiem, a to…
To nie mogła być Elena.
Ledwo doszła do takiego wniosku, jej towarzyszka nagle skoczyła do przodu, nagle rzucając się w stronę zaciemnionego kąta. Jocelyne instynktownie odchyliła się do tyłu, kuląc się na łóżku i nie wierząc w to, co działo się na jej oczach. Zaraz po tym zarówno nie-Elena, jak i to, co kryło się w ciemności, ostatecznie zniknęli, pozostawiając po sobie coraz silniejsze poczucie niepokoju oraz nienaturalną wręcz ciszę.
Właśnie w tamtym momencie Jocelyne znalazła w sobie dość siły na to, żeby zacząć krzyczeć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa