28.03.2016

Sto pięćdziesiąt trzy

Jocelyne
W milczeniu wpatrywała się w wizytówkę. Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim zdołała zapanować nad sobą na tyle, by spojrzeć na mamę. Renesmee wciąż skupiona była na drodze, przez co początkowo nie zdawała sobie sprawy z tego, że cokolwiek mogłoby się zmienić. Sama Joce wciąż nie miała pewności, co takiego czuje i myśli, jednak podświadomie przeczuwała, że właśnie natrafiła na dość istotny ślad – i że koniecznie musi dowiedzieć się więcej.
– Mamo…
Natychmiast poczuła na sobie zatroskane spojrzenie pary czekoladowych tęczówek. Nessie chciała coś powiedzieć, ale córka nie dała jej po temu okazji, w zamian bez zbędnych wyjaśnień wyciągając wizytówkę w jej stronę. Oczy dziewczyny rozszerzyły się nieznacznie, a Jocelyne doszukała się w jej spojrzeniu zrozumienia. Mama westchnęła cicho, nieznacznie potrząsając głową i wydając się w pośpiechu szukać jakiegoś sensownego wyjaśnienia, zupełnie jakby miała na sumieniu coś, czego nie powinna.
– Dostałam ją od Castiela – powiedziała w końcu i zrobiła taki ruch, jakby chciała zabrać wizytówkę, Joce jednak nie zamierzała jej na to pozwolić. – Wiedział, że się o ciebie martwię, więc chciał pomóc. Nie mogłam powiedzieć mu, że to po prostu telepatia – dodała z bladym uśmiechem, ale dziewczyna wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej.
– To nie jest dojrzewanie, mamo – westchnęła, w końcu decydując się nazwać rzeczy po imieniu. – Coś jest ze mną nie tak.
Czekoladowe oczy Renesmee pociemniały, a ona sama w niemalże kurczowy sposób ścisnęła kierownicę. Uśmiech zniknął, wyparty przez wyraźne zmartwienie, to jednak nie zrobiło na Joce większego wrażenia. Wiedziała, że mama się przejmowała, zresztą nie jako jedyna – i to zwłaszcza po tym, co zdecydowała się wyznać jej i Gabrielowi podczas ostatniej rozmowy. Tak było lepiej, a dziewczyna wbrew wszystkiemu czuła ulgę, mając świadomość tego, że rodzice starają się pomóc jej w zrozumieniu i zapewnić bezpieczeństwo. Chciała ot tak zaakceptować to, że wszystko sprowadzało się wyłącznie do hormonów oraz tego, że nie była jak swoi rówieśnicy, ale… nie potrafiła.
Zawahała się na moment, w duchu żałując, że nie mogła tak po prostu powiedzieć Renesmee o Rosie. To mogłoby wiele ułatwić – zwierzenie się z czegoś, co aż do tego stopnia ją dręczyło. Pragnęła wyrzucić z siebie wszelakie wątpliwości, chcąc przynajmniej wierzyć w to, że mama będzie w stanie wytłumaczyć jej wszystko to, co działo się wokół niej. Potrzebowała tego, jednak próba oszukiwania samej siebie nie prowadziła do niczego dobrego, a Joce coraz lepiej to rozumiała. Prawda wydawała się lepsza nawet od najprzyjemniejszego kłamstwa, a jeśli wyjaśnienie miałoby sprowadzać się do tego, że jednak była szalona…
– To nie tak, kochanie – obruszyła się Renesmee. Jej głos zabrzmiał stanowczo, tak, że Jocelyne nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, że pół-wampirzyca naprawdę chciała wierzyć w swoje słowa. – Nie wiem, co się dzieje, ale na pewno jest jakieś wyjaśnienie. Jesteś wyjątkowa… To jedno mogę powiedzieć ci z całą pewnością.
– Być może – przyznała niechętnie. – Ale jestem też człowiekiem, mamo. I boję się, bo już niczego nie rozumiem.
Jeszcze kiedy mówiła, poczuła delikatne szarpnięcie, kiedy samochód zjechał na bok, ostatecznie zatrzymując się na pierwszym bezpiecznym, wolnym miejscu, jakie znalazła Renesmee. Joce zawahała się, nagle zaczynając wątpić w to, czy przypadkiem nie powiedziała o słowo za dużo i jakiejś swojej rodzicielki nie uraziła. Wciąż czuła się okropnie na samą myśl o tym, że rodzice mogliby się od niej odwrócić, chociaż jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że to co najmniej niedorzeczne. Kiedy na dodatek mama jak gdyby nigdy nic otoczyła ją ramionami, ledwo tylko mogła sobie na to pozwolić, Jocelyne z miejsca wyzbyła się wszelakich wątpliwości, przez dłuższą chwilę skupiona wyłącznie na obejmujących ją ramionach. Bliskość znajomych, ciepłych ramion sprawiała jej przyjemność, pozwalając się rozluźnić i poczuć choć odrobinę bezpieczniej.
– Wszystko jest w porządku – usłyszała przy uchu. Zadrżała, kiedy ciepły oddech musnął jej odsłonięty policzek. – Coś wymyślimy, ale musisz nam zaufać. Joce, kochanie, cokolwiek się dzieje…
– Wiem o tym – przerwała pośpiesznie. – Ale chciałabym zrozumieć, pewnie bardziej od was. Co takiego powiedział ci Castiel? – zapytała wprost, chcąc jak najszybciej przejść do rzeczy.
Wiedziała, że Renesmee nie ma ochoty na tę rozmowę, nie wspominając o zrzucaniu na nią jakichkolwiek dodatkowych zmartwień. W oczach rodziców wciąż była małą dziewczynką, która potrzebowała opieki i tego, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Nie dziwiło ją to, tym bardziej, że często w ten właśnie sposób się czuła – mała i nieporadna, otoczona istota o wiele silniejszymi i bardziej doskonałymi niż ona sama kiedykolwiek mogłaby być. W przeszłości tak wiele razy przewracała się, raniła i straszyła bliskich tym, że mogłaby zrobić sobie krzywdę – ze swoim szczęściem najpewniej przypadkiem, podczas robienia czegoś z założenia bezpiecznego – że rodzice już chyba nauczyli się ją chronić, nawet jeśli jednocześnie usiłowali zrobić wszystko, by potrafiła radzić w pojedynkę.
Cóż, teraz musiała się na to zdobyć, niezależnie od tego, jak trudnym zadaniem by się to nie wydawało. Czuła, że musi wziąć sprawy w swoje ręce i chociaż wiedziała, że słuchanie się Rosy jest niczym pogoń za snem, nie mogła powstrzymać się przed tym, by przynajmniej spróbować sprawdzić to, czego się dowiedziała. W takim wypadku była gotowa zrobić wszystko, byleby wyciągnąć informację od mamy, nawet jeśli ta nieszczególnie paliła się do konkretnych wyjaśnień.
– Castiel… Cóż, nie powiedziałam mu dużo, więc nie zna sprawy. Wspominał coś o lękach nocnych, ale… – Mama urwała, po czym zdecydowanie potrząsnęła głową. – To tylko jego sugestie.
– A to? – naciskała, unosząc wizytówkę. – To ma jakiś związek z tym, co ci powiedział?
Renesmee westchnęła.
– Podobno to projekt, który zajmuje się przypadkami problemów ze snem i umysłem, ale to jeszcze o niczym nie świadczy – przyznała niechętnie, po czym westchnęła cicho. – Joce, kochanie, mam nadzieję, że nie zrozumiałaś tego jakoś źle. Żadne z nas nie uważa, że jesteś szalona, a już na pewno nie zamierza oddać cię do jakiegokolwiek ośrodka! – zapewniła, na moment tracąc kontrolę nad sobą i brzmieniem głosu.
Jocelyne nie odpowiedziała od razu, w pierwszej kolejności raz jeszcze przypatrując się wizytówce. Czuła się dziwnie oszołomiona i przesadnie wręcz spokojna, ogarnięta całą mieszanką trudnych do zinterpretowania uczuć. Milczała, całą uwagę poświęcając wytłuszczonemu napisowi i mając wrażenie, że przypatruje mu się tak długo, że ten zdążył wypalić się w jej umyśle.
„Projekt Beta”.
Wciąż nie miała pojęcia, czego tak naprawdę powinna się spodziewać, ale to już nie miało znaczenia. Jeszcze kilka godzin wcześniej najpewniej byłaby przerażona, gdyby na myśl przyszło jej to, że miałaby zostać zamknięta w jakimkolwiek miejscu, a już zwłaszcza takim, które mogłoby mieć związek z osobami nie do końca zdrowymi na umyśle, jednak w tamtej chwili było zupełnie inaczej. Myślała o tym, a także o słowach Rosy, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że sprawa jest o wiele bardziej złożona. Czuła, że powinna zgodzić się na wszystko, jakby coś ciągnęło ją do miejsca, które zasugerował Castiel, chociaż nie była pewna dlaczego.
Jeśli faktycznie oszalała, potrzebowała pomocy. Z drugiej strony, czy szaleństwem było to, że usłyszała o „Projekcie Beta” jeszcze przed znalezieniem wizytówki? Jak zwykły wytwór jej wyobraźni mógłby jej zasugerować coś, o czym sama nie miała pojęcia? Rosa była prawdziwa, oczywiście w takim stopniu, w jakim mogłaby być realna dziewczyna, której nikt inny nie widział. W tamtej chwili Jocelyne coraz bardziej żałowała tego, że narobiła zamieszania i że nie poprowadziła rozmowy z Rosą inaczej, tak, by móc poznać odpowiedzi na jak najwięcej z dręczących ją pytań, ale teraz to nie miało znaczenia. Jeśli faktycznie z jakiegoś powodu powinna była zgłosić się do tajemniczego projektu, być może w istocie musiała się na to zdobyć, by – przy odrobinie szczęścia, o ile to w ogóle miało być jej dane – zrozumieć przynajmniej część z tego, co działo się wokół niej.
– Wiem, mamo – usłyszała własny głos. Chociaż w jej wnętrzu panowała istna burza, a niespójne myśli i obawy mieszały się ze sobą, tworząc niebezpieczne, wybuchowe połączenie, jej słowa okazały się brzmieć zaskakująco wręcz spokojnie. – Wiem, że byście mi tego nie zrobili, ale… – Urwała, mając wrażenie, że coś ściska ją w gardle.
– Ale co? – zaniepokoiła się Nessie. – Joce, kochanie, co się dzieje? Musisz mi powiedzieć, jeśli mam być w stanie ci pomóc – przypomniała, ale dziewczyna jedynie pokręciła głową.
Owszem, rodzice mogli jej pomóc, ale raczej nie w sposób, którego którekolwiek z nich mogłoby oczekiwać. Wszystko sprowadzało się do tej jednej wizytówki i Castiela, chociaż sądząc po reakcji mamy, Joce szczerze wątpiła w to, by ta entuzjastycznie zareagowała na jej prośbę.
– Chcę po prostu zrozumieć siebie – powiedziała w końcu, starannie dobierając słowa. – Gubię się w tym wszystkim, a to, co wam powiedziała… Wszyscy wiemy, że to nie jest normalne.
– Dla innych pół-wampirów pewnie tak, ale w twoim przypadku może być inaczej, Joce – zapewniła pośpiesznie Renesmee. – Posłuchaj… Myślałam o to, żeby zapytać o ciebie Rufusa. Twój wujek na pewno coś słyszał – stwierdziła, a Jocelyne parsknęła śmiechem.
– Nawet jeśli nie słyszał, to znajdzie sposób na to, żeby się wytłumaczyć. Zresztą gdyby wiedział, to pewnie już dawno by się pochwalił, zwłaszcza, że niejednokrotnie męczyłam go pytaniami o to, czym tak naprawdę się różnię. – Zamilkła i uśmiechnęła się blado na wspomnienie pewnego odległego incydentu z przeszłości, kiedy jako mała dziewczynka, o umyśle co najwyżej pięciolatki, bez ogródek zapytała naukowca o to, skąd się wzięła. Jego reakcję pamiętała do tej pory, zresztą tak jak i to, że przy pierwszej okazji znalazł sposób na to, żeby pozbyć się jej z laboratorium. – Z kolei Castiel…
– Castiel – powtórzyła z powątpiewaniem mama. – Co ty próbujesz mi powiedzieć, Jocelyne?
Chociaż pytała, Joce była pewna, że zaczynała podejrzewać dokąd tak naprawdę zmierzała ta rozmowa. Fakt, że Nessie nie sprawiała wrażenia zaskoczonej, kiedy raz jeszcze podsunęła jej wizytówkę, również wydał się dziewczynie dość wymowny. W głowie miała pustkę i wciąż nie potrafiła stwierdzić, czego tak naprawdę powinna się spodziewać, ale pomimo tych niedogodności nawet przez moment nie zawahała się przed dalszym działaniem.
Zauważyła, że mama pobladła nieznacznie, wyraźnie zaniepokojona. Dłonie znowu zacisnęła na kierownicy zaparkowanego auta, po czym wbiła wzrok w przednią szybę, przez dłuższą chwilę po prostu wpatrując się w przemykające ulicą auta. Wydawała się spięta i niespokojna, co bynajmniej nie poprawiło nastroju Joce, tym bardziej, że nigdy nie chciała martwić któregokolwiek ze swoich bliskich. Mogła tylko zgadywać, jak czuli się rodzice, co prawda w przeciwieństwie do niej nie musząc męczyć się z całym tym szaleństwem, ale bez wątpienia ciepiąc z powodu narastającego poczucia bezradności. Gdyby tylko mogli, na pewno natychmiast by jej pomogli, ale w obecnej sytuacji…
– Nie będę miała do nikogo pretensji, zwłaszcza do was. To nie jest tak, że mnie gdzieś oddajecie, zresztą… – podjęła i zawahała się na moment. – Ile tak naprawdę powiedział ci Castiel, mamo?
– Właściwie nic, bo nie pytałam – przyznała Renesmee, wzdychając cicho. – Nawet o tym nie myślałam. Nie sądzę, żeby to ci było potrzebne, skarbie.
Uśmiechnęła się w pozbawiony wesołości sposób, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami. Sama chciała, żeby sprawy okazały się proste i łatwe do rozwiązania, ale na razie nic na to na to nie wskazywało, a gdyby jednak musiała szukać pomocy z zewnątrz…
– Ale możesz się dowiedzieć, prawda? – naciskała, nie kryjąc podekscytowania, ale i obaw. – Tylko tyle. Jestem… ciekawa.
– Ciekawa… – Mama wciąż nie wyglądała na przekonaną, milcząca i spięta w stopniu, którego Joce nawet nie podejrzewała. Już nie próbowała udawać, być może rozumiejąc to, że próba kłamstwa nie ma sensu, a już na pewno nie przynosi jej córce ukojenia. – Joce…
– Jestem pewna – powiedziała z naciskiem, podejrzewając jakie będzie pytanie.
Jeszcze kiedy mówiła, zmusiła się do tego, żeby spojrzeć matce w oczy. Co ja robię?, odezwał się cichy głosik w jej głowie, ale nawet nie próbowała odpowiadać na to pytanie. Działała prawie jak automat, skoncentrowana wyłącznie na podejmowaniu kolejnych decyzji oraz na tym, by właściwie wywiązać się z tego, co powiedziała Rosa. Choć przez moment nic innego nie miało znaczenia, a Jocelyne czuła, że robi słusznie – przynamniej teoretycznie.
Miała wrażenie, że czekała na odpowiedź całą wieczność. Wątpliwości majaczyły gdzieś na granicy jej świadomości, ale z uporem nie chciała przyjąć ich do siebie, walcząc przede wszystkim o to, by wytrwać przy swojej decyzji. Podejrzewała, że mama doskonale zdawała sobie z tego sprawę, nie wspominając o tym, że w końcu miała przed sobą własną córkę. Bardziej ludzka czy też nie, Jocelyne pozostawała Licavoli, ci zaś byli zdani ze swojego przesadnego wręcz uporu.
– Joce… – zaczęła z wolna mama, po chwili jednak westchnęła i z niedowierzaniem pokręciła głową. – Daj mi chwilę – westchnęła, a Jocelyne odetchnęła, uprzytomniając sobie, że jednak zdołała postawić na swoim.
Skinęła głową, w milczeniu obserwuję kobietę, kiedy sięgnęła po telefon. Nie zaprotestowała, kiedy Renesmee zachęcająco wyciągnęła rękę w jej stronę, by móc otoczyć ją ramieniem. W zamian bez słowa się w nią wtuliła, układając policzek na jej ramieniu i zmuszając się do tego, żeby cierpliwie czekać na wyjaśnienia.
Spodziewała się tego, że mama zabierze od niej wizytówkę, ale nie zdecydowała się na to. W zamian Jocelyne z zaskoczeniem zauważyła na wyświetlaczu numer taty, zanim Nessie zdecydowała się przyłożyć telefon do ucha.
– Coś nie tak, mi amore? – zapytał już na wstępie Gabriel. – Dojechałyście już z Joce, czy…?
– Jest z tobą jeszcze Castiel? – przerwała mu bez chwili wahania mama.
Natychmiast zapanowała cisza, co zresztą było do przewidzenia. Jocelyne mogła co najwyżej wyobrazić sobie twarz taty, co zwłaszcza po tym, jak ten zachowywał się w towarzystwie znajomego Renesmee, wcale nie było takie trudne. Wiedziała, że tata Gabriel się spiął, bez wątpienia zdezorientowany i zmartwiony, nim jednak zdążyła zastanowić się nad tym, co to tak naprawdę oznaczało, pół-wampir jednak zdecydował się odezwać:
 – Dopiero dojeżdżamy – przyznał zdecydowanie mniej entuzjastycznym tonem. – Coś się stało? Masz dziwny głos, aniele – przyznał, a Joce była gotowa się założyć, że wyłącznie przez obecność intruza wprost nie zapytał, czy problem miał związek z nią.
– Za chwilę ci wytłumaczę, ale na tę chwilę chciałabym zamienić słówko z Castielem – wyjaśniła cierpliwym tonem Renesmee. – Kochanie, wierz mi, ja sama nie wszystko rozumiem… Po prostu mi zaufaj.
Ostatnie zdanie zwykle działało cuda i tym razem nie było inaczej. Jocelyne usłyszała przeciągłe westchnienie ojca, Gabriel jednak nie skomentował więcej sytuacji nawet słowem, w zamian niechętnie uświadamiając Castiela, że telefon w pewnym sensie jest do niego. Joce wyraźnie widziała, że mama jest spięta i coraz bardziej niespokojna, ostatecznie jednak nie wycofała się, bardziej stanowczo zaciskając palce na komórce.
– Tak, Nessie? – odezwał się pogodnym tonem Castiel, być może wyczuwając, że jego rozmówczyni jest spięta.
– Nie chcę znowu zawracać ci głowy, zwłaszcza dzisiaj, ale… pamiętasz może o czym rozmawialiśmy w kawiarni? – zapytała wprost Renesmee. Jocelyne pomyślała, że pod tym jednym względem są do siebie z mamą podobne, woląc załatwiać ważne sprawy od razu, zanim zwątpienie okazałoby się na tyle silne, by się wycofały. – Dałeś mi wizytówkę.
– Ach… Ach, tak. – Castiel spoważniał, a do jego głosu wkradła się fascynacja, ale i swego rodzaju zwątpienie. – Rozmawiałaś o tym z siostrą? Podejrzewam, że początkowo może być zaniepokojona, ale przecież żadne z nas nie chce zrobić jej krzywdy. Pomyślałem sobie po prostu, że…
– Nie, nie chodzi o to, że Joce się boi – zapewniła go pośpiesznie Renesmee. – Wręcz przeciwnie. Sama poprosiła mnie o to, żebym do ciebie zadzwoniła.
Po drugiej strony zapanowała dłuższa chwila ciszy.
– Naprawdę? – Castiel nie krył zaskoczenia. – W takim razie… Mój Boże, tak, w porządku. Mówiłem ci przecież, że chcę pomóc – przypominał i zamyślił się na moment. – Masz tę wizytówkę, ale jeśli chcesz, to mogę sam spróbować zadzwonić gdzie trzeba. Chciałbym też porozmawiać z Jocelyne, jeśli tylko będzie chciała… Później wytłumaczę wam wszystko, co udało mi się ustalić – obiecał.
– Bardzo ci dziękuję. – Mama zawahała się na moment, po czym rzuciła Joce wyczekujące spojrzenie. Dziewczyna doszukała się w jej spojrzeniu niewypowiedzianego pytania, więc krótko skinęła głową, nie ufając swojemu głosowi na tyle, by się odezwać. – Jeszcze porozmawiamy między sobą, a później damy ci znać. Wiem, że Joce chce przynajmniej poznać szczegóły, ale… gdyby cokolwiek było nie tak…
– Wiesz, że zawsze może zmienić zdanie – zapewnił pośpiesznie Castiel. – To, co mówiłem w kawiarni, to tylko i wyłącznie moje gdybania. Jeśli twoja siostra zamierza ze mną współpracować, to chętnie pomogę. Możesz jej to przekazać, gdyby miała jakiekolwiek wątpliwości – dodał.
– Nie trzeba – wtrąciła Jocelyne. Z niejaką ulgą przekonała się, że głos nawet po części nie zdradzał tego, jak bardzo podenerwowana się czuła. – Dobrze pana słyszę.
– Mów mi Castiel. Już i tak zaczyna czuć się staro – obruszył się, ale chociaż jego głos zabrzmiał sympatycznie, Joce znowu ogarnęły wątpliwości. – Odezwę się jeszcze i wszystko ci wytłumaczę. Gdybyś miał jakiekolwiek pytania, to mów Renesmee albo najlepiej od razu przychodźcie z tym do mnie. W tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć ci szczególnie dużo, bo musiałbym wcześniej zadzwonić w kilka miejsc, ale…
Mówił coś jeszcze, ale już właściwie nie skupiała się na kolejnych słowach, myślami na powrót uciekając do rozmowy z Rosą oraz własnych emocji. Czuła się dziwnie rozbita i oszołomiona, samej sobie nie potrafiąc wytłumaczyć tego, czy robi dobrze. Jakaś jej cząstka w istocie tego chciała – zrozumienia i odpowiedzi – jednak im dłuższe słuchała kojących zapewnień Castiela, tym bardziej spięta się czuła.
Skoro się zdecydowała, to tak, jakby przyznawała się do szaleństwa – a tym samym czyniła je czymś prawdziwszym. Zawsze wiedziała, że jest inna od swoich rówieśników, ale tym razem to było coś zupełnie innego, niezwiązanego tylko i wyłącznie z tym, jak rozłożyły się geny. Mierzyła się z czymś, czego nie rozumiała, zresztą tak jak i wszyscy otaczający ją bliscy, co samo w sobie wydawało się dość wymowne. Musiała podjąć decyzję i spróbować zawalczyć o siebie, jeśli nie chciała ostatecznie doświadczyć szaleństwa, chociaż utrata zmysłów wydawała się być jej pisana. Swoją drogą, nie wyobrażała sobie rozmowy z kimkolwiek o tych dziwnych doświadczeniach – o Rosie, o mężczyźnie ze szkoły oraz tym, jak i dlaczego znalazła się na dachu szkoły. Nie chciała raz jeszcze przez to przechodzić, chociaż zrozumienie wydawał się właśnie tego wymagać. Chwila walki z samą sobą wydawała się dość niską ceną za to, co mogła osiągnąć w zamian, Jocelyne nagle zwątpiła w to, czy będzie do tego zdolna.
To wszystko posunęło się za daleko, a ona czuła się coraz bardziej zagubiona. Chciała wierzyć w to, że od jednej decyzji zależy… No cóż, w zasadzie wszystko. Jakkolwiek by jednak nie było, sprawa wcale nie wydawała się aż taka prosta, a Joce była coraz pewniejsza tego, że sobie nie poradzi – i to pomimo całego wsparcia, które otrzymywała ze strony bliskich.
Po prostu zaufaj sobie, pomyślała, po raz kolejny odwołując się do słów Rosy, jednak i to nie przyniosło takiego skutku, jak mogłaby tego oczekiwać.
Coś było z nią nie tak i doskonale zdawała sobie z tego sprawę, nawet pomimo tego, co mówili rodzice.
Co więcej, czuła się coraz bardziej przerażona, a to był zaledwie początek.

1 komentarz:

  1. Hej:)
    Uważam, że Joyce powinna jak najszybciej powiedzieć rodzicom prawdę na temat tego co się z nią dzieje, a ten cały projekt o którym wciąż mówi Castiel nie podoba mi się ani trochę. Wyczuwam duże kłopoty, ale jak to ja zawsze się mogę mylić. Chociaż, co już mówiłam pewnie nie raz, ty niczego bez potrzeby nie wprowadzasz, więc coś się wydarzy w związku z tym Projektem Beta. I raczej nic dobrego;)
    Ha! Fakt, Rufus zawsze jakoś y usprawiedliwił brak swojej wiedzy, to jedno akurat jest pewne. :D Nie ma to jak kochany wujek, prawda? :3
    Ciekawi mnie jak wyglądała podróż Gabriela i Castiela, to musiało uczelni ciekawe. Zwłaszcza jak jeden z nich jest chorobliwie zazdrosny. :D
    Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział^
    Pozdrawiam,
    Gabi.

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa