31.03.2016

Sto pięćdziesiąt pięć

Alessia
W milczeniu wpatrywała się w twarz dziewczyny. Czuła na sobie przenikliwe spojrzenie pary pełnych bólu oczu. W jakimś stopniu to wydawało jej się okropne, chociaż starała się tego nie okazywać, siląc się przede wszystkim na spokój. Nie chciała, żeby dziewczyna zorientowała się, że jej rozmówczyni w rzeczywistości jest przerażona. Nie miała pojęcia, co powinna zrobić, w duchu dziękując przede wszystkim za to, że nie padło jedno z najistotniejszych pytań: jak?
W głowie szukała czegoś, co mogłaby powiedzieć i co zabrzmiałoby choć odrobinie sensownie. Pragnęła, żeby było to coś pocieszającego, co utwierdziłoby dziewczynę w przenoszeniu, że jednak może być dobrze. Być może byłoby to złudne poczucie bezpieczeństwa, jednak Ali sądziła, że byłoby to najlepszym z możliwych rozwiązań – przynajmniej na razie.
Musiała spróbować zadzwonić do Isabeau, dokładnie jak zaplanowała na początku. Ciotka mogłaby jej pomóc, o wiele lepiej znając się na ziołach i najpewniej mogąc doradzić jej coś, co przynajmniej uśmierzyłoby ból wilkołaczycy. Chciała również zaryzykować wprowadzenie swojego planu i poszukanie czegoś na wzmocnienie. Co prawda problem zdecydowanie nie leżał w niedoborze kilku witamin, ale trudno. Zamierzała spróbować, chwytając się każdego możliwego rozwiązania, jeśli tylko miało rację bytu. Wciąż nie miała pewności, czy w tej drugiej kwestii lepsza będzie Isabeau czy może dziadek Carlisle, ale…
Z zamyślenia skutecznie wyrwał ją dziwny, zdławiony dźwięk. Poderwała głowę akurat w chwili, w której już i tak na wpół leżąca Nattie jęknęła, obejmując ramionami brzuch i zginając się wpół. Z jej gardła wydobyło się coś, co Ali była w stanie określić tylko i wyłącznie jako bulgotanie, jakby w przełyku dziewczyny utknęło coś, czego w żaden sposób nie była w stanie się pozbyć. Zakaszlała, a przynajmniej próbowała, bo i na to wydawała się nie mieć siły. Błyszcząc oczy rozszerzyły się do granic możliwości, a na twarzy odmalował wyraz czystego przerażenia, którego nawet nie próbowała opanowywać. Alessia zastygła w bezruchu, czując, że powinna coś zrobić, ale jednocześnie nie będąc w stanie ruszyć się z miejsca chociażby o milimetr – i to pomimo tego, że w naturalny sposób zapragnęła chwycić niedoszłą wilkołaczycę za ramiona i jakkolwiek jej pomóc, niezależnie od tego, co się z nią działo.
Już w następnej sekundzie pochyliła się do przodu, oddychając coraz szybciej i ciężej, a chwilę później Ali wyraźnie poczuła aż nazbyt charakterystyczny, oszałamiająco zapach. Zamarła w bezruchu, czując się trochę tak, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie, chociaż tym razem zdecydowanie nie miała w planach rzucić się komuś do gardła.
Kiedy już w następnej chwili Nattie najzwyczajniej w świecie zwymiotowała krwią, zmieniło się wszystko.
Sama nie była pewna kiedy i jakim cudem zdołała poderwać się na równe nogi, a tym bardziej zmaterializować przy drzwiach. Oparła się o nie plecami, nerwowo zaciskając dłoń na klamce i chyba jedynie cudem nie miażdżąc ją w coraz silniejszym uścisku. Czuła, że serce tłucze jej się w piersi, waląc tak szybko i mocno, że ledwo była w stanie oddychać. Gardło paliło żywym ogniem, choć jednocześnie nie wyobrażała sobie tego, że mogłaby przełknąć choć kilka kropel krwi Nattie – wręcz przeciwnie: Ali miała wrażenie, że prędzej dołączy do dziewczyny, zwracając wszystko to, co zdążyła wypić w sypialni, zanim w ogóle zdecydowała się na jakiekolwiek spotkanie.
Słodka bogini…
Z wrażenia aż zawirowało jej w głowie, ale praktycznie nie zwróciła na to uwagi. Poruszając się trochę jak w transie, wpatrywała się w Nattie, rozdarta pomiędzy potrzebą pomocy a natychmiastową ucieczką. Od dawna nie czuła się aż tak roztrzęsiona, nie wspominając o tym, że nigdy dotąd nie była świadkiem czegoś takiego. Co prawda wiedziała, że w skrajnych przypadkach coś podobnego spotykało zarażone Syndromem Agresji pół-wampiry, ale do tej pory nie miała pewności, czy prawdą jest, że kiedy śmierć nie nadchodziła, zaś emocje stawały się nie do zniesienia, ciało najzwyczajniej w świecie się buntowało i dokonywało samo destrukcji. No cóż, ta dziewczyna zdecydowanie nie należała do zarażonych, nie wspominając o tym, że po wszystkim Nattie zdecydowanie nie miała wrócić jako istota nieśmiertelna. Ta dziewczyna właśnie umierała na jej oczach, a Ali nie była w stanie zrobić niczego, by spróbować to zatrzymać.
Czuła, że powinna wyjść, by nie prowokować swojej wampirzej natury, zwłaszcza po tym, jak już raz zaatakowała, ale jednocześnie nie była w stanie tak po prostu podjąć jakiejkolwiek decyzji. Mogła co najwyżej patrzeć jak nieszczęsna śmiertelniczka na jej oczach doświadcza czegoś okropnego, chociaż sama zaledwie chwilę wcześniej obiecała jej ratunek. Zrób coś, kretynko!, warknęła na siebie w duchu, ale w głowie miała pustkę, z kolei wszystkie mięśnie wydawały się być na dobrej drodze do tego, żeby zamienić się w ołów. Miała wrażenie, że jej całe ciało waży tonę, a ona zapada się, tracąc siły i motywację do dalszej walki. Chciała krzyknąć, ale gardło miała tak ściśnięte i obolałe, że nawet wypuszczenia z płuc okazało się skomplikowanym wyzwaniem, którego nie była w stanie podjąć.
Jakkolwiek by nie było, takie ograniczenia najwyraźniej nie obowiązywały Nattie, bo z gardła dziewczyny nagle wyrwał się rozdzierający, przerażony szloch. Wciąż klęczała na brudnej posadzce, wspierając obie dłonie na ziemi i pochylając się do przodu. W kącikach ust zebrały jej się krople krwi, a śmiertelniczka nawet nie próbowała ich ocierać, być może roztrzęsiona, by zdobyć się na uniesienie rąk. To zresztą i tak wydawało się być pozbawione sensu, tym bardziej, że chwilę później ciałem Nattie wstrząsnął kolejny spazm, a potem ponownie zwymiotowała, wprawiając Alessię w stan całkowitego osłupienia. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem widziała aż tyle krwi, oczywiście nie wspominając walk, które miały miejsce, kiedy Isobel była w pełni władzy. Tego, co robiły demony, nie dało się porównać z niczym, a sama świadomość tego, że kiedyś już biegła zakrwawionymi uliczkami, na każdym kroku ślizgając się na nadmiarze posoki, przyprawiała ją o dreszcze.
– Proszę… – usłyszała i to było niczym kolejny cios na który zdecydowanie nie była przygotowana.
Podchwyciła przerażone spojrzenie swojej rozmówczyni, wciąż klęczącej na ziemi. Skóra dziewczyny straciła jakiekolwiek barwy, ciało trzęsło się, a sama Nattie wyglądała tak, jakby w każdej chwili mogła rozpaść się na kawałeczki. Już nie błagała o śmierć, wyraźnie nie pragnąc jej w takim stopniu, jak chwilę wcześniej usiłowała wmówić. Bała się i to wydawało się oczywiste, a jednak…
Nie zarejestrowała momentu, w którym bezwiednie ruszyła się z miejsca. Zanim się obejrzała, kolana ugięły się pod jej ciężarem, a Alessia ciężko osunęła się u boku Nattie, przez chwilę całkowicie obojętna na obecność krwi, pragnienie i czyste przerażenie, które odczuwała przez cały ten czas. Ciało dziewczyny zaciążyło jej, kiedy ta oparła się o nią, najzwyczajniej w świecie pozwalając sobie na utratę równowagi. Ali otoczyła ją ramionami, starając się nie myśleć o tym, że trzyma w objęciach zakrwawioną, wciąż targaną mdłościami i coraz bliższa paniki. Czuła, że ciałem Nattie raz po raz wstrząsały dreszcze, ale w żaden sposób nie potrafiła stwierdzić czy to szloch, czy może kolejne mdłości. Wiedziała jedynie, że nie jest w stanie dokonać niczego więcej, przynajmniej na tę chwilę, a skoro tak…
– Nie… nie idź nigdzie – wyrzuciła z pewnym wysiłkiem dziewczyna. – Ja nie… – zaczęła, jednak musiała urwać; znowu jęknęła, po czym przekręciła się tak, by zwrócić twarz do ziemi, jednak tym razem udało jej się powstrzymać kolejna porcję cisnącej się do ust krwi.
– Nie zamierzam. – Alessia samą siebie zaskoczyła brzmieniem własnego głosu. Nie potrafiła jednoznacznie opisać tego, jak się czuła, ale to wydawało się najmniej istotne. Chciała sprawiać wrażenie zdeterminowanej i pewnej tego, co mówiła, i chociaż nie przypuszczała, że będzie do tego zdolna, chyba faktycznie jej się to udało. – Cały czas tutaj jestem.
Nattie nie chciała albo nie miała siły odpowiedzieć, ale jej spojrzenie okazało się wystarczającą formą odzewu. Oczy dziewczyny były duże i załzawione, a Ali z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że sama również jest bliska łez. Obejmowała zupełnie obcą jej dziewczynę, wcześniej nie mając nawet okazji podać jej swojego imienia, to jednak niczego nie zmieniało. Walczyła o to, żeby powstrzymać płacz, aż nazbyt świadoma tego, że w ten sposób zdecydowanie w niczym by Nattie nie pomogła, ale to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby przypuszczać. Balansowała na krawędzi załamania, w duchu niczym mantrę powtarzając sobie to, że musi być silna, bo tego wymagało od niej to, kim była. Isabeau zawsze to potrafiła, zresztą tak jak i Allegra – dwie silne kobiety, które od dziecka pomagały jej w obraniu kierunku, którego nade wszystko pragnęła. Dzięki nim była tym, kim była, więc i tym razem próbowała znaleźć w doświadczeniach kobiet pewność siebie, której tak bardzo potrzebowała.
Jej palce bezwiednie powędrowały do zawieszonej na szyi „Łzy Allegry”. Odkąd jako mała dziewczynka otrzymała srebrzystą zawieszkę na cieniutkim łańcuszku od matki swojej ukochanej ciotki, właściwie nie rozstawała się z biżuterią, jeśli tylko nie była do tego zmuszona. W tamtej chwili ściskała ją w niemal kurczowy sposób, próbując znaleźć w tym geście ukojenie, którego nade wszystko potrzebowała, to jednak pomimo upływu czasu nie nadchodziło. Była za to wpatrzona w nią Nattie, która wydawała się obserwować każdy jej ruch, być może chcąc upewnić się, że nie jest sama. Chyba właśnie to stało się dla dziewczyny najważniejsze – jakakolwiek forma towarzystwa, która dałaby jej pewność, że nikt jej nie opuści. Alessia nie miała pewności, czym tak naprawdę jest samotność, bo nigdy w pełni jej nie doświadczyła, zawsze mając przy sobie kogoś, kto był gotów zrobić wszystko, byleby wyciągnąć ją z kłopotów, jednak podejrzewała, że zwłaszcza w takiej sytuacji nie było niczego gorszego od braku towarzystwa.
Przymknęła oczy, kiedy Nattie wstrząsnął kolejny dreszcz. Wciąż czuła słodycz krwi, tym bardziej, że dziewczyna z jękiem zwymiotowała na posadzkę, jednak to działo się jakby poza nią, odległe i pozbawione głębszego znaczenia. Miała wrażenie, że jakimś cudem znalazła sposób na to, żeby „wyłączyć” to, co stanowiło największy problem dla kogoś, kto był w stanie czuć – emocje – choć jednocześnie nie była w stanie pozbyć się ich całkowicie. Wciąż czuła wilgoć pod powiekami i na policzkach, ale i to stanowiło jakiś odległy, pozbawiony głębszego znaczenia bodziec, który z łatwością można było zignorować. Gdyby zechciała, mogłaby poddać się nadmiarowi sprzecznych uczuć i pozwolić na to, żeby te dosłownie rozerwały ją od środka, ale nie była w stanie się na to zdobyć. Jeszcze nie teraz, przeszło jej przez myśl i to w jakiś sposób wydało jej się sensowne, choć sama nie była pewna dlaczego.
Wrażenie było dziwne, a Alessia w żaden sensowny sposób nie potrafiła go opisać – nie w jednoznaczny sposób. Palce jeszcze mocniej zacisnęła na „Łzie Allegry”, aż zaczęła się obawiać, że w którymś momencie zerwie ozdobę z szyi, nie była jednak w stanie tak po prostu rozluźnić uścisku. Przełknęła z trudem, znowu odczuwając przytłumiony ból gardła, ten jednak wydawał się dochodzić jakby z oddali – trochę tak, jakby doświadczała uczuć kogoś innego, kto nie miał dla niej większego znaczenia. Zamiast na sobie, całą uwagę koncentrowała na skulonej w jej ramionach Nattie, przytrzymując posklejane włosy dziewczyny i za wszelką cenę usiłując ulżyć w tym, czego ta doświadczała. Cierpliwie znosiła każdy kolejny spazm, jęk albo błagalne spojrzenie, usiłując jak najlepiej zrobić to, co wychodziło jej najlepiej – po prostu być, choć i to nie było takie łatwe, jak mogłaby oczekiwać. Czasami zastanawiała się, jakim cudem Allegrze i Beau udawało się czuwać przy umierających, nie wspominając o Layli, która w okresie panowania Isobel przesiadywała przy umierających dzieciach, gotowa zrobić wszystko, byleby wprowadzić je w nowe, wampirze „życie”. Na każdym kroku przekonywała się, że kobiety w jej rodzinie były oszałamiająco wręcz silne – i to nawet w tych najbardziej wymagających momentach, kiedy same wydawały się potrzebować wsparcia, a jednak jakimś cudem okazywały się zdolne do tego, żeby obdarować nim innych.
Teraz przyszła kolej na nią, choć nie sądziła, że znajdzie w sobie dość siły, by się na to zdobyć. Jakby tego było mało, podświadomie czuła, że została rzucona na przysłowiową „głęboką wodę”, uczestnicząc w czymś najbardziej wymagającym: bo właśnie usiłowała wesprzeć kogoś, kto w każdej chwili mógł umrzeć.
– Tak mi przykro… – wyrwało jej się.
Początkowo jej głos zabrzmiał niewiele głośniej od szeptu, przez co szczerze wątpiła w to, by Nattie była w stanie ją usłyszeć. Tym większym zaskoczeniem było dla Alessi to, że dziewczyna natychmiast poderwała głowę, obdarowując ją jednym z najbardziej błagalnych, przerażonych spojrzeń. Coś w jej wzroku sprawiło, że Ali natychmiast zapragnęła odwrócić wzrok, a jednak nie była w stanie się na to zdobyć, trochę jak oczarowana spojrzeniem, którym obdarowała ją umierająca.
– Zostałaś – oznajmiła w końcu Nattie. – Ty jedna zostałaś…
Przełknęła z trudem, mając spore problemy z tym, żeby odezwać się chociaż słowem. Mrugała energicznie, raz po raz powtarzając sobie, że nikt nie poczułby się lepiej, gdyby musiał obserwować jakiekolwiek łzy.
– Przecież obiecałam – przypomniała cicho. Czuła, że się pogrąża, zwracając uwagę Nattie na słowa, które nie tak dawno temu padły z jej ust i które teraz wydawały się brzmieć niczym wierutne, pozbawione racji bytu kłamstwo. – Znajdę jakiś sposób. Teraz postaraj się odpocząć, chyba że… Nadal cię mdli, Nattie?
– Nie. – Przez twarz dziewczyny przemknął cień, choć to równie dobrze mogło być jedynie wrażeniem. – Nie, już nie, ale… Ja przecież wszystko wiem – oznajmiła nagle.
Alessia zamrugała pośpiesznie, coraz bardziej oszołomiona. Miała wrażenie, że niewiele brakuje, żeby ostatecznie poddała się i rozpadła na kawałeczki.
– Co takiego? – zaryzykowała, chociaż prawda była taka, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jaka była odpowiedź.
– Że nic nie zdziałasz – odpowiedziała ze spokojem, bez chociażby cienia żalu czy wahania. Wydawała się spokojna i zrezygnowana, jakby zdążyła się pogodzić z tym, że za moment wszystko mogło się skończyć. Kto wie, może na swój sposób tego chciała, tym bardziej, że już wcześniej prosiła o śmierć, wydając się widzieć w niej wybawienie, którego potrzebowała. – Ale chciałaś… spróbować… A to ważne. Jesteś tutaj – dodała z naciskiem.
– Oni nie są źli, nawet jeśli mogłoby wydawać się inaczej – wyrzuciła z siebie pod wpływem impulsu. Mogła tylko zgadywać, co takiego Nattie myślała sobie o Victorze, Belli albo Arielu, ale choć sama wciąż nie wierzyła w to, że w tak nieludzki sposób mogliby potraktować cierpiącą dziewczynę, zamykając ją w tak odległym pomieszczeniu, Alessia czuła, że musi stanąć w ich obronie. – Nie wszyscy – dodała, a Nattie zmarszczyła brwi.
– To teraz nieważne… – stwierdziła cicho.
Zaraz po tym zamilkła, jakby nagle zabrakło jej siły. Alessia zesztywniała, kiedy dziewczyna przymknęła oczy, nagle nieruchomiejąc. Długie włosy spływały falami aż do ziemi, muskając pokrwawioną posadzkę, to jednak wydawało się najmniej istotne. Ona sama byłą świadoma obecności krwi, tym razem, że już praktycznie klęczała w coraz szybciej powiększającej się kałuży, jednak i to nie robiło na niej najmniejszego nawet wrażenia. Posoka błyskawicznie wsiąkała w jej ubranie, sprawiając, że materiał nieprzyjemnie kleił się do jej skóry, by wkrótce najpewniej zesztywnieć, ale i na to nie zwracała uwagi. Bezwiednie i w regularnych odstępach czasu przeczesywała palcami loki Nattie, zupełnie jakby ta była małą dziewczynką, którą trzeba było pocieszyć. W zasadzie chyba zaczynała tak na nią spoglądać, porażona kruchością i słabością dziewczyny, która nie tak dawno temu rzucała się w agonii, ogarnięta narastającym z każdą kolejną sekundą przerażeniem.
Przez kilka następnych sekund panowała nieprzenikniona cisza, aż zaczęła wątpić w to, czy dziewczyna wciąż oddychała. Nawet wyostrzone zmysły okazały się zawodne, kiedy przyjrzała się klatce piersiowej Nattie, ledwo będąc w stanie dostrzec kolejne, niezwykle subtelne ruchy. Dziewczyna łapała powietrze, jednak tak wolno, niemalże kurczowo, że nawet gdyby przestała to robić, początkowo można byłoby nie zauważyć różnicy. Dosłownie przelewała się Alessi w rękach, słaba i być może nieprzytomna, chociaż Ali wciąż miała nadzieję na to, że otworzy oczy.
– Nattie? – zaryzykowała. Jej głos zabrzmiał tak cicho i niewyraźnie, że ledwo sama była w stanie usłyszeć swój własny głos. – Nattie…
– Jestem bardzo zmęczona – odpowiedziała dziewczyna sennie, skutecznie zaskakując Alessię tym, że w ogóle zdołała się odezwać.
Ali westchnęła i skinęła głową, nie dbając o to, że niedoszła wilkołaczyca nie była w stanie tego zobaczyć.
– Kto ci to zrobił? – zapytała zdławionym tonem. Łatwiej było wściekać się jej na Vicka, kiedy była przekonana, że to jego zasługa, zwłaszcza po tym, czego się dowidziała na temat praktyk, które stosował. – Gdybym tylko mogła coś zrobić…
– Nie wiem… – Glos Nattie był słaby, poza tym dochodził jakby z oddali. Twarz miała wilgotną, ale Alessia nie była w stanie stwierdzić czy to krew, pot czy może łzy. – Powiedział, że jestem do niej podobna…
Pół-wampirzyca zamarła, czekając na dalszy ciąg wypowiedzi, ten jednak nie nadchodził. Przez kilka następnych sekund trwała w bezruchu, raz po raz przeczesując włosy dziewczyny, chociaż już wtedy podświadomie wyczuła, że to nie ma sensu – zresztą tak jak i wiele innych rzeczy, które robiła albo obiecywała w przeszłości. Kiedy przychodziła do Ariela, nieświadoma tego, kim tak naprawdę jest srebrzysty wilk przed nią, raz po raz ponawiając tę samą przysięgę, chociaż nie była w stanie jej spełnić, nie zastanawiała się nad konsekwencjami. Wtedy miała dużo szczęścia i czas, a ostatecznie zdołała zrobić dość, zwłaszcza po tym, jak odzyskała pamięć. Tym razem było zupełnie inaczej, a Ali zawiodła – czuła to całą sobą, coraz bardzie żałując obietnicy, która padła z jej ust.
A potem poczuła, że Nattie leży w jej ramionach całkowicie bezwładnie i już nie oddycha.
W pierwszym odruchu zapragnęła się nad nią pochylić, by upewnić się, czy to nie jakieś upiorne wrażenie, ale podświadomie czuła, że to nieprawda. Poczuła wilgoć pod powiekami, ale tym razem nie próbowała powstrzymywać łez, pozwalając im swobodnie płynąć. Nie, zdecydowanie nie miała oswoić się ze śmiercią, wciąż czując narastającą potrzebę tego, żeby zaprotestować – i to pomimo tego, że już nie była w stanie niczego zmienić, niezależnie od tego, jak bardzo by tego nie chciała. Ta świadomość była okropna, niosąc ze sobą coraz silniejszy ból, gniew i poczucie zawodu, które do tej pory usiłowała w sobie zdusić, a które ostatecznie powróciły – intensywne, obecne i wciąż należące do niej.
Jakby z oddali usłyszała ledwo zauważalne skrzypnięcie zawiasów, kiedy ktoś otworzył drzwi. Poderwała głowę, pierwszy raz odrywając wzrok od twarzy Nattie, by móc spojrzeć w stronę wejścia do pokoju. Obraz zamazywał jej się przed oczami, zniekształcony przez wciąż napływające łzy; kilka zdążyło wymknąć się pod jej zmrużonych powiek i teraz swobodnie spływały po policzkach, ale i na to nie zwróciła najmniejszej uwagi, bardziej przejęta ludzką sylwetką, która zamajaczyła w wejściu.
– Dlaczego? – zwróciła się do przybysza, chociaż sama nie potrafiła sprecyzować tego, o co tak naprawdę się pytała i jakiej odpowiedzi mogłaby oczekiwać.
To zresztą i tak wydawało się zbędne, bowiem przybysz wydawał się aż nazbyt dobrze zdawać sprawę z tego, co działo się w jej głowie.
Kiedy Ariel zmaterializował się przy niej, bez chwili wahania odsuwając od ciała Nattie i zamykając Ali w silnym uścisku, bez słowa wtuliła twarz w jego tors, a potem zaczęła płakać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa