19.03.2016

Sto czterdzieści siedem

Renesmee
Zatrzymałam samochód przed kawiarnią, nie po raz pierwszy zastanawiając się nad tym, co właściwie robiłam. Przez myśl przeszło mi, że Gabriel zdecydowanie nie byłby zadowolono, ale prawie natychmiast odrzuciłam od siebie tę myśl. Mój mąż był przewrażliwiony i o wiele zbyt mocno zazdrosny, ja z kolei nie byłam głupia. Co więcej martwiłam się, więc jakakolwiek forma odmiany jawiła mi się jako cudowna perspektywa, której w żaden sposób nie byłam w stanie się oprzeć.
Telefon od Castiela mnie zaskoczył, tym bardziej, że ostatnim razem nie zdążyłam dać mu numeru telefony. Dopiero później mężczyzna wytłumaczył mi, że przed wyjściem z naszego domu miał jeszcze chwilę na to, żeby podręczyć Carlisle’a o jakiś kontakt ze mną, co najwyraźniej poskutkowało, skoro ostatecznie się odezwał. Zdecydowanie nie miałam głowy ani do planowania przeprowadzki, ani szukania jakiekolwiek lokum dla naszej czwórki. W zasadzie zdążyłam zapomnieć o tym, że Castiel cokolwiek nam sugerował, zbyt przejęta Jocelyne i tym, że w Mieście Nocy również sprawy nie miały się najlepiej. Gabriel chodził jak struty, a po ostatnim telefonie od Layli, która zdołała wykrztusić z siebie zaledwie kilka słów na temat Beau i człowieczeństwa, chłopak sprawiał wrażenie chętnego kogoś zabić – i to zwłaszcza po tym, jak stanowczo zabroniłam mu gdziekolwiek jechać.
Jakkolwiek by nie było, początkowo byłam sceptycznie nastawiono do spotkania z Castielem, zwłaszcza w tak charakterystycznym miejscu, jak kawiarnia. Wciąż nie byłam pewna, co tak naprawdę powinnam myśleć o zachowaniu swojego nowego znajomego, zwłaszcza po tej dość niezręcznej sytuacji, kiedy w niemalże otwarty sposób okazywał zainteresowanie moją osobą. Chciałam wierzyć, że w ten sposób próbował co najwyżej zirytować Gabriela, rozbawiony jego zaborczością względem mnie, ale i tak czułam, że powinnam postawić sprawę jasno – ot tak, dla jasności.
Zacisnęłam dłonie na kierownicy, po czym wypuściłam powietrze ze świstem, próbując się uspokoić. Okej, to tylko kawa. Godzina, góra dwie i po problemie, pomyślałam, w pośpiechu odpinając pasy i przesuwając się w stronę drzwiczek. Jakaś część mnie cieszyła się na to spotkanie, tym bardziej, że Castiel jawił mi się jako sympatyczna osoba, a chyba właśnie kogoś takiego teraz potrzebowałam: miłego faceta z poczuciem humoru, który nie był świadom istnienia istot nadnaturalnych i związanych z nimi problemów. Miałam nadzieję, że chociaż na moment zdołam się rozluźnić, co pozwoliłoby mi spojrzeć na sytuację z dystansu i – przy odrobinie szczęścia – wymyślić coś na tyle sensownego, żebyśmy wszyscy poczuli się lepiej.
Dzień zapowiadał się pochmurnie i szaro, ale to nie było niczym dziwnym o tej porze roku w Seattle. Przynajmniej nie padało, dzięki czemu swobodnie mogłam przejść niewielki kawałek, który dzielił mnie od budynku. Już od progu powitał mnie aromatyczny zapach kawy i słodkich ciastek, co sprawiło, że mimowolnie pomyślałam o Joce; zamierzałam coś jej przywieść, chociaż obdarowywanie dziewczyny słodyczami zdecydowanie nie miało rozwiązać najważniejszego problemu. Martwiłam się o nią, a jej ostatnie wyznanie wciąż nie dawało mi spokoju – to, że mogła słyszeć i widzieć rzeczy, których nie było. Wciąż nie miałam pojęcia, co z tym zrobić i właśnie ta bezradność najbardziej mnie przerażała. Chciałam jej pomóc, ale nie miałam pojęcia jak, podświadomie chyba licząc na to, że od Rufusa wyciągnę coś praktycznego, kiedy tylko pojawią się z Laylą w Seattle. Wiedziałam, że zamierzali wrócić i choć nie miałam pewności, czy próba konsultowania stanu Joce z kimś, kto niejednokrotnie sam zachowywał się jak wariat, ma jakikolwiek sens, byłam na tyle zdesperowana, żeby jednak spróbować.
– Renesmee? – usłyszałam i to wystarczyło, żeby skutecznie sprowadzić mnie na ziemię. Poderwałam głowę, machinalnie spoglądając w stronę jednego z odległych stolików, gdzie rozsiadł się Castiel, mimowolnie uśmiechając się na jego widok. Pomachał mi energicznie, żebym nie miała najmniejszych wątpliwości, gdzie go szukać, a ja bez chwili wahania ruszyłam w jego stronę. – Tutaj!
Bardziej stanowczo przycisnęłam do boku torebkę, w duchu raz po raz powtarzając sobie, że powinnam przynajmniej spróbować się rozluźnić. Stanowczo odrzuciłam od siebie myślenie o Jocelyne, wcześniej stanowczo przekonując samą siebie, że jeśli choć na moment przestanę, nie powinno wydarzyć się nic złego.
– Cześć – rzuciłam przesadnie wręcz entuzjastycznym tonem, zajmując miejsce naprzeciwko Castiela.
Spojrzałam krótko na różowy, koronkowy bieżnik, którym przykryto nasz stolik, zresztą jak i wszystkie inne w lokalu. Coś w tych słodkich dekoracjach sprawiało, że miałam ochotę wywrócić oczami, mimowolnie myśląc o walentynkowych dekoracjach, które tylko w teorii miały zapewniać odpowiedni nastrój.
– Tak, mnie też to drażni – zapewnił mnie Castiel, podążając wzrokiem za moim spojrzeniem i uśmiechając się w nieco roztargniony, uroczy sposób. – Nigdy więcej nie poproszę Elliotta o radę… Wiesz, że długo nie było mnie w mieście – dodał, a ja wymownie uniosłam brwi ku górze.
– No nie wiem, nie wiem… – rzuciłam pozornie rozbawionym tonem, ale do mojego tonu i tak wkradła się nutka napięcia. Miałam nadzieję, że mój rozmówca nie był w stanie jej wyczuć, bo zdecydowani nie w mojej gestii leżało to, żeby jakkolwiek go urazić. – Mnie to wygląda na próbę wmuszenia randki.
Ulga, którą poczułam, kiedy nagle wybuchnął śmiechem, była nie do opisania. Jego zielone oczy zabłysły figlarnie, gdy zaś niedbałym ruchem przeczesał ciemne włosy palcami, robiąc sobie na głowie jeszcze większy bałagan, coś w wyrazie jego twarzy i zachowaniu dało mi do zrozumienia, że decydowanie nie mam powodów do tego, żeby czymkolwiek się przejmować.
– Dobry Boże, nie! – zapewnił mnie pośpiesznie. – Masz obrączkę na palcu, a ja nie mam w zwyczaju uganiać się za mężatkami, obojętnie jak urodziwymi – dodał z powagą.
Wypuściłam powietrze ze świstem, równie uspokojona, co i zażenowana.
– To dobrze – powiedziałam i zaraz poczułam się głupio, dochodząc do wniosku, że zabrzmiało to w co najmniej niezręczny sposób. – Miałam na myśli… Nie zrozum mnie źle, ale po prostu chciałam mieć jasność, że ty nie… – Urwałam, mając wrażenie, że jestem na dobrej drodze do tego, żeby zrobić z siebie idiotkę.
– Och, Nessie, chyba powinienem cię w takim razie przeprosić. Ostatnim razem… Chyba troszeczkę się zagalopowałem. – Castiel posłał mi kolejny czarujący, figlarny uśmiech. – Nie mogłem się powstrzymać, kiedy twój mąż zaczął zachowywać się w ten sposób.
– Gabriel nie powinien był tego robić – przyznałam i chciałam dodać coś jeszcze, ale Castiel zdecydował się mnie ubiec:
– Nie przejmuj się tym. To dobrze, kiedy facet dba o swoją kobietę – stwierdził, mrugając do mnie porozumiewawczo. – Ja z kolei przywykłem do tego, że piękne, inteligentne panie są zazwyczaj zajęte.
Poczułam, że się rumienię, chociaż sama nie byłam pewna dlaczego. Zdecydowanie nie przywykłam do tego, żeby komplementował mnie ktokolwiek inny niż Gabriel, czasami i z powodu słów męża czując się w co najmniej dziwny sposób. Chłopak nie raz zarzucał mi, że jestem zbyt niepewna siebie i swoich atutów, chociaż to wcale nie było takie proste, jak mogłoby mu się wydawać. Już i tak zmieniłam się przy nim, bardziej świadoma siebie i swojego ciała, ale jakiekolwiek oznaki zainteresowania i tak wprawiały mnie w konsternację.
– Na pewno sobie kogoś znajdziesz – odezwałam się cicho, dziwnie czując się z tym, jaki kierunek przybrała nasza rozmowa. Z wahaniem spojrzałam Castielowi w oczy, po czym spróbowałam wysilić się na blady uśmiech. Moje place bezwiednie zacisnęły się na „Oczku Gabrielli”, a ja zaczęłam nerwowo obracać pierścionek, chcąc zająć czymś ręce. – Dziwię się, że jeszcze tego nie zrobiłeś – dodałam zgodnie z prawdą.
No cóż, nie mogłam zaprzeczyć, że był przystojny – i to bardzo, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że był człowiekiem. Zdążyłam przywyknąć do obracania się w świecie istot, które zachwycały urodą, bo to była cecha właściwa nieśmiertelnym. W przypadku Castiela również dostrzegałam coś wyjątkowego, co zwłaszcza w zestawieniu z jego charakterem sprawiało, że wydawał mi się osobą, która bardzo szybko byłaby w stanie stworzyć udany związek. Co prawda znałam go krótko, ale skoro już przy trzecim spotkaniu miałam takie wrażenie, podejrzewałam, że coś musiało w tym być.
– Gdyby to było takie proste… – mruknął Castiel na tyle cicho, że nie miałam wątpliwości co do tego, że zwracał się bardziej do siebie niż do mnie. – Dziękuję ci, że przyszłaś – odezwał się już normalnym tonem, a na jego twarzy jak na zawołanie pojawił się uśmiech. Często to robił, wyjątkowo entuzjastycznie nastawiony do świata i ludzi, co z miejsca poprawiło nastrój również mnie. – Zanim przejdziemy do rzeczy… Czy wszystko w porządku? Być może nie powinienem pytać, ale po tym, co miałem okazję zobaczyć ostatnim razem… Mam nadzieję, że twoja siostra czuje się lepiej.
Ledwo powstrzymałam grymas, niechętnie wspominając to, co działo się z moją córką. Carlisle wspominał, że opanował sytuację związaną z Castielem, oczywiście przedstawiając mu Jocelyne jako moją siostrę. Niektórzy już i tak dziwnie się na mnie patrzyli, kiedy wspominałam o tym, że mam męża – w końcu wyglądałam na o wiele za młodą na to, by być w aż tak poważnym związku. Dziecko zdecydowanie nie wchodziło w grę i to nawet gdybyśmy z Gabrielem spróbowali przekonywać, że przygarnęliśmy Joyce po tym, jak straciła rodziców.
– Ja… Dziękuję – odezwałam się z pewnym opóźnieniem, starannie dobierając słowa. – Nie powinieneś był tego słyszeć. Joce po prostu… ma gorszy okres – wyjaśniłam lakonicznie.
– Tak, Carlisle mi wspomniał… Koszmary? – zapytał pozornie obojętnym tonem, ale wyczułam w jego tonie jakąś specyficzną nutę, która dała mi do myślenia.
– Można tak powiedzieć.
Z wolna skinął głową, ale nie wyglądał na przekonanego.
– Nie chcę być wścibski, nic z tych rzeczy, ale wydajesz się zbyt przygnębiona, by sprawa była aż taka prosta – przyznał, a ja westchnęłam.
Aż do tego stopnia było to po mnie widać? Starałam się o tym nie myśleć, ale trudno było, bym przestała martwić się stanem własnego dziecka. Problem leżał w tym, że żadne z nas nie miało pojęcia, co takiego powinniśmy zrobić. Bezradność jak zwykle okazała się najbardziej wykańczająca, a przecież mogło być jeszcze gorzej.
– Po prostu się martwię – przyznałam po chwili wahania. Nie miałam pewności, co takiego Castiel miał w sobie, ale to nie zmieniało faktu, że coraz bardziej mu ufałam, już nie widząc powodu, dla którego miałabym unikać tematu, przynajmniej w tych kwestiach, które mogłam bezpiecznie mu zdradzić. – Nic podobnego wcześniej nie miało miejsca. Joce coś męczy, a ja nie mam pojęcia, co mogłabym zrobić – wyznałam.
– Próbowaliście z nią rozmawiać? – podsunął mi.
Uniosłam brwi.
– Jasne, że tak – obruszyłam się. – Ona też jest przerażona. Nie wiem, co powinnam o tym myśleć.
– Te koszmary… Coś jak lęki nocne? – zapytał mnie rzeczowym tonem. – Parasomnia?
– Co takiego? – powtórzyłam tępo.
Castiel rzucił mi przepraszające spojrzenie, być może uświadamiając sobie, że odrobinę się zapędził.
– Wybacz. Możesz uznać to za zboczenie zawodowe… Bo widzisz, psychiatria to już chyba rodzinne zamiłowanie, chociaż z Johnem mamy zupełnie inne podejście do tej kwestii – przyznał, skutecznie mnie zaskakując. Wiedziałam, co takiego robił w szpitalu jego brat, ale nie sądziłam, że Castiel należał do tej samej branży! – Parasomnia to zespół zaburzeń, które wiążą się właśnie ze snem. Koszmary, lęki nocne… Nie wiem, w czym tak naprawdę leży problem z twoją siostrą, ale to chyba coś poważniejszego niż to, że kilka razy obudziła się z krzykiem, prawda?
Otworzyłam i zaraz zamknęłam usta, co najmniej zaskoczona tym, o czym rozmawialiśmy. Nie sądziłam, że Castiel w ogóle mógłby być zdolny do tego, żeby próbować pomóc mi akurat w tej jednej kwestii. Co więcej, wciąż nie miałam powiedzieć mu wszystkiego – i to nie tylko dlatego, że wtedy najpewniej uznałby mnie za wariatkę. W końcu co mogłam mu powiedzieć? „Wiesz, Castiel, Joce ma urojenia. To martwi mnie i Gabriela, ale próbujemy przekonywać się, że ma do tego prawo…Tak to już bywa z telepatami, zwłaszcza z takimi, którzy nie mają bliźniaczego rodzeństwa, które przejęłoby od nich część mocy. Poza tym moja córka – tak, tak, to wcale nie jest moja siostra – nie jest wampirzycą w takim stopniu jak jej starsze rodzeństwo, więc hormony, dojrzewanie i telepatia to może być dla niej za dużo”? To zdecydowanie nie brzmiało dobrze, a już na pewno nie było dla żadnego z nas bezpieczne.
– Masz rację – przyznałam lakonicznie, starając się dobrać takie słowa, by nakłonić go do wycofania się i jednocześnie go nie urazić. – To coś o wiele bardziej złożonego.
– Z tego, co mówisz, powiedziałbym, że to jakaś trauma, ale… – Urwał i spojrzał na mnie wyczekująco. – Masz mi za złe, że drążę temat?
Natychmiast pokręciłam głową.
– Zdecydowanie nie! – zapewniłam, bo taka była prawda. Chyba naprawdę cieszyłam się z tego, że nareszcie mogłam z kimś porozmawiać, tym bardziej, że Castiel wydawał się naprawdę zaangażowany. – Po prostu… to nie jest dla mnie proste. Nie sądzę, żeby stało się coś, co aż do tego wpłynęło na Joce. Zawsze była chorowita i na początku myślałam, że to to, ale później… – Zmusiłam się do tego, żeby spojrzeć mu w oczy. – Powiedziałaby mi, gdyby wydarzyło się coś, co aż do tego stopnia na nią wpłynęło – oznajmiłam z naciskiem.
– Wierzę – uspokoił mnie natychmiast Castiel. Zawahał się na moment, po czym w najzupełniej naturalnym, niedwuznacznym geście chwycił mnie za rękę, jakby chcąc zreflektować się za to, że doprowadził do tego, że się uniosłam. – Nie chciałem cię zdenerwować, Renesmee. Po prostu chciałbym ci pomóc, a po tym, co mi powiedziałaś, jestem w stanie wywnioskować tylko tyle – wyjaśnił przepraszającym tonem.
Zamrugałam kilkukrotnie, jednocześnie starając się wyrównać oddech i jakkolwiek uspokoić. Poczułam się źle z tym, że Castiel mógłby mnie za cokolwiek przepraszać, tym bardziej, że nie miał prawa wiedzieć jak wyglądała rzeczywista sytuacja. Starał się i to powinno było mi wystarczyć, tym bardziej, że nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby próbować go o cokolwiek prosić.
– W porządku. To ja niepotrzebnie… – zaczęłam i zawahałam się. – Wybacz, proszę. Po prostu…
– Po prostu się martwisz, jasne – dokończył za mnie, uśmiechając się blado. – Jak wspominałem, to już chyba zboczenie zawodowe. To wasze sprawy, a to, co dzieje się z twoją siostrą pewnie jest przejściowe, ale gdybym jednak mógł ci coś zasugerować… – Castiel puścił mnie, nagle prostując się do pozycji siedzącej. Wydał mi się jeszcze bardziej roztrzepany, kiedy w pośpiechu zaczął przetrząsać kieszenie kurtki, wyraźnie czegoś szukając. Na jego twarzy na ułamek sekundy pojawiło się zniecierpliwienie, po chwili jednak rozpromienił się, wyraźnie z siebie zadowolony. Jego zielone oczy na powrót spoczęły na mnie, kiedy z wolna nachylił się w moją stronę, zachęcającym ruchem wyciągając w moją stronę mały, zadrukowany kartonik: wizytówkę. – Nie chcę, żebyś zrozumiała mnie źle, ale tak sobie pomyślałem… Mój znajomy niedługo startuje z nowym projektem i tak się składa, że specjalizuje się przede wszystkim w zaburzeniach snu. Jakbyś była ciekawa, a Joce chciała z kimś porozmawiać…
– Dziękuję, Castielu – przerwałam mu zdecydowanie zbyt szybko i gwałtownie, żeby to zabrzmiało miło.
Skinął głową, nawet słowem nie komentując mojej reakcji, co z miejsca sprawiło, że poczuła się winna. Nie chciałam wyjść na niewdzięczną, tym bardziej, że po zachowaniu mężczyzny widać było, że naprawdę się starał jakkolwiek pomóc mnie i Jocelyne. Problem w tym, że nie chciałam nawet brać pod uwagę, że moja córka mogłaby być chora i chociaż Castiel nie zasugerował tego wprost, miałam wrażenie, że jego słowa sprowadzały się właśnie do tego. W efekcie nie podjęłam tematu, w zamian w pośpiechu biorąc wizytówkę i jedynie przelotnie spoglądając na wytłuszczony napis, układający się w słowa „Projekt Beta”, który przykuł moją uwagę, zanim schowałam kartkę do torebki. Mimowolnie pomyślałam o tym, jak raz zdecydowałam się posłużyć Rufusowi za królika doświadczalnego i jednak ulec mu w kwestii badania EEG. Jeśli dobrze pamiętałam, fale beta miały związek ze zmęczeniem i snem, co zresztą wyjaśniało dlaczego wampir nie był szczególnie zadowolony, kiedy maszyna poinformowała go, że jestem bliska tego, żeby mu odlecieć.
Nieznacznie pokręciłam głową, nie chcąc się nad tym zastanawiać. Nerwowo zacisnęłam palce na pasku torebki, próbując zając czymś ręce i nagle zaczynając czuć się naprawdę dziwnie w towarzystwie obserwującego mnie Castiela. Milczenie, które zapadło pomiędzy nami, miało w sobie coś uciążliwego, co sprawiło, że mimowolnie zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy nie powinnam się pożegnać i wrócić do domu, by dłużej nie trwać w tak niezręcznym milczeniu. Co prawda decydowanie nie po to się ze sobą spotkaliśmy, ale skupiona na Jocelyne szybko zdążyłam zapomnieć o jakichkolwiek innych powodach.
– Mam nadzieję, że cię nie zdenerwowałem – odezwał się uprzejmym tonem Castiel, skutecznie ściągając na siebie moja uwagę. Westchnęłam w duchu, coraz bardziej rozdarta pomiędzy własnymi odczuciami, a tym, że mój rozmówca traktował mnie o wiele lepiej niż powinien. – Nie mówmy już o prywatnych sprawach, w porządku? Jesteśmy w kawiarni, a ja nawet nie zapytałem cię o to, czy masz na coś ochotę – zreflektował się pospiesznie, posyłając mi przepraszający uśmiech.
Odezwij się, kretynko!, warknęłam na siebie w duchu, coraz bardziej zła na siebie za to, że mogłabym irytować się bez potrzeby. Spróbowałam się rozluźnić, stanowczo odrzucając od siebie myśl o tym, że mogłabym go teraz zostawić. Zdecydowanie nie miał nic złego na myśli, a skoro już zdecydowałam się przyjść, powinnam była zadbać o to, żeby przynajmniej jedno z nas czuło się swobodnie.
– Chyba spasuję. W ostatnim czasie nie potrzebuję kawy – przyznałam zgodnie z prawdą, a Castiel uśmiechnął się blado.
– Domyślam się – stwierdził, a jego zielone zabłysły – ale ja tam bym nie wzgardził gorącą czekoladą. Co sądzisz? Potem mógłbym ci pokazać dom o którym wspominałem, jeśli masz chwilę na przejażdżkę. To niedaleko stąd – wyjaśnił i tym razem również mnie jakimś cudem udało się uśmiechnąć.
Po pierwsze, uwielbiałam gorącą czekoladę, odkąd Gabriel po raz pierwszy nakłonił mnie do tego, żebym w ogóle raczyła zerknąć na jakiekolwiek ludzkie jedzenie. Castiel nieświadomie trafił w sedno, a ja nie mogłabym mu odmówić, po zakończeniu tematu Joce nie widzą już żadnego powodu, dla którego miałabym chcieć uciekać. Co więcej, podświadomie liczyłam na to, że przeprowadzka w nowe miejsce – do domu, który byłby tylko i wyłącznie nasz – dobrze wpłynie na małą, zwłaszcza jeśli miałoby nam się udać uciec od tego całego zamieszania, ścisku i niedogodności, które wiązały się z mieszkaniem po jednym dachem.
– Tu mnie masz – oznajmiłam z przekonaniem. – Tak naprawdę wcale nie chodzi mi o dom, tylko o czekoladę – dodałam i jakimś cudem udało mi się go rozbawić.
– Fantastycznie. Gdybym wiedział, że to taka dobra metoda, może już dawno znalazłbym żonę. – Wywrócił oczami, po czym podniósł się, chcąc jak najszybciej złożyć zamówienie, zupełnie jakby bał się o to, że jednak zmienię zdanie i ucieknę. – Pani wybaczy na moment.
Skinęłam głową, odprowadzając go wzrokiem i mimowolnie zaczynając zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę chodziło mu po głowie, kiedy rozmawialiśmy. Być może pobyt w Mieście Nocy i separacja od ludzi sprawiły, że nie znałam już ludzkich zwyczajów tak dobrze, jak mogłabym tego oczekiwać, ale mogłam się założyć, że mało kto potrafił zaproponować pomoc przy znalezieniu domu dziewczynie, którą przypadkiem poznał i to tylko dlatego, że skończyło mu się paliwo w baku. Z drugiej strony…
No cóż, Castiel był sympatycznym facetem z zasadami. W tamtej chwili to w zupełności mi wystarczyło.

2 komentarze:

  1. Po wielu miesiącach wracam do regularnego komentowania tego jakże cudownego opowiadania z czego bardzo się cieszę.
    Już w nocy przeczytałam rozdział, ale uznałam, że skomentuję go na spokojnie.
    Castiel wydaje się być przyjemną postacią w przeciwieństwie do swego brata i Eliotta.
    Cóż, Nessie się martwi co jest normalne.
    W sumie, gdybym nie wiedziała, że Jocelyne posiada dar do widzenia zmarłych z pewnością wzięłabym na poważnie hipotezę Castiela.
    Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się nadrobić wszystkie zaległe rozdziały "Światła".
    Pozdrawiam, Esme Anne Cullen.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej:3
    Pojawiam się o dość dziwnej jak na mnie porze. Coś nowego, kiedy jestem tutaj tam wcześniej i to wcale nie jest środek nocy bądź bardzo, bardzo wczesny poranek. Ale wracając do rozdziału, czekolada! Już wiem co miałaś na myśli mówiąc, że u Ciebie tez ja mieli. W pierwszej chwili myślałam, że to Renesmee z Joyce sobie ją piją, nie pomyliłam się zbytnio. Z tym, że zamiast Joyce jest Castiel. Naprawdę nie wiem co powinnam o nim sądzić, facet wydaje się być w porządku. Ale jak wiadomo pozostałe lubią mylić i jak na razie nie wiemy jaki on jest naprawdę. Nie mam pojęcia czemu on się tak Nessie uczepił, Gabriel zadowolony nie jest, a z jego strony to nawet urocze, że jest tak zazdrosny o swoją żonę. Chociaż wiadomo co za dużo to nie zdrowo.
    Ciekawi mnie jaki był głębszy sens w tym spotkaniu. Mam wrażenie, że tu nie chodziło tylko o zobaczenia domu i wypicie czekolady, porozmawiania o Joyce. ;)
    Lece dalej, może znajdę odpowiedzi.^^
    Pozdrawiam,
    Gabi^^

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa