01.12.2013

Sto dwadzieścia dziewięć

Layla
– Nikogo nie ma.
Gabriel nie wydawał się specjalnie zaskoczony, ale chociaż jego słowa brzmiały uspokajająco, Layla nie potrafiła się rozluźnić. Oddech jej przyśpieszył i kilka sekund bezradnie rozglądała się dookoła, chociaż dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że laboratorium w istocie jest puste. Rufusa nie było; mogła stwierdzić to już na samym początku, ale podświadomie broniła się przed przyjęciem tego do świadomości. Teoretycznie nie było niczego złego w nieobecności wampira, ale dziewczyna i tak odczuwała coraz silniejszy niepokój, którego w żaden sposób nie potrafiła zidentyfikować albo opisać słowami.
– Lay, wszystko w porządku? – zapytał ją cicho Gabriel, dopiero po chwili zauważając jej minę i napięte mięśnie.
Uświadomiła sobie, że stoi wyprostowana niczym struna i pustym wzrokiem wpatruję się w przestrzeń, ale nie potrafiła niczego na to poradzić.
– Nie. – Nie widziała powodu, żeby musieć przed Gabrielem udawać. – Nie, Gabrielu. Wydaje mi się, że nic nie jest w porządku.
– Co masz na myśli? – zapytał zaskoczony, kładąc obie dłonie na jej ramionach i powoli odwracając ją w swoją stronę. Spojrzała mu w oczy, chociaż nie miała na to najmniejszej ochoty. – Po prostu go nie ma. Pewnie wyszedł albo…
– Rufus nigdy nie wychodzi, jeśli nie ma po temu powodów – przerwała mu niemal gniewnie. Sama zaskoczyła się brzmieniem swojego głosu, ale nie zamierzała Gabriela przepraszać, nawet jeśli bez powodu na niego naskoczyła. – Nie przyszedł na ceremonię. W takim razie gdzie poszedł? – dodała retorycznie, wiedząc, że i tak nie otrzyma od brata odpowiedzi.
Gabriel spojrzał na nią skonsternowany, po czym cicho westchnął. Zrzuciła jego dłonie ze swoich ramion i odepchnąwszy go lekko, przeszła kilka kroków, kierując się w głąb laboratorium. Już nie szukała Rufusa albo czegokolwiek konkretnego, a jednak z nadzieją rozglądała się dookoła, zupełnie jakby oczekiwała, że odpowiedź na dręczące ją pytania leży gdzieś na wierzchu i tylko czeka na moment, w którym zostanie zauważona. Czuła się zmęczona i chora z niepokoju, strach zaś rósł z każdą kolejną sekundą, wzmagany przez dobijającą wręcz bezradność.
Czuła, że jej brat ją obserwuje, ale nie zwracała na niego większej uwagi, bez celu krążąc po laboratorium. Instynktownie rozejrzała się po pomieszczeniu, zwracając uwagę na wszystko, co mogłoby okazać się nowe po tym, jak była w tym miejscu po raz ostatni, ale nic szczególnego jej nie zainteresowało. Wyglądało to tak, jakby Rufus nie zajmował się niczym szczególnym i ta myśl była intrygująca, tym bardziej, że nie wyobrażała sobie, żeby z powodu jej nieobecności zdecydował się odstąpić do jakichkolwiek eksperymentów. Miała wrażenie, że praca była jego życiem, a jednak coś podpowiadało jej, że być może i ona…
Tak… I co jeszcze?, pomyślała z przekąsem, ale nie wypowiedziała tych słów na głos. Teoretycznie nie mogła wykluczyć żadnej możliwości, tym bardziej, że naprawdę chciała, żeby okazało się, że jest dla wampira ważna. Miała dość uciekania przed uczuciami, którymi go darzyła, dlatego tym bardziej irytowało ją to, że kiedy wreszcie zdecydowała się przyjść i wszystko uporządkować, Rufusa nie było.
Layla wypuściła powietrze ze świstem i zatrzymała się, tym bardziej, że omal nie potknęła się o kolejny stos książek. I tak była zaskoczona, że laboratorium nie wyglądało gorzej, skoro nie było nikogo, kto mógłby przejmować się sprzątaniem, ale może jednak mogła poszczycić się tym, że czegoś wampira nauczyła. Wydawało jej się to mało prawdopodobne, ale Rufus zawsze lubił ją zaskakiwać, więc nie mogła wykluczyć żadnej możliwości. Gdyby przynajmniej zaczął jakoś sensowniej układać rzeczy, żeby nie ryzykowała zabicia się na prostej drodze, byłoby to sporym postępem, który bez wątpienia by doceniła.
No cóż, zdecydowanie bardziej doceniłaby, gdyby Rufus zaczął być z nią szczery, ale to najprawdopodobniej było marzeniem ściętej głowy. Przynajmniej na tę chwilę nie była w stanie tego sprawdzić, ale powtarzała sobie, że skoro sam nie przyszedł do niej przez te wszystkie dni, raczej nie mogła liczyć na współpracę z jego strony. Kiedy teraz o tym myślała, doszła do wniosku, że może byłaby w stanie dać mu trochę czasu i spróbować jeszcze przez jakiś czas przymykać na to oko, ale szybko odrzuciła taką możliwość od siebie. Impas nigdy do niego nie prowadził, o czym niejednokrotnie mogli się przekonać. Musiała dowiedzieć się, kim była Rosa, i to właśnie od Rufusa, a nie w jakikolwiek inny sposób. W innym wypadku nie widziała dla nich nadziei, a przynajmniej tego starała się trzymać, podejmując kolejne decyzje. Związki i relacje bez szczerości nie istniały, a ona nie zamierzała pozwolić na to, żeby jakikolwiek mężczyzna nadal ją krzywdził.
Nie zależnie jednak od wszystkiego, kochała Rufusa – i to w sposób, który był dla niej całkowicie nowy i którego nigdy wcześniej nie doświadczyła. To nie było tak, jak w przypadku Dylana, którego darzyła co najwyżej przyjaźnią albo siostrzanym uczuciem. Być może w tym momencie los był przewrotny, przynajmniej względem zakochanego w niej bez wzajemności pół-wampira, ale to właśnie Rufusa była w stanie obdarzyć szczerym uczuciem, którego oczekiwał Dylan. Ta świadomość wciąż przyprawiała ją o zawroty głosy, ale Layla powoli zaczynała się z tą myślą oswajać. Dzięki temu tym bardziej pragnęła działać, zwłaszcza po słowach Isabeau, ale nieobecność Rufusa jedynie wszystko komplikowała i nie dawała jej spokoju. Nie wiedziała skąd to wie, ale czuła, że coś jest nie tak i nie zamierzała udawać, że wszystko jest w porządku.
– Layla? – odezwał się Gabriel, decydując się przerwać panującą ciszę. – Zamierzasz tutaj na niego poczekać, sis? – zapytał, ostrożnie dobierając słowa; wciąż obawiał się jej reakcji i to nieco ją speszyło, bo nie chciała wcześniej na niego naskoczyć.
– Nie wiem – przyznała i skrzywiła się. – Gabriel, nie wiem jak to opisać, ale się boję. Wiem, że Rufus powinien tutaj być, skoro nie pojawił się na ceremonii – dodała, powoli odwracając się w jego stronę i spoglądając mu w oczy.
Chłopak zawahał się.
– Ech, mogę mieć lekko niedyskretne pytanie? – zapytał ni stąd, ni zowąd. Nieufnie skinęła głową, spoglądając na niego pytająco. – Piłaś z niego? Albo czy wy…?
– Skąd! – zaprotestowała, czując, że płonął jej policzki. Nie chciała rozmawiać o wymianie krwi, a tym bardziej o seksie, bo oba tematy były dość skomplikowane. Nigdy nie piła z Rufusa, a nie chciała mówić Gabrielowi o tym, że wampir sam odebrał jej krew, kiedy wpadł w szał. Jeśli zaś chodziło o fizyczną miłość… – Jak możesz pytać? Przecież wiesz, że ja…
– Wiem, Lay – zapewnił ją przepraszającym tonem. – Po prostu pomyślałem sobie, że może jakoś jesteście połączeni, ale w tej sytuacji to chyba mało prawdopodobne. Nie chce żebyś źle mnie zrozumiała, ale to chyba jedynie twoje przewrażliwienie – przyznał, wzdychając cicho. – Chcę powiedzieć, że może niekoniecznie znasz Rufusa tak dobrze, jak mogłabyś tego oczekiwać – dodał, kiedy milczała przez dłuższą chwilę, po prostu patrząc się na niego tępo.
Layla chciała zaprotestować, ale powstrzymała się, nagle tracąc pewność siebie. Pomyślała o Rosie i o tym, jak wiele starszy od niej był Rufus. Nigdy nie zapytała go o wiek, ale wiedziała, że był dużo starszy od niej, może nawet równie stary co Michael. Nie znała go, poza tym była zaledwie mikroskopijnym ułamkiem wieczności, której wampir musiał już doświadczyć. Może nawet nie była taka ważna, jak mogłaby tego oczekiwać, chociaż jej umysł stanowczo bronił się przed przyjęciem takiej możliwości.
Zauważyła wyrzuty sumienia w oczach Gabriela, ale chłopak przynajmniej nie próbował się tłumaczyć albo swoich słów łagodzić. Wiedziała, że miał rację, chociaż ciężko było jej się do tego przyznać. Tak naprawdę Rufusa znała krótko i nie mogła mieć pewności, co do tego, jak mógł zachowywać się wampir. Wiedziała jedynie, że go nie było i że nie mówił jej prawdy – reszta pozostawała jedną wielką tajemnicą.
– Idę się rozejrzeć – mruknęła chmurnie, unikając wzroku brata. – Jeśli chcesz, możesz iść. Dziękuję, że tutaj ze mną przyszedłeś, Gabrielu – dodała i chciała wysilić się na uśmiech, ale wyszedł jej z tego grymas.
– Poczekam na ciebie.
Skinęła głową, nawet się za siebie nie oglądać. Wciąż czuła na sobie spojrzenie brata, kiedy podeszła do najbardziej oddalonych drzwi laboratorium, wcześniej mijając te, które prowadziły do biblioteki. W następnej chwili, znalazła się w okrągłym pomieszczeniu, gdzie raz stała posrebrzana klatka, chociaż sama nie była pewna, jaki to miało sens. Posłuszna instynktowi, skierowała się do następnych drzwi, zatrzymując się przed nimi. Przez kilka sekund patrzyła na klamkę, zanim odważyła się ją nacisnąć i wejść do pomieszczenia, w którym była tylko raz i którego wspomnienie było dla niej jednym z najdroższych, chociaż sama na własne życzenie wszystko popsuła.
Sypialnia – czy też raczej mała, ciasna klitka, ale obstawiała jednak przy nazywaniu tego pomieszczenia „sypialnią” – wyglądała dokładnie tak, jak zapamiętała. Niczym w transie podeszła do wąskiego, jednoosobowego łóżka, po czym rzuciła się na nie, jeszcze bardziej rozgrzebując pościel. Natychmiast otoczył ją słodki, znajomy zapach, chociaż trop był słaby; wiedziała, że Rufus rzadko miał w zwyczaju sypiać, a czasami trzymał się na nogach przez kilka dni z rzędu, nawet jeśli to bywało wyniszczające dla umysłu i jego już i tak nadszarpniętej samokontroli. Nie przeszkadzało jej to, skoro zapach wciąż się utrzymywał, tym samym pobudzając wspomnienia, które były jej aż do tego stopnia drogie.
Delikatnie przesunęła palcami po pościeli, po czym przygarnęła do siebie poduszkę i zamknęła oczy. Nie czuła się źle z tym, że przebywała w tym miejscu, chociaż podświadomie tego spodziewała się, kiedy w ogóle podjęła decyzję o przyjściu do laboratorium. Oczekiwała przykrych doświadczeń, wspomnień i jeszcze większego niepokoju, ale na pewno nie ukojenia, które pojawiło się, kiedy ułożyła się na tym łóżku. Mocniej zacisnęła powieki, w duchu marząc o tym, żeby poczuć otaczające ją ramiona i związane z nimi bezpieczeństwo, to pragnienie jednak nie miało się spełnić. To odkrycie niosło ze sobą poczucie pustki i przygnębienia, ale Layli udało się jakoś je zwalczyć i zmusić się do tego, żeby wstać. Musiała poszukać Rufusa i teraz to wydawało się priorytetem – inne sprawy schodziły na dalszy plan i mogła się nimi zająć dużo później.
Chociaż z trudem, zmusiła się do tego, żeby stanąć na nogi. Musiała wracać do Gabriela, ale coś powstrzymywało ją przed wyjściem z tego pokoju. Raz jeszcze popatrzyła na malutką sypialnie, a potem – pod wpływem impulsu – podeszła do stojącej w kącie szafy i otworzyła ją. Przez kilka sekund wpatrywała się w zawartość mebla, ale praktycznie nie zdawała sobie sprawy z tego, co widzi. Kiedy w końcu to do niej dotarło, aż cofnęła się o krok, kręcąc z niedowierzaniem głową. Ręce jej się trzęsły, kiedy w pośpiechu zatrzasnęła drzwi i potykając się o własne nogi oraz o wszystko, co znajdowało się na podłodze, wypadła z sypialni i popędziła z powrotem do laboratorium.
Gabriel czekał na nią dokładnie w tym samym miejscu, w którym go zostawiła. Wciąż czujnie rozglądał się dookoła, jakby podejrzewał, że otaczające go przedmioty nagle ożyją i zaatakują go, równie szalone co ich właściciel. Kiedy tylko ją zobaczył, przeniósł na nią wzrok; jego oczy rozszerzyły się nieznacznie, ale nie zdążył zadać żadnego pytania.
– Nie ma jego rzeczy – oznajmiła Layla grobowym tonem. Nie mogła pojąć, jakim cudem jej głos brzmiał mniej drżąco, skoro była tak bardzo zdenerwowana. – Zaglądałam do szafy i… Jest pusta, tak? Nie wiem, co takiego powinnam myśleć, ale… – Nie potrafiła dokończyć myśli, dlatego tylko stała i dalej kręciła głową, pozwalając żeby jasne kosmyki raz po raz uderzały ją po twarzy.
– Layla, spokojnie. – Gabriel doskoczył do niej, kładąc jej obie dłonie na ramionach. Odniosła wrażenie, że jest bardziej zaniepokojony jej zachowaniem niż tym, co właśnie mu powiedziała. – Nie pomyślałaś, że… No wiesz. Że on po prostu wyjechał? – zapytał wprost, a Layla poczuła się tak, jakby brat właśnie z całej siły ją spoliczkował.
Zupełnie nad sobą nie panując, odskoczyła od niego jak oparzona, przy okazji strząsając jego dłonie. Gabriel spojrzał na nią z niedowierzaniem, a w jego czarnych oczach dostrzegła odbicie swojej własnej twarzy – pozbawionej emocji, bladej, z błyskami czerwieni w błękitnych oczach. Jego mięśnie napięły się, kiedy zorientował się, że w tym momencie jest zdolna do wszystkiego, ale nawet ten widok nie był w stanie Layli otrzeźwić.
– On nie uciekł! – wykrzyknęła w furii. Jej głos odbił się echem od ścian laboratorium, dodatkowo zwielokrotniony. – On nie… Wiem, że to byłoby ci na rękę, ale on nie uciekł!
– Layla, przecież ja nie to…
Wrzasnęła, żeby go uciszyć. Nie obchodziły jej wyjaśnienia, bo przecież wiedziała, co musiał myśleć. Co oni wszyscy myśleli…
– On by mnie nie zostawił! – zawołała, chociaż wcale nie była taka pewna, ale nie chciała pozwolić, żeby ta myśl nią zawładnęła. Rufus nie mógł jej zostawić, nawet jeśli byli pokłóceni, bo…
Po prostu nie mógł i tyle.
Gabriel popatrzył na nią tak, jakby postradała zmysły, ale to jej nie obchodziło. Zanim zdążyłby zareagować, przepchnęła się obok niego i błyskawicznie wpadłszy na schody, popędziła na górę. Słyszała, że brat wykrzykuje jej imię, próbując ją zatrzymać, ale to jedynie zmotywowało ją do dalszego biegu i sprawiło, że w kilka zaledwie sekund opuściła ukryty zaułek i wypadła na ulice Miasta Nocy. Instynktownie pokonywała kolejne zakręty, praktycznie nie zastanawiając się nad tym dokąd biegnie i jakikolwiek to ma sens; chciała mieć jedynie pewność, że Gabriel jej nie goni ani nie dogodni, gdyby jednak zdecydował się za nią podążyć.
Nogi same zaprowadziły ją do lasu. Obecność natury i drzew zawsze działała na nią kojąco, poza tym nawet nocą czuła się lepiej, kiedy mogła skryć się w cieniu. Mrok był jej drugim domem, a potrzebowała go zwłaszcza teraz, kiedy była tak bardzo wzburzona. Biegnąc przed siebie, instynktownie wymijała kolejne drzewa. Nie myślała o tym, gdzie chce dotrzeć, dokładnie jak tego pierwszego dnia, kiedy zaledwie zrządzeniem losu odnalazła tego, którego we śnie nakazała jej szukać Isabeau. Tym razem nie słyszała głosu, ale po prostu biegła, pozwalając, żeby jej ciało przejęło kontrolę. Wiedziała jedynie, że chce znaleźć się gdzieś daleko – a już nade wszystko pragnęła dowiedzieć się, gdzie znajdował się ten, którego tak bardzo potrzebowała.
Sama nie wiedziała dlaczego wcześniej nie pomyślała o klifie. Powrót do świątyni – do miejsca, gdzie Isabeau podobno widziała Rufusa – wydawał się czymś oczywistym. Kiedy tylko uświadomiła sobie, gdzie się znajduje, machinalnie przyśpieszyła i bardziej się skoncentrowała. Już nie przejmowała się tym, czy Gabriel ją goni, bo nic na to nie wskazywało, poza tym raczej jasno dała mu do zrozumienia, że chce pobyć sama. Źle czuła się z tym, że potraktowała go w taki sposób, bo w istocie nie zrobił nic złego – chyba faktycznie była przewrażliwiona – ale za to mogła przeprosić go dużo później. Najpierw musiała ochłonąć, a już najlepiej odnaleźć Rufusa, chociaż zupełnie nie miała pojęcia, jak powinna się do tego zabrać.
Świątynia majaczyła gdzieś pomiędzy drzewami, przykuwając uwagę, tym bardziej, że wciąż paliły się w niej dziesiątki świec, a słodki zapach kwiatów i nieśmiertelny, był wyczuwalny aż na skraju lasu. Layla przystanęła i spojrzała przed siebie, ale nie zdecydowała się opuścić linii lasu, żeby podejść bliżej. W gęstwinie czuła się pewniej niż na otwartej przestrzeni, chociaż szczerze wątpiła w to, żeby ktokolwiek ją zaatakował. Miasto Nocy było stosunkowo bezpieczne od momentu, kiedy pokonali nowonarodzonych i zabili Aquę. W zasadzie, chociaż było w tym coś ironicznego, najbardziej niebezpieczną istotą w promieniu kilku kilometrów była właśnie ona, tym bardziej z darem panowania nad ogniem i nieokiełzanym charakterem. Kiedy się złościła, była niemniej niebezpieczna od Rufusa albo pełnego wampira, co w połączeniu z nieprzewidywalnością dawało dość efektywną mieszankę.
Wiatr zmienił kierunek. Chłodne, nocne powietrze uderzyło ją w twarz, rozwiewając włosy i niosąc ze sobą gamę innych zapachów, w tym woń zwierzęcej krwi, którą już dobrze rozpoznawała. Nie była chętna przestawić się na „wegetariańską” dierę, podobnie zresztą jak i jej rodzeństwo, ale bez trudu stwierdziła, że gdzieś w okolicy znajduje się niewielkie stado jeleni. Co więcej, wyczuwała między innymi samiczkę i jej młode, chociaż sama nie potrafiła stwierdzić po czym konkretnie to poznaje. Wiedziała jedynie, że gdyby nagle straciła wyostrzone zmysły, byłaby niczym ślepiec we mgle – ludzkie zmysły z pewnością nie były tym samym, a i nawet te zdolności, którymi dysponowała, kiedy jeszcze była względnie normalna, nie umywały się do tych, które odkrywała teraz. Wręcz nie potrafiła wyobrazić sobie tego, co byłoby, gdyby w końcu stała się taka ja Rufus albo Isabeau, ale nie czuła się na tyle zdesperowana albo szalona, żeby próbować targnąć się na własne życie. Śmierć była ostatecznością, której wciąż się obawiała i którą zamierzała odwlekać tak długo, jak tylko było to możliwe. Nie sądziła, żeby obietnica przebudzenia była dostatecznie atrakcyjna, by poświęcić życie, które mimo wszystko było jej drogie.
Tym bardziej, że tylko teraz masz szansę na to, żeby zostać matką…, podpowiedział cichy głosik w jej głowie. Cała zesztywniała, ale ta myśl miała w sobie coś kuszącego; nie potrafiła podważyć jej prawdziwości, chociaż jednocześnie nie wyobrażała sobie posiadania dziecka. Nie nadawała się na matkę, poza tym zajście w ciążę wymagało zwalczenia paraliżującego lęku, który dręczył ją od dzieciństwa. Nie miała pojęcia, czy będzie do tego gotowa, poza tym…
Prawie nieświadomie wzięła głęboki wdech i raz jeszcze skoncentrowała się na otaczających ją zapachach. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale tym razem zdołała wyodrębnić jeden trop, który całkowicie ją oszołomił. Przez moment stała, koncentrując się na nim i dopiero po chwili decydując się uznać, że to nie wynik jej wyobraźni, ale faktycznie słodycz… krwi Rufusa. Zapach ten była w stanie rozpoznać wszędzie, dlatego nie chciała nawet brać pod uwagę tego, że mogłaby się pomylić. To musiała być jego krew, co było tym bardziej sensowne, że Isabeau wspominała, że widziała go w okolicy.
Niewiele myśląc, Layla ruszyła za zapachem, uważnie rozglądając się dookoła. Tropienie przychodziło jej z łatwością, bo ślad był stosunkowo świeży – musiał mieć nie więcej niż dwie godziny, poza tym warunki atmosferyczne były dostateczne, żeby nie musiała się martwić o to, że trop nagle się urwie. Zapach zaprowadził ją na skraj lasu, kilkanaście metrów dalej, skąd miała idealny widok na świątynię. A więc jednak chciałeś usłyszeć jak śpiewam, przeszło jej przez myśl, wszelakie myśli jednak szybko uleciały z jej głowy, kiedy coś przykuło jej uwagę.
Na ściółce dostrzegła ciemną, niemal atramentową plamę. Serce zabiło jej szybciej, kiedy ją rozpoznała, z wrażenia też musiała przytrzymać się pnia najbliższego drzewa, bo mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa.
To była krew.
Layla mocniej przytrzymała się pnia. Już wcześniej czuła niepokój, ale tym razem to była już czysta panika. Czuła, że robi jej się niedobrze, kiedy w pełni dotarło do niej, że wszystkie jej obawy były jak najbardziej uzasadnione. Rufus nie uciekł, a przynajmniej nie z własnej woli i teraz była już tego absolutnie pewna.
Wyprostowała się powoli, po czym ponownie ruszyła przed siebie, kierując się śladami krewi. Potrzebowała zaledwie chwili, żeby zorientować się, gdzie prowadzi makabryczna ścieżka, którą sobie wybrała.
Nie zastanawiając się zbyt długo, Layla szybkim krokiem ruszyła w dół klifu.

1 komentarz:

  1. O nie. Coś ty znowu wymyśliłam. Lubię Rufusa, więc nie waż mi się coś mu zrobić. Ma być żywy - w miarę możliwości - kiedy Lay go znajdzie, jasne?

    No, nie mogę powiedzieć, że się tego spodziewałam, bo jest to dla mnie całkowitym szokiem. Porwać Rufusa? No, no... Jestem pod wrażeniem pomysłowości.

    Co mogę jeszcze powiedzieć. Podobają mi się rozdziały, ale to już przecież wiesz. Nie będę słodzić, bo cukrzycy się nabawisz.

    Tak więc, życzę weny i pozdrawiam,
    Twoja Aleks.

    P.S. Dodałam nowy rozdzialik, i zastanawiam się nad nowym i epilogiem.

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa