10.11.2013

Sto osiem

Within Tempation – „Where is the edge”
Kristin
Kristin? Kris, chodź tutaj!
Kristin zmarszczyła brwi, słysząc mentalne nawoływanie… Dylana. Zesztywniała cała i rozejrzała się dookoła, starając się udawać, że nic takiego się nie wydarzyło. Co prawda po ucieczce Isabeau i tym, jak Dimitr ruszył za nią, zrobiło się małe zamieszanie, więc nikt nie zwracał na nią uwagi, ale wolała być ostrożna.
Wzrok dziewczyny machinalnie powędrował w stronę Layli, która dołączyła do swoich bliskich krótko po nieszczęsnych oświadczynach i teraz rozmawiała cicho z Gabrielem. Nawoływanie Dylana stało się bardziej uciążliwe i cięższe do zignorowania, zupełnie jakby telepata w ten sposób chciał jej dać do zrozumienia, że ma nawet słowem nie wspomnieć dziewczynie o jego obecności. Zdezorientowana Kristin zmarszczyła brwi i z niedowierzaniem pokręciła głową. Nie miała pojęcia, co z tą dwójką jest nie tak, ale chyba coś musiało być na rzeczy, skoro po dwóch tygodniach nieobecności Dylan pojawiał się jak gdyby nigdy nic i chciał widzieć się z nią, a nie z Laylą – coś musiało być na rzeczy, chociaż nie była pewna, czy oby na pewno chciała się w to mieszać.
Zważając na każdy swój kolejny krok, Kristin zaczęła się wycofywać. Zarówno Licavoli, jak i Cullenowie nie zwracali na nią uwagi, więc było to tom prostsze, a przynajmniej tak jej się wydawało do momentu, kiedy nie podchwyciła pytającego spojrzenia Theo. Jedynie on tak naprawdę się nią niezależnie od sytuacji przyjmował i zwykle przyjmowała to z wdzięcznością, chociaż nigdy wprost nie podziękowała mu za to, że darzy ją jakikolwiek uczuciem, tym razem jednak wolałaby, żeby ją zignorował.
– Gdzie idziesz? – zapytał ją cicho, prawie bezgłośnie. Przysunął się bliżej, tak, że teraz prawie stykali się ramionami. – Wszystko gra?
Starając się nie okazywać po sobie żadnych emocji, Kristin przeczesała palcami ciemne włosy, po czym odrzuciła je na plecy. Na jej ustach pojawił się nikły uśmiech, kiedy zauważyła z jaką uwagą wampir obserwował każdy jej gest; w takich momentach był uroczy.
– Kobiece sprawy – odparła wymijająco, posyłając mu najpiękniejszy ze swoich uśmiechów. No cóż, poniekąd była to prawda, jeśli oczywiście nie myliła się w kwestii intencji Dylana. – Jesteś lekarzem. Chyba nie muszę ci tego tłumaczyć, prawda? – dodała z nutką złośliwości, nie mogąc powstrzymać się przed byciem sobą.
– Ach… – Momentalnie się wycofał, dokładnie tak, jak mogła się tego spodziewać. „Kobiece sprawy” zawsze działały, kiedy trzeba było się pozbyć mężczyzny. – Wróć szybko – rzucił jeszcze, ale przynajmniej pozwolił jej odejść.
Mrugnęła do niego porozumiewawczo i spokojnym krokiem ruszyła przed siebie, kierując się w stronę ściany lasu. Cały czas czuła na sobie spojrzenie Theo i ledwo powstrzymała się od tego, żeby się na niego nie obejrzeć. Czuła się przy nim dobrze, poza tym – cholera, Diana padłaby, gdyby już nie była martwa – chyba naprawdę się zakochała, chociaż nawet jej ta myśl wydawała się nieprawdopodobna. Theo na początku ją irytował, zwłaszcza, że traktowała go jako uciążliwą istotę, która próbuje z niej zrobić szaloną morderczynię, która nawet nie pamięta swoich czynów; teraz widziała, że się myliła, bo chyba jedynie jemu zawdzięczała zdrowe zmysły – w innym wypadku już dawno dostałaby szału, gdyby dalej siedziała w tamtej celi. Poza tym to było urocze, że ktokolwiek się nią przejmował; nie przywykła do tego, skoro przez całe życie musiała radzić sobie sama, pozbawiona jakiegokolwiek wsparcia.
No i jeszcze to, co zdarzało im się robić czasami w sypialni…
Rozluźniła się, kiedy otoczyły ją drzewa. Instynktownie zaczęła nasłuchiwać, próbując wychwycić jakikolwiek ślad Dylana, ale to okazało się trudniejsze niż mogłaby przypuszczać. Chłopak zawsze był dobry w wykorzystywaniu swoich zdolności, poza tym cichy i nieśmiały wypracował do perfekcji zdolność ukrywania swojej obecności. Przynajmniej Kristin kojarzyła go jako cichego i nieśmiałego, bo tak zachowywał się na początku, ale nie mogła oprzeć się wrażeniu, że uczucie do Layli zmieniło go – i to niekoniecznie w pozytywny sposób.
Dylan?, zapytała, wykorzystując częstotliwość przekazywania myśli, którą kiedyś opracowali dla bezpieczeństwa, zwłaszcza, że rodzeństwo Layli cały czas próbowało odnaleźć siostrę. Pomijając ją, Laylę, Dianę, Williama i Dylana, nikt inny nie potrafił komunikować się w ten sposób. Dylan, gdzie jesteś? Nie mam ochoty na jakieś idiotyczne gierki, więc jeśli zaraz się nie pojawisz…, zagroziła, ale nie miała okazji dokończyć, bo doszedł ją cichy ruch nad jej głową. Natychmiast spojrzała w górę, wprost w gęstą siatkę gałęzi i liści – i to akurat w momencie, kiedy przemknęła między nimi ciężka postać. Kristin skrzywiła się, kiedy posypał się na nią grad naruszonych sosnowych igiełek; zasłoniła oczy i przez to nie od razu zarejestrowała moment, kiedy Dylan zsunął się z gałęzi na ziemię, nagle materializując się tuż przed nią.
– Cześć, Kristin – przywitał się i zabrzmiałoby to niemal pogodnie, gdyby nie wyraz jego twarzy.
Kristin wywróciła oczami, nie kryjąc irytacji. Strzepała z siebie liście, ale czuła, że i tak kilka „leśnych pamiątek” zostało w jej czarnych, gęstych włosach. Spojrzała na Dylana, dopiero po chwili będąc w stanie dokładniej mu się przyjrzeć i ocenić, że zmienił się przez ostatnie tygodnie. Dawno go nie widziała, ale wampirza pamięć była idealna, dlatego niemożliwe było, żeby tak po prostu mogła go zapomnieć.
Pierwsze, co wyrzuciło jej się w oczy, to jego blada cera. Była pewna, że Dylan nie zmienił się w wampira, tak jak Isabeau czy Rufus, ale mimo wszystko alabastrowy odcień jego skóry był czymś nienaturalnym. Rude włosy, teraz sięgające ramion, miał zmierzwione i poplątane, ubranie zaś prezentowało się jeszcze marniej, chociaż to wydawało się być niemożliwe. Jego szmaragdowe oczy lśniły, a w mroku wydawały się jeszcze większe; jedynie one wyglądały tak samo, chociaż Kristin nie dostrzegła w spojrzeniu nieśmiertelnego typowej dla niego łagodności. Coś jego wzrok ją niepokoiło – prawdopodobnie właśnie to, że nie potrafiła określić targających nim emocji – ale starała się o tym nie myśleć.
W zasadzie wyglądało tak, jakby Dylan całe minione tygodnie spędził w lesie i to na dodatek stroniąc od polowań. To odkrycie wytrąciło ją z równowagi, wręcz doprowadzając do szału.
– Cześć – wymamrotała z opóźnieniem. – Hej, możesz mi powiedzieć, co ty takiego odpieprzasz? Znikasz na tyle czasu, a teraz pojawiasz się i to jeszcze w środku lasu… Dylan, serio nie obchodzi mnie, co jest z tobą i Layla, ale nie pomyślałeś sobie może, że ktoś mógłby odchodzić od zmysłów? – naskoczyła na niego, jak zwykle zachowując się w absolutnie impulsywny sposób.
– Kristin… – O dziwo, na ustach nieśmiertelnego pojawił się cień uśmiechu. – Mam przez to rozumieć, że którekolwiek z was się o mnie martwiło? – zapytał z lekkim rozbawieniem, ale w jego głosie słychać było powątpienie.
– A co w tym dziwnego? – żachnęła się, odsuwając się instynktownie. Dylan chwycił ją za nadgarstki, ale zwolnił uścisk, kiedy tylko spróbowała wyszarpnąć ręce. Nie wiedziała dlaczego, ale coś w nim ją przerażało. – Dylan, zapominasz jak wiele czasu spędziliśmy w piątkę. Teraz na dodatek nie ma Diany, ale to oczywiste, że ja, Layla…
– Layla… Layla o mnie pytała? – przerwa jej i tym razem zabrzmiał absolutnie poważnie, zupełnie jakby imię dziewczyny podziałało na niego niczym kubeł lodowatej wody. – Bądź ze mną szczera, Kristin – dodał, jakby w ogóle planowała zachować się jakkolwiek inaczej.
Kristin spojrzała na niego, lekko mrużąc oczy. Nagle zwątpiła w to, czy oby na pewno dobrze zrobiła, kiedy zdecydowała się z nim spotkać, ale teraz było już zbyt późno, żeby mogła spróbować się wycofać. Nie rozumiała dlaczego, ale już nie czuła się przy Dylanie zbyt dobrze. Wydawał jej się nie tylko odmieniony, ale i mroczny, kiedy zaś odważyła się sprawdzić jego aurę, serce omal jej  nie stanęło. Zwykle łagodny, błękitny blask, który otaczał chłopaka, teraz przypominał czarną smołę, przyprawiając ją o dreszcze. Oczywiście, wiedziała, że jej własna aura jest poprzecinana czarnymi pasmami, zdradzającymi zachodzące w jej organizmie przemiany, ale w przypadku Dylana przekraczało to wszelakie normy i sama już nie była pewna, co powinna o tym myśleć.
Chciała się odsunąć, ale miała świadomość tego, że Dylan cały czas ją obserwuje, dlatego spróbowała nad sobą zapanować. Instynkt podpowiadał jej, że powinna uciekać, ale sama nie była pewna dlaczego. To wciąż był ten sam Dylan, którego znała, dlatego jej własne pragnienia i wątpliwości wydawały się bezsensowne.
– Lepiej powiedz mi, dlaczego tak nagle chciałeś się ze mną spotkać – odezwała się, biorąc się w garść i przechodząc do rzeczy. – Powinnam zaraz wracać, zanim Theo zacznie się niepokoić. Bywa nadopiekuńczy – wyjaśniła, bo to poniekąd była prawda, a zarazem idealna wymówka.
– Ach, więc między wami to już na poważnie? – Rzucił jej przenikliwe spojrzenie. – Zresztą nieważne. Powiedz mi, czy Layla powiedziała wam, co takiego wydarzyło się dwa tygodnie temu? – zapytał wprost, całkiem ją zaskakując.
– A co takiego miało się wydarzyć? – Kristin wsparła obie dłonie na biodrach. – O ile mi wiadomo, odpieprzyło ci i uciekłeś, nie mówiąc ani słowa o tym, gdzie i na jak długo idziesz. Zadręczała się, a ty…
Przerwał jej, wybuchając gorzkim, pozbawionym wesołości śmiechem. Kristin poczuła, że włoski na ramionach i karku stają jej dęba; instynktownie napięła mięśnie i przyczaiła się, gotowa do skoku i ewentualnej obrony, gdyby Dylan z jakiegoś powodu spróbował ją zaatakować.
Dylan powoli wypuścił powietrze z płuc. Jego zielone oczy spoczęły na niej; wciąż miały swój naturalny kolor i było w tym coś uspokajającego, ale dziewczyna wciąż miała wrażenie, że w każdej chwili dostrzeże w nich niepokojące, czerwone błyski. Obiecała sobie, że wtedy po prostu się oddali, niezależnie od tego, co nieśmiertelny miał jej do powiedzenia.
– Kristin, czy ty naprawdę nie widzisz, że Layla nie jest już taka jak kiedyś? Gra na naszych emocjach, nawet tobie nie mówi prawdy… – Chciała zaprotestować, ale uciszył ją spojrzeniem. – Bądźmy szczerzy, Kris. Zostawiła cię w tamtym więzieniu i zniknęła, kiedy jej potrzebowałaś. Teraz masz Theo, więc nie masz już do niej żadnych pretensji, ale to nie zmienia faktu, że zachowała się jak egoistka – przypomniał jej.
– O ile mi wiadomo, żadne z was nie pofatygowało się nawet mnie odwiedzić – przypomniała obojętnym tonem, nie chcąc zdradzić tego, jak bardzo ją to zraniło. – Co więcej, to ty mnie złapałeś, Dylan.
– Tak, ale cię nie zostawiłem. Ja po prostu… – zaczął i urwał, uświadamiając sobie, że nie może nawet jej powiedzieć, że do niej zaglądał. – No dobrze, żadne z nas nie zachowało się w porządku. Ale ja przynajmniej nigdy cię nie okłamałem, Kristin. – Podszedł do niej bliżej, chociaż spróbowała się cofnąć. – Czy Layla powiedziała ci, że ten jej kochany naukowiec omal nie zabił mnie w podziemiach? Jakoś nie sądzę. Czy powiedziała ci, co takiego robiła, kiedy wszyscy narażaliśmy życie w mieście? Sądząc po twojej minie, nie masz zielonego pojęcia, co takiego twoja przyjaciółka robi za twoimi plecami. Czyżby nikt nie powiedział ci, że kiedy nikt nie patrzy, nasza rzekomo zraniona sierotka pieprzy się na prawo i lewo z…
– Przestań! – przerwała mu ostro. – Przestań obrażać Laylę. Dylan, co z tobą nie tak? – zapytała gniewnie. – Nie poznaję cię. Wcześniej skręciłbyś kark każdemu, kto źle wyraziłby się o Lay, ale teraz…
– Bo teraz naprawdę ją poznałem. – Dylan zacisnął usta w wąską linijkę. – Mnie również to boli, Kristin. Kocham ją… Wiesz o tym, prawda? Ale Layla… Mam wrażenie, że to nie jej wina. Mam wrażenie, że to on ją niszczy.
Kristin zawahała się.
– On, czyli Rufus? – wyszeptała, uważnie obserwując twarz chłopaka. W odpowiedzi na imię nieśmiertelnego, przez twarz Dylana przebiegł cień. – Ja… Dylan, proszę cię. Po prostu odpuść i pozwól jej żyć. Proszę – powtórzyła, patrząc na niego niemal błagalnie. – Wiesz, że nigdy o nic nie prosiłam, prawda? Z natury jestem cholerną egoistką, ale wydaje mi się, że komu jak komu, ale Layli należy się przynajmniej trochę szczęścia. Wiem i jest mi przykro, że ciebie odrzuciła, ale to nie znaczy, że…
– Przykro! – prychnął z niedowierzaniem. – Kristin, czy ty w ogóle słyszysz, co takiego do mnie mówisz? Co takiego mi po tym, że tobie jest przykro? – zapytał retorycznie, nie szczędząc sobie goryczy i sarkazmu.
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Miała wrażenie, że ta rozmowa prowadzi do nikąd, poza tym czuła się coraz bardziej nieswojo. Dylan ją przerażał i miała wrażenie, że jest na granicy wytrzymałości. Współczuła mu, ale zdawała sobie sprawę z tego, że niezależnie od tego, co by powiedziała, nie byłby w stanie mu pomóc. Przecież nie miała wpływu na to, że Layla nie potrafiła z nim być, poza tym nie były ze sobą aż na tyle blisko, żeby siostra Gabriela z czegokolwiek jej się zwierzała. Tym bardziej nie potrafiła pojąć, dlaczego chłopak przyszedł właśnie do niej, skoro nie mogła mu pomóc.
– Dylan, przejdź do rzeczy – ponagliła go, decydując się przejąć kontrolę nad sytuacją. – Pojawiłeś się po dwóch tygodniach i wołasz mnie, żeby nawijać na temat tego, jak bardzo jesteś nieszczęśliwy? Nie wydaje mi się, dlatego albo przejdź do rzeczy i powiedz, czego ode mnie chcesz, albo po prostu dajmy sobie spokój – powiedziała stanowczo, nie zamierzając udawać, że ta rozmowa napawa ją entuzjazmem.
Dylan wbił w nią wzrok, nie kryjąc rozczarowania. Wytrzymała jego spojrzenie; bez wahania spojrzała mu w oczy i przez kilka sekund toczyli niewerbalno walkę na spojrzenia, którą ostatecznie on przegrał, niechętnie odwracając wzrok.
– Kristin, pamiętasz, kiedy byliśmy razem w piątkę? To był fajny okres, prawda? – zapytał znienacka, raptownie łagodniejąc.
– Oczywiście, że pamiętam – zapewniła, po czym spojrzała na niego z rezerwą. – Dlaczego miałoby być inaczej? Co prawda czasami nam odwalało i do tej pory pamiętam, jak Lay dała nam popalić za to, że omal nie zabiliśmy Carlisle’a, ale poza tym…
– Tak, też to pamiętam. – Na jego ustach pojawił się blady uśmiech. – Gdybym nie przyszedł, pewnie by was pozabijała. A tak łagodniała, ledwo tylko położyłem jej dłonie na ramionach – westchnął i wbił wzrok w przestrzeń. – Powiedz mi, Kris, co takiego się od tamtego czasu zmieniło?
Spojrzała na niego i również westchnęła, nie mając pojęcia, jak powinna mu odpowiedzieć. W końcu podeszła do najbliższego drzewa i – nie dbając o to, że na sobie ma wieczorową sukienkę – lekko wskoczyła na wyglądającą na wystarczająco solidną gałąź. Zachęcająco poklepała miejsce obok siebie, a Dylan po chwili zawahania do niej dołączył.
– Wiesz, chyba dość sporo. W zasadzie kiedy tutaj przyszliśmy, zmieniło się wszystko – przyznała, nie potrafiąc go okłamywać.
– To miejsce… – Dylan rozejrzał się dookoła. – Czasami chciałbym stąd odejść. No wiesz, wrócić do tego, co mieliśmy wcześniej, ale…
– Ale potem przypominasz sobie, że to niemożliwe – przerwała mu. – Tak, też to znam. Do tej pory trafia mnie, kiedy przypominam sobie te wszystkie teorie na temat tego kim jesteśmy… No i kiedy myślę o tym, że jest nam pisana śmierć.
Jedynie mruknął coś w odpowiedzi, dlatego pośpiesznie zamilkła, uprzytomniając sobie, że to w istocie nienajlepszy dobór tematów, skoro jakkolwiek łączy się z Rufusem. Wolała go nie prowokować, skoro przynajmniej względnie wydawał się dojść do siebie. Teraz musiała zadbać o to, żeby zachował spokój, ale nie była pewna, czy to oby na pewno będzie takie proste. Dylan – podobnie jak i każde z nich – był nieprzewidywalny, a panowanie nad nastrojami przychodziło mu z trudem.
Poza tym – co było najgorsze i piękne jednocześnie – Dylan był zakochany, a to w połączeniu z odrzuceniem i zazdrością mogło skończyć się różnie.
Przez kilka minut siedzieli w milczeniu i to było nawet przyjemne. Kiedy jeszcze podróżowali w piątkę – albo raczej ukrywali się, nie mając pojęcia, co takiego się z nimi dzieje – mało czasu spędzała z Dylanem i Laylą, bo ci zwykle przebywali razem, ale teraz czuła się przy chłopaku dobrze. Z wahaniem położyła mu głowę na ramieniu i odetchnęła, kiedy jej nie odepchnął. W jednym akurat Dylan miał rację, bo ona naprawdę tęskniła za tym, co było kiedyś, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że to już nie wróci.
Kristin westchnęła w duchu. Mimo wszystko zaczynała się martwić o Dylana, tym bardziej, że teraz tym bardziej była świadoma tego, jak bardzo chłopak się zmienił. Czuła, że ich aury się przenikają; ta Dylana przypominała lodowaty podmuch wiatru, który przyprawiał ją o dreszcze i powodował, że momentalnie robiło jej się zimno. Jednocześnie pragnęła się odsunąć i robiła wszystko, byleby nie poddać się temu instynktownego pragnieniu, bo w ten sposób mogła co najwyżej Dylana rozdrażnić, a tego nie chciała. Przecież nie robił jej nic złego, dlatego starała się zrobić wszystko, byleby okazać mu przynajmniej trochę zaufania – i mieć nadzieję, że nie przyjdzie jej za to zapłacić w jakiś przykry sposób.
Łatwo było stracić poczucie czasu, ale Kristin nie zamierzała sobie na to pozwolić. Powoli wyprostowała się i mimowolnie obejrzała się w stronę, gdzie znajdował się klif. Nie była pewna, jak daleko od tego miejsca odeszli, ale wiedziała, że gdyby Theo chciał ich znaleźć, przyszłoby mu to z łatwością. Nie miała niczego na sumieniu, ale wiedziała, że Dylan nie bez powodu chciał pozostać w ukryciu, dlatego postanowiła mu to ułatwić.
– Naprawdę powinnam już wracać – stwierdziła, prostując się. – Trzymasz się jakoś? – dodała, spoglądając na niego z powątpieniem.
Wysilił się na uśmiech, ale wyszło mu to dość opornie. Kristin udała, że niczego nie dostrzega.
– Jasne – zapewnił, ale bez przekonania. – Dzięki, Kris i… Nie mów nikomu, że mnie widziałaś, okej? – poprosił.
– Pewnie nie uwierzysz, ale dało się domyśleć, że wolisz pozostać w cieniu – sarknęła, wywracając oczami. – Mimo wszystko nie rozumiem tego. Jak długo będziesz jeszcze w tym trwał?
– Wiesz… – Minęła dłuższa chwila, zanim zdecydował się jej odpowiedzieć. – Muszę przemyśleć pewne rzeczy. Nie jestem nawet pewien, czy wiem, co powinienem zrobić i… – Wzruszył ramionami. – Mogę ci obiecać, że dowiesz się pierwsza, kiedy coś postanowię.
Pokiwała głową i zsunęła się z miejsca, lekko lądując na trawie. Wyprostowała się i poprawiła tren sukienki, po czym powoli odwróciła się w stronę drzewa na którym wciąż siedział Dylan. Chłopak zastygł w bezruchu i teraz beznamiętnym wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń, intensywnie nad czymś myśląc. Kristin zaczęła się nawet zastanawiać nad tym, czy chłopak jeszcze zdaje sobie sprawę z tego, że jeszcze nie odeszła i czy w ogóle pamięta, że rozmawiali, ale szybko przestała się nad tym zastanawiać. Planowała odejść, ale coś ją powstrzymało i jeszcze przez kilka sekund przypatrywała mu się, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie tak.
Raz jeszcze zlustrowała wzrokiem twarz nieśmiertelnego, najbardziej skupiając się na jego szmaragdowych tęczówkach. Nie potrafiła tego opisać, ale coś w jego spojrzeniu nie dawało jej spokoju, napawając najgorszymi przeczuciami, ale uparcie nie pozwalała sobie na to, żeby dopuścić którekolwiek z nich do świadomości.
– Dylan? – rzuciła jeszcze, zanim zdążyła się zastanowić. Chłopak spojrzał na nią i skinął zachęcająco głową, dając jej do zrozumienia, że ma mówić dalej. – Nie zrobisz niczego głupiego, prawda?
– Oczywiście, że nie. – Kolejny sztuczny uśmiech. – Idź już, Kristin.
Skinęła głową i odeszła nic więcej nie mówiąc; mimo najszczerszych starań, nie była w stanie mu uwierzyć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa