03.11.2013

Sto jeden

Renesmee
Jako pierwsze wróciło czucie, a ja od razu zorientowałam się, że leżę na czymś miękkim i że jest mi ciepło. Zatrzepotałam powiekami i natychmiast rozejrzałam się dookoła, przynajmniej w miarę możliwości, bo wciąż nie ufałam sobie wystarczająco, żeby próbować wstać. Potrzebowałam dłuższej chwili, żeby obraz wyostrzył się na tyle, bym rozpoznała znajome białe ściany sypialni oraz miękką pościel, która znajdowała się w sypialni mojej i Gabriela.
Przymknęłam oczy, bo chociaż zasłony były pozaciągane, jasne światło poranka i tak wlewało się do pokoju. Usłyszałam ciche westchnięcie, a potem ciepłe palce przesunęły się po moim policzku, muskając usta i delikatnie zakreślając ich kształt. I bez głębszego namysłu wiedziałam, że to Gabriel, przez co nie powstrzymałam się od lekkiego uśmiechu.
– Co się stało? – zapytałam cicho, chociaż odpowiedź była oczywista: zemdlałam. – Chociaż nie, to akurat wiem… Lepiej powiedz mi, jak długo przy mnie siedzisz – zaproponowałam, nie mogąc odmówić sobie przyjemności otworzenia oczu i spojrzenia na idealną twarz mojego męża.
– Jeśli mam być szczery, to niezbyt długo. – Gabriel uśmiechnął się i nachylił, żeby musnąć wargami moje usta. Odwzajemniłam pocałunek, a ten – oczywiście! – jak zwykle okazał się zdecydowanie zbyt krótki. – Byłaś zmęczona i ja też, więc od razu zabrałem się do domu. Obudziłem się może z kwadrans temu, więc nie musisz mieć do siebie pretensji – zapewnił, a ja wywróciłam oczami.
– Wcale nie mam do siebie pretensji – powiedziałam, chociaż Gabriel oczywiście miał rację. Nie byłabym zadowolona, gdyby powiedział mi, że zarwał kolejnych kilka godzin, jedynie dlatego, że straciłam przyjemność. – Gabrielu, co się stało? – powtórzyłam pytanie, odrobinę rozdrażniona; nie lubiłam sytuacji, kiedy cześć moich wspomnień stanowiła zamazane obrazy albo kiedy w ogóle nie pamiętałam, co działo się ze mną w przeciągu kilku godzin,
Gabriel spojrzał na mnie czule i wyprostował się, żeby móc wstać. Spojrzałam na niego niespokojnie, bo nie chciałam, żeby wychodził bez wyjaśnienia, szybko jednak przekonałam się, że chłopak nigdy się nie wybiera, a jedynie podniósł się, żeby móc dostać się do stojącego na stoliku nocnym, zdobionego pucharu. Zawsze bawiła mnie słabość ukochanego do tak wyszukanych naczyń, ale postanowiłam tego nie komentować, w zamian starając się bez jego pomocy podnieść. O dziwo wyszło mi to całkiem dobrze, co nawet mnie ucieszyło, bo nie zamierzałam reszt dnia spędzić w łóżku.
– Raczej nic ci nie jest – zapewnił spokojnie, uważnie mnie obserwując. – Poniekąd to wina Theo albo raczej mojej siostry. Przecież to oczywiste, że cała ta akcja z krwią i to tuż przed walką, była idiotycznym pomysłem – przypomniał, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać. Przynajmniej nie powiedział „A nie mówiłem?”, chociaż jego wywód mniej więcej do tego się sprowadzał.
– Zrobiłam to dla ciebie – przypomniałam cierpliwie, ujmując naczynie, kiedy mi je podał. Spojrzałam na zawartość i uniosłam brwi, bo chociaż płyn był przeźroczysty, egzotyczny zapach wykluczał, żeby to była zwykła woda. – Co to?
Na ustach Gabriela pojawił się nieco sceptyczny uśmiech.
– Kolejny dziwny pomysł Isabeau. Co prawda ciocia potwierdziła, że to pomaga przy omdleniach, ale jakoś niespecjalnie wierzę w te wszystkie ziołowe mieszanki, które tak namiętnie propaguje moja siostra – przyznał, wywracając oczami.
Pokiwałam w zamyśleniu głową, niemal bezwiednie unosząc naczynie i biorąc kilka łyków. Sama też nie byłam do płynu przekonana, ale okazał się całkiem smaczny, chociaż nie potrafiłam określić, co w nim było. Wiedziałam jedynie, że na pewno nigdy nie piłam czegoś podobnego, poza tym napar był zdecydowanie lepszy od leków, które czasami podawał mi Carlisle.
– Podziękuj jej – poprosiłam i uśmiechnęłam się. Być może to była moja wyobraźnia, ale chyba fatycznie czułam się pobudzona, chociaż to niekoniecznie musiało mieć związek z napojem. – Ach… „Ciocia”? – dodałam, łapiąc go za słówka.
– Tak… – Gabriel nieco się speszył. – Chyba powoli zaczynam przywykać do Allegry, chociaż czasami nadal mam… A zresztą nieważne. Jak tam żebra? – zmienił temat, wyraźnie nie chcąc myśleć o matce i jej bliźniaczej siostrze.
Wzruszyłam ramionami, bo nie mogłam powiedzieć, żeby było najgorzej. Jasne, byłam obolała, ale teraz już miałam pewność, że to nie było nawet stłuczenie, nie wspominając już o złamaniu. Cieszyło mnie to, bo przynajmniej nie miałam być zmuszona prosić Damiena o pomoc, tym bardziej w sytuacji, kiedy sam potrzebował odpoczynku i…
Dzieci…, przypomniałam sobie i ta myśl całkiem przejęła nade mną kontrolę. W pośpiechu dopiłam zawartość naczynia i odstawiwszy je na bok, zaczęłam wyplątywać się z pościeli. Chciałam wstać, ale ledwo spróbowałam, natychmiast otoczyły mnie ciepłe ramiona Gabriela. Ukochany przyciągnął mnie do siebie, mimo moich protestów zamykając mnie w swoich objęciach.
– Nic im nie jest – zapewnił, zanurzając twarz w moich włosach. – Jak na razie śpią, więc nie masz czym się przejmować. Martwię się jedynie o Ali, ale tym zajmę się później, kiedy już trochę odpocznie – dodał, a ja pojęłam, że chodziło mu o polowanie. Pokiwałam głowa, woląc nie wspominać mu, że już oddałam małej trochę swojej krwi. – A, powiedziałem Esme, żeby poprosiła Carlisle’a o to, żeby później do nas zajrzał. Pomyślałem, że będziesz chciała, żeby dla pewności obejrzał Alessię.
– To dobrze. – Lekko pchnęłam Gabriela, zmuszając go, żeby położył się na łóżku i usiadłam na nim okrakiem. – Ale dlaczego mam wrażenie, że zamierzasz się wtedy ewakuować? – zapytałam, uśmiechając się niepewnie i nachylając, żeby móc skraść jeszcze jeden pocałunek.
– Hm, mam przez to rozumieć, że nie zamierzacie sobie porozmawiać? – wymruczał Gabriel, uśmiechając się niewinnie. Jego dłonie wylądowały na moich biodrach. – Nie musisz mi dziękować – zapewnił, a ja parsknęłam z niedowierzaniem.
– To urocze, że próbujesz załatwiać za mnie sprawy – stwierdziłam, chociaż mimo wszystko byłam mu wdzięczna. Chciałam w końcu porozmawiać z Carlisle’m i Esme, bo jak na razie nie miałam okazji, żeby przeprosić któregokolwiek z nich.
Gabriel nie odpowiedział, tylko ponownie przyciągnął mnie do siebie w bardziej stanowczy sposób. Wylądowałam na nim i chociaż wcześniej byłam chętna do wstawania, wszelakie myśli całkowicie wyleciały z mojej głowy, kiedy wargi moje i mojego męża ponownie się ze sobą spotkały. Objęłam go nogami w pasie, chcąc znaleźć się jeszcze bliżej i odwzajemniłam pocałunek z pełną pasją, wciąż mając wrażenie, że jesteśmy od siebie za daleko. Czułam pożądanie Gabriela oraz swoje własne pragnienia; to odkrycie wywołało uczucie euforii i ledwo powstrzymałam się do tego, żeby trzymać ukochanego na dystans. Zareagowałam dopiero wtedy, kiedy to ja wylądowałam na plecach, a Gabriel znalazł się między moimi rozchylonymi udami, błądząc dłońmi po krzywiźnie moich bioder i raz za razem – niby to przypadkowo – zahaczając palcami o krawędź moich spodni.
Uśmiechnęłam się figlarnie i w pośpiechu przeturlałam się na bok, zmuszając chłopaka do tego, żeby się cofnął. Na jego wargach pojawił się grymas niezadowolenia, ale zignorowałam go i usiadłam, tym razem nie zamierzając pozwolić na to, żeby zatrzymał mnie w łóżku.
– No, Gabrielu – zaśmiałam się, zrywając się na równe nogi i dopadając do szafy. – Następnym razem nie zapraszaj gości, kiedy zamierzasz się ze mną kochać – doradziłam mu, szczerząc się w uśmiechu na widok jego niezadowolonej miny.
Gabriel mruknął coś w odpowiedzi, po czym nieco teatralnym gestem padł na łóżko i wbił wzrok w sufit, dość nieporadnie udając obrażonego. Znów jedynie parsknęłam śmiechem, po czym w pośpiechu przejrzała łam zawartość szafy, chwytając pierwszy lepszy komplet ubrań, który wpadł mi w ręce.
Zaraz po tym wypadłam z pokoju, woląc nie kusić losu – i siebie samej.

Ciepła woda miała w sobie coś kojącego i pomogła mi się rozluźnić. Nawet mimo szumu prysznica, słyszałam, że Gabriel w końcu wychodzi z naszej sypialni, kierując się w stronę pokoików naszej dzieci. Mijając łazienkę, celowo zastukał w drzwi, a ja roześmiałam się, nie mogąc się powstrzymać. Czułam się dziwnie lekka, co było dość miłą odmianą po tym, jak w ostatnim czasie miałam wrażenie, że za chwilę nie wytrzymam psychicznie. Być może miało to jakiś związek z ziołami, które Gabrielowi podsunęła dla mnie Isabeau, ale ja bardziej wierzyłam w to, że jestem po prostu szczęśliwa i czuję ulgę w związku z tym, że dzieci nareszcie były w domu.
To Alessia obudziła się pierwsza, jeszcze zanim niechętnie wyszłam spod prysznica. Miałam ochotę zejść na dół, owinięta samym ręcznikiem, ale przypomniałam sobie o tym, jak patrzył na mnie Gabriel i ostatecznie narzuciłam na siebie letnią sukienkę, którą zabrałam z szafy. Dopiero wtedy zeszłam na dół, susząc wciąż lekko wilgotne włosy i kierując się w stronę kuchni, skąd wyczuwałam Gabriela i moją córeczkę.
Ali wyglądała zdecydowanie lepiej niż kiedy widziałam po raz ostatni, chociaż wciąż wydawała mi się odrobinę blada. Na mój widok natychmiast zsunęła się z krzesła i wpadła mi w ramiona. Przygarnęłam ją do siebie, zanurzając palce w jej ciemnych włosach. Gdybym mogła, już nigdy nie wypuszczałabym ją ze swoich objęć, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Nie miałam wątpliwości, że po tym, jak omal nie straciłam jej i Damiena, tak łatwo nie zapomnę o strachu, który przez ostatnie dni odczuwałam, ale wierzyłam, że z czasem jakoś sobie z tym poradzę.
Gabriel w pośpiechu przygotował śniadanie, gotów spełnić każde życzenie swojej małej księżniczki. Usiadłam przy stole, sadzając Alessię tuż obok i chociaż była na to za duża, nie mogłam powstrzymać się przed tym, żeby nie zacząć karmić jej naleśnikami. Mała rzuciła mi trochę urażone spojrzenie i wkrótce zaczęła walczyć ze mną o widelec, przypominając mi o tym, że sama potrafi poradzić sobie ze sztućcami, ale i tak minęło kilka minut, zanim ze śmiechem uległam i to tylko dlatego, że Ali dosłownie się na mnie rzuciła.
Zamieszanie w kuchni ostatecznie ściągnęło na dół wciąż zaspanego Damiena. Mały przystanął w progu, obserwując swoją siostrę i mnie takim wzrokiem, jakby podejrzewał, że coś jest z nami nie tak. Na widok jego zdezorientowanej miny, znów zaczęłam się śmiać, chociaż sama nie byłam pewna dlaczego. Mimo wszystko podobało mi się to, podobnie jak i Gabrielowi, który obserwował mnie i dzieci w taki sposób, jakbyśmy byli najcudowniejszym obrazkiem na świecie. Widziałam w jego oczach miłość i coś, czego nie potrafiłam opisać, a co wydawało mi się swego rodzaju… obawą. Gabriel przeżywał ostatnie dni bardziej niż śmiał mi się przyznać i to odkrycie dosłownie mnie poraziło, ale zdecydowałam się nie poruszać tematu, żeby dodatkowo go nie zawstydzić. Teraz wszyscy potrzebowaliśmy czasu, żeby dojść do siebie, a ja zamierzałam zrobić wszystko, byleby jakoś nam to ułatwić.
Gabriel wyszedł krótko po śniadaniu, zabierając ze sobą Damiena i mówiąc, że zamierza spotkać się z Isabeau. Po jego niezadowolonej minie poznałam, że chętniej sprawdziłby również, co dzieje się z Laylą, co nawet mnie nie zdziwiło. Nie był zadowolony z tego, jak dużo czasu jego siostra spędzała w towarzystwie Rufusa. Zwłaszcza po wczorajszym dniu, zdecydowanie za naukowcem nie przepadał, ale chociaż jego obawy były zrozumiałem, miałam nadzieję, że mimo wszystko nie posunie się do zrobienia czegoś głupiego. Layla była dorosła i raczej wiedziała, co powinna robić, ja zresztą nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Rufus traktuje ją w sposób o którym inni mogliby tylko pomarzyć. Między tą dwójką coś było, chociaż wciąż nie potrafiłam w pełni tego opisać.
Ali leżała na podłodze w salonie, otoczona gazetami i kawałkami papieru. Próbowałam przynajmniej w ten sposób ochronić podłogę przed smugami z farby, którą dałam córeczce, chcąc znaleźć nam jakieś zajęcie i ostatecznie stawiając na malowanie. Uznałam to za dobry pomysł, bo sama do tej pory nie trzymałam pędzla w ręce i musiałam przyznać, że malowanie przypadło mi do gustu równie mocno, co zabawa pastelami. Alessia też wydawała się zadowolona, chociaż raz za razem spoglądała zazdrośnie na przedmioty i postacie, które ja dla niej kreśliłam. Kiedy znowu skrzywiła się po tym, jak przypadkiem poprowadziła linię nie w taki sposób, w jaki mogłaby tego oczekiwać, w pośpiechu wstałam i przykucnęłam tuż obok niej, chwytając ją za rączkę i pomagając jej poprawić rysunek. Dopiero wtedy się uśmiechnęła, zwłaszcza, kiedy stwierdziłam – używając przy tym ukochanego przez nią słówka – że jej rysunek jest zdecydowanie „lepsiejszy” od mojego.
Było już sporo po południu, kiedy pojawił się u nas Carlisle. Alessia momentalnie straciła zainteresowanie farbami i pobiegła rzucić mu się w ramiona, bo jeszcze nie miała okazji do tego, żeby się z nim zobaczyć. Uśmiechnęłam się na ten widok, po czym zaczęłam w pośpiechu zakręcać kolejne słoiczki z farbą, chcąc przynajmniej względnie doprowadzić salon do porządku. Słyszałam zadowolony głosik Alessi, której jak zwykle buzia się nie zamykała, jak zwykle, kiedy mogła się czymś pochwalić przed którymkolwiek z członków rodziny. Carlisle już doskonale wiedział, czego moja córeczka może oczekiwać w odpowiedzi i w odpowiednich momentach wtrącał pochwały, które mała przyjmowała z entuzjazmem. Uspokojona, zdecydowałam się zostawić ich samych, nie tyle dlatego, że byłam aż tak bardzo skoncentrowana na sprzątaniu, ale chcąc zyskać na czasie i psychicznie przygotować się do rozmowy, podczas gdy doktor będzie zajmował się Ali.
Zebrałam farby, papier i gazety, po czym wykorzystałam okazję, żeby zanieść wszystko na górę. Prócz mnie i Gabriela nikt nie wiedział o sekretnym pokoju na poddaszu, dlatego nie śpieszyłam się zbytnio z przesadnie starannym wręcz układaniem wszystkich rzeczy na odpowiednich miejscach. Wiedziałam, że być może trochę dziecinnym było przeciąganie rozmowy w czasie i sama nie byłam pewna, dlaczego tak się obawiałam, skoro Carlisle już dawno nie był na mnie zły, ale mimo wszystko minęło kilka dobrych minut, zanim zdecydowałam się ponownie zejść na dół.
Kiedy wróciłam do salonu, Carlisle już chował przyrządy do swojej lekarskiej torby. Ulżyło mi, bo gdyby coś było nie tak, badanie na pewno trwałoby dłużej, poza tym dziadek nie uśmiechnąłby się uspokajająco na mój widok.
– Nic jej nie jest – zapewnił, odpowiadając na niezadane przeze mnie pytanie. Wziął Ali na ręce i lekko ją podrzucił; mała pisnęła w odpowiedzi i roześmiała się, wyraźnie zadowolona z życia. – Jest troszkę zmęczona, ale to powinno niedługo minąć. Powiedziałbym wręcz, że Alessia jest okazem zdrowia – dodał, uśmiechając się do prawnuczki. – Co prawda byłoby dobrze, gdyby dostała jeszcze trochę krwi, ale to żaden problem.
– Tak. Gabriel już powiedział mi, że weźmie ją na polowanie – zapewniłam i zawahałam się. Carlisle zmierzył mnie wzrokiem, jednocześnie nachylając się, żeby postawić zniecierpliwioną Alessie na podłodze.
– Z tobą wszystko w porządku? – upewnił się. – Przestraszyłaś nas – przyznał, a ja speszyłam się jeszcze bardziej, czując się trochę niezręcznie.
– Czuję się dobrze – zapewniłam, chociaż to była prawda jedynie w sensie fizycznym. Mój dobry nastrój z rana wydawał się zniknąć bezpowrotnie i teraz czułam się przede wszystkim zdezorientowana. – Dziadku… – zaczęłam niepewnie i urwałam, bo sama nie byłam pewna, co chciałam powiedzieć.
Carlisle nie dał mi okazji, żebym dokończyła i po prostu wstał, podchodząc do mnie. Nie zaprotestowałam, kiedy mnie objął, zaraz też wtuliłam się w niego, nie mogąc się powstrzymać. Poczułam się lepiej, kiedy mnie przytulił, chociaż jednocześnie miałam wrażenie, że nie powinien tak po prostu mi wybaczyć. Przecież zaatakowałam Esme – sytuacja i powody nie były w tym momencie żadnym usprawiedliwieniem, tym bardziej, że teraz sama miałam o to do siebie żal.
Chciałam coś powiedzieć, ale w głowie miałam pustkę. Ostatecznie jedynie jęknęłam zrezygnowana, dając za wygraną, chociaż jednocześnie czułam się z tym okropnie.
– Tylko nie zaczynaj mnie przepraszać, bo nic się nie stało – zapewnił mnie natychmiast doktor, żebym więcej nie próbowała się odzywać. Pogłaskał mnie po głowie, jakbym była małym dzieckiem, a ja przez moment faktycznie tak się poczułam. – Jeżeli chcesz z kimś porozmawiać, to powinnaś poszukać Esme. To chyba jej należą się przeprosiny – zauważył przytomnie, odsuwając mnie lekko i ujmując mnie pod brodę; chcąc nie chcąc spojrzałam mu w oczy, chociaż coś sprawiało, że chciałam odwrócić wzrok.
Miał rację i zdawałam sobie z tego sprawę, ale to wcale nie było takie łatwe. Po wszystkim, co powiedziałam, Esme już niemal instynktownie mnie unikała i dopiero teraz zaczynałam sobie to uprzytomniać.
– Ale Alessia… – zaczęłam, chociaż to brzmiało jak marna wymówka, której powinnam była się powstydzić.
– Mogę z nią zostać, jeśli chcesz – zapewnił mnie spokojnie. Nie miałam powodu do tego, żeby się nie zgodzić i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. – O ile się nie mylę, Esme jest na klifie. Chciała trochę pobyć sama – dodał i spojrzał na mnie znacząco, ignorując moją lekko zdezorientowaną minę.
Westchnęłam i pokiwałam głowa, decydując się przestać uciekać przed tym, co musiałam zrobić. Co więcej, wiedziałam, że denerwuję się bardziej niż powinnam, tym bardziej, że Esme potrzebowałam. Wampirzyca zastępowała mi mamę i to w sytuacjach, kiedy najbardziej jej potrzebowałam, dlatego tym bardziej chciałam ją przeprosić.
Nie pozwalając sobie na więcej wątpliwości, wyszłam z domu i puściłam się biegiem, kierując się w stronę świątyni i klifu. Przez wydarzenia sprzed trzech miesięcy nie było to moim ulubionym miejscem, ale biegnąc przez las prawie o tym nie myślałam. Popołudniowe słońce przyjemnie grzało moje odsłonięte ramiona, wprawiając skórę w subtelne lśnienie, którego człowiek nie byłby w stanie wychwycić. Uwielbiałam lato, a panujący na zewnątrz zaduch sprawiał, że byłam w stanie się rozluźnić i na klif dotarłam niemal całkowicie spokojna.
Machinalnie zatrzymałam się, z lasu wychodząc spokojnym ludzkim krokiem. Nie byłam pewna dlaczego, ale w okolicy świątyni zwykle panowała specyficzna atmosfera, która sprawiała, że pośpiech albo jakiekolwiek negatywne emocje wydawały się nie na miejscu. Dookoła panowała cisza, przerywana jedynie szumem poruszanych wiatrem liści oraz chlupotem uderzającej o ściany klifu wody. Słyszałam również swój nieco przyśpieszony oddech i bicie serca, które w jaki dziwny sposób wpasowywały się w panującą dookoła ciszę.
Uspokojona, powoli ruszyłam przed siebie, kierując się wydeptaną ścieżką. Mój wzrok momentalnie powędrował w stronę świątyni, żeby ostatecznie zatrzymać się na dobrze mi znanym posągu bogini Selene. Nie byłam pewna, ale chyba otaczała go jeszcze większa ilość kwiatów niż zwykle, co chyba miało być formą podziękować za wynik walki. Chociaż jeszcze kilka godzin wcześniej walczyłam o życie, wspomnienia tego, co wydarzyło się w mieście, nagle wydały mi się bardzo odległe i zamazane. Bardziej realna wydawała się nawet moja modlitwa, którą skierowałam do wampirzej bogini księżyca i którą nagle sobie przypomniałam, zupełnie jakbym jakiś cudem cofnęła się do dnia, kiedy ostatni raz przemierzałam tę ścieżkę. Mimowolnie uśmiechnąłem się, po czym spuściłam głowę, przed oczami wciąż mając obraz zapatrzonej w stronę klifu bogini.
– Dziękuję – wyszeptałam i chociaż czułam się dziwnie mówiąc do siebie, jednocześnie poczułam, że spływa na mnie wszechogarniająca ulga.
Wciąż pod wrażeniem tego jak się czułam, instynktownie skierowałam się  stronę krawędzi klifu. Nie od razu odważyłam się spojrzeć przed siebie, potrzebowałam zresztą dłuższej chwili, zanim dostrzegłam Esme. Wampirzyca siedziała plecami do mnie, a jej skóra lśniła niczym diament w promieniach słońca. Obie nogi spuściła w dół urwiska, zaś wzrok utkwiła w wyjątkowo spokojnej wodzie, która niemal w łagodny sposób muskała znajdujące się poniżej skały. Gdzieś poza zasięgiem naszego wzroku znajdowała się plaża, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo nigdy nie odważyłam się tam zejść, zwłaszcza po niedoszłej śmierci Isabeau.
Esme musiała mnie wyczuć, ale nawet nie spojrzała w moją stronę. Wydawała się spokojna, kiedy zaś niepewnie przycupnęłam przy niej, siadając tuż obok, przekonałam się, że niepewnie się uśmiecha.
– To ładne miejsce, prawda? – zauważyła cicho. – Zabawne, ale nawet po tym wszystkim, czuję się tutaj dobrze – dodała, a ja dopiero po chwili uprzytomniłam sobie, że mówiła do mnie.
– Faktycznie… – Być może powinnam była powiedzieć coś więcej, ale nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów. Odniosłam zresztą wrażenie, że Esme wcale tego nie oczekiwała.
Przez kilka sekund siedziałyśmy w milczeniu, patrząc przed siebie i nawet na siebie nie spoglądając. Co ciekawe, mimo panującego ciszy, atmosfera nie wydawała się napięta. To odkrycie lekko mnie oszołomiło i jednak zdecydowałam się odezwać.
– Babciu…? – zaczęłam cicho. Nie spojrzała w moją stronę, ale wiedziałam, że mnie słucha. – Ja… Przepraszam – powiedziałam wprost, wciąż nie mogąc zmusić się do tego, żeby na nią spojrzeć i przekonać się, jaki ma wyraz twarzy. – Nie chciałam tego wszystkiego powiedzieć. Ja po prostu… Sama nie wiem, dlaczego wtedy się tak zachowałam, ale… – Urwałam, bo miałam wrażenie, że się pogrążam.
Esme nie odpowiedziała, a ja poczułam się okropnie. Nagle zrobiło mi się zimno, chociaż to raczej nie miało żadnego związku z pogodą czy temperaturą. Serce natychmiast zabiło mi szybciej, zdradzając niepokoju, nagle też nie myślałam już o niczym innym, a jedynie o tym, żeby jak najszybciej zniknąć jej z oczu.
Mimowolnie drgnęłam i zrobiłam taki ruch, jakbym chciała się podnieść. Dopiero to otrzeźwiło Esme, której dłoń mimowolnie wylądowała na mojej ręce, zmuszając mnie do tego, żebym pozostała w bezruchu. Spojrzałam na nią wystraszonym wzrokiem, nie kryjąc bólu i cala aż zesztywniałam, kiedy nieśmiertelna delikatnie przyciągnęła mnie do siebie. Wtuliłam się w nią, chociaż nie poczułam się tak pewnie jak wtedy, kiedy to Carlisle mnie przytulał. Czułam się nieswojo, poza tym coraz bardziej ciążyła mi panująca między nami cisza.
– Babciu? – zaczęłam niepewnie. – Babciu, proszę, powiedz coś – jęknęłam, nie mogąc dłużej tego znieść.
– Co na przykład? – odszepnęła spokojnie Esme, wzmacniając uścisk wokół mnie; odetchnęłam, kiedy usłyszałam jej głos, ale to wciąż było za mało.
– Nie jestem pewna… – przyznałam. – Nie wiem. Może na przykład to, że nie jesteś już na mnie zła? – zaryzykowałam.
Usłyszałam jej melodyjny śmiech i poczułam, że kamień spadł mi z serca.
– Nie jestem – zapewniła, a potem raptownie spoważniała. – A właściwie nie będę, jeśli coś dla mnie zrobisz…
W tamtym momencie byłam gotowa zgodzić się dosłownie na wszystko.
Marie
Marie oddychała chrapliwie. Echo bólu wciąż zdawało się porażać całe jej ciało, przez co każdy kolejny ruch wydawał się być katorgą. Ledwo łapała oddech, co wydawało się dziwne, bo nie powinna go potrzebować. Jako wampir zresztą nie powinna odczuwać bólu, nie wspominając już o zmęczeniu czy potrzebie oddychania, dlatego te liczne ludzkie słabości całkowicie ją oszołomiły.
A co więcej, Marie nie mogła pozbyć się wrażenia, że podczas walki jakimś cudem nagle straciła przytomność.
Kobieta zawahała się i zatrzepotała powiekami. Dookoła panował półmrok, co w normalnym wypadku powinno nie stanowić dla niej żadnego problemu, a jednak teraz zdawało się jej ciążyć. Jęknęła i potarła oczy, ale nawet to nie sprawiło, że zaczęła widzieć lepiej. Wzrok odmawiał jej posłuszeństwa, dziwnie słaby i bezużyteczny, kiedy zaś nabrała powietrza do płuc, przekonała się, że również węch ma słaby. Było jej zimno, kiedy zaś w pośpiechu usiadła, momentalnie zawirowało jej w głowie i musiała wesprzeć się obiema rękami o podłoże, żeby ponownie nie upaść. Panika chwyciła ją za gardło, kiedy odkryła, że znajduje się w samym środku lasu, pół naga i zdezorientowana, pozbawiona wampirzych zmysłów i siły.
Jak przez mgłę pamiętała walkę i tę wampirzycę – oraz to, jak kobiecie przyszedł na pomoc inny nieśmiertelny. Jej dłoń momentalnie powędrowała do gardła, gdzie z ulgą odkryła, że jej skóra jest gładka i nienaruszona, chociaż jeden z wampirów wygryzł jej dość sporą dziurę w gardle. Pamiętała, że próbowała uciekać i że tamta ciemnowłosa wampirzyca rzuciła się za nią, zamierzając ją zabić. Marie długo starała się bronić, a potem poczuła kolejne ugryzienie – tym razem wampirzycy. To było ostatnie składne wspomnienie, resztę bowiem przysłonić wszechogarniający ból, którego doświadczyła tylko raz i którego już nigdy więcej miała nadzieję nie odczuwać.
A potem obudziła się tutaj, słaba i skonfundowana, równie krucha co… człowiek.
Dlaczego czuła się jak człowiek?
– Ludzie zmysły są beznadziejne, nie uważasz? – usłyszała cichy szept tuż za plecami i cała zesztywniała, instynktownie pragnąc zerwać się do ucieczki.
Spróbowała wstać, ale mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa i prawie natychmiast znów wylądowała na ziemi. Przerażona, wsparła się na łokciach i uniosła głowę, po czym omal nie krzyknęła, widząc dwie pary krwistych tęczówek, które obserwowały ją z zainteresowaniem. Momentalnie rozpoznała mężczyznę i kobietę, którzy omal nie pozbawili jej życia, a teraz stali tuż nad nią, silni i niebezpieczni, podczas gdy ona sama pozostawała bezbronna; mogli ją zabić i Marie pomyślała, że na pewno to zrobią; ta myśl nawet nie była przerażająca, co wydawało się dziwne, bo powinna chcieć walczyć o swoje życie.
– Co ja zrobiłam, Michael? – zapytała kobita, przeczesując swoje długie ciemne włosy palcami. Patrzyła na Marie, a w jej oczach czaiło się przerażenie. – Powiedz mi, co ja takiego zrobiłam…
– Cicho! – Michael rzucił kobiecie krótkie spojrzenie, po czym ponownie spojrzał na skuloną na ziemi Marie. – To fascynujące, ale… No cóż, zresztą nieistotne. – Zacisnął usta; jego oczy zabłysły, przyprawiając Marie o dreszcze. – To będzie nasz sekret, Anno. I już nigdy więcej się nie powtórzy – wyszeptał, a potem coś w wyrazie jego twarzy się zmieniło, kiedy wszelakie emocje zniknęły, ustępując miejscu głodowi.
Marie nie zdążyła nawet krzyknąć, a potem po raz kolejny otoczyła ją jakże łaskawa ciemność.

2 komentarze:

  1. Nowy wygląd bloga *.* cudo. Nareszcie spokój, o którym tak ciagle gadalam xD biedny Gabriel, nie nacieszył sie długo Renesmee. No, ale dziewczyna ma racje. Jak ktoś chce gości to tak jest. Ciekawi mnie dlaczego Gabriel zabrał ze sobą Damiena, ale to raczej nie jest istotne. Farby *.* jak dawno nimi nie malowalam. Ale żeby malować trzeba je mieć, a ja nie mam. Fajna relacja matka z córka. Taka inna niż wszystkie :) hm, o co Esme mogła poprosić Renesmee? Spiskują przeciwko facetom xD
    Czyżby Anna posiadała dar zmieniania wampirów w ludzi czy usuwa wszystkie wampirze cechy? Myślę, że coś pomiędzy tym. Albo jeszcze coś nowego :)
    Rozdział był cudny, no i wreszcie spokój ^^ ileż można czekać xD
    Twoja Gabi :**

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja Ci coś powiem! Czekam aż wydasz książkę!!!! Mam nadzieję, że już niedługo to nastąpi ;* Dużo tu E&C, wiesz jak bardzo ich kocham. Kocham wszystkie Twoje opowiadania, a jeszcze bardziej buźka mi się uśmiecha, kiedy czytam o nich ( nie obrażając rozdzaiłów, kiedy nie ma tam E&C). Śliczna była ta scena, kiedy Nessie pytała Gabriela, dlaczego się ewakuuje <3 No taka boska ~ To ja czekam na nn.
    PS. Razem z kumpelami czytałyśmy ten rozdział w szkole, bo one też Cię kochają.

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa