27.11.2013

Sto dwadzieścia pięć

Renesmee
– Gabriel?
Imię ukochanego było pierwszym, co przyszło mi do głowy. Nie czułam obejmujących mnie ramion ani ciepła ciała mojego męża, jakże blisko mojego, więc już samo to powinno wystarczyć mi za odpowiedź, ale i tak usiadłam, żeby dla pewności rozejrzeć się dookoła.
Westchnęłam i musnęłam palcami puste miejsce u mojego boku. Pościel wciąż przesycona była zapachem Gabriela, ale i tak miałam wrażenie, że minęło trochę czasu od momentu, kiedy mój ukochany zdecydował się mnie zostawić. Zamyśliłam się, próbując sobie przypomnieć cokolwiek na temat tego, że obiecał się zostać ze mną całą noc, ale oczywiście nie znalazłam w pamięci żadnej obietnicy. Gabriel miał czyste konto, a ja nie miałam o co mieć do niego pretensji.
Rozczarowana, przeciągnęłam się lekko, z satysfakcją stwierdzając, że czuję się lepiej niż w nocy. Gorączka ustąpiła i już nie czułam się nawet zmęczona. Co prawda rana na ręce lekko pulsowała, ale ból był przytłumiony dzięki lekom, które podał mi Carlisle. Innymi słowy, czułam się całkiem nieźle, co zachęciło mnie do tego, żeby spróbować wstać.
Usiadłam na skraju wąskiego łóżka – jakże różnego od okazałego łoża, które zrobiło sypialnię w moim domu – i spuściłam nogi na ziemię. Kątem oka dostrzegłam szklankę z wodą i bez wahania po nią sięgnęłam, spragniona po nocy. Słońce już wzeszło, ale na zewnątrz wciąż pogoda prezentowała się nieciekawie; ciężkie chmury tworzyły niemal idealną, ciemną masę, która przysłaniała błękit nieba, zapowiadając kolejne opady. Nie przejęłam się zbytnio, bo i tak nie zamierzałam nigdzie wychodzić, deszczowa pogoda zresztą kojarzyła mi się z Forks i zostawionym tam życiem. To były dobre wspomnienia, które już nie sprawiały mi przykrości, a wręcz wywoływały na mojej twarzy uśmiech.
Wciąż byłam lekko zgrzana, a na sobie miałam bluzkę Layli. Marzyłam o prysznicu, ale do tego potrzebowałam świeżych ubrań, dlatego z nadzieją podeszłam do szafy, która wcześniej należała do mnie. Całkiem sporo rzeczy zostawiłam w domu Isabeau, nie mając głowy do przenoszenia ich po przeprowadzce, więc z tym większą ulgą przyjęłam to, że wciąż leżały na swoim miejscu. W pośpiechu wygrzebałam jakieś luźne i bluzeczkę na ramiączkach, żeby więcej nie naruszać obolałej ręki. Ręczniki i wszystko to, czego mogłam potrzebować, znajdowało się w łazience, więc nie zawracałam sobie tym głowy.
Coś załomotało w okno. Poderwałam się, zaskoczona, uderzając głową o nisko położoną półkę. Syknęłam z bólu i pocierając obolałe miejsce, błyskawicznie odwróciłam się, szukając źródła dźwięku. Spodziewałem się wielu wyjaśnień, ale na pewno nie tego, że dostrzegę siedzącego na parapecie mojego okna Rufusa i to odkrycie dosłownie mnie oszołomiło.
– Co tutaj robisz? – zapytałam z opóźnieniem, w pośpiechu rzucając ubrania na łóżko i doskakując do okna. – Oszalałeś? Wystraszyłeś mnie – poskarżyłam się, nie kryjąc poirytowania.
Wampir popatrzył na mnie obojętnie, jakoś niespecjalnie przejęty moimi uwagami, po czym lekko uniósł brwi ku górze.
– Mogłabyś otworzyć i wpuścić mnie do środka? – zaproponował uprzejmie. – Nie żebym się skarżył, ale parapet nie należy do moich ulubionych miejsc.
Pokręciłam głową, żeby odrzucić od siebie myśl o tym, że kilka razy w podobnej sytuacji zastałam Gabriela. To oczywiście nie było to samo, ale skutecznie przypomniało mi o tym, że chłopaka nie ma u mojego boku.
– To nie jest mój dom – przypomniałam, ale otworzyłam okno, bo dziwnie rozmawiało mi się z nim przez szybę.
– Bez znaczenia. Wystarczy, że możesz w nim przebywać – stwierdził, przypadkiem albo celowo interpretując moje słowa inaczej niż powinien.
Isabeau mnie zabije, pomyślałam, ale nie skomentowałam tego ani słowem. Chyba nie miałam większego wyboru, skoro nie potrafiłam mu odmówić.
– Wejdź, Rufusie – zaprosiłam go, cofając się, żeby zrobić mu miejsce.
Skinął z zadowoleniem głową, po czym wślizgnął się do środka, zatrzaskując za sobą okno. Dopiero po tym, jak w pośpiechu zaciągnął zasłony, zwróciłem uwagę na to, że jego skóra jest lekko zaróżowiona. Najwyraźniej światło słoneczne nawet w taką pogodę mu ciążyło, chociaż nie chciał się do tego przede mną przyznać.
– Nareszcie. – Wampir rozejrzał się z zaciekawieniem dookoła, ostatecznie zatrzymując wzrok na mnie. Przez jego twarz przeszedł cień, zwłaszcza kiedy spojrzał na moją rękę. – Jak się czujesz?
– Chyba dobrze – odparłam wymijająco, wzruszając ramionami. – Już nie musisz się przejmować. Nic mi nie jest – zapewniłam, nie mogąc nie zauważyć, że w mojej obecności znów zachowywał się w bardziej cywilizowany sposób.
Moje słowa musiały go otrzeźwić, bo w pośpiechu skinął głową i uciekł wzrokiem gdzieś na bok. Wydał mi się zdezorientowany, jakby sam nie był pewien, dlaczego przyszedł.
– Wiem o tym – zapewnił mnie. – Pytam przy okazji. Tak w zasadzie jestem tutaj, bo miałem naiwną nadzieję na to, że znajdę Laylę. Myślałem, że może tutaj przyjść, ale… – Westchnął i najwyraźniej nie zamierzał dokończyć.
– Layla jest samotniczką. – Postanowiłam od razu na niego nie naskakiwać, chociaż porządny wykład na pewno byłby wskazany. – Nie wróciła – dodałam, spoglądając  na niego znacząco.
Rufus rzucił mi udręczone spojrzenie, jakbym co najmniej spróbowała go uderzyć. Poczułam się niezręcznie i spuściłam wzrok, speszona tym, że kolejny raz byliśmy sami. W końcu miałam okazję z nim porozmawiać, ale to wcale nie było takie łatwe.
– Skrzywdziłeś ją bardzo, wiesz? – Czułam się z tym okropnie, ale przecież nie mogłam udawać, że nic się nie stało. – Layla na to nie zasłużyła… I ja też nie zasłużyłam sobie na to, co robisz – dodałam tak cicho, że wcale nie zdziwiłabym się, gdyby nawet z wyostrzonymi zmysłami moich słów nie dosłyszał.
Z tym, że Rufus zrozumiał mnie doskonale.
– Co robię? – powtórzył, spoglądając na mnie pytająco. – A mogłabyś jaśniej?
– Rufus, proszę cię – westchnęłam zniecierpliwiona. – Dobrze wiesz, co takiego mam na myśli. Chodzi o Rosę. Nie tylko Laylę, ale i mnie dręczy to, kim ona… była. Widzisz mnie, ale patrzysz na kogoś innego. To irytujące, bo nie mam pojęcia, czy zwracasz się do mnie, czy kogoś kim nie jestem. Widzę te wszystkie spojrzenia i wyraz twojej twarzy, i czasami zastanawiam się…
– Dobra bogini – przerwał mi, spoglądając na mnie okrągłymi ze zdumienia oczami. – Och nie, to nie tak… Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, kim jesteś. Po prostu… – Potarł skronie, jakby rozbolała go głowa. Zawahałam się, ledwo powstrzymując przed tym, żeby machinalnie nie zapleść rąk na piersi. – Jesteś bardzo podobna do kogoś… Do Rosy. Nie jesteś nią, ale na każdym kroku mi o niej przypominasz. Nie ma w tym niczego niewłaściwego, a ja nie patrzę na ciebie z jakiś nieodpowiedni sposób. Po prostu instynkt nakazuje mi się tobą opiekować, a ja nie potrafię się przed tym bronić – wyjaśnił w pośpiechu.
Nie miałam pojęcia na ile mogę mu zaufać, ale w jakimś stopniu odczułam ulgę. Jego zapewnienia jak na razie musiały mi wystarczyć, nawet jeśli spodziewałem się, że powie mi trochę więcej.
– Oczywiście nie mam co liczyć na odpowiedź, jeśli zapytam o to, kim była Rosa? – zaryzykowałam, dobrze zdając sobie sprawę z tego, że igram z ogniem.
– Nie. – Rufus nawet specjalnie się nie zdenerwował. Najwyraźniej kłótnia z Lay bardzo go przybiła, chociaż bym go o to nie podejrzewała, nawet poznawszy jego łagodniejsze oblicze. – Nie powiedziałem tego nawet Layli, więc jak tobie mógłbym?
– No tak… – zreflektowałam się, średnio zadowolona. – Ale kochałeś ją.
– Kocham Laylę – odparł niemal agresywnie, nieświadomie robiąc zdecydowany krok w moją stronę. Jego oczy zabłysły czerwienią, a ja odskoczyłam do tyłu, nie tyle zaalarmowana jego reakcją, co zaskoczona tym, że chyba pierwszy raz określił przy mnie uczucia, którymi darzył moją szwagierkę. – Przepraszam. Jestem zdenerwowany – zreflektował się natychmiast, szybko odzyskując panowanie nad sobą.
Minęła dłuższa chwila, zanim zdołałam mu odpowiedzieć.
– Muszę wziąć prysznic – wymamrotałam, wypowiadając pierwszą myśl, która przyszła mi do głowy. – Jak chcesz to zejdź na dół. Wszyscy pewnie już i tak cię usłyszeli – dodałam, bo mieszkając z wampirami, po prostu nie dało się utrzymać czegokolwiek w tajemnicy.
Pośpiesznie wyszłam, w progu jeszcze oglądając się za siebie. Rufus stał tam, gdzie go zostawiłam, najwyraźniej nie zamierzając ruszyć się z miejsca.
Chociaż raz daj sobie pomóc, pomyślałam bezradnie.
Zaraz po tym wyszłam, zamykając za sobą drzwi.

Odświeżona, bez pośpiechu zeszłam na dół. Trochę ciężko było mi się myć, mając lewą rękę praktycznie unieruchomioną, ale udało mi się doprowadzić do porządku, praktycznie nie naruszając opatrunku. Ubieranie się było koszmarem, w końcu jednak byłam w stanie opuścić łazienkę.
Jeszcze zanim doszłam do schodów, doszły mnie łagodne dźwięki wygrywanej na pianinie melodii. Nie znałam tego utworu i podejrzewałam, że tata musiał skomponować go całkiem niedawno. Uśmiechnęłam się i przyśpieszyłam, żeby jak najszybciej znaleźć się w salonie.
– Co to? – zapytałam pogodnie, wsłuchując się w melodię i ledwo powstrzymując się przed tym, żeby nie zacząć tańczyć. Od dawna nie miałam na to takiej ochoty, a jak na ironię musiałam ograniczać ruchy, jeśli nie chciałam kolejny raz mieć zakładanych szwów.
– Coś dla Alessi. – Edward zlustrował mnie wzrokiem, a na jego twarzy pojawiła się ulga, kiedy zauważył, że lepiej wyglądam. – Nasza mała królewna miała do mnie żal o to, że jako jedyna kobieta w rodzinie nie miała melodii, którą skomponowałbym specjalnie dla niej – wyjaśnił z łobuzerskim uśmiechem. Zaśmiałam się cicho, ale szybko spoważniałam, dostrzegając jego minę. – Twój gość jest w kuchni. Kiedy ostatni raz tam zaglądałem, czarował Esme.
– Tak, Rufus potrafi być specyficzny… – zgodziłam się, lekko zaskoczona tym, że wampir jednak zdecydował się zostać. – I to nie jest mój gość – dodałam, wywracając oczami.
– Jasne… – Rzucił mi troskliwe spojrzenie, po czym wrócił do gry. Jego zwinne palce przebiegły po klawiszach pianina, zgrabnie przechodząc w „Kołysankę Belli”, a później moją, którą skomponował stosunkowo niedawno. – Odpocznij później – doradził i odniosłem wrażenie, że czuł ulgę, przynajmniej tymczasowo mogąc mieć mnie przy sobie.
Rozczulona, w pośpiechu podeszłam bliżej, żeby pocałować go w policzek. Ostrożnie objął mnie, uważając na moje ramię i czule musnął wargami moje czoło. Mocno się w niego wtuliłam, w pamięci mając naszą rozmowę ze świątyni, kiedy pytałam go o to, jak znosił niepewność, kiedy nie miał pojęcia gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Nagle oczywiste wydało mi się, jak musiał się czuć, gdy nocą kolejny raz wpakowałam się w kłopoty.
Edward delikatnie odsunął mnie od siebie, po czym odgarnął mi grzywkę z czoła. Uśmiechnęłam się niepewnie, ale w końcu oswobodziłam się z jego ramion i poszłam do kuchni. Czasami nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo tęsknię za możliwością przytulenia się do mamy albo taty. Może i Edward cały czas był przy mnie, ale nie mogłam zaprzeczyć, że zdarzało mi się go zaniedbywać na rzecz Gabriela i naszych dzieci. Potrzebowałam go zwłaszcza teraz, kiedy czułam się tak bardzo zmęczona. Może i zwykle wzbraniałam się przed nadmierną troską ze strony bliskich, ale rodzina wciąż była dla mnie najważniejsza.
Rufus siedział przy kuchennym stole, opierając się o blat i spoglądając w przestrzeń. Kiedy weszłam, spojrzenia Carlisle'a i Esme powędrowały w moją stronę, ale wampir zauważył mnie dopiero po dłuższej chwili.
– Chwilę ci to zeszło – zauważył. Wyraźnie czuł się pewniej, kiedy przebywałam w pobliżu. – Właśnie sobie rozmawiamy. O Layli, oczywiście – dodał z nieco gorzkim, a już na pewno wymuszonym uśmiechem.
– Nie chciałam, żebyś został po to, by cię dręczyć – zapewniłam, opierając się o kuchenny blat. – Na dworze jest jasno – przypomniałam, spoglądając wymownie na jego bladą skórę. Może wróciła już do swojej naturalnej barwy, ale Rufus doskonale wiedział, co takiego miałam na myśli.
– Ach… Więc wyglądam ci na zdesperowanego do tego stopnia, żeby próbować targnąć się na swoje życie? – zapytał z niewinnym uśmiechem. Mimo wszystko było w nim tym coś wymuszonego.
– Nie. – Podeszłam bliżej i osunęłam się na krzesło naprzeciwko. – Ale wolałabym nie mieć cię na sumieniu.
– Zbytek łaski – prychnął, ale przynajmniej słowem nie wspomniał o tym, że zamierza gdziekolwiek wychodzić. Znając jego nieprzewidywalność, zaczynałam naprawdę się martwić.
Wyprostowałam się na krześle. Zdążyłam już zorientować się, że Gabriela nie ma, ale starałam się o tym nie myśleć, żeby niepotrzebnie się nie zadręczać. W zamian skoncentrowałam się, po czym spojrzałam z zaciekawieniem na Carlisle'a i Esme, nagle coś sobie uświadamiając.
– Isabeau wróciła? Czuję Aldero i Cammy'ego – wyjaśniłam, instynktownie spoglądając w stronę schodów.
– Całkiem niedawno – potaknął Carlisle. – Zaraz po tym wyszła z Gabrielem poszukać Layli.
Skrzywiłam się. A więc jednak – Gabriela nie było w domu, a ja nie mogłam mieć pewności, co takie mogło przyjść mu do głowy.
– Mhm… Powodzenia. – Rufus jakoś specjalnie nie był przekonany co do powodzenia całego przedsięwzięcia. – Jeśli Layla postanowiła się ukryć, nie ma najmniejszych szans na to, że znajdą ją, jeśli nie będzie chciała się ujawnić.
– Kolejna wampirza cecha? – zapytałam z powątpieniem, nachylając się nad blatem.
– O tak! Albo raczej tak mi się wydaje. – Oczy wampira rozbłysły, jak zawsze kiedy w grę wchodziła nauka. Na pewno wolał ten temat od dalszego drążenia tego, co jest z Laylą nie tak. – Nie wiem jak ci to opisać, ale odnoszę wrażenie, że ciemność na swój sposób jest nam uległa. Może to ma związek z naszym pochodzeniem – z tym, że noc jest naszym dniem – ale już podczas przemiany czuje się więź z mrokiem. Noc nas wzywa i jest nam posłuszna, a to bardzo się przydaje, jeśli chce się pobyć samemu albo zapolować…
– Albo się ukryć – dopowiedziałam. Kolejna wzmianka o wzywającym mroku miała w sobie coś niepokojącego. – I jak zgaduję, to też odkryłeś absolutnym przypadkiem?
– Nie będę z tobą rozmawiać o tym, co robię w laboratorium – oznajmił uprzejmym tonem.
– Jak sobie chcesz – obruszyłam się. Irytował mnie tymi swoimi zdawkowymi odpowiedziami, ale chyba powinnam cieszyć się, że w ogóle cokolwiek mówił.
Zapadła chwila nieco napiętej ciszy, dlatego z tym większą ulgą przyjęłam szybkie, ale przy tym niezwykle lekkie kroczki na schodach. Chwilę później doszedł mnie głos Edwarda, ale moje dzieci nie były zainteresowane tym, co zamierzał im pokazać, tylko od razi pobiegły do kuchni. Damien pojawił się pierwszy i natychmiast doskoczył do mnie, ale Ali przystanęła w progu i zawahała się. Ciemne włosy opadały jej na twarz, przysłaniając jej drobną twarzyczkę. Niepewnie spojrzała na Rufusa, wyraźnie zaciekawiona.
Esme uśmiechnęła się, rozbawiona.
– Kto by pomyślał, że to właśnie nasza mała księżniczka będzie zawstydzona – stwierdziła ze śmiechem, jeszcze bardziej pesząc moją kruszynkę.
Alessia przekrzywiła lekko głowę, dopiero po chwili decydując się podejść do mnie. Wyciągnęła rączki, a ja wzięłam ją na ręce, sadzając sobie na kolanach. Jej ciemne tęczówki rozszerzyły się, kiedy zobaczyła moją rękę, ale nie odezwała się ani słowem, co było ciekawą odmianą, bo zwykle buzia jej się nie zamykała, zwłaszcza, kiedy pojawiał się ktoś nowy. Przygarnęłam ją do siebie, a mała schowała twarz w moich włosach, raz po raz zerkając z zaciekawieniem i obawą jednocześnie na Rufusa.
Damien popatrzył na siostrę, po czym wyciągnął rękę w moją stronę. Rude włosy miał zmierzwione, ale chyba po ojcu odziedziczył to, że taki nieład jedynie dodawał mu uroku. Czekoladowe oczy wpatrywały się we mnie i dostrzegłam w nich coś, co zdecydowanie nie pojawiało się w przypadku tak małego dziecka, przynajmniej jeśli było człowiekiem. Nie potrafiłam tego opisać, ale znałam mojego synka już na tyle dobrze, żeby z niedowierzaniem patrzeć na empatię, którą wprost emitował. Jego dar był zarazem przekleństwem, bo tak wielka odpowiedzialność zdecydowanie była dla kogoś takiego jak Damien trudna.
– Mamo, co się stało? – zapytał mnie cicho, wyraźnie nie mogąc się powstrzymać.
Już kilkukrotnie miałam okazji doświadczyć tego, że potrafi wyczuć czyjś ból, ale i tak zwyczajowo mnie tym zaskoczył.
– Nic – odparłam machinalnie. Nie chciałam obarczać ich problemami, które w żaden sposób nie miały wpływu na ich bezpieczeństwo. – Już jest w porządku. Nie masz się czym martwić – zapewniłam, ale po Damienie widać było, że zdawkowe odpowiedzi coraz mniej go zadawalają.
– A gdzie jest tata? – wtrąciła się z zaciekawieniem Alessia, rozglądając się po kuchni. Przywykła już do tego, że widywała mnie i Gabriela razem.
– Niedługo wróci – obiecałam, muskając wargami ciemne włosy córeczki. – Hej, idźcie do Edwarda. Dziadek ma ci coś do pokazania – oznajmiłam i chciałam postawić Ali na ziemi, ale rozproszyło mnie intensywne spojrzenie Rufusa. – Co?
Wampir nie odpowiedział, tylko podniósł się i powoli obszedł stół, uważnie obserwując moje dzieci. Alessia spojrzała na niego niespokojnie, a i w oczach wtulonego we mnie Damiena dostrzegłam błysk niepokoju.
– To jest ciekawe – stwierdził niemal pogodnym tonem Rufus, obserwując zwłaszcza moją córeczkę. – Zapytaj ją, dlaczego się mnie boi. No już – ponaglił, ale Alessia sama postanowiła mu odpowiedzieć:
– Czasami widzę go, kiedy zaglądam w sny cioci Layli – szepnęła mi do ucha. – Te sny nie są dobre, chociaż nikomu nie dzieje się tam krzywda.
Spojrzałam na Ali z niedowierzaniem, dopiero po chwili będąc w stanie zinterpretować jej słowa we właściwy sposób. Czy to możliwe, że Layla nawet w snach musiała walczyć ze swoimi uczuciami, zadręczając się nimi do tego stopnia, że wspomnienia o Rufusie sprawiały jej ból? Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wielu rzeczy nie wiedziałam o własnej szwagierce, nie wspominając już o zdolnościach Alessi i Damiena.
Powoli wypuściłam powietrze w płuc, jednocześnie gładząc Alessię po kruczoczarnych włosach. Miałam nadzieję, że nie jest po mnie widać, jak bardzo jestem podenerwowana, ale przy bliźniętach już niczego tak naprawdę nie mogłam być pewna.
– Idźcie do Edwarda – powtórzyłam bardziej stanowczo.
Ali uściskała mnie krótko, zanim wraz z Damienem wyszła z kuchni. Westchnęłam i wyprostowałam się na krześle, napotykając przenikliwe spojrzenie brązowych oczu Rufusa. Wampir zamrugał i podszedł do mnie, bynajmniej nie zamierzając się zatrzymywać. Instynktownie podniosłam się, chociaż sama nie byłam pewna dlaczego; czułam się zdezorientowana, co mogło być skutkiem leków, ale coś podpowiadało mi, że powód leży znacznie głębiej.
– Idę, zanim faktycznie się przejaśni. Nie zamierzam utknąć tutaj na cały dzień, poza tym spotkanie z twoim mężem też jakoś specjalnie nie napawa mnie entuzjazmem – stwierdził z gorzkim uśmiechem. – Postaraj się nie wpaść w żadne kłopoty, przynajmniej dzisiaj, dobra? – dodał, a ja zamrugałam, urażona tym złośliwym komentarzem.
– Spróbuję nie zginąć – rzuciłam z przekąsem, ale Rufusa bynajmniej mój żart nie rozbawił.
– Mówię poważnie – powiedział z naciskiem i bez ostrzeżenia chwycił mnie za rękę, wciskając mi w dłoń coś podłużnego, o stosunkowo gładkiej powierzchni. – Jeszcze mi za to podziękujesz – stwierdził i wyszedł, nawet się na mnie nie oglądając.
Kiedy spojrzałam na przedmiot, który mi podał i rozpoznałam w nim kołek, miałam nadzieję, że się mylił – i że nigdy nie będę musiała mu dziękować.

1 komentarz:

  1. Świetny rozdział jak zwykle, aż mi się żal zrobiło Rufusa chociaż bardziej Layli. Biedaczka najpierw byłam na nią zła, ale teraz zrobiło mi się jej szkoda.Powaliło mnie również wyznanie Rufusa ,,Kocham Laylę" <3 może się mylę, ale chyba pierwszy raz to przyznał. Rufus znajdź ją wyznaj jej swoje uczucia i powiedz prawdę!!!
    Czekam z utęsknieniem na rozdział z perspektywy Layli:)
    Pozdrawiam
    Renesmee:D

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa