26.11.2013

Sto dwadzieścia cztery

Gabriel
Gabriel wpatrywał się w Renesmee. Dziewczyna spała, ufnie wtulona w jego tors, a jej płomienne loki rozrzucone były na poduszce, tworząc dookoła głowy dziewczyny lśniącą aureolę. Jak zwykle zachwycała go swoją urodą, delikatna i tak uroczo bezbronna, zwłaszcza podczas snu. Na jej twarzy nie było już nawet śladu grymasu, który świadczyłby o tym, że cokolwiek ją boli i to uspokajało go bardziej niż jakiekolwiek zapewnienia przytomnej Nessie.
Zupełnie machinalnie pogładził ukochaną po rannej ręce, wzrok jednak wciąż miał utkwiony w jej idealnych, różowych ustach. Dwa bliźniacze łuki wyróżniały się na tle alabastrowej skóry, teraz odrobinę rozchylone. Do tej pory niezdrowo zarumienione policzki odzyskały naturalną barwę, a Gabriel doskonale czuł, że męcząca dziewczynę gorączka ustąpiła, dokładnie tak, jak przewidywał Carlisle. Teoretycznie było po wszystkim, ale nie potrafił w pełni się rozluźnić, chociaż już nie miał większych powodów do zmartwień.
Z westchnieniem zamknął oczy. Czuł się zmęczony, ale jednocześnie był zbyt pobudzony, żeby próbować zasnąć. Już nie miał powodów, by czuwać nad Nessie, poza tym dziewczyna cały czas pozostawała pod opieką lekarza – i to na dodatek najlepszego z możliwych – ale teraz dla odmiany Gabriela dręczyła inna myśl, niekoniecznie związana z jego żoną.
Wahając się, spojrzał w okno, wprost w nieprzeniknioną ciemność nocy. Burza przeszła i na zewnątrz panował nienaturalny wręcz spokój. Gabriel czuł zapach ozonu i świeżości, jakże kojących po wszystkim, co wydarzyło się w ciągu kilku minionych godzin. Spokój był czymś pożądanym, ale Gabriel wciąż nie potrafił się nim cieszyć, dręczony wspomnieniem widoku bałaganu w laboratorium, krwi oraz rannej Nessie. Teraz błogosławił, że Rufus zajął się Renesmee i zaoszczędził mu widoku dziewczyny, kiedy ta znajdowała się w gorszym stanie, chociaż jednocześnie wciąż coś przewracało mu się w żołądku na samo wspomnienie naukowca. Nie przepadał za nim i wszystko wskazywało na to, że ten stan rzeczy nie miał już się zmienić. Wdzięczny czy nie, nie potrafił przekonać się do wampira, który w tak niepokojący sposób patrzył na jego żonę i krzywdził siostrę.
Jego wzrok mimochodem powędrował w stronę spokojnej twarzy Renesmee. Nie potrafił nawet wyobrazić sobie tego, że mógłby ją stracić. Sama myśl o tym, że Nessie grozi jakiekolwiek niebezpieczeństwo, napawała go lękiem. Rzadko przyznawał się do słabości i zasadniczo niewiele rzeczy sprawiało, że czuł strach, ale kiedy chodziło o jego siostry, Renesmee albo dzieci… Nie potrafił o tym myśleć, ale wiedział jedno – wolał już umrzeć niż pozwolić na to, żeby któremukolwiek z jego bliskich stała się krzywda.
– Ale ty nie zawsze to rozumiesz, prawda mój aniele? – zapytał cicho, muskając palcami gładki policzek swojej śpiącej żony.
Czasami miał wrażenie, że to kruche stworzenie nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele dla niego znaczy. Nie potrafiła spojrzeć na siebie we właściwy sposób, wciąż nieświadoma swoich zalet oraz tego, że od dnia, w którym pierwszy raz ją ujrzał, zaczęła warunkować całe jego istnienie. Póki jej serce było, on istniał; system był prosty, chociaż pojawienie się bliźniąt trochę wszystko komplikowało, bo Alessia i Damien jak nic okazałoby się dobrym powodem do tego, żeby trwać, gdyby ich matkę spotkała krzywda. Wtedy może mógłby egzystować, jeśli to w ogóle miałoby jakikolwiek sens. O życiu nie byłoby mowy, bo to skończyłoby się w momencie, kiedy jej aura ostatecznie by zgasła.
Tym bardziej odczuwał gniew, kiedy myślał o tych wszystkich momentach, gdy omal nie stracił wszystkich na których mu zależało. Czasami wydawało mu się, że kiedy był sam, życie było łatwiejsze, ale nie potrafił zmusić się do żałowania decyzji, które doprowadziły go do tego miejsca. Gdyby nie Renesmee i dzieci, byłby nikim. Sama Isabeau przewidziała, że gdyby ta niezwykła, przyciągająca kłopoty istota nie stanęła na jego drodze. Nie miał pojęcia, jak powinien rozumieć słowa siostry, ale wyglądało to tak, jakby Renesmee uratowała jego duszę. Dała mu jedyną okazję na to, żeby pokochał i nie pozwoliła na to, żeby ją zmarnował. Zaskakiwała go swoją ufnością i tym, że trwała u jego boku nawet wtedy, kiedy był dla niej niebezpieczny – i kiedy zrozumiała, że ta miłość może być dla niego nie tylko ratunkiem, ale i czymś, co jest w stanie go zniszczyć.
„Nie jesteś taki jak Marco… „ O tym zapewniała go na każdym kroku, a on chłonął każde jej słowo i pragnął w nie wierzyć, nawet jeśli gdzieś w głębi serca wiedział swoje. Każdy powtarzał mu, że zdarł skórę z ojca; świadomość tego podobieństwa doprowadzała go do szału i to nie tylko dlatego, że ktokolwiek mógł mieć na myśli wygląd, ale że w tym porównaniu chodziło również o charakter. Nie chciał być taki jak Marco i robił wszystko, byleby się przed tym bronić, ale obawiał się, że wraz z Renesmee są bardzo podobni do jego ojca i matki. Ta dwójka również kochała się w sposób, który w obecnym świecie wydawało się niemożliwe – i to uczucie zniszczyło ich oboje. Gabriel bał się, że w przypadku jego i Nessie może być tak samo, ale oboje zabrnęli zbyt daleko, żeby móc zawrócić. Tak naprawdę żadne z nich tego nie chciało, nawet mimo możliwych konsekwencji i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Ty nie pozwoliłabyś mi się poddać, prawda moja kochana?, pomyślał, ale tym razem nie wypowiedział tych słów na głos, nie chcąc ryzykować, że przypadkiem dziewczynę obudzi. Co prawda jakąś godzinę wcześniej zajrzał do nich Carlisle i podał wnuczce dożylnie morfinę, korzystając z tego, że wciąż spała, ale Gabriel nie potrafił stwierdzić na jak długo lek utrzyma Renesmee w nieświadomości. Chciał, żeby odpoczęła i spała przynajmniej do rana, ale nie wiedział, czy kolejny raz coś jej nie obudzi.
Zazdrościł jej snu, obojętnie jak ironiczne się to wydawało, bacząc na to, że senne marzenia były jego światem. Chciał się uspokoić i zasnąć, zamiast zadręczać się tymi wszystkimi myślami, ale nie potrafił się od nich uwolnić. Co więcej, z każdą kolejną sekundą czuł coraz większy gniew, kiedy przypominał sobie o Dylanie i o tym, że pół-wampir śmiał…
Zerwał się gwałtownie z miejsca, praktycznie się nad tym nie zastanawiając. Renesmee poruszyła się przez sen i mocno wtuliła się w poduszkę, podświadomie wyczuwając, że nie ma go przy niej. Westchnął, ale nie mógł zmusić się do tego, żeby dalej bezczynnie siedzieć, dlatego – przeciągając się lekko – wyszedł na korytarz i zszedł na dół.
Dom Isabeau i jej matki był spokojny, więc doskonale słyszał każdy nawet najcichszy dźwięk. Ali i Damien wciąż spali, zajmując ten sam pokój, co przed przeprowadzką. Mógł się założyć, że jak zwykle byli wtuleni w siebie, ale chociaż mogło wydawać się to niewłaściwe, w przypadku dzieci nie potrafił czuć niepokoju. Przecież tak samo zachowywali się z Laylą, zwłaszcza po odejściu od ojca szukając poczucia bezpieczeństwa u siebie nawzajem. Pamiętał liczne noce, które spędzali z Laylą, wtuleni w siebie i milczący. Chyba nigdy wcześniej nie czuł mocniejszej więzi z siostrą. Później pojawiła się Isabeau i już tak wiele czasu nie spędzali razem, ale wciąż byli sobie bliscy i teraz wręcz nierealne wydawało mu się to, że więź ta do tego stopnia się rozluźniła. Teraz to Renesmee zajęła miejsce Layli, a poprzez wymianę krwi zatarli to, co do tej pory łączyło go z bliźniaczką. To było dobre, bo taka była kolej rzeczy – szukanie swojej drugiej połówki było czymś naturalnym, a on miał szczęście scalić swoją duszę po raz pierwszy – ale chyba nigdy tak bardzo nie tęsknił za tym, żeby wiedzieć, co działo się z jego siostrą.
Layla cierpiała – nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Teraz już nie miał wątpliwości, że Rufus nie był jej obojętny. Ta widza go dezorientowała, bo sam nie miał pojęcia, co powinien sądzić o tym, co się działo. Nie potrafił przekonać się do wampira, ale jednocześnie nie chciał skrzywdzić Layli i zawdzięczał mu zbyt wiele, żeby pozwolić sobie na nienawiść albo jakiekolwiek czyste, wyłącznie negatywne uczucie. Miał mętlik w głowie, a bezruch go wykańczał, ale sam nie miał pojęcia, gdzie powinien szukać Layli ani czy dziewczyna w ogóle chciałaby jego obecności. Kiedyś rozumieli się bez słów, ale teraz każde z nich poszło swoją drogą, a zmiany, które zachodziły w dziewczynie, jedynie jeszcze bardziej ich od siebie oddalały.
– Ja też się o nią martwię – usłyszał i wzdrygnął się, wyrwany z zamyślenia. Uświadomił sobie, że stoi u stóp schodów i wpatruje się w przestrzeń, całkowicie pogrążony w swoich myślach. – Przepraszam. Wystraszyłam cię…? – zaśmiała się cicho Esme.
– Co? Nie – zaprzeczył machinalnie. Pokręcił głową, dopiero po chwili otrząsając się z zamyślenia. – Renesmee nic nie jest – dodał, dostrzegając troskę w jej złocistych tęczówkach.
– Wiem. – Zaplotła obie ręce za plecami. Jej kasztanowe włosy raz po raz muskały blade policzki. – To nie Nessie cię martwi – stwierdziła, a on aż zamrugał, zaskoczony tym, że tak łatwo przyszło jej zrozumienie.
Pokręcił głową i westchnął, po czym przeszedł za nią do salonu. Carlisle i Edward rozmawiali o czymś cicho, ale przerwali, żeby na niego spojrzeć. Gabriel zupełnie machinalnie przeczesał palcami ciemne włosy, robiąc sobie na głowie jeszcze większy bałagan, zanim opadł z rezygnacją na fotel.
– Isabeau jeszcze nie wróciła? – zapytał, wbijając wzrok w sufit; zadał pierwsze pytanie, które przyszło mu do głowy, w nadziei na to, że dzięki temu będzie w stanie zając czymś myśli.
– Beau nie pojawiła się od czasu wesela. – Edward rzucił mu znaczące spojrzenie. – Twoja siostra ma zdolność do pojawienia się i znikania w najmniej oczekiwanych momentach – dodał z przekąsem, ale nikomu nie było specjalnie do śmiechu.
– Edwardzie… – upomniała go machinalnie Esme, rzucając mi ostrzegawcze spojrzenie.
Wampir westchnął i posłał jej przepraszające spojrzenie.
– Przepraszam, mamo – zreflektował się, uśmiechając się; to wystarczyło, żeby momentalnie ją udobruchać, tym bardziej, że dokładnie zaakcentował ostatnie słowo, żeby sprawić kobiecie przyjemność.
Gabriel słuchał ich bez zainteresowania. Wiedział jaka jest Isabeau, ale i tak się o nią martwił, niemniej niż o Laylę. Nie miał okazji zobaczyć się z nią po tym, jak uciekła, zamiast odpowiedzieć na oświadczyny Dimitra, poza tym wierzył, że ta dwójka sama najlepiej sobie wszystko wyjaśni. Z drugiej strony, kiedy myślał o tym teraz…
– To bardzo słodkie, że się o mnie martwisz, braciszku. – Isabeau jak na zawołanie pojawiła się w zasięgu jego wzroku, zarumieniona i wyraźnie zadowolona z życia. Tuż za nią do środka wbiegli Aldero i Cammy, ten drugi zaś nagychmiast podbiegł do Esme. – Tak swoją drogą, to co cię sprowadza, hm? – dodała, rzucając mu zaciekawione spojrzenie i udając, że Edward wcale nie popatrzył na nią znacząco.
– Sama wiesz najlepiej, Isabeau – odparował, wywracając oczami. – W końcu kolejny raz siedzisz mi w głowie – dodał, starannie akcentując kolejne słowa.
Beau zmarszczyła brwi.
– Wiem tyle, ile mi pozwoliłeś… Albo raczej nieświadomie udostępniłeś – poprawiła. – A teraz do rzeczy. Znam cię zbyt dobrze, żebyś mnie oszukał, braciszku. – Jej wzrok złagodniał. – Powiecie mi, co się stało? – zażądała i jasne stało się, że bynajmniej nie zamierza drążyć tematu swojej dotychczasowej nieobecności.
Gabriel jedynie machnął ręką, ale otworzył przed nią umysł, pozwalając, żeby zlustrowała jego wspomnienia. Zawsze czuł się dziwnie, kiedy jakikolwiek obcy umysł wnikał w jego własny, nawet jeśli był przy tym tak delikatny i ostrożny, jak Isabeau. Dziewczyna zmarszczyła brwi, zaniepokojona, po czym pokręciła z niedowierzaniem głową, siadając na podłokietniku fotela, który zajmował.
– Zawsze wiedziałam, że wam, facetom, nie można jakoś specjalnie ufać – mruknęłam, wznosząc oczy ku niebu.
– Zabrzmiało tak, jakbyś mówiła o jakimś obcym gatunku – zarzucił jej, ale w zasadzie komentarze Isabeau były mu obojętne. – A tak swoją drogą… Masz mi coś do zarzucenia, siostrzyczko? – dodał z przesadną słodyczą.
– Od każdej reguły są wyjątki – przyznała litościwie. – Ty jesteś tą ginącą rasą dżentelmenów, więc się ciesz. No i Dimitr, ale to już inna sprawa.
– Ach, więc to właśnie przez Dimitra przez tyle czasu zwlekałaś z powrotem do domu? – zapytał i wyszczerz się, widząc jej spędzoną minę. – Co to za akcja z zaręczynami? Radzisz sobie jakoś? – upewnił się, chociaż jakoś specjalnie nie miał co do tego wątpliwości.
Isabeau dumnie odrzuciła głowę i odchyliwszy ją do tyłu, pozwoliła mu obejrzeć swoją szyję. Gabriel dopiero po chwili zauważył zdobiący ją, pozłacany łańcuszek i ulokowany między jej piersiami sierp księżyca, wysadzany połyskującymi łagodnie w świetle zapalonych w salonie lamp drogimi kamieniami. Nie potrafił co prawda określić jak bardzo są cenne, ale coś mu podpowiadało, że to szafiry i że Dimitr sporo się dla ukochanej wykosztował.
– Nie muszę być zaręczona, żeby mieć ukochanego… No i nie narzekam na swoje życie seksualne, skoro już tak wnikliwie mnie wypytujesz – dodała, a Gabriel zaczął błogosławić w duchu, że zaoszczędziła mu szczegółów; może była jego siostrą, ale nie chciał wiedzieć wszystkiego. – I jeśli już bardzo musisz wiedzieć, to ledwo uciekłam Carmen spod miary, bo mama pragnie jeszcze w ten weekend przekazać mi swoją funkcję. Wszystko zniosę, ale dawno nie widziałem bardziej irytującego człowieka – pożaliła się z westchnieniem.
Gabriel parsknął śmiechem. To wydawało się wręcz nierealne, że na wszystkie możliwe problemu, Isabeau najbardziej irytowała się postępowaniem jakiejś kobiety, która próbowała przygotować ją do ceremonii.
Milczący do tej pory Aldero, z zaciekawieniem uniósł głowę i spojrzał z zaciekawieniem na matkę.
– Mamuś… Co to jest „życie seksualne”? – zapytał z niewinnym uśmiechem.
Isabeau zamrugała pospiesznie, po czym spojrzała z niedowierzaniem na starszego ze swoich synów, jakby w nadziei na to, że jednak się przesłyszała. Aldero lekko przekrzywił głowę, wyraźnie zniecierpliwiony. Co więcej, siedzący do tej pory spokojnie Cameron, również spojrzał na matkę i brata z zaciekawieniem, wyraźnie zaintrygowany zmianą w atmosferze.
Mina Isabeau i jej dzieci… Cóż, Gabriel nie potrafił tego zignorować. Dosłownie zakrztusił się powietrzem i kaszlem spróbował zamaskować wybuch śmiechu, ale wyszło mu to dość marnie. Beau wydęła usta i prawie natychmiast poczuł ból, kiedy z całej siły uderzyła go otwartą dłonią ramię, ale nawet to nie pozwoliło mu nad sobą zapanować.
– Wiesz co, Aldero? – wykrztusił, spoglądając na siostrzeńca z błyskiem w oczach. – To jest bardzo dobre pytanie i twoja utalentowana mama na pewno chętnie ci na nie odpowie – stwierdził i omal nie przypłacił tego kolejnym uderzeniem, tym razem skierowanym w głowę.
– Gabrielu Licavoli, naprawdę zaczynasz przeginać – syknęła Isabeau, zrywając się na równe nogi. Jej błękitne oczy błyszczały, ale i ona była wydawała się rozbawiona. – Doprawdy, już od przynajmniej dekady niczego ci nie złamałam, dlatego bardzo chętnie to nadrobię – zagroziła i chciała dodać coś jeszcze, ale Gabriel nie dał jej po temu okazji, w zamian podcinając jej nogi. Zachwiała się, w ostatniej chwili utrzymując dość równowagi, żeby pokierować upadkiem i całym ciałem zwalić się na jego kolana. – Idiota! – zarzuciła mu, celując pięścią w jego nos, ale zbyt dobrze znał jej sztuczki, żeby pozwolić się zaskoczyć.
Właściwie nie zorientował się, które z nich jako pierwsze zerwało się na równe nogi. W jednej chwili Isabeau siłowałam się z nim, a już w następnej przyciskał ją do fotela, skutecznie unieruchamiając jej ręce nad głową. Dziewczyna syknęła ostrzegawczo, ale nie miała szansy na to, żeby się wyrwać, dlatego ostatecznie musiała odpuścić.
– No i co teraz, siostrzyczko? – zapytał z uśmiechem. Jedynie warknęła w odpowiedzi, ale nie zrobiło to na nim jakiegoś specjalnego wrażenia. – Puszczę cię, jeśli obejdzie się bez rękoczynów – obiecał, spoglądając na nią wyczekująco.
– Taa… I co jeszcze? – żachnęła się urażona. – Co najwyżej połamię ci żebra. Sądzę, że byłabym do tego zdolna – zagroziła.
– Dziwne, ale jakoś niespecjalnie się ciebie boję – przyznał, ale i tak dla pewności odsunął się w pośpiechu, żeby nie ryzykować. Isabeau natychmiast zerwała się na równe nogi, wyraźnie rozdrażniona, ale nie próbowała już rzucać się w jego stronę.
Bliźniaki i Cullenowie obserwowali ich z dość specyficznymi minami, ale Gabriel nawet nie zwrócił na to uwagi. Jak gdyby nigdy nic podszedł do okna i wbił wzrok w ciemność, kolejny raz dręczony istotną myślą, która od jakiegoś czasu nie dawała mu spokoju. Być może nie miało to żadnego sensu i nie powinien chcieć się mieszać, ale z drugiej strony…
– Niech cię diabli. – Isabeau dosłownie zmaterializowała się za nim. – Ja też idę z dobą jej poszukać – zastrzegła, już na wstępie dając mu do zrozumienia, że nie odpuści.
Gabriel pokiwał w zamyśleniu głową. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że taka będzie jej reakcja, dlatego też zresztą nie próbował bronić Isabeau dostępu do swoich myśli, pozwalając, żeby sama przejęła inicjatywę. Kiedy wprost zaproponowała mu swoją obecność, poczuł się pewniej.
– Zamierzacie szukać Layli? – upewnił się Carlisle, jednocześnie korzystając z rozproszenia Aldero i biorąc dziecko na ręce.
– Tak tylko sobie gdybam – przyznał Gabriel, ale po minie Isabeau jasne stało się, że decyzja właściwie już została podjęta. – Widziałeś ją wczoraj. Może powinienem ją zostawić w spokoju, ale nie mogę znieść myśli, że…
– A czy wy przypadkiem nie zamierzacie szukać Dylana? – wtrącił się Edward, rzucając rodzeństwu przenikliwe spojrzenie. Może nie miał dostępu do ich myśli, ale to nie znaczyło, że nie potrafił łączyć ze sobą faktów.
Isabeau zacisnęła usta w wąską linijkę, co chyba znaczyło, że podobna myśl przeszła jej przez głowę, ale Gabriel jedynie stanowczo pokręcił głową.
– Layla jest ważniejsza – stwierdził z przekonaniem, instynktownie zaciskając palce na ramieniu siostry. Beau skrzywiła się, ale musiała przyznać mu rację. – Poza tym ja nie ręczę za siebie, jeśli spotkam tego chłopaka.
– Jak wyżej – mruknęła dziewczyna przez zaciśnięte zęby. – Zajmiecie się Aldero i Cammy’m, prawda? Wujek Edward bardzo chętnie omówi z wami temat seksu – dodała ze złośliwym uśmiechem, który jedynie wampira zirytował.
– Tak. Za jakieś pięć lat… Swoją drogą, mogłabyś okazać chociaż trochę dobrej woli, skoro już masz zostać tą całą kapłanką – wytknął jej, ale Isabeau jedynie skwitowała jego uwagę śmiechem.
– Tym bardziej muszę być zołzą. To taka praca – wyjaśniła pogodnie. – Ach, no właśnie. Carlisle?
Wampir spojrzał na nią z zaciekawieniem. Nagłe zmiany nastroju i tematów w przypadku Isabeau nigdy nie były niczym dobrym.
– Potrzebujesz czegoś? – zapytał, chociaż odpowiedź raczej była oczywista; po Beau widać było, że miała coś konkretnego na myśli.
– Tak jakby. A w zasadzie potrzebuję jednej informacji… Czy Renesmee dojdzie do siebie przed końcem tygodnia? – zapytała wprost, a jej oczy zabłysły intensywnie.
– Sądzę, że tak. – Uniósł brwi, spoglądając na Isabeau pytająco. – A dlaczego pytasz?
Wampirzyca jedynie uśmiechnęła się tajemniczo i odrzuciwszy ciemne włosy na plecy, z gracją ruszyła  w stronę holu. Gabriel jedynie wzruszył ramionami i w pośpiechu ją dogonił. Może i byli rodzeństwem, więc powinien dobrze ją znać, ale prawda była taka, że jeśli chodziło o Isabeau, nic w przypadku tej dziewczyny nie było pewne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa