01.03.2013

Dwadzieścia osiem

Isabeau
Isabeau siedziała na dachu, obserwując wschód słońca. Musiała przyznać, że nawet na niej wrażenie robiła ognista kula, która powoli wyłaniała się na horyzoncie. Niezwykłe było, jak wszystko, co do tej pory było pogrążone w nieprzeniknionych ciemnościach, teraz zaczęło nabierać kolorów; początkowo szare, teraz różowe i pomarańczowe.
Świtało, a to znaczyło, że najwyższa pora była szykować się na spotkanie z Dimitrem. Isabeau westchnęła, po czym ostrożnie przesunęła się w stronę klapy w dachu i zgrabnie wślizgnęła się do niej, lądując na samym środku swojego pokoju na poddaszu.
Pomijając to, że wszędzie było pełno kurzu, nic w tym miejscu się nie zmieniło od momentu, w którym postanowiła odejść. To była ta sama sypialnia, utrzymana w ciepłych kolorach pomarańczy i brązów, którą pamiętała. Niewielki pokój, w którym ledwo mieściło się wygodne łóżko i komplet mebli z wiśniowego drewna, znaczył dla niej wiele i nigdy nie chciała go zamienić na zdecydowanie przestronniejsze, ale przy tym sprawiające wrażenie zimnych, liczne sypialnie w rezydencji.
Kiedyś był tutaj strych, ale Isabeau postanowiła przerobić go na pokój, kiedy jako kilkumiesięczna dziewczynka (wyglądała wtedy na jakieś pięć lat), trafiła w to miejsce, kiedy podczas zabawy w chowanego postanowiła się skryć za wiszącym na ścianie gobelinem. Nawet Allegra potrzebowała kilku godzin, żeby ją znaleźć, a przecież była pół-wampirem. Isabeau mało kiedy widziała swoją matkę tak zaniepokojoną i czasami wracała do tego dnia pamięcią, żeby przypomnieć samą siebie, że Allegra naprawdę ją kochała. Mogła mówić o uczuciach co chciała, ale wciąż pozostawała matką – nie mogła oszukać instynktu.
Tak czy inaczej, kiedy w końcu znalazła Isabeau, była bardzo zdziwiona tym, że jej córka była tak urzeczona strychem. Nie rozumiała tego, ale nie miała też nic przeciwko, żeby Beau przeniosła swoje rzeczy w to miejsce; nawet pomogła jej w urządzaniu sypialni, co było jedną z najmniej wspominanych form wspólnego spędzania czasu, jaki potrafiła sobie przypomnieć.
Aldero też pomagał…
Od tamtej pory był to jej mały magiczny kącik – prywatna przestrzeń do której nikt nie miał wstępu, jeśli tego nie chciała. Mimo upływu lat niewiele się zmieniło; teraz jedynie ona wiedziała, gdzie znajduje się przejście na schody do tego miejsca.
– Isabeau?! – zawołał ktoś z dołu.
Rozpoznała głos Esme i to przypomniało jej, że mają mało czasu, jeśli chcą się spotkać z Dimitrem. Nie dziwiłam się, że wampirzyca była podekscytowana i zaniepokojona jednocześnie. Wszyscy czuli się podobnie, bo jakby nie patrzeć, dzisiaj mieli się przekonać, czy ich wyprawa w ogóle miała sens.
A Isabeau była dodatkowo przerażona i to z sobie tylko znanych powodów.
– Zaraz przyjdę! – odkrzyknęła, mając nadzieję, że nie będą chcieli jej szukać. Nie chciała, żeby ktokolwiek znalazł to miejsce.
Podeszła do zajmującej najwięcej w całym pokoju miejsca szafy i otworzyła ją z wahaniem. Jej ubrania – wszystkie sukienki i stroje – wisiały i leżały ułożone w tych samych miejscach, w których je zostawiła. Przez chwilę wpatrywała się w nie, po czym pośpiesznie chwyciła jeden wieszak i szybkim krokiem wyszła z pokoju.
Zbiegła ze starych schodów, przeskakując po kilka stopniu na raz. Zawahała się dopiero przed wyjściem, kiedy jednak już zdecydowała się odchylić gobelin, z ulgą przekonała się, że korytarz na piętrze jest pusty. Na samym jego końcu po lewej stronie, znajdowała się łazienka i to właśnie ona była jej celem.
Starannie zamknęła za sobą drzwi, po czym powiesiła swój strój na klamce i podeszła do wanny. Z zaskoczeniem zorientowała się, że pomieszczenie to wyglądało zaskakująco czysto, jakby niedawno ktoś w nim sprzątał i to ją zdezorientowało.
Niemal z rozczarowaniem odsunęła się od wanny. Chociaż marzyła o gorącej kąpieli, nie było teraz na to czasu i musiała zadowolić się szybkim prysznicem. Poniekąd nie mogła zapomnieć, jak omal się nie utopiła i trochę obawiała się wejścia do wody, ale nie chciała popadać w paranoję.
Poczuła ulgę, kiedy w końcu mogła zdjąć zimne, jeszcze nie do końca suche po wczorajszym przejściu pod wodospadem ubranie. Gorący strumień wody pozwolił jej się rozluźnić, z ulgą też przyjęła to, że instalacja wodna w tym miejscu okazała się w zaskakująco dobrym stanie; wampiry dobrze potrafiły dbać o technologię w tym miejscu.
Wyszła spod prysznica i starannie wytarła się znalezionym w szafce prysznicem. Stanęła przed lustrem, zamaszystymi ruchami próbując wysuszyć swoje ciemne póki, ostatecznie jednak odrzuciła mokre loki na plecy. Przez moment wpatrywała się w swoje odbicie, skonsternowana.
Wyglądała jak duch, a może nawet demon. Skórę miała bladą i gładką, pomijając długie blizny na plecach – pamiątkę po dawnym spotkaniu z sadystyczną Taylor. Rany na ramionach udało jej się w końcu zaleczyć, kiedy całkowicie spokojna siedziała na dachu, początkowo licząc gwiazdy, a później obserwując wschód słońca. Chociaż zarzekała się, że jest zmęczona i faktycznie tak było, nie była w stanie zmrużyć oka i ostatecznie czuwała przez całą noc, co dodatkowo wpłynęło na odcień jej skóry. Temu również zawdzięczała ciemne cienie pod oczami, chociaż jej błękitne oczy wyglądały nader przytomnie.
Zaryzykowała wykorzystać moc, żeby wysuszyć włosy. O dziwo, tym razem obyło się bez wodnych gejzerów i jakichkolwiek zniszczeń – zdolności były jej całkowicie posłuszna. Usatysfakcjonowana, czule pogładziła swój lekko już zaokrąglony brzuch, jakby chcąc podziękować bliźniakom za wszystko, co im zawdzięczała – bo jakby nie patrzeć, gdyby nie one, byłaby zdecydowanie słabsza.
Powoli wypuściła powietrze z płuc. Będzie matką. Zawsze o tym marzyła, chociaż nigdy nie przypuszczała, że z jej pechem do szukania miłości kiedykolwiek zajdzie w ciążę. A jednak się stało, ale jak na złość akurat wtedy, gdy pisana była jej śmierć, a ojcem był ostatni mężczyzna, którego chciała znów spotkać na swojej drodze. Och, bogini, dlaczego Drake Devile?
Ale to nie zmieniało faktu, że kochała dzieci całym sercem. Zawsze uwielbiała dzieci, co wydawało się być sprzeczne z jej naturą samotnika i specyficznym charakterem. Dlatego tak lubiła spędzać czas z Alessią i Damienem, i dlatego też nie zamierzała pozwolić, żeby któremukolwiek stała się krzywda. Nawet gdyby to miało ją zabić.
Odrzuciła od siebie te myśli i sięgnęła po wieszak. Ostrożnie ściągnęła plastikowy pokrowiec na ubrania i wciągnęła na siebie czarną suknię z lekkiego i tak zwiewnego materiału, że równie dobrze mogłoby wcale jej nie być. Taką suknie mogłaby mieć Selene, której pomnik znajdował się w ogrodzie…
Przeczesała włosy i zostawiła je rozpuszczone. Materiał sukni mocno kontrastował z jej bladą skórą, zasłoną włosów zaś dopełniała całości, dodając Isabeau tajemniczości i czegoś drapieżnego w postawie. Ostrożnie wsunęła stopy w czarne sandałki na lekkim obcasie i okręciwszy się dookoła, z czystym sumieniem stwierdziła, że wygląda doskonale.
Suknia była prosta, ale efektowna. Miała długi rękaw i dość głęboki dekolt, częściowo też odsłaniała plecy. Isabeau nie bała się odsłaniać blizn; zdążyła się do nich przyzwyczaić. W pasje zwężała się, by po chwili opaść luźno aż do samej ziemi. Miejscami zdobiona była srebrną nitką, która połyskiwała subtelnie, kiedy wychwyciła załamanie światła.
Na szyi zostawiła naszyjnik w kształcie półksiężyca; nie mogła się z nim tutaj rozstać.
Kiedy zeszła do kuchni, przez moment wydawało jej się, że pomyliła pokoje. Pomieszczenie było jasne i wysprzątane, i zupełnie nie przypominało tego, w którym dzień wcześniej zastali Sunny.
Jeśli zaś chodziło o dziewczynkę, siedziała na kuchennym krześle, bawiąc się czymś, co Isabeau zidentyfikowała jako szklaną kulkę. Turlała ją po blacie stołu i w porę zatrzymywała, zanim drobiazg zdążyłby przypadkiem upaść na ziemię. Carlisle obserwował ją z rozczuleniem, od czasu do czasu łapiąc kulkę, jeśli Sunny nie zareagowała zbyt szybko.
Kiedy tylko zauważyli Isabeau, oboje spojrzeli w jej kierunku; Sunny pochwyciła swoją zabawkę i cała się zarumieniła.
– Znalazłam ją w salonie, pomiędzy odłamkami. Mam ją oddać? – zapytała wystraszona, jakby spodziewając się, że Isabeau się zdenerwuje.
Uniosła obie brwi, zaskoczona.
– Oczywiście, że nie – zapewniła, przeciągając się niczym kotka. – Jeśli coś ci się podoba, to sobie weź. Mama zbierała takie drobiazgi, a później robiła z nich ozdoby i biżuterię. W pokoju na piętrze są tego całe szuflady – dodała, zamierzając później pokazać je Sunny. I tak tego nie potrzebowała.
Twarz małej rozjaśnił promienny uśmiech.
– Jak ty ślicznie wyglądasz – westchnęła, opierając brodę na splecionych dłoniach. – Idziecie do pana? – zapytała, bo najwyraźniej słyszała ostatnie słowa Yves'a.
– Idziemy – poprawiła, spoglądając na Sunny w taki sposób, żeby ta nie miała wątpliwości, że wyprawa obejmuje również ją. – Jeśli chcesz – dodała pośpiesznie, nie chcąc żeby przypadkiem zabrzmiało to jak rozkaz.
Oczy Sunny rozszerzyły się i zabłysły. Zerwała się tak gwałtownie, że omal nie wywróciła krzesła i potykając się podbiegła do Isabeau.
– Och, tak! Tak! – wykrzyknęła, pod wpływem impulsu rzucając jej w ramiona. Beau pochwyciła ją machinalnie i podniosła. – Nigdy nie byłam w Niebiańskiej Rezydencji… -jęknęła rozmarzona.
Isabeau uśmiechnęła się, ale jej entuzjazm nieco przygasł, kiedy podchwyciłam spojrzenie Carlisle'a. Zmrużyła oczy.
– No co? – zapytała, jednocześnie okręcając się wokół własnej osi wraz z rozochoconą Sunny.
Wampir dostrzegł blizny na jej plecach i skrzywił się nieznacznie.
– To bezpieczne zabrać tam Sunny? – zapytał, a Isabeau zatrzymała się, pojmując jego obawy.
– A bezpieczne jest zostawić ją tutaj samą? Albo pozwolić gdziekolwiek stąd wyjść? To miasto jest niebezpieczne i taka jest prawda – stwierdziła, tym samym kończąc dyskusje zanim w ogóle zdążyłaby się rozwinąć. Carlisle niechętnie przyznał jej rację. – A gdzie Esme? – zapytała nieco zniecierpliwiona, spoglądając w okno, żeby ocenić pozycję słońca.
Na twarzy doktora pojawił się cień uśmiechu.
– Sprząta – wyjaśnił, a Isabeau zamrugała zaskoczona. – Wydaje mi się, że jest w swoim żywiole. Próbuje doprowadzić dom do porządku i nie chce nawet brać pod uwagę, że ktokolwiek mógłby jej pomóc.
To wyjaśniało zaskakująco czystą łazienkę, chociaż nikt nie korzystał z niej od lat. No i ta kuchnia... Mając jedną noc Esme wydawała się zdziałać cuda. Salon też musiał być już względnie wysprzątany, przynajmniej jeśli chodzi o niebezpieczne odłamki, bo inaczej oczywiste było, że nie wpuściliby tam kruchej Sunny.
– Przecież to strata czasu – zauważyła przytomnie, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Nie będziemy tutaj dłużej niż kilka dni.
– Powiedz to Esme – zaproponował.
Isabeau wzruszyła ramionami, po czym spojrzała na Sunny. Znów zwróciła uwagę na jej wyniszczone ubranie i to, że skóra dziewczynki była lodowata, chociaż teraz cały czas chodziła owinięta kocem. Okręciła się z nią raz jeszcze, co rozbawiło Sunny do tego stopnia, że zaczęła chichotać.
– Tak chcesz się pokazać na dworze? – zapytała, a widząc błysk niepokoju w błękitnych oczach Sunny, uśmiechnęła się szeroko. – Mam niespodziankę – oznajmiła, po czym postawiła małą na ziemi i chwyciwszy ją za rękę, zaprowadziła ją wprost na piętro.
Przejrzały kilka pokoi, zanim znalazły to, czego potrzebowała Isabeau. Garderoba mieściła się w tej części domu, której Esme nie zdążyła jeszcze tknąć, więc pokój był nieco zakurzony i zagracony, ale poza tym dało się po nim poruszać. Isabeau zostawiła Sunny na korytarzu, po czym pośpiesznie zaczęła przeszukiwać porozstawiane wszędzie kartony, aż w końcu znalazła to, czego szukałam i uśmiechnęła się tryumfalnie.
Warto było stracić trochę czasu już dla samej reakcji Sunny na widok błękitnej sukienki, które idealnie pasowała do jej jasnych włosów i oczu barwy lapis-lazuli. Kiedy pomogła się małej umyć i przebrać, Sunny można było z czystym sumieniem określić mianem pięknej; gdyby nie bijące serce i typowo ludzkie cechy, można by ja nawet było pomylić z pół-wampirzycą.
Kiedy wróciły do kuchni, w końcu zastały Esme. Sunny szybko zdążyła się do niej przywiązać, bo od razu podbiegła do swojej nowej opiekunki, cała rozochocona i chętna do tego, żeby pochwalić się swoim wyglądem. Wampirzyca zareagowała dokładnie tak, jak dziecko mogło się po niej spodziewać, bo zaraz przy mniej przykucnęła i zaczęła prawić jej komplementy, co tym bardziej wzmogło entuzjazm, którym mała tryskała.
Isabeau westchnęła, widząc to; wydawało się, że zarówno Esme, jak i Sunny idealnie się dopasowały – jedna pragnęła dziecka, a druga mamy. Wolała nie myśleć, jak będzie wyglądała sytuacja, kiedy będą musieli wracać do domu.
Esme wyprostowała się z Sunny na rękach i spojrzała na Isabeau.
– Chyba jesteśmy już trochę spóźnieni – zauważyła i spojrzawszy na suknię Isabeau, zawahała się na moment. – Jesteś pewna, że powinniśmy z tobą iść? – upewniła się, najwyraźniej obawiając się, że przypadkiem może coś swoją obecnością zepsuć.
Isabeau uniosła dumnie podbródek.
– Oczywiście. Mówiłam, że nie spodziewałam się, że tak szybko zostaniemy zaproszeni na dwór, dlatego nie do końca się na to przygotowałam, ale to żaden problem. Na górze jest pełno rzeczy moich i mojej mamy, więc pewnie coś dla siebie znajdziesz. Sunny ci pokaże – stwierdziła spokojnie. Mała zaczęła się wyrywać na górę, kiedy tylko usłyszała swoje imię. – No a ty, no cóż... – Spojrzała nieco speszona na Carlisle'a. – Na górze, piąte drzwi po lewej... – powiedziała na wydechu i chociaż próbowała jakoś nad sobą zapanować, przy końcu głos jej się załamał.
Na całe szczęście Sunny i Esme wyszły chwilę wcześniej, więc nie miała zbyt wielu świadków, ale wystarczającym utrudnieniem było to, że sam Carlisle zorientował się, że coś jest nie tak. Spojrzał na nią troskliwie, podchodząc bliżej.
– Coś jest nie tak? – zapytał, chętny jakkolwiek jej pomóc, chociaż doskonale wiedział, że będzie się przed tym opierała. Położył jej dłoń na ramieniu, czym ostatecznie udało mu się ją nakłonić, żeby spojrzała mu w oczy. – Co się dzieje, Isabeau?
Pośpiesznie wzięła się w garść.
– Nie ważne. Po prostu coś mi się przypomniało – odparła lakonicznie, niemal agresywnie. – To pokój, który wolałabym omijać szerokim łukiem, dlatego nie zamierzam się stąd ruszyć – dodała, po wpatrywał się w nią wyczekująco.
W jego oczach pojawiło się coś, jakby zrozumienie, chociaż niemożliwe było, żeby znał powody jej reakcji.
– Należał do twojego ojca? – zaryzykował, próbując zrozumieć, dlaczego w tym miejscu zachowywała się tak dziwnie.
Uznała to za doskonałą wymówkę.
– Tak, to pokój mojego ojca – skłamała, po czym strząsnęła jego dłoń z ramienia i odsunęła się o krok. – Tam raczej powinno być coś odpowiedniego – dodała, po czym odwróciła się na pięcie i pośpiesznie wyszła, myśląc jedynie o tym, że w tym domu nigdy nie było ani jednej rzeczy Marco Licavoli, a już na pewno nie miał tutaj pokoju.

Miejsce w którym znajdowała się Niebiańska Rezydencja, znajdowało się poza granicami miasta. Było to dość nietypowe, bo zwykle ośrodek władzy znajdował się w samym centrum, ale nie w Mieście Nocy. Dimitr Falcone zresztą cenił sobie spokój i prywatność, a tego z pewnością by nie zaznał, gdyby mieszkał w mieście.
Położenie rezydencji było dość specyficzne, poza tym w jakimś stopniu wyjaśniało, dlaczego mówiono o niej „niebiańska”. Przypominało to wyłom w otaczających dolinę skalnych ścianach – na tyle rozległy punkt na wzniesieniu, że bez trudu można było zbudować tam okazałą rezydencję, zdolną pewnie wygodnie pomieścić przynajmniej stu mieszkańców. Nie obyłoby się również bez ogrodu, jeszcze bardziej okazałego i urokliwego niż ten, który należał do matki Isabeau.
Idąc pnącą się lekko pod górę ścieżką, Isabeau czuła się coraz bardziej zdenerwowana. Okolica była naprawdę piękna – starannie wydeptana ścieżka, otoczona z obu stron różnorodnymi drzewami i roślinami, które nawet zimą wyglądały fantastycznie – ale mimo wszystko spokój i urok tego miejsca nie pozwalały jej się rozluźnić. Nie miała pojęcia, czego może się spodziewać po nadchodzącym spotkaniu, ale obawiała się, że sprawy mogą przybrać zły obrót.
Czy Dimitr nadal był na nią zły? A może już nie, ale wciąż miał do niej żal i przez to miał nie chcieć jej pomóc? Jeśli jednak tak było, dlaczego ją zaprosił, kiedy tylko dowiedział się, że jest w okolicy? Czy wciąż coś do niej czuł...?
Miała mnóstwo wątpliwości, których wcale nie chciała wyjaśnić.
Jedynie Sunny wyglądała na rozluźnioną. Biegła przodem, cały czas trzymając Esme za rękę i zachwycając wszystkim, co tylko zobaczyła. Kiedy tylko ujrzała zarys rezydencji, zaczęła zachowywać się jak radosny psiak, skacząc i wygłupiając się, jak tylko mała dziewczyna potrafi. Obserwowanie jej miało w sobie coś kojącego, chociaż nawet to nie było w stanie ukoić nerwów Isabeau.
No i do tego wszystkiego dochodził Carlisle. Isabeau starała się na niego nie patrzeć i to z kilku istotnych powodów. Po pierwsze, już i tak się o nią martwił, a widząc po jej oczach, jak bardzo jest spanikowana, pewnie znów zacząłby ją o wszystko wypytywać. Troska doprowadziłaby ją do szału, tym bardziej teraz, kiedy miał na sobie jeden z garniturów, które wchodziły w skład garderoby na piętrze, w pokoju, który mu wskazała.
Już wcześniej ze swoimi jasnymi włosami przypominał jej Aldero. Co więc miała powiedzieć teraz, kiedy miał na sobie coś, co przecież należało do niego? Szkoda, że nie potrafiła również siebie oszukać i wmówić sobie, że to faktycznie coś, co należało do jej ojca, ale przecież tyle razy bywała w tamtym pokoju i przeglądała te ubrania... Znała je na pamięć, kiedy zaś na nie patrzyła, momentalnie powracały wszystkie te wspomnienia od których chciała uciec, a to zdecydowanie nie pomagało jej w normalnym funkcjonowaniu. Swoją drogą, ciekawe co by zrobili, gdyby nagle wybuchła histerycznym płaczem albo uciekła z krzykiem, zupełnie jakby zobaczyła ducha?
Dlatego też ani raz od czterech wieków nie zajrzała do pokoju na piętrze. Nigdy, odkąd Aldero umarł. Po jego śmierci było to miejsce dla niej zakazane – nie zniosłaby pobytu tam, dlatego kazała Carlisle'owi samemu tam się porozglądać. Sama nie dałaby rady, a była teraz tego tym pewniejsza, że nawet sam widok czegoś, co należało do Aldero sprawiał, że musiała walczyć o oddech.
Sama już nie była pewna, co jest gorsze – zamartwianie się przed spotkaniem z Dimitrem, czy walka ze wspomnieniami, które przywoływało wszystko, co miało związek z Aldero.
A może nawet żadna z tych rzeczy, kiedy pomyślało się, że zaledwie pół kilometra od dworu, znajdował się klif, poniżej którego znajdowało się jezioro – coś, co ewentualnie mogłoby być idealnym odzwierciedleniem miejsca jej śmierci...
Przestała o tym myśleć, bo nagle tuż przed nią wyrosła potężna, zdobiona brama. Omal się z nią nie zderzyła, zamyślona bowiem nawet nie zauważyła, że są już prawie na miejscu. Spojrzała na wejście szeroko otwartymi oczami, ledwo powstrzymując dziesiątki przekleństw w różnych językach, które nagle zaczęły cisnąć jej się na usta. Cullenowie nie byliby tym zachwyceni, nie wspominając już o samej Sunny, której lepiej było oszczędzić konieczności słuchania takich słów.
Przez moment wpatrywała się w bramę, wtedy jednak coś innego przykuło jej uwagę. Trzy postacie zbliżały się w ich kierunku, idealnie wyczuwając moment w którym Isabeau i pozostali się pojawili. Dwie z nich szły przodem, jakby osłaniając trzecią, ale Beau prawie nie zdawała sobie sprawy z ich obecności. Dla niej liczył się jedynie mężczyzna, który szedł za nimi.
Zacisnęła dłonie w pięści, po czym uniosła głowę i spojrzała prosto w ciemne oczy Dimitra.

2 komentarze:

  1. Dimitr.. Dimitr.. kojarzy mi się z Volturi. ^^ Ale wiem, że to będzie coś ciekawego. Czekaj, to ona była z nim? Znaczy z tego co zrozumiałam, coś do niego czuła, ale się przed sobą nie przyznawała. Oh, już się nie mogę doczekać.
    Czekam niecierpliwie na kolejną notkę. Życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co jest w tym pokoju?Nie wiem!(Albo mam opóźniony mózg,i nie doczytałam)Mi tak jak Aleks,Dimitr kojarzy się z Volturi.
    Czekam na nn i życzę weny.
    Pozdrawiam Ola.
    P.S.Jakbyś chciała przeczytać to rozdział już wstawiłam.Nie jest za dobry,ale zawsze coś.

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa