03.03.2013

Dwadzieścia dziewięć

Isabeau
Dimitr wpatrywał się w nią spokojnie; w jego spojrzeniu nie było nawet śladu złości czy jakichkolwiek innych emocji. To wystarczyło, żeby przekonała się, że jej obawy były bezpodstawne, chociaż wcale nie poczuła się spokojniejsza.
Bo w jego spojrzeniu było to, co jasno dało jej do zrozumienia, że ich relacje nie są neutralne, jak mogłaby oczekiwać. Uczucie, którym ją darzył było jednoznaczne i nie była w stanie mu zaprzeczyć.
Przyśpieszył i wyminął dwa towarzyszące mu wampiry, jednym spojrzeniem powstrzymując je od jakichkolwiek protestów. Nagle po prostu znalazł się przy oddzielającej ich bramie, zaciskając obie dłonie na prętach i patrząc na nią w taki sposób, że w zrażenia omal się nie cofnęła. Prawdopodobnie gdyby mógł, jakimś cudem przeniknąłby przez przeszkodę, nawet ją przy tym nie naruszając.
– Isabeau… – Jego głos miał w sobie coś zwierzęcego. Jej imię wręcz wychrypiał. – Na litość bogini, chociaż raz byli szczerzy. Ty naprawdę tutaj jesteś – stwierdził w zamyśleniu, lustrując ją wzrokiem, jakby w obawie, że nagle rozpłynie się w powietrzu.
Wątpił, że kiedykolwiek wróci? Nie dziwiło jej to, bo nawet kiedy bywała sporadycznie w tym miejscu, nigdy nie afiszowała się z tym dookoła. Wręcz przeciwnie – starała się to zrobić tak, żeby nikt się nie zorientował, zwłaszcza Dimitr. Pojawiała się dosłownie na chwilę, a później odchodziła i było tak, jakby nigdy nie zawitała do tego miejsca. To był dobry system z którego była zadowolona i który jej odpowiadał.
Ale tym razem było inaczej. Po pierwsze, musiała wykorzystać moc, żeby obronić siebie oraz Cullenów przed wilkołakami, co dodatkowo wytrąciło ją z równowagi do tego stopnia, że wręcz wykrzyczała na głos i mentalnie, co o tym wszystkim myśli, jednocześnie sprawiając, że chyba wszyscy wiedzieli o jej powrocie. A po drugie, musiała prosić Dimitra o przysługę, chociaż po tym jak go zostawiła, być może nie miała do tego prawa.
Tym gorzej czuła się, kiedy patrzył na nią tymi swoimi bystrymi oczyma, których spojrzenie dawało jej znak, że jest przez niego mile widziana. A nawet więcej: że on naprawdę cieszył się, że mógł ją zobaczyć.
– Witaj – powiedziała cichym, ale opanowanym głosem. Starała się nie okazywać emocji, co szło jej o tyle dobrze, że zdołała opanować tę sztukę przez minione lata. Patrzyła na niego w zdecydowany sposób, dumna i absolutnie spokojna. – Jestem. Dobrze, że przynajmniej jeśli chodzi o przenoszenie informacji, psy sprawdzają się dobrze. Ale byłabym wdzięczna, gdybyś nigdy więcej nie przysyłał do mnie Yves’a – powiedziała.
Coś w jej tonie sprawiło, że atmosfera nagle się zmieniła. Kiedy pojawił się Dimitr, świat na moment jakby zamarł i zapanowała niezręczna wręcz cisza, teraz jednak wszystko wróciło do normy – tak po prostu czas znów zaczął płynąć, a wampir się otrząsnął. Wyprostował się, w końcu otrząsając z zamyślenia i skupiając na sprawach bardziej przyziemnych, niż wpatrywanie się w Isabeau i wspominanie przeszłości.
– Och, tak. Tak, oczywiście. – Nie była pewna, czy odpowiada na jej pytanie, czy może raczej jego słowa tyczą się czegoś innego, ale nie zamierzała go o to pytać. – Wejdźcie. No już, otworzyć mi tę bramę – zirytował się, wycofując i patrząc nagląco na towarzyszące mu wampiry. – Czy może mam zrobić to sam?
Jego towarzysze – strażnicy, jak można było się domyślić – spojrzeli po sobie zdezorientowani, najwyraźniej nie nadążając za zmianami nastroju swojego pana, ale bez słowa sprzeciwu podporządkowali się poleceniu. Isabeau zauważyła mimochodem, że obaj są bardzo do siebie podobni (być może byli braćmi), zarówno z zachowania, jak i wyglądu. Z kruczoczarnymi włosami i ciut ciemniejszą karnacją, zwykle niespotykaną u wampirów, wyglądali na typowych Włochów albo Hiszpanów, chociaż Isabeau nie miała pewności.
Dimitr jednak przyćmiewał ich wszystkich. Nawet wzburzony, wyglądał doskonale i groźnie jednocześnie. Ciemne włosy miał lekko zmierzwione, co w połączeniu z białą koszulą i poluzowanym krawatem, dawało ciekawy efekt. Oczywiście miał na sobie nieskazitelnie czarną marynarkę, której poły łopotały, kiedy się poruszał. Krwiste tęczówki bystrze omiatały okolicę, łowiąc nawet najdrobniejszy szczegół, chociaż przede wszystkim skupiały się na twarzy Isabeau.
Ledwo powstrzymała się od tego, żeby cicho nie westchnąć z rozczarowania. Gdyby wszystko potoczyło się inaczej…
Brama skrzypnęła przeraźliwie, ale w końcu otwarła się i mogli wejść do środka. Sunny nagle znalazła się za Isabeau, obejmując ją w pasie i chyba czując się przy niej bezpieczniej. Najwyraźniej doszła do wniosku, że powinna się trzymać swojej opiekunki, tym bardziej, że nie miała na skórze żadnego znaku, który świadczyłby o tym, że do kogokolwiek należy i jest nietykalna. Isabeau nie zgodziła się na to, żeby dziecku zrobić tatuaż albo tym bardziej cokolwiek wypalić Sunny na skórze, nawet jeśli miało zapewnić jej to bezpieczeństwo.
Spojrzała krótko na małą, po czym zdjęła z szyi naszyjnik w kształcie półksiężyca i założyła go Sunny. Oczy dziewczynki rozszerzyły się na widok błyskotki, Isabeau jednak zostawiła ten gest bez komentarza i wciąż zachowując neutralny wyraz twarzy, szybkim krokiem ruszyła przed siebie; Sunny musiała niemal biec, żeby dotrzymać jej kroku.
Dimitr był już w połowie biegnącej przez ogród drogi, która prowadziła do rezydencji. Coś w ich spotkaniu rozstroiło ich oboje, sprawiając, że zaczęli zachowywać się zupełnie irracjonalnie. Isabeau nagle przestała myśleć o tym, że przyszła tu z Cullenami, podobnie jak on zapomniał o towarzyszących mu strażnikach – było tak, jakby świat skurczył się i nagle znaleźli się w nim jedynie we dwoje.
Musiałaby pobiec, jeśli chciała go dogonić, ale powstrzymała ją świadomość obecności Sunny, która z pewnością wtedy by za nią nie nadążyła. Isabeau zwolniła, przerzucając się na ludzkie tempo i jedynie wpatrując w plecy oddalającego się Dimitra.
W tej chwili się zatrzymaj!, pomyślała, zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi.
Momentalnie zesztywniał, całkowicie zdezorientowany myślą, którą mu wysłała. Ale przynajmniej się zatrzymał, chociaż kiedy odwrócił się w jej stronę z pałającymi oczami, wcale nie była pewna, czy to dobrze.
– Czy to śmiesz mi rozkazywać? – zapytał szeptem i to było gorsze, niż gdyby spróbował na nią nakrzyczeć albo odszedł bez słowa. – Ty mnie, Licavoli? – Najwyraźniej był zły i oszołomiony jednocześnie.
Taktem było, żeby teraz spokorniała i go przeprosiła – tak przynajmniej powinien zrobić każdy inny nieśmiertelny, bacząc na pozycję, którą zajmował Dimitr. Ale ona nie była każdym i to zmieniało wszystko.
Zamaszystym ruchem odrzuciła włosy, po czym dumnie uniosła podbródek i bez cienia strachu, wręcz w bezczelny sposób, spojrzała mu prosto w oczy.
– Tak – wypaliła. Jego oczy rozszerzyły się w geście niedowierzania. – To jest zachowanie gospodarza wobec gości? Zaprosiłeś nas, Dimitrze, więc oczekuję należnego szacunku, skoro takowego oczekujesz i ode mnie – powiedziała z zuchwałością za którą mógłby bez wyrzutów sumienia kazać ją zabić.
Zorientowała się, że wszyscy zamarli. Nie tylko straż nimi Dimitra, którzy teraz przyglądali jej się z fascynacją (to faktycznie musiało być ciekawe, obserwować kogoś, kto wręcz się prosił o śmierć, tak zachowując się wobec władcy, nawet jeśli ten oficjalnie nie był królem), ale również Esme i Carlisle, którzy najwyraźniej zorientowali się, że Isabeau wręcz prosi się o kłopoty. Wiedziała, że patrzą na nią ostrzegawczo i nie odzywają się jedynie dlatego, że nie chcą pogorszyć sytuacji, ale z premedytacją ich zignorowała.
Cały czas wpatrywała się w Dimitra.
A on wpatrywał się w nią i to tak intensywnie, że chyba nikogo by nie zdziwiło, gdyby nagle stanęła w płomieniach. Obserwowali siebie nawzajem, tocząc pojedynek bez słów i gestów, ale na wspomnienia. Pojedynek w którym oboje mieli olbrzymie szanse i którego żadne z nich nie zamierzało przegrać.
I kiedy już myślała, że zaraz oszaleje i jednak się podda, Dimitr zrobił ostatnią rzecz o którą go podejrzewała – odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się tak serdecznie, że na moment całkowicie zgłupiała. Spojrzała na niego zdezorientowanym wzrokiem, próbując zorientować się, czy czasem nie postradał zmysłów i jednocześnie trzęsąc się ze złości, bo nie potrafiła ścierpieć tego, że ktokolwiek mógłby ją wyśmiać.
– A niech to, przecież ty jak zwykle masz rację. Bezczelna istoto, igrasz z losem, ale masz rację – powiedział, kręcąc z niedowierzaniem głową. Ruszył się z miejsca dosłownie zmaterializował się tuż przed nią; omal nie cofnęła się o krok. – Więc zacznijmy jeszcze raz. – Bez pytania ujął jej rękę, po czym w sposób, który w jego wykonaniu wcale nie wyglądał idiotycznie, ukłonił się nisko i ucałował wierzch jej dłoni. – Mi bella, witaj w Niebiańskiej Rezydencji – wyszeptał, po czym ujął ją pod ramię i nie zważając na obecność kogokolwiek innego, poprowadził w stronę budynku.

Niebiańska Rezydencja nie bez powodu nazywana była „niebiańską”. Po pierwsze, była jednym z najwyżej położonych punktów w całej okolicy, a po drugie, nazwa miała ta jeszcze inne znaczenie. Przekonali się o tym, kiedy tylko przekroczyli próg, wchodząc do największego przedsionka, jaki kiedykolwiek było dane Isabeau zobaczyć.
Miejsce to przypominało prawdziwy pałac. Posadzka wykonana została z białego marmuru, który odbijał echem każdy najdelikatniejszy nawet krok Isabeau w jej czarnych szpilkach. Pomieszczenie było nie tylko duże, ale i bardzo wysokie, poza tym w powietrzu wyczuwalna była moc; w inny sposób nie dałoby się wytworzyć tak porażającego efektu jak ten, który widziało się, kiedy tylko uniosło się głowę.
Po obu stronach ustawione były kolumny – również z marmuru, ale dodatkowo zdobione złocistymi wzorami. W całej rezydencji wydawały się dominować właśnie te dwa kolory: biel i złoto. Efekt był oszałamiający, jasne barwy zaś sprawiały, że rezydencja wydawała się być jeszcze bardziej przestronna niż w rzeczywistości.
I było coś jeszcze: błękit.
Rozglądająca się dookoła Sunny pierwsza dostrzegła to, co najbardziej zachwycało. Jej jęk skłonił Isabeau do tego, żeby spojrzała w miejsce, w które wpatrywała się dziewczynka – w sufit. Z tym, że kiedy uniosła głowę…
– Och! – wyrwało jej się i omal się nie potknęła; upadłaby, gdyby podtrzymujący ją Dimitr nie pomógł na powrót uchwycić jej równowagi.
Nie miała czasu nawet na to, żeby się zirytować, że był światkiem tego, jak straciła koncentrację. Całą jej uwagę pochłonęło to, co zobaczyła – albo raczej czego nie zobaczyła, bo wyglądało to tak, jakby w rezydencji wcale nie było sufitu.
Wysokie kolumny niknęły wśród chmur, które zasnuwały rozciągnięte nad głowami niebo. Z pewnością nie był to ponury nieboskłon, który można było podziwiać w Mieście Nocy. To niebo było idealnie niebieskie, zupełnie jak w pełni lata i nic nie wskazywało na to, żeby z białych obłoków miał się zaraz posypać śnieg.
To było…
– Niesamowite – szepnęła, co wywołało pełen zadowolenia uśmiech na ustach Dimitra. Zerknął na nią z ukosa.
– To iluzja – wyjaśnił spokojnie. – Niebiańska Rezydencja… Chociaż równie trafnym określeniem byłby Pałac Iluzji – stwierdził rozbawiony, po czym zatrzymał się i obrócił. Przez moment wyglądał się być nieco speszony tym, że nie są z Isabeau sami; najwyraźniej zupełnie zapomniał o swoich strażnikach i Cullenach, co było do niego niepodobne. – Poznałaś już zresztą naszych mistrzów iluzji – dodał, spoglądając na dwa wampiry, które nie odstępowały go na krok.
Isabeau uśmiechnęła się figlarnie.
– Jakbyś nie zauważył, panie – powiedziała z przesadnym naciskiem, który sugerował się, że się z nim drażni – właściwie nie przywitałeś się z nikim prócz mnie, ani nie byłeś zainteresowany poznaniem moich gości.
Dimitr pokręcił z niedowierzaniem głową, ale nie zaprzeczył. Pomyślała, że to zabawne, że w jej towarzystwie zachowuje się tak, jak pogrążony we śnie. Sama nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć, ale przynajmniej ich relacja była względne poprawna; na razie nie zamierzała oczekiwać niczego więcej, poza tym była świadoma, że prędzej czy później Dimitr uporządkuje myśli i będzie czekała ich poważna rozmowa.
– Och, no tak. Gdzie ja mam głowę? – zreflektował się. Spojrzenie, które rzucił Isabeau, było niemal oskarżycielskie, chociaż przecież nic nie zrobiła. To jego wina, że w jej towarzystwie zaczął zachowywać się wręcz irracjonalnie.
Z roztargnieniem, które towarzyszyło mu odkąd w ogóle ujrzał Isabeau, podszedł do zaskoczonej Esme, żeby przywitać ją niemal z równie przesadnym szacunkiem, co wcześniej najmłodszą z rodzeństwa Licavoli. Carlisle przyglądał się temu, najwyraźniej nie do końca zadowolona, ale poza tym nie okazywał zazdrości jakoś otwarcie. Mimo to Isabeau i tak jego spojrzenie rozbawiło, podobnie zresztą jak nagła nieporadność Dimitra.
– Dziewczyna z ognistym temperamentem – odezwał się nagle ktoś. Isabeau spojrzała na strażników Dimitra, którzy obserwowali ją z błyskiem w oczach i zdecydowanie zbyt głośno szeptali między sobą. – Jedno jej słowo i Dimitr całkowicie nam odleciał – stwierdził ten, który wyglądał na trochę starszego.
Drugi zachichotał, po czym machnięciem ręki przywołał ją do siebie.
– Podejdź no, bella – poprosił, chociaż bardziej zabrzmiało to jak rozkaz. – Matthew Pavarotti, ten bardziej uzdolniony iluzjonista – przedstawił się z filmowym uśmiechem, chwytając jej dłoń, kiedy tylko znalazła się odpowiednio blisko.
– Lepszy tuż po mnie – poprawił go brat. – Lucas – dodał i skłonił się w nieco teatralny sposób, który wywołał uśmiech na twarzy Isabeau.
– Jestem… – zaczęła, ale oboje przerwali jej, nagle wybuchając śmiechem. Sama już nie była pewna, jaki powinna mieć stosunek do tak nietypowych charakterów.
– Jakbyśmy nie wiedzieli, bella – obruszył się Matthew.
Jego brat pokiwał z entuzjazmem głową.
– O nikim innym się tutaj od wczoraj nie słyszy. – Lucas nie przestawał się uśmiechać. – Panienka Licavoli, córka Allegry.
– O, tak. Tak właściwie, chyba powinniśmy mieć do pani uraz – stwierdził Matthew. – Po pierwsze, Dimitr zachowuje się jak szaleniec, co chyba widać – dodał scenicznym szeptem, po czym skinął głową w stronę wciąż nieco skołowanego wampira, która próbował skupić się na rozmowie z Cullenami, a którego wzrok cały czas uciekał w stronę Isabeau.
– A po drugie – dokończył Lucas, który najwyraźniej miał w zwyczaju uzupełniać wypowiedzi brata – żeby pani tylko słyszała, co tutaj się od wczoraj działo. Istne pandemonium, zaręcza – powiedział i westchnął, jakby był zmęczony.
Matthew nagle otoczył ją ramieniem, jakby byli dobrymi przyjaciółmi i znali się od lat, po czym wyszeptał jej do ucha:
– „No już, do roboty! Przecież trzeba się przygotować” – sparodiował Dimitra, całkiem nieźle naśladując jego głos.
– „Lucas, co tak stoisz? Sprawdziłeś, czy komnata jest gotowa?” – dorzucił drugi brat, nie powstrzymując się od chichotu. On również nadawałby się na aktora. – „Już trzy raz? No to idź jeszcze raz”.
Zaczęli się śmiać i było w tym coś tak zaraźliwego, że Isabeau również zaczęła chichotać. Specyficzni i irytujący, czy też nie, bracia Pavarotti mieli w sobie coś, co spowodowało, że Isabeau momentalnie ich polubiła. Nawet jeśli wołali na nią „piękna” i zachowywali się wobec niej tak, że chwilami miała ochotę któregoś z nich uderzyć.
Urwali gwałtownie, kiedy doszło ich znaczące chrząknięcie.
Dimitr stał obok z założonymi na piersi ramionami, dosłownie sztyletując oba wampiry wzrokiem.
– Czy ja wam przypadkiem w czymś nie przeszkadzam? – zapytał uprzejmie, uśmiechając się w dość niepokojący sposób. – Pandemonium to ja mogę dopiero wam zagwarantować – zapewnił spokojnie.
Zarówno Lucas, jak i Matthew wzdrygnęli się jednocześnie, ale było w tym coś wymuszonego i zbyt dobrze zsynchronizowanego. Zgrywali się.
Dimitr wywrócił oczami.
– Dobra, idźcie sprawdzić mi te komnaty po raz piąty – powiedział w końcu, spoglądając na braci ponaglająco.
Lucas uniósł brwi.
– Obaj? – zapytał zdziwiony.
Isabeau szturchnęła go w ramię.
– Wynocha – przetłumaczyła na co oba wampiry znów wybuchła śmiechem, po czym posłusznie się oddaliły, wkrótce znikając im z oczu.
Dimitr przez kilka chwil wpatrywał się w miejsce, w którym zniknęli, po czym spojrzał przepraszająco nie tylko na Isabeau, ale również na Cullenów i Sunny. Isabeau nie przysłuchiwała się ich rozmowie, skupiona na Pavarottich i chyba coś ją ominęło, mała bez strachu podeszła do Dimitra, który po prostu wziął ją za rękę.
– Przepraszam bardzo za tych dwóch – powiedział spokojnie. Zerknął na trzymającą go dziewczynkę, po czym porwał ją na ręce. – To moi najlepsi przyjaciele i jednocześnie najbardziej irytujące istoty, jakie znam – wyjaśnił z uśmiechem.
– Coś już wiemy o irytujących istotach – zapewnił go spokojnie Carlisle, zerkając wymownie na Isabeau. Ta jedynie uśmiechnęła się, słysząc jego słowa.
– Jakoś nie wątpię – zapewnił Dimitr, po czym z Sunny na rękach w końcu ruszył się z miejsca. – Jak już mówiłem, bardzo przepraszam za to nietypowe przyjęcie. Wszystko poszło nie tak, jak planowałem, ale już mniejsza o to. Witajcie w Niebiańskiej Rezydencji – powiedział już bardziej oficjalnie.
Przytrzymał Sunny jedną ręką, po czym pchnął ciężkie dwuskrzydłowe drzwi i wprowadził ich do kolejnego pomieszczenia, tym bardziej salonu. Był to zdecydowanie bardziej przytulny pokój, który wyglądał jak połączenie biblioteki i miejsca, gdzie wygodnie można odpocząć.
Pod ścianami ciągnęły się sięgające sufitu (tym razem najzwyczajniejszego w świecie) regały z książkami. Były ich setki, może nawet tysiące i chociaż człowiekowi mogłoby wydawać się to niemożliwe, Isabeau była pewna, że Dimitr wszystkie z nich przeczytał – kochał literaturę, najdelikatniej rzecz ujmując. Pokój pachniał papierem i atramentem, co tworzyło dość interesujące połączenie.
Jedynie jedna ściana była pusta. Znajdował się tam niewielki kominek, gdzie teraz wesoło trzaskał ogień oraz kilka foteli i kanap. Isabeau zauważyła również kolejne drzwi, ale te były zamknięte i nie miała pewności, co się za nimi znajduje – być może więcej książek; gdyby tak było, wcale nie poczułaby się zdziwiona.
Dimitr postawił Sunny, która w radosnych pląsach zaraz podbiegła do kominka, żeby się ogrzać; przyklękła na dywanie i spojrzała wprost w płomienie, zachwycona. Kamienie w naszyjniku, który dała jej Isabeau, rzucały na jej policzki świetlne refleksy.
– To cudne dziecko – westchnął. – Pamiętam, jak przyjęłaś ją i jej brata pod opiekę, kiedy byłaś tu pięć lat temu. Nie zdążyłem się z tobą spotkać, chociaż liczyłem, że… – urwał, po czym westchnął i nie patrząc na nią, rozsiadł się w obitym w czarną skórę fotelu.
Isabeau nie podjęła tematu. Nie usiadła też jak pozostali, mimo wyraźnego zaproszenia, w zamian stając w bardziej zacienionym miejscu i beznamiętnym wzrokiem obserwując Sunny.
Dobry nastrój znikł równie nagle, jak się pojawił.
– Rozmawiałem z twoimi przyjaciółmi – zaryzykował podjęcie tematu Dimitr, cały czas nie odrywając od niej wzroku. – Wiem, że potrzebujecie pomocy i chciałbym w miarę możliwości jej udzielić – oznajmił zdecydowanym głosem.
Nie musiała patrzeć na Esme czy Carlisle’a, żeby wiedzieć, że oboje na moment zamarli. Teraz cała uwaga była skupiona na niej; sama musiała wszystko wyjaśnić, doskonale to wiedziała, chociaż jednocześnie zupełnie nie była na to gotowa.
Jak mogła po tym wszystkim tak po prostu poprosić o cokolwiek Dimitra?
Nie miała prawa w ogóle się tutaj zjawiać i swoim pojawieniem mieszać mu w głowie, ale przecież już dawno doszła do wniosku, że nie ma wyboru – w końcu od tego zależało życie dwóch najważniejszych istot w egzystencji jej brata.
– Isabeau? – zapytał niepewnie, ale w jego głosie nie było ponaglenia. Czekał, dając jej okazję do tego, żeby zebrała myśli i zdecydowała, co chce powiedzieć.
Zawahała się na moment, po czym podjęła decyzję; szybkim krokiem podeszła do fotela na którym siedział Dimitr, po czym przysiadła na jednym z podłokietników i spojrzała mu w oczy.
Kiedy się odezwała, głos miała spokojny, niemal hipnotyzujący.
– Jest coś, co możesz dla nas zrobić – przyznała cicho. – Nie tyle nawet dla mnie, co dla mojego brata.
Sposób w jaki na nią spojrzał sprawił, że przez moment pozwoliła sobie na odrobinę nadziei.

4 komentarze:

  1. Również uważam, że Isabeu jest zdecydowanie ciekawszą postacią, niż Nessie. Może dlatego, że sama ją stworzyłaś i masz jej los, charakter etc. w swoich rękach.
    Kolejny rozdział, kolejny świetny rozdział.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny rozdział.Isabeau jest moją ulubioną postacią,dlatego ogromnie się cieszę,jeżeli mogę przeczytać rozdział napisany o niej.Oby znalazła lekarstwo.Mam nadzieję że Alessia i Renesmee wyzdrowieją.
    Czekam niecierpliwie na nn i życzę weny.
    Pozdrawiam.Ola

    OdpowiedzUsuń
  3. Super ciekawe co będzie dalej ?
    A zastanawia mnie jeszcze jedno...
    dlaczego nie ma obrazka u góry ? czekam z niecierpliwością na nn ;*
    Pozdrawiam Anja

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję ślicznie za wszystkie komentarze - nawet nie wiecie, jak wiele to dla mnie znaczy, że wiem, że moim pisaniem sprawiam komuś frajdę. Co do pytania Anji - nie ma, bo ledwo wymusiłam na moim internecie dodanie sobotniej notki w niedziele. Nie wiem skąd te usterki, ale być może będę musiała mocno się nagimnadtykować, żeby wciąż pisać regularnie; obrazki pododaję jak tylko będę miała po temu sposobność, obiecuję.
    Nadzieja nadzieją, ale możecie mieć pewność, że jeszcze sporo namieszam i to jeszcze w dzisiejszym rozdziale (jakoś muszę dodać, innej opcji nie ma). Isabeau również uwielbiam, ale i Nessie wkrótce się zmieni…

    Pozdrawiam,
    Wasza Nessa.

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa