20.03.2013

Czterdzieści pięć

Isabeau
Isabeau krzyczała, jednocześnie odsuwając się tak gwałtownie, że chyba jedynie cudem nie potknęła się o własne nogi i nie wylądowała na podłodze. Nóż wypadł jej z ręki i teraz leżał gdzieś porzucony, ale przecież i tak nie przydałby się jej do obrony przed tym, co wręcz zaatakowało ją, kiedy tylko rozcięła materiał poduszki.
Robaki. Wijące się, wypełzające i tak obrzydliwe, jak tylko mogły być białe, obślizgłe larwy, które widziała nawet z odległości, która dzieliła ją od łóżka. Uderzyła plecami o ścianę i to nieco ją otrzeźwiło – przynajmniej w końcu przestała rozdzierająco wrzeszczeć – wciąż jednak aż drżała z obrzydzenia, a żołądek jej się skręcał, grożąc wywróceniem się na drugą stroną.
Idealny słuch okazał się wyjątkowo przekleństwem, a nie przydatną bronią nieśmiertelnego. Słyszała, jak obślizgłe ciałka ocierają się o siebie, wydając dziwny, mlaszczący dźwięk, który jeszcze bardziej utrudniał jej zapanowanie nad torsjami. Usłyszała plaśnięcie – najwyraźniej jedna z białych larw dotarła do brzegu łóżka i wylądowała na podłodze.
Znów zapragnęła wydać z siebie jakiś dźwięk, ale powstrzymała się. To było niedorzeczne, ale nie chciała, żeby to… to coś – pozbawione oczu, wijące się i obrzydliwe – miało jakiekolwiek pojęcie, gdzie się znajdowała. Oczywiście, larwy nie mogły nic jej zrobić, ale kiedy pomyślała o tym, że którakolwiek z nich miałaby musnąć jej odsłoniętą skórę albo chociaż ubranie, albo zaplątać się we włosy…
To zdecydowanie było niedorzeczne. Bała się robaków. Zwyczajnych, nieszkodliwych robaków. Potrafiła walczyć z wampirami, robić na złość wilkołakom, a jedna aż drżała na myśl o robakach. Z jednej strony, może jako kobieta miała do tego prawo, ale mimo wszystko z drugiej…
Przecież wiedziała, dlaczego to tak bardzo obrzydliwe i ją przeraża. Pamiętała, bo przecież zaledwie kilka razy odwiedzała grób Aldero na cmentarzu… No dobrze, może ze dwa razy, pomijając pogrzeb, chociaż ten pamiętała tak słabo, że równie dobrze mogła być na nim wtedy nieobecna. Zresztą właśnie tak się tamtego dnia czuła – jakby jej nie było, jakby umarła razem z bratem…
Umarł, zostawił ją. A kiedy poszła na jego grób, zobaczyła właśnie podobną glistę, która wiła się gdzieś w ziemi na jego grobie i uświadomiła sobie, co może dziać się z jej bratem. Jej najukochańszy, złotowłosy Aldero był od tamtej chwili czymś niewiele więcej wartym od ziemi – był pokarmem dla robaków.
Dawno zapomniany sen – koszmar sprzed lat – nagle znalazł drogę do jej podświadomości. Aldero był żywy, bawił się z nią i biegali razem po lesie, jak zawsze, kiedy jeszcze byli dziećmi. A potem zniknął między drzewami i chociaż wołała, błagając żeby przestał się wygłupiać i do niej wyszedł, nic to nie dawało.
Sceneria nagle się zmieniła. Niebo nad jej głową pociemniało, liście opadły z drzew i zerwał się tak silny wiatr, że co chwila musiała odgarniać z twarzy splątane włosy. Uparcie szła przed siebie i chociaż miała świadomość, że kieruje się w sam środek nadchodzącej burzy, uparcie nie zawracała, po prostu mając pewność, że to tam znajduje się Aldero.
A potem nagle pojawił się przed nią, ale zdecydowanie nie przypominał jej bliźniaka, tego którego znała i kochała nad życie. Wyglądał jak żywy trup i to nie w takim sensie, w jakim umarłymi były wampiry, ale naprawdę. Przypominał obleczony gnijącą skórą szkielet, który wpatrywał się w nią dziwnymi, przekrwionymi oczami i nagle ruszył w jej stronę, rozpadając się coraz bardziej z każdym krokiem.
Wtedy też zaczęła krzyczeć, ale jej głos skutecznie zagłuszał szum wiatry, chwilę później zresztą nie miała czego się obawiać – jej brat po prostu się rozpadł, zamieniając w kupkę pyłu i białych robaków, które pamiętała z jego grobu. Dopiero wtedy udało jej się obudzić, a była przy tym tak roztrzęsiona, że tamtej nocy już ani na moment nie zmrużyła oka.
Była dobra w odpychaniu od siebie niechcianych wspomnień, dlatego szybko zapomniała o koszmarze i nie rozmyślała o nim aż do tej pory. Białe robaki sprawiły, że wspomnienie snu powróciło i stanęło jej przed oczami tak wyraźne, jakby przeżywała ten moment na nowo, chociaż przecież niemożliwe było, żeby śniła na jawie.
Poza tym była w swoim pokoju, w Niebiańskiej Rezydencji. To nie był żaden las, nie było burzy, a zjawa, która jedynie miała udawać Aldero, nie mogła się nagle przed nią pojawić…
Poczuła coś na łydce – coś obślizgłego i powoli pnącego się po jej nagiej skórze. Znów wrzasnęła i tym razem tak rozdzierająco, jakby ktoś właśnie kroił ją żywcem albo próbował obedrzeć ze skóry. Jej głos odbił się echem i wcale nie zdziwiłaby się, gdyby jej krzyki były słyszalne aż w samym centrum miasta, nawet mimo gwaru i muzyki.
Usłyszała dźwięk otwieranych drzwi, a chwilę później do środka wpadła najmniej oczekiwana osoba – Yves. A przynajmniej tyle wywnioskowała ze steku przekleństw i zapachu, minęła bowiem dłuższa chwila zanim rozpoznała twarz wilkołaka – wpadając, zapalił światło i nagły blask po prostu ją oślepił.
– Co, do cholery…? – Yves rozglądał się nerwowo, szukając napastnika, ale niczego takiego nie dostrzegał. Jego wzrok spoczął na rozciętej poduszce i na robakach, ale nie widziała jego reakcji.
Wciąż czuła coś na skórze. Coś, coś…
– Na litość bogini, zabierz to ze mnie! – zawyła i znów nabrała powietrza do krzyku, ale nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.
W tym momencie nie miało znaczenia, że to Yves jest świadkiem chwili jej słabości. Chciała jedynie, żeby ktoś zabrał ją z tego miejsca, zrobił cokolwiek, a zastanawiać się nad opinią pozostałych mogła się później. W tym momencie liczyło się to, że coś po niej pełzło…
Yves jedynie na nią spojrzał, ale nie była w stanie stwierdził, czy odczuwa chociaż cień satysfakcji – wzrok miał nieprzenikniony.
– Co tu się dzieje? – Ktoś jeszcze wpadł do pokoju, a Isabeau odczuła niewysłowioną ulgę, kiedy rozpoznała głos Dimitra. – Isabeau, Yves, co się dzieje? – powtórzył pytanie, próbując ocenić sytuację i wszystko jakoś sensownie ułożyć.
Nie był sam, ale Isabeau prawie nie zwracała na to uwagi. Tuż za wampirem, niczym cienie, pojawili się bracia Pavarotti, a chwilę później dołączyli też Carlisle i Esme. Wszyscy byli zaniepokojeni i rozglądali się tak czujnie, jakby spodziewali dostrzec gdzieś w kącie przyczajonego wariata z siekierą albo innego psychopatę, który próbuje ją zamordować – chociażby zabójcę Tiah.
– Ktoś zostawił naszej kapłance mały upominek – stwierdził beznamiętnym głosem Yves, kiwając głową w stronę poduszki.
Wszystkie spojrzenia momentalnie powędrowały w stronę łóżka, rozciętej poduszki i robaków; Esme wydawał z siebie taki dźwięk, jakby sama zamierzała zwymiotować, chociaż w przypadku wampira było to absolutnie niemożliwe.
Isabeau wzdrygnęła się i nagle podskoczyła jak oparzona, przypominając sobie o tym, co po niej pełzło. Potknęła się, zachwiała i wpadła wprost na Dimitra, któremu w ostatniej chwili udało jej się ją pochwycić. Przyciągnął ją do siebie i szybkim ruchem strzepnął zaplątaną larwę z jej nogi, po czym pośpiesznie zmiażdżył ją obcasem buta.
– A niech to diabli, myślałem, że ktoś cię napadł – sapnął, przyciągając ją mocniej do siebie. Drżała, chociaż za wszelką cenę próbowała jakoś nad tym zapanować.
– To jakby na jedno wychodzi, bo mało co, a dostałabym zawału! – wydarła się, nie będąc w stanie oszczędzić sobie w tym momencie sarkazmu.
Spojrzał na nią sceptycznie.
– To wtedy byłabyś prawdziwym ewenementem – stwierdził. – Jesteś na to za silna i za zdrowa. A tak swoją drogą, nikt śmiertelny nie byłby w stanie tak wrzeszczeć – dodał, głaskając ją po ramieniu.
Zadrżała i stanowczo odepchnęła go od siebie. Spróbowała wziąć się w garść i nawet zaczynało jej to wychodzić, jednak dla pewności i tak odsunęła się jeszcze bardziej od łóżka, starając się nie oglądać przez ramię. Zatrzymała się w progu i to jedynie dlatego, że Esme i Carlisle stali jej na drodze, a nie miała siły się obok nich przepychać.
– Sądzisz, że to robota tego, który zamordował Tiah? – zapytał nieco spiętym głosem Dimitr, zwracając się do Yves’a.
– Sądzę jedynie tyle, że ktoś tutaj naszej Isabeau nie lubi – odparł tamten, rzucając zniesmaczone spojrzenie w stronę łóżka. – Cmentarne robactwo. Cudownie – skrzywił się.
Isabeau rzuciła mu gniewne spojrzenie.
– Tylko ja widzę to, że dziwnym trafem byłeś w pobliżu, kiedy to się stało? – zapytała, spoglądając na wilkołaka wyzywająco. – Z pewnością należysz do listy osób, które za mną nie przepadają – stwierdziła i parsknęła śmiechem w odpowiedzi na ten eufemizm.
– Wierzmy, nie do czegoś takiego bym się posunął, chcąc ci dopiec. Nie sądziłem, że boisz się robaków. – Pozwolił sobie na złośliwy uśmiech. – Twoje rozumowanie byłoby genialne, gdyby nie to, że Dimitr kazał mi cię pilnować. Jakoś nie widzę sensu w tym, bym jednocześnie cię straszył, dokładając sobie roboty.
Isabeau wytrzeszczyła na niego oczy. Wiedziała, że mówił poważnie i to ją zdenerwowało. Jakim prawem Dimitr mógł kazać jej pilnować, jakby była małym dzieckiem?
– Kazałeś mu za mną łazić? – naskoczyła na wampira, przybliżając się tak gwałtownie, że zaskoczony Dimitr znalazł się aż pod samą ścianą. Dźgnęła go palcem w pierś. – Jemu? Do jasnej cholery, potrafię o siebie zadbać! I gdyby to przynajmniej nie był Yves…
Dimitr chwycił ją za ramiona i odsunął na długość wyciągniętych rąk, żeby przypadkiem nie zrobiła czegoś głupiego. Oczywiste było, że nie była w stanie go zranić, ale zawsze mogła stracić panowanie nad mocą i doprowadzić do czegoś, czym zrobiłaby krzywdę samej sobie.
– A co miałem zrobić po śmierci Tiah? – zdenerwował się. – Isabeau, dopiero co ktoś zabił jedną z najważniejszych wampirzyc w naszym mieście. Nie wiemy kto, jak i dlaczego. A ty zastępujesz ją. – Zacisnął usta w wąską linijkę. – Zgodziłaś się i to ja będę miał cię na sumieniu, jeśli coś ci się stanie. A na to nie pozwolę – powiedział z taką determinacją, że połowa jej gniewu momentalnie wyparowała.
Przez moment patrzyła mu w oczy, po czym stanowczo strząsnęła jego dłonie ze swoich ramion i odwróciła się do niego plecami. Wbiła wzrok w przestrzeń i była gotowa ignorować wszystko dookoła, wtedy jednak zwróciła uwagę na braci Pavarottich.
Lucas wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Matthew i oboje zamknęli oczy. Otworzyła usta, żeby zapytać, co właściwie wyrabiają, zanim jednak zdążyła wydobyć z siebie chociaż słowo, pokój wypełnił się mocą. Zamilkła, czekając na efekt.
– Hm, to jest dopiero ciekawe – stwierdził Matt, unosząc powieki i kiwając głową w stronę wiszącego na ścianie lustra. – Trochę mocy i iluzji, żeby to ukryć… Ktoś cię naprawdę nie lubi – dodał.
Wpatrywał się w ścianę i Isabeau w końcu podążyła za jego spojrzeniem, również spoglądając na lustro. Na gładkiej tafli zwierciadła ktoś pięknym charakterem pisma wypisał kilka linijek.
Zamarła.

Ktoś obserwuje
Ktoś patrzy
Ktoś widzi

Litery zamigotały i znów znikły, jakby Pavarotti dużej nie byli w stanie utrzymać ich na widoku, ale to nie miało znaczenia – wszyscy zdążyli się z nimi zapoznać i nie było już żadnych wątpliwości co do tego, że to było ostrzeżenie.
– „Ktoś obserwuje…” – powtórzył w zamyśleniu Matthew. – Pytanie tylko, kim jest owy „ktoś” – powiedział takim tonem, jakby prowadził jakiś marny program detektywistyczny.
– Wszystko jedno. Dla mnie to scena jak z horroru. – Lucas wzdrygnął się demonstracyjnie. – O bogini, te robaki są obrzydliwe. Trzymaj mnie, bracie, bo mdleję – dodał i teatralnie udał, że się wywraca, wpadając wprost w ramiona Matta.
– Ja tam chyba zaraz zwymiotuję – stwierdził wampir i z premedytacją upuścił brata. Zaskoczony Lucas, wylądował na podłodze, jednocześnie całkiem skutecznie rozładowując atmosferę.
A przynajmniej pozornie, Isabeau bowiem wciąż ledwo trzymała się na nogach i czuła, że chciałaby się znaleźć gdziekolwiek daleko, byleby z dala od wypisanych na lustrze słów i pełzających robaków. Wygłupy Pavarottich wcale jej nie pomagały.
– A ja mogę zwymiotować i za chwilę to zrobię – oznajmiła, po czym w końcu dopchała się do drzwi i wypadła na pusty korytarz.
Wciąż była roztrzęsiona i ciężko biegło się jej w butach na obcasach, ale nie zwracała na to uwagi. Potykając się i ślizgając na kamiennej podłodze, dopadła do najbliższego zakrętu. Dopiero tam oparła się o ścianę i zjechała po niej do pozycji siedzącej; podciągnęła kolana i schowała pomiędzy nimi głowę, próbując zapanować nad torsjami.
Westchnęła i czule pogładziła się po brzuchu. Sama nie była już pewna, czy mdłości spowodowane są nerwami, obrzydzeniem na widok larw i związanymi z nimi wspomnieniami, czy raczej były to objawy ciąży. Po chwili zastanowienia odrzuciła to ostatnie, dochodząc do wniosku, że ciążowe wymioty nie bez powodu nazywane są „porannymi”.
Nie była pewna, która godzina, ale musiało być bardzo późno i dosłownie padała z nóg. Sama już nie była pewna, czego chce i co powinna zrobić, a chociaż planowała w końcu wraz z Cullenami wrócić do domu, jednocześnie jakoś sobie tego w tym momencie nie wyobrażała. Jej miejsce było tutaj i zaczynała się z tą myślą godzić.
Usłyszała szybkie kroki, ale nawet nie uniosła głowy – nie musiała, bo i tak była świadoma kto idzie. Chwilę później ktoś przykucnął przy niej i delikatnie ujął ją za rękę.
– Isabeau, chodźmy stąd – poprosiła cicho Esme, pomagając jej stanąć na nogi. Dziewczyna poddała się jej całkowicie automatycznie, pozwalając się podnieść.
Poszła za Esme, chociaż nie wiedziała dlaczego. Chciała być sama, ale jednocześnie nie miała siły się kłócić. Zresztą wszędzie było dobrze, byleby tylko nie musiała wracać do swojej sypialni. Nawet gdyby Dimitr kazał usunąć robaki, napis i zmienić pościel, Beau nie zamierzała zbliżyć się do pomieszczeniu nawet na metr.
Czuła, że zna rozwiązanie, chociaż jej umęczony umysł nie potrafił jej go zrozumieć. Przecież doskonale wiedziała, kto stał za zabójstwem Tiah i tym, co zastała w pokoju. Jedynie jedna osoba znała ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, jak może ją przerazić i jednocześnie była na tyle sprytna, żeby nie pozostawić po sobie żadnych śladów.
Drake Devile.
Drake, to musiał być Drake… Któż inny mógłby jednocześnie ją kochać i tak ranić? Nie rozumiała co tutaj robił i jakie były jego zamiary, ale wiedziała, że to właśnie Drake musi stać za tym wszystkim. Chciała zrozumieć, ale wciąż brakowało jej pewnych istotnych elementów, które sprawiłyby, że bałagan w jej głowie nabrałby sensu.
Coś się zmieniło. Drake był inny i to nie tylko w sensie tego, że zmienił się po śmierci Aldero, kiedy całkowicie odsunęła go od siebie, nie będąc w stanie znieść jego bliskości. Chodziło o fizyczną zmianę i moce, którymi dysponowali wszyscy telepaci z Zespołu Uderzeniowego Lawrence’a. Drake był z nich najbardziej szalony i najsilniejszy, a z tego co mówiła Alessia, nie był w stanie wejść do domu, póki go nie zaprosiła.
To nie miało żadnego sensu, chociaż wraz z Gabrielem próbowali rozważać wzmiankę o tym nie raz. Przecież mowę o tym, że wampiry nie mają duszy i muszą zostać zaproszone do domu, w którym mieszkają śmiertelnicy, żeby być w stanie przekroczyć próg, można było między bajki włożyć. A jednak wszystko wskazywało na to, że Drake doprowadził do czegoś, co dało mu niezwykłe zdolności i jednocześnie ograniczało go w dość znaczący sposób, narzucając reguły, które nie obowiązywały chyba żadnej innej istotny na Ziemi.
Jeśli tak, jakim cudem był w stanie wejść do jej pokoju?
Przestała o tym myśleć, bo Esme pchnęła drzwi do swojej komnaty i wprowadziła ją do środka. Carlisle już tam był, obserwując śpiącą na łóżku Sunny, która najwyraźniej była całkiem wymęczona Nocą Pojednania. Cóż, tak wiele emocji i taniec bez wątpienia były w stanie zmęczyć nawet hybrydę, a co dopiero śmiertelną dziesięciolatkę.
– Isabeau, co się dzieje? – zapytał natychmiast Carlisle, kiedy tylko opadła na brzeg łóżka, tuż obok pogrążonej we śnie Sunny. – Myśleliśmy, że coś ci się stało…
Uśmiechnęła się gorzko, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. Wręcz przeciwnie – gdyby miała do dyspozycji prysznic z gorącą wodą i trochę prywatności, chętnie by sobie popłakała. Zdarzało jej się to rzadko, ale teraz musiała jakoś wyrzucić z siebie emocje.
– Kto wie? Jak zwykle ktoś ma do mnie o coś pretensje. Chyba, że te robaki były oznaką sympatii – zadrwiła, jak zwykle w przypadku zdenerwowania, przechodząc na tryb obronny i zaczynając ironizować. – Poezja na lustrze i robi. Jak romantycznie.
Carlisle spojrzał na nią wymęczonym wzrokiem.
– Mogłabyś chociaż raz być poważna – skarcił ją, co jeszcze bardziej ją zirytowało.
– Gdybym brała wszystko tak poważnie jak wy wszyscy, dawno skończyłabym w domu wariatów – odparowała, zaciskając obie dłonie w pięści.
Westchnął, ale oczywiście zachował spokój. Poczuła złość i rezygnację, bowiem zdecydowanie lepiej by się poczuła, gdyby ktoś na nią nakrzyczał albo zaczął się kłócić. Emocje w niej aż buzowały, jakby zaraz miały rozerwać ją od środka i próbowała znaleźć jakiś sposób, żeby je rozładować.
Wampir przykucnął przy niej, żeby być w stanie spojrzeć jej w oczy.
– Isabeau, proszę – westchnął. – Nie możesz chociaż raz nam zaufać i wytłumaczyć, co się dzieje? Przecież dobrze wiesz, że chcemy ci pomóc – przypomniał spokojnie.
Wybuchła śmiechem, nie mogąc się powstrzymać. Być może był to szok albo zaczątki histerii, a może po prostu jak zwykle winę za wszystko ponosiły szalejące z powodu ciąży hormony – tak czy inaczej, przynajmniej raz jej gniew nie został zwieńczony trzęsieniem ziemi albo czymś podobnym, co mogła spowodować, kiedy nie kontrolowała mocy.
– Pomóc? Po pierwsze, przestańcie się zachowywać jak moi rodzice, dziadkowie czy co tam wam przyszło do głowy – poprosiła, a właściwie zażądała gniewnie. – Po drugie, ty chyba zapominasz, że nie jestem Nessie albo jakąś tam inną pieprzniętą nieśmiertelną, którą kiedyś adoptujecie i która będzie wam się ze wszystkiego zwierzać. Jestem indywidualistką i wydawało mi się, że to jest jasne.
Dostrzegła szok w jego złocistych tęczówkach i niedowierzanie na twarzy Esme, ale nie dbała o to. Poderwała się gwałtownie i chciała wstać, ale nie przewidziała tego, że Carlisle nagle stanowczo zaciśnie dłonie na jej ramionach i zmusi ją, żeby usiadła.
– Wystarczy. – Spojrzał jej w oczy. – Wiesz dobrze jak my, że wcale tak nie jest. Gdybyś faktycznie chciała być sama, nie zostałabyś tak długo, a tym bardziej nie próbowałabyś pomóc Nessie – stwierdził.
Szarpnęła się, chcąc wstać, ale jego uścisk okazał się zaskakująco silny i nie była w stanie. To całkiem ją oszołomiło, że nie spodziewała się, że ktokolwiek – zwłaszcza Carlisle – będzie w stanie jej się postawić. Zwykle był ugodowy i nikogo do niczego nie zmuszał.
Zmrużyła gniewnie oczy.
– Jeśli nie puścisz mnie w tej chwili, wzniecę pożar. Wystarczy kilka drobnych wstrząsów, żeby te świeczki przy łóżku się przewróciły – zagroziła lodowatym tonem.
Patrzył na nią spokojnie.
– Byłabyś w stanie to zrobić? – zapytał, zerkając na pogrążoną we śnie Sunny. Nawet rozmowa nie była w stanie jej zbudzić. – Oczywiście, że nie. Przecież nie jesteś taka.
W tym momencie całkiem straciła nad sobą kontrolę. Strach i zmęczenie przerodziły się w nieopanowany gniew, który pozwalał robić jej te dziwne rzeczy, których przecież nie chciała.
– Skąd, do jasnej cholery, możesz wiedzieć jaka jestem?! – wydarła się, w końcu będąc w stanie wyrwać się z jego uścisku. – Żadne z was nic o mnie nie wie i właśnie dlatego nie macie prawa próbować zastąpić mi rodziców! Po prostu nie macie pojęcia jaka jestem i żadne brednie tego stanu rzeczy nie zmienią! – Urwała, żeby złapać oddech. – Bo prawda jest taka, że nikt nie wie, kim naprawdę jestem i do czego jestem zdolna!
Jeszcze zanim skończyła mówić, od strony okna dobiegł ją chichot.
– Wydaje mi się, że ja jednak miałbym coś w tej sprawie do powiedzenia – stwierdził ktoś spokojnie.
Momentalnie rozpoznała ten głos.

2 komentarze:

  1. Hmmm. ciekawe kto to ? na pewno Dimitr albo Drake. widzę powraca wątek ciąży. to dobrze. to robi się coraz ciekawsze :>
    Anja ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tu czekam,aż oni się dowiedzą. Z twojego komentarza wynika,że już niedługo.
    Te robaki były straszne. Fuji! Na miejscu Isabeau już bym była w szpitalu. A co do tego głosu. Mi też wydaje się że to Drake albo Dimitr.
    No nic. Czekam na nn i życzę weny.
    Ola

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa