24.03.2013

Czterdzieści osiem

Isabeau
Isabeau szła, raz po raz potykając się na nierównym terenie. Z trudem chwytała równowagę, wciąż nieprzyzwyczajona do swojego nowego ciała. Rozmiary brzucha utrudniały jej poruszanie się, wypukłość ciągnęła w dół i przynajmniej pięć razy już upadła, obijając kolana i kalecząc dłonie; nie miała już motywacji, żeby próbować jej zasklepiać.
Drake szedł przodem, raz po raz oglądając się za siebie i obserwując jej zmagania. Za każdym razem rzucał jej znaczące spojrzenie i wywracał oczami, kiedy spoglądała weń wyzywająco i zaraz odwracała wzrok. Chciał jej pomagać, ale nie zamierzała więcej pozwolić mu się tknąć, nawet jeśli miałaby zacząć się za nim czołgać, żeby być w stanie jakkolwiek dalej się poruszać.
Chciało jej się płakać ze złości i upokorzenia, ale nie zamierzała dawać telepatom tej satysfakcji – zwłaszcza Bliss, która nigdy jej nie lubiła i teraz obrażała się za brata, poirytowana tym, że ostatecznie ciągnął ze sobą Isabeau i Carlisle’a. Obecność wampira jej nie przeszkadzała, ale najmłodszej z rodzeństwa Licavoli prawdopodobnie skręciłaby kark, dokładnie tak, jak z Sunny zrobiła to Amelie.
Chociaż wydawało się to niemożliwe, Drake i jego towarzysze poruszali się tak bezszelestnie, że nawet w mieście pełnym nieśmiertelnych nikt nie był świadom ich obecności. Isabeau liczyła, że jeśli przez wzgląd na dzieci odmówi wyjścia przez okno, Drake będzie miał problemy z wydostaniem się z rezydencji, dzięki czemu będzie istniała szansa, że jednak Dimitr albo ktokolwiek inny ze straży (mógł to być nawet Yves – było jej wszystko jedno) zorientuje się, co się dzieje, jej nadzieję jednak okazały się płonne.
Kiedy zaryzykowała i przypomniała Drake’owi, że musi na siebie uważać i nie da razy wydostać się przez okno, ten po prostu uśmiechnął się i zanim się obejrzała, po prostu podniósł ją – i to bez wcześniejszego dotykania. Zdolność zmuszania przedmiotów i żywych istot do lewitacji nie była czymś nowym dla telepatów, a jednak zupełnie się tego nie spodziewała i ledwo powstrzymała krzyk przekonana, że jednak wyprowadziła go z równowagi i spróbuje wyrzucić ją przez okno. Naturalnie tego nie zrobił; w zamian opuścił ją i w niemal czuły sposób sprawił, że miękko wylądowała na ziemi.
I chociaż wciąż miała naiwną nadzieję, że jednak jakieś znajdzie jakieś rozwiązanie, kiedy teraz obejrzała się za siebie, dostrzegając w oddali zarys miasta i Niebiańskiej Rezydencji, miała już pewność, że Drake właśnie wygrał. Już nic nie była w stanie zrobić, nawet gdyby przydarzyła się okazja do ucieczki, układ bowiem był dziecinnie prosty, a przy tym nade wszystko skuteczny.
Gdyby nawet Isabeau była w stanie uciekać, Carlisle przypłaciłby to życiem. I odwrotnie, chociaż Beau szczerze wątpiła, żeby ją skrzywdził po całym tym wysiłku, jaki włożył w jej porwanie. Siebie samą mogła poświęcić, ale chyba nawet gdyby padała z wysiłku, próbując Carlisle’a jakoś do siebie zniechęcić i skłonić go, żeby ją zostawił, wampir pewnie i tak by tego nie zrobił.
Zero instynktu samozachowawczego, przeszło jej przez myśl. Nie żeby sama była lepsze, bo nie zamierzała uciekać, ale może jedynie przez świadomość, że jak na razie jest względnie bezpieczna. Drake może i czasami chciał ją zabić, chociażby w momencie, kiedy wydawał rozkazy Taylor, ale w tym momencie zbytnio zależało mu na dzieciach, żeby się do tego dopuścić. I – chociaż nie chciała tego zaakceptować – na niej również w jakiś pokręcony sposób mu zależało.
– Och, na litość bogini, pośpiesz się! – sapnęła Bliss, kiedy Isabeau znów się potknęła, a idąca za nią dhampirzyca omal na nią nie wpadła. – Drake, przecież tak będziemy się ciągnąć w nieskończoność! – poskarżyła się bratu, zrównując się z nim. – Dobrze, że nie zabrałeś całej trójki, chociaż wydaje mi się, że akurat nie robiłoby to żadnej różnicy.
Nie zabrali Esme, bo nie była im potrzebna. W normalnym wypadku było by to lekkomyślne, ale po śmierci Sunny wampirzyca była w takim stanie, że chyba nawet nie zauważyła ich wyjścia. Z pewnością nie miała w najbliższym czasie być stanie powiadomić Dimitra albo kogokolwiek, a nawet jeśli by się na to zdobyła, wtedy mieli być zbyt daleko, żeby Dimitr ich odnalazł. Już teraz opuścili granice miasta, a Drake postarał się, żeby nie zostały żadne ślady; Isabeau znała te sztuczki i wiedziała, że nawet wilkołaki nie będą w stanie ich wytropić.
Drake spojrzał na siostrę rozdrażniony. Bliss miała pretensję odkąd w ogóle ruszyli się z miejsca, rozeźlona tym, że przez Isabeau poruszali się ludzkim tempem. Napięcie między rodzeństwem było aż nadto wyraźne, chociaż Isabeau nie miała pewności, czy jest w stanie w jakikolwiek sposób to wykorzystać.
– Przecież nigdzie nam się nie śpieszy. Jak dobrze pójdzie, dojdziemy na miejsce w cztery dni, może trochę później. Chyba nie chcesz mnie namówić do tego, żebym próbował kłócić się z ciężarną? – zapytał, unosząc jedną brew ku górze.
Bliss zacisnęła usta w wąską linijkę i nie odpowiedziała. Nawet jeśli jako kobieta wiedziała, jak obchodzić się z kimś, kto spodziewa się dziecka – a raczej dzieci – wyglądała na chętną zrobić wyjątek, jeśli chodziło o matkę jej bratanków.
Wiedziała dokąd zmierzają, a przynajmniej tak jej się wydawało. Stary dom Devile’ów znajdował się spory kawałek od Miasta Nocy, w niedostępnym dla śmiertelników zakątku lasu. To było jedyne miejsce, które przychodziło jej do głowy, gdzie tymczasowo mógł się ukryć Drake i gdzie mógł oczekiwać, że wyda na świat jego dzieci. Doskonale znała to miejsce i teren, dlatego uznała to za okoliczność sprzyjającą, chociaż jeszcze nie miała pewności, jak powinna to wykorzystać.
– Oczywiście, księżniczka Isabeau. Wszystko pod nią… – mruknęła pod nosem Bliss, ale nie próbowała sprzeczać się z Drake’m. Dla odmiany przyśpieszyła i teraz szła spory kawałek przed wszystkimi, tym samym przejmując prowadzenie.
Isabeau poczuła satysfakcję, kiedy zobaczyła, jak bardzo denerwuje swoją obecnością przynajmniej jednego z telepatów, którzy towarzyszyli Drake’owi. Marna to była pociecha, ale świadomość, że przynajmniej Bliss uprzykrzała odrobinę życie, była pocieszająca. Poza tym to, że była na swojego brata zła, również mogło się przydać.
Rozejrzała się dookoła, spoglądając przelotnie na pozostałych telepatów. Amelie szła najbardziej z tyłu, raz po raz odrzucając złociste włosy i wpatrując się w Drake’a. Nie była pewna, czy dziewczyna jest w nim zakochana – bardziej prawdopodobne było, że stara mu się przypodobać, licząc na chociaż odrobinę władzy, której pewnie i tak miała nie dostać. Drake nie był osobą, która lubiła mieć nad sobą zwierzchnika i Isabeau naprawdę dziwiło, że kiedykolwiek pozwolił, żeby ktoś taki jak Lawrence wydawał mu rozkazy. Podejrzewała, że uwolnił się od niego z niejaką ulgą.
Rozproszona, znów potknęła się i zaklęła pod nosem. Nie było łatwo iść w wysokich szpilkach, które zdążyła ubrać dosłownie w ostatniej chwili, woląc męczyć się w wysokich obcasach, zamiast biegać po zamarzniętej, usianej drobnymi kamyczkami ziemi boso. Wystarczyło, że już teraz drżała z zimna w swojej cienkiej, podartej sukience, którą miała na sobie; ciepła mgiełka, którą wokół siebie utworzyła, już dawno przestała dawać jakiekolwiek efekty, a mróz robił swoje.
Obcasy raz po raz zapadały jej się w ziemię, zahaczały o zarośla i czasami musiała przystawać, żeby jakoś się oswobodzić, co w znacznym stopniu utrudniało marsz. Fakt, że dookoła było ciemno również miał na to swój wpływ – Drake zabraniał im wytworzyć światła w obawie, że ktoś jednak ich zauważy. Co prawda zmysły miała dość wyostrzone, żeby dobrze widzieć w ciemności, a jednak mrok w jakimś stopniu jej ciążył i żałowała, że nie może stworzyć sobie srebrzystej kuli mocy, która by jej towarzyszyła. Zawsze byłaby to jakaś pociecha.
Jakaś gałąź zdzieliła ją po twarzy. Przypominało to trochę smagnięcie bicza i chociaż właściwie nie bolało, czuła pieczenie na policzku. Od jakiegoś czasu miała wrażenie, jakby otaczające ich drzewa żyły. Niższe gałęzie zdawały się nachylać w jej stronę, szarpiąc ubranie i ciągnąc ją za włosy, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że to jedynie złudzenie. Albo sprawka idącej przodem Bliss, która równie dobrze mogła próbować jeszcze bardziej utrudnić jej przymusową podróż, jakby sam strój i rozmiary brzucha wystarczająco tego już nie robiły.
Coś owinęło się wokół jej kostki i zanim się obejrzała, znów wylądowała na ziemi, obcierając sobie już i tak poranione dłonie. Usłyszała poirytowane sapnięcie Bliss, kiedy znów zmusiła całą grupę do przystanięcia. Starała się na nich nie patrzeć, próbując dopatrzeć w ciemności owinięte wokół jej kostki pnącze i jakoś wyplątać z niego nogę. Marnie jej to szło i jakby tego było mało, połamała sobie paznokcie.
– Musimy się zatrzymać. Jesteśmy dość daleko, a nocą i tak nigdzie dalej z nią nie zajdziemy – skrzywiła się Bliss, odzywając się po raz pierwszy od jakiejś godziny.
Drake wzruszył ramionami.
– Jak sobie chcesz – zgodził się niechętnie, po czym spojrzał na Isabeau. – Jak sobie radzisz, księżniczko? – rzucił niemal pobłażliwym tonem, chcąc dać jej do zrozumienia, że jej upór działa jedynie na jej niekorzyść.
Z premedytacją go zignorowała, udając, że jest skupiona na walce z krępującą ją winoroślą. Oddalił się gdzieś na bok, gdzie wdał się w cichą rozmowę z Bliss i kimś jeszcze, ale Isabeau zupełnie nie interesowało kim konkretnie. Wiedziała jedynie, że jest wściekła i coraz bardziej rozdrażniona, a bezsilność jedynie jeszcze gorzej wpływa na jej humor. Chciała działać, ale zupełnie nie miała pojęcia jak.
Carlisle przez cały czas milczał i trzymał się z dala od Isabeau, być może niepewny tego, czy powinien próbować z nią rozmawiać. A może po prostu był na nią obrażony – sama nie miała pewności, zresztą nic w tej sytuacji by jej nie zdziwiło. Zdążyła już się oswoić z myślą, że będzie musiała sobie radzić z całą sytuacją sama – kto inny miał być w stanie chociaż próbować radzić sobie z Drake’m.
A jednak kiedy wampir jednak zdecydował się do niej podejść, poczuła swego rodzaju ulgę. Miała wprawę w milczeniu i ignorowaniu wszystkich wkoło, ale teraz jakby nie patrzeć chodziło również o jej dzieci, dlatego przynajmniej pozory tego, że ma wsparcie, były czymś pożądanym, co była wstanie przyjąć.
Carlisle przykucnął przy niej, spoglądając na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Dlaczego? – zapytał po prostu, jasno dając Isabeau do zrozumienia, że nie da jej uniknąć odpowiedzi.
Zmarszczyła czoło.
– Dlaczego co? Dlaczego jestem w ciąży? To chyba powinno być oczywiste, zwłaszcza dla lekarza. Dlaczego Drake mnie pragnie? Dlaczego to jego dzieci i czego od nich chce? Nad połową tych rzeczy sama się zastanawiam – przyznała, wzruszając ramionami.
Jeszcze kiedy mówiła, wiedziała, że to nie o to mu chodziło, udawała jednak, że tego nie dostrzega. Zapatrzyła się w jakiś punkt przed sobą – miejsce, w którym chwilę wcześniej zniknął Drake. Nie było go, ale wiedziała, że i tak obserwuje.
– Dlaczego nam nie powiedziałaś? – sprostował Carlisle, sprowadzając ją na ziemię.
Nie tego pytania się spodziewała. Sądziła, że to akurat jest oczywiste – podobnie zresztą jak wszystkie tajemnice, które miała. Najwyraźniej się pomyliła.
– A widzisz mnie, jak mówię Gabrielowi, że będzie wujkiem, a ojcem jego siostrzeńców jest Drake? – zadrwiła. – Zbyt wiele tłumaczeń, a ja nie widzę potrzeby spowiadać się ze wszystkiego mojemu braciszkowi – ucięła nieco gniewnie.
– Ale mogłaś powiedzieć nam – zauważył z niejakim żalem. – Nie rozumiem, dlaczego akurat Drake i kiedy to się stało, ale…
Roześmiała się, nie mogąc się powstrzymać. Ci z telepatów, którzy zostali, rzucili jej zadziwione spojrzenie, ale wystarczyło, że popatrzyła w ich stronę, żeby zaczęli przynajmniej udawać, że ją ignorują.
– Oczywiście, że tego nie rozumiesz. Bo nie znasz mnie, nie znasz mojej przeszłości, a już na pewno nie znasz Drake’a. – Westchnęła i w końcu udało jej się pozbyć oplatającej jej kostkę przeszkody. Tak, to zdecydowanie musiała być sprawka Bliss – kiedy jej nie było, przyroda była jakby bardziej przyjazna. – A ja go znam i wiem, że się zmienił. Możesz sobie o mnie myśleć co chcesz, może nawet nazwać mnie zdrajcą albo dziwką. Wszystko mi jedno – stwierdziła, chociaż zdawała sobie sprawę, że nigdy czegoś takiego od niego nie usłyszy. To tym bardziej ją irytowało, bo nie miała podstaw, żeby wyładować na nim złość. – Jeśli ktoś miał szanse w walce z Gabrielem, to na pewno Taylor i Drake, zwłaszcza gdyby atakowali razem. Miałam mu pozwolić ratować Renesmee i wpakować się do środka na pewną śmierć? Mogłam powstrzymać chociaż jedno, a że bliżej mi do Drake’a… Powinieneś wiedzieć jedynie tyle, że on zawsze niemal maniakalnie mnie pragnął, więc odciągnięcie go od pola walki nie było takie trudne – powiedziała w końcu, znów uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
Nie patrzyła na niego, ale i tak zdawała sobie sprawę z tego, że patrzy na nią oszołomiony. Niechętnie odważyła się spojrzeć mu w oczy; nawet w mroku widziała jego złote tęczówki.
– Więc… zrobiłaś to dla Gabriela i Renesmee? – powiedział, najwyraźniej nie mogąc w to tak po prostu uwierzyć.
– Przede wszystkim i tego się trzymajmy, dobra? – zażądała, po czym w końcu udało jej się wstać.
Ogromny brzuch zaciążył jej, ale zaczynała powoli się z nim oswajać. Szok powoli mijał i mogła skupić się na nauce poruszania przy zmienionych proporcjach swojego ciała. Co prawda była obolała, przemarznięta i podrapana przez drobne gałązki, ale przecież przez czterysta lat zdążało jej się bywać w gorszych sytuacjach. Nigdy w ciąży i ubezwłasnowolniona przez porywacza, ale mimo wszystko…
Nie musiała już starać się dotrzymać nikogo kroku, dlatego w końcu skupiła się wystarczająco, żeby zaleczyć drobne ranki, których się dorobiła od momentu, w którym opuścili Niebiańską Rezydencję. Carlisle obserwował ją w milczeniu, prawdopodobnie próbując uporządkować wszystko to, co mu powiedziała, ale nie miała pewności. Liczyło się, że jak na razie nie zdawała jej pytań o to, co się wydarzyło.
Kiedy machinalnie położyła dłonie na brzuchu, znów postanowił się odezwać:
– To, co się stało… – Spojrzał wymownie na wypukłość, a Beau skinęła głową, żeby dać mu do zrozumienia, że wie o czym mówi. Trudno był zapomnieć uczucie, kiedy coś błyskawicznie w niej rosło, nabierając masy i rozciągając ją od środka. – Mówiłaś, że nie miałaś z tym związku, ale czy wiesz…? – zaczął z wahaniem, przerwał jednak, kiedy zobaczył, jak przecząco kręci głową.
– Martwiłam się o to od początku, ale później przestałam myśleć, że tak wolno się rozwijają. W skrajnych wypadkach zdarza się, że dziecko jest w przeważającej części człowiekiem i myślałam, że tak będzie tym razem. Nie brałam pod uwagę, że mogą być po prostu aż do tego stopnia uzdolnione – wyjaśniła w zamieszaniu.
– Zdolność do ukrywania swojej obecności? Same to robiły? – zasugerował, wyraźnie zaintrygowany.
Wzruszyła ramionami.
– Może – zgodziła się. – Dzieci złego ojca i matki jak najbardziej mogą być nieprzewidywalne – dodała cicho.
– Isabeau, co ty opowiadasz? – zapytał, wstrząśnięty jej słowami. – Pomogłaś Renesmee, wcześniej pomagałaś nam wszystkim, jak więc możesz utrzymywać, że jesteś zła? – zapytał, podchodząc do niej.
Poczuła się osaczona i odskoczyła jak oparzona, rzucając mu ostrzegawcze spojrzenie, żeby nie próbował bardziej się zbliżać. Już i tak zbytnio się przed nim otworzyła.
– Mówiłam już, że nic o mnie nie wiesz. Daleko mi do świętej. To, co robiłam, jest w równym stopniu słuszne, co z mojej strony egoistyczne – warknęła.
Normalnie teraz odwróciłaby się na pięcie i pośpiesznie się oddaliła, żeby z nikim nie musieć rozmawiać, teraz jednak nie mogła sobie na to pozwolić. Drake’a nie było i miała poczucie względnej swobody, ale z pewnością nie istniała możliwość, żeby tak po prostu opuściła ich tymczasowe obozowisko i zniknęła między drzewami.
A przynajmniej jeśli nie chciała, żeby zaraz rzuciła się na nią cała banda idiotów, którzy towarzyszyli rodzeństwu Devile i próbowali mu się przypodobać.
Usłyszała znajome kroki i machinalnie odwróciła się, bo rozległy się tuż za nią. Drake spokojnym krokiem wyszedł spomiędzy drzew, kierując się w jej stronę. Oczywiste było, że chciał żeby go usłyszała – potrafił w końcu poruszać się absolutnie bezszelestnie.
– Twoje krzyki niosą się echem po całej okolicy – stwierdził pogodnie, przeciągając się lekko. – Czyżby jeszcze do siebie nie docierało, że dzięki Amelie i tak nikt ich nie usłyszy? – zapytał, stając przed nią i zerkając na nią niemal pobłażliwie.
Zacisnęła usta w wąską linijkę.
– Nie mam złotych włosów i błędnego spojrzenia – odparła po prostu i niemal uśmiechnęła się, kiedy zobaczyła wściekłe spojrzenie Amelie. – I nie krzyczę – dodała, bo naprawdę nie była świadoma tego, że podniosła w którymś momencie głos.
Drake wzruszył ramionami, tracąc zainteresowanie. Spojrzał krótko na Carlisle’a, po czym znów skupił się na zaciętym wyrazie twarzy Isabeau. Mogłaby przysiąc, że ledwo powstrzymywał się przed wywróceniem oczami, tyk bardzo znajome było mu jej zachowanie.
– Dla mojej przyjemności możesz w tym momencie zacząć ćwiczyć długie arie albo piszczeć do zdarcia gardła. To będzie przynajmniej jakaś odmiana, bo jak na razie słucham jedynie zrzędzenia Bliss. – Skrzywił się teatralnie. – Kiedyś śpiewałaś dla mnie. Wiesz, że tęsknię za twoim sopranem? – zapytał z nietypową dla niego łagodnością, wyciągając dłoń w stronę jej odsłoniętego policzka.
Odsunęła się o krok.
– Łapy przy sobie, Drake. To, że możesz mnie zabić nie znaczy, że nie spróbuję ci ich przetrącić, jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz – zagroziła; z gardła wyrwało jej się warknięcie.
Jedynie się uśmiechnął, ale posłusznie nie próbował znów jej dotykać. Doszła do wniosku, że to dobrze – jednak miała jakiś wpływ na to, co działo się wokół niej. Być może jednak miała jakieś szanse na to, żeby wyplątać się z tej sytuacji.
– Jak sobie życzysz, księżniczko – zgodził się, lustrując ją wzrokiem. – Ale to nie zmienia faktu, że kiedyś byłaś gotowa zrobić wszystko, bylebym cię dotykał. Nie uważasz, że dobrze bawiliśmy się wtedy, kiedy do mnie przyszłaś? – zapytał, wbijając wzrok w jej zaokrąglony brzuch. – Podstęp czy nie, ty również czerpałaś z tego przyjemność – powiedział z przekonaniem, nie zaważając na jej ostrzegawcze spojrzenie.
Nie odpowiedziała; ignorancja była najlepszą taktyką, jaka w tym momencie przyszła jej do głowy i tego zamierzała się trzymać, jeśli nie chciała zwariować w ciągu najbliższych dni, które miała spędzić w towarzystwie Drake’a. Mógł mówić różne rzeczy, ale za nic w świecie nie mogła dać mu się sprowokować – nie mogła dać się ponieść emocjom, pozwolić wspomnieniom przejąć nad sobą kontrolę…
Obojętnie jak bardzo prawdziwe bywały jego słowa, po prostu nie mogła pozwolić, żeby na nią wpłynął. Drake był jej wrogiem – kimś zupełnie obcym i innym od nieśmiertelnego, którego kiedyś kochała – i w końcu musiała się z tym pogodzić. Nawet jeśli czasami zdarzało mu się zachowywać w sposób, który całkowicie ją dekoncentrował.
Drake obserwował ją jeszcze przez moment, po czym w końcu się oddalił, wyraźnie z siebie zadowolony. Pod Isabeau ugięły się kolana i bezradnie usiadła na ośnieżonej ziemi, ukrywając twarz w dłoniach. Wyczuła, że Carlisle znów znalazł się przy niej, ale przynajmniej nie próbował o nic pytać ani jej pocieszać; nie chciałam tego – w tym momencie pragnęła jedynie odrobiny spokoju.
– Martwi mnie to, co będzie z Ali i Nessie – przyznał w końcu, wyraźnie zaniepokojony. – Nie wiem, czy masz jakiś plan, ale jeśli nie… – Nie potrafił dokończyć tej myśli.
Isabeau uniosła głowę i spojrzała na niego błyszczącymi oczami. Coś w jego słowach sprawiło, że trochę rozjaśniło jej się w głowie i wpadła na coś, co mogło się udać – albo przynajmniej uprzykrzyć wszystkim wkoło egzystencję.
Skoro Drake chciał wojny, mogła mu ją zapewnić.
– A żebyś wiedział, że chyba mam.

2 komentarze:

  1. Wybaczcie opóźnienie, ale wczoraj po prostu nie zdążyłam dopisać końcówki - wszystko przez mojego kochanego braciszka. Niemniej zapraszam do czytania i komentowania ;)

    Pozdrawiam i zapraszam na nowy rozdział jutro,
    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, super blog! Ten poprzedni też. Jeszcze nie zdążyłam przeczytać wszytskich rozdziałow, lecz twój blog mnie bardzo zaciekawił. Masz światny sytl pisania. To jest takie lekkie, a zarazem tajemnicze. Niesamowicie się czyta!
    No zabieram się do dalszego czytania, żeby w miarę szybko to wszytsko ogarnąć ;)
    P.S. Jeśli masz ochotę wpadnij do mnie. Właśnie założyłam nowego bloga o Renesmee. Prolog jeszcze dzisiaj. http://renesmee-i-demetri.blog.onet.pl/
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa