13.02.2013

Siedemnaście

Gabriel
Gabriel miał tego serdecznie dość. Zaczynał szaleć ze zmartwienia, bierność zaś była najgorsza w całej sytuacji. Nie mógł wręcz uwierzyć, że minęły zaledwie dwa dni – zdawało mu się, że czas stanął w miejscu i trwa w tym koszmarze już całą wieczność.
Nie dość, że czuł się bezradnie, ręce drżały mu tak bardzo, że nie mógł nic w nich utrzymać. W innym wypadku to on, a nie Esme, siedziałby przy Nessie, zmieniając jej chłodne okłady.
Leki oczywiście nic nie dawały – nie przy gorączce, która przekraczała wszelakie normy. Może powinni się cieszyć, że temperatura przynajmniej przestała jej skakać i utrzymywała się na poziomie czterdziestu pięciu stopni, czasami trochę mnie. Wyższa prawdopodobnie zabiłaby nawet ją, chociaż czymś nieprawdopodobnym zdawało się, żeby w połowie nieśmiertelna istota umarła z powodu gorączki. Ba! Że w ogóle była chora.
Miał wrażenie, że szczęście ucieka mu między palcami – i to akurat wtedy, kiedy je znalazł. Mógł wprost stwierdzić, że Nessie umierała na jego oczach, a on nie mógł nic zrobić. On, telepata, który przecież był w stanie jedną myślą przewrócić skałę w pył, był całkowicie bezradny wobec czegoś, co nawet nie było namacalne.
Przez pierwszy dzień było łatwiej, bo wierzył, że to nic takiego. Siedział cały czas przy niej, pilnując żeby piła jak najwięcej i bez kłótni brała leki, którymi próbował zwalczać objawy doktor. Głownie spała, tak jak podczas ciąży, dlatego znosił to cierpliwie, wręcz zachęcając ją, żeby jak najwięcej odpoczywała.
Ale później… Gorączka ją wykańczała i momentami była tak wyczerpana, że nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Być może Gabriela powinien cieszyć fakt, że zawsze budziła się z jego imieniem na ustach, uspokajając się dopiero wtedy, kiedy przekonała się, że przy niej jest, ale nie potrafił tego docenić. Zdecydowanie bardziej pragnął, żeby była zdrowa – obojętnie jaką cenę musiałby za to zapłacić.
Jakby tego było mało, Carlisle zaczynał być bezradny i to dodatkowo Gabriela przerażało. Lekarstw nie działały, gorączka wymykała się spod kontroli i chyba jedynie nad kaszlem udało się nieco zapanować, chociaż w momentach, kiedy znów zaczynała z nim walczyć, miał wrażenie, że zaraz się zakrztusi i wcale nie będzie w stanie oddychać. Pocieszający był jedynie fakt, że wciąż mieli sprzęt, który wykorzystywali po porodzie i w każdej chwili mogli ją podłączyć do respiratora; bała się tego, ale gdyby to było konieczne…
Nie chciał nawet o tym myśleć. Poza tym musiał zachować zdrowe zmysły, nie tylko dla Renesmee, ale i dla dzieci. Kiedy Nessie była w miarę przytomna, sama nalegała, żeby czasami ją zostawiał i był przy bliźniętach. Chciała, żeby Alessia i Damien mieli przy sobie chociaż jedno z rodziców, ale teraz Gabriel nie nadawał się nawet do opieki nad dziećmi.
Doszedł go cichutko jęk; momentalnie przeniósł wzrok na drobną postać na łóżku.
– Gabriel? – To było pierwsze pytanie, które zawsze zadawała. Rozejrzała się nieprzytomnie i Esme musiała ja przytrzymać, żeby przypadkiem nie próbowała się podnosić. – Gabrielu… – zaczęła raz jeszcze, nie uzyskawszy odpowiedzi.
Panika w jej głosie go otrzeźwiła i w ułamku sekundy znalazł się przy niej. Esme odsunęła się, żeby zrobić mu miejsce, ale prawie nie był tego świadom.
– Cii… Jestem tutaj cały czas – zapewnił ją czule, głaskając jej rozpalony policzek. Krótko ucałował ją w czoło. – Jak się czujesz? – zapytał, mając nadzieję, że tym razem jest na tyle przytomna, że odpowie, zamiast zacząć majaczyć.
Zamrugała i zaraz spojrzała mu w oczy. Jej własne błyszczały niezdrowo.
– Zmęczona – poskarżyła mu się wyczerpanym głosem. Odetchnął w duchu; fakt, że przytomnie z nim rozmawiała był jedynym postępem, jakiego w ostatnim czasie zawsze wyczekiwał. – Ty też. Sypiasz w ogóle? – zapytała niemal oskarżycielskim tonem.
Jej bystrość w tym stanie go zaskoczyła.
– Oczywiście, moje kochanie – skłamał, chociaż miał świadomość, że ona doskonale wie, jaka jest prawda. Po prostu chciał ją uspokoić. – Pójdę po twojego dziadka, dobrze? – dodał, chcąc mieć przynajmniej kilka sekund na to, żeby doprowadzić się do porządku.
Chciał wstać, bo właściwie leżał na skrawku łóżka obok niej, ale chwyciła go za rękę. Jak na osłabienie, wciąż miała sporo siły.
– Nie. Zostań przy mnie – poprosiła, a on po prostu nie potrafił jej odmówić. Przytuliła się do niego, wtulając twarz w jego tors. – Odpocznij – zaproponowała mu, wygodniej układając się w jego ramionach.
Zanurzył twarz w jej miękkich włosach i westchnął. Kiedy była tak blisko, mógł przynajmniej na moment zapomnieć o tym, że jest chora… A może mógłby, gdyby jej skóra go nie parzyła. Tak czy inaczej, zamierzał docenić moment, który w tym momencie mieli wyłącznie dla siebie.
– Dobrze, moja śliczna, dobrze… – obiecał. Odsunął ją nieznacznie, żeby raz jeszcze zerknąć na jej twarz, po czym delikatnie ułożył na jej czole chłodny okład, który strząsnęła, kiedy się obudziła. Skrzywiła się. – Cii… – powtórzył, znów mocno ją przytulając.
Mogło jej się zdawać, że czułość czy fakt, że może się przytulić, daje jej więcej niż jakiekolwiek medykamenty, ale to skutkowało przecież jedynie na jej samopoczucie. Fizycznie wciąż było źle i nie mógł o tym zapominać – musieli przynajmniej próbować zbić jej temperaturę.
Usłyszał, że Esme po cichu się wycofuje, żeby dać im chwilę prywatności, ale prawie nie zwrócił na to uwagi. Wciąż przytulał Nessie, głaskając ją delikatnie po włosach i plecach. Miał wrażenie, że znów zasnęła i chociaż z jednej strony wiedział, że to dla jej dobra, z drugiej obawiał się, że może już się nie obudzić.
Mimochodem pomyślał o tych dwóch dniach, kiedy Renesmee była w czymś na kształt śpiączki. Zadrżał na samą myśl, zwłaszcza na wspomnienie tego, jak jej serce stanęło i musiał o nią walczyć. Momentalnie wyostrzył słuch, przez kilka nieznośne długich minut kontrolując nierówne bicie jej serca i ciężki oddech.
Poruszyła się w jego ramionach niespokojnie i zaczęła kaszleć. Odsunął się od niej nieznacznie, żeby łatwiej jej było oddychać i delikatnie ułożył ją wygodniej na poduszkach, chcąc jak najbardziej jej ulżyć. Nie obudziła się, a nawet jeśli, najwyraźniej nie była w stanie otworzyć oczu.
Usłyszał kroki na korytarzu. Bez problemu rozpoznał pierwsze z nich – tak lekko, a przy tym pewnie mogła się poruszać wyłącznie Isabeau. Towarzyszył jej ktoś jeszcze, ale Gabriel potrzebował dłuższej chwili żeby zorientować się, że to Carlisle. Może faktycznie znaczyło to, że sam musi odpocząć, ale z drugiej strony, po prostu nie zgadało mu się to, że ta dwójka mogłaby przebywać razem. Zakładał raczej, że wpadli na siebie, zmierzając w jednym kierunku.
Tak czy inaczej, nie miał wątpliwości, że oboje chcą zajrzeć do Nessie – albo przynajmniej do pokoju, w którym przebywała, bo intencji Isabeau w ogóle nie był pewien. Wbił wzrok w drzwi akurat w momencie, w którym się otworzyły; Carlisle przepuścił Beau przodem, co tą najwyraźniej speszyło, bo jedynie zerknęła na niego przelotnie i szybkim krokiem podeszła bliżej.
– Zapanuj nad sobą, braciszku. Wcale nie chcę, a non stop muszę słuchać twoich jojczeń – rzuciła zamiast powitania, opierając się o ścianę i zaplatać ręce na piersi.
Spojrzał na nią rozdrażniony. Naprawdę miał aż tak wielki problem z utrzymaniem myśli na wodzi, że nieświadomie bombardował nimi wszystkich dookoła, chociaż jedynie Isabeau była w stanie je zinterpretować?
– Potwierdzam – mruknęła, dając mu do zrozumienia, że znów to robi. – Wycziluj – dodała, spoglądając na niego niemal troskliwie. Doceniłby to, gdyby jej rada nie była jedną z najbardziej idiotycznych, jakie kiedykolwiek słyszał.
Powstrzymał się od komentarza jedynie dlatego, że Nessie poruszyła się w jego ramionach, by po chwili zatrzepotać powiekami. Nie był pewien, czy to jego siostra ją obudziła, czy nie, ale i tak był na Isabeau zdenerwowany.
– Od niego tego nie wyegzekwujesz – mruknęła sennie, przenosząc na niego niemal figlarne spojrzenie. – To chyba jakieś skrzywienie, bo Gabriel uwielbia się zamartwiać.
Na ustach Isabeau pojawił się cień złośliwego uśmiechu. Gabriel warknął, ale w żartach, zbyt skupiony na tym, że Nessie była przytomna i była w stanie żartować na jego temat z jego siostrą. Spojrzał na nią i nachylił się, jakby chciał ją pocałować, chociaż tego nie zrobił; ich nosy zetknęły się ze sobą, kiedy spojrzał jej prosto w oczy.
– Dziękuję za wsparcie, kochanie – wyszeptał cicho.
Nie zareagowała, tylko spróbowała sama doprowadzić do pocałunku. Chciał się z nią drażnić, ale kiedy jej wargi musnęły jego własne, po prostu nie był w stanie. Złożył na jej ustach najbardziej niewinny, krótki pocałunek, nie chcąc pozwolić, żeby straciła zbyt wiele energii, dając ponieść się emocjom. To, że czuła się trochę lepiej, nic jeszcze nie znaczyło.
Westchnęła rozczarowana, kiedy się odsunął, ale chyba nie miała pretensji o to, że pocałunek był zbyt krótki. Drażniło ją raczej to, że była zmęczona i ledwo przytomna, poza tym zaledwie chwilę po pieszczocie znów się rozkaszlała i to tak gwałtownie, że Gabriel musiał pomóc jej usiąść, żeby była w stanie złapać oddech.
– Chyba lekarstwa wciąż niewiele dają – zauważył cicho obserwujący do tej sytuację Carlisle. Podszedł do wnuczki i usiadł na drugim skraju łóżka, żeby mieć do niej swobodny dostęp. Zupełnie machinalnie położył dłoń na jej rozpalonym czole i zaraz z westchnieniem ją zabrał, bo zadrżała na całym ciele. – Spróbuję ci podać coś innego, chociaż może zbytnio się śpieszymy. Poprzednia dawka... – zaczął, ale Gabriel zdecydował się mu przerwać.
– Poprzednie dostała pięć godzin temu. Gdyby miały działać, już byłoby lepiej – przypomniał tonem chłodniejszym niż chciał. To nie była wina doktora, że ludzkie leki nie były w stanie zwalczyć choroby, która zdołała zaatakować organizm pół-wampira.
Carlisle powoli skinął głową.
– Tak czy inaczej, spróbujemy czegoś innego – powtórzył, zwracając się przede wszystkim do Nessie. Już przestała pokasływać, ale Gabriel jak na razie nie zamierzał pozwolić jej się położyć, póki oddech i rytm serca miała nierówny. – Jak się czujesz, skarbie? Dalej nie masz apetytu? – upewnił się, zaciskając palce na jej nadgarstku.
Pokręciła głową i spróbowała jakoś wygodniej oprzeć się o Gabriela, wymęczona. Spojrzał na nią bezradnie, kiedy ułożyła mu głowę na ramieniu i – nie mogąc się powstrzymać – raz jeszcze musnął wargami jej czoło.
Carlisle już na samym początku, planując leczenie, wspomniał o tym, że najlepsza dla Renesmee byłaby krew, ale wtedy nikt nie przewidział jednego – że dziewczyna nie będzie chciała jej przyjmować. Nie to, że robiła im to na przekór, a po prostu coś ją od posoki odrzucało. Kiedy doktor przekonał ją, żeby wypiła chociaż ćwierć porcji, skończyło się tym, że po prostu zwymiotowała – jej ciało po prostu nie było w stanie płynu spożytkować.
Ostatecznie doktor zaryzykował stwierdzenie, że choroba i leki sprawiają, że to ludzka cząstka ma większy wpływ – a ludzie nie piją krwi, bo im szkodzi. Z drugiej strony wszystko wskazywało na to, że geny odziedziczone po ojcu, paradoksalnie blokują działanie lekarstw. Wyglądało to tak, jakby wirus (czy cokolwiek innego, co było odpowiedzialne za tę podobną do grypy chorobę) był przystosowany właśnie do organizmu dhampira, całkowicie umożliwiając leczenie.
Gabriel sam już nie wiedział, co o tym myśleć. Carlisle jak na razie stawiał na obserwację i podawanie kolejnych środków, ale wszystko to przynosiło marny efekt. Gabriel miał coraz więcej wątpliwości do biernej obserwacji i czekania na przełom, który mógłby zwiastować, że choroba faktycznie sama minie, tak jak w przypadku grypy. Co z tego, że objawy wyglądały bardzo podobnie, skoro sam przebieg był zdecydowanie bardziej gwałtowny i Nessie wydawało się być bliżej do śmierci, niż do powrotu do zdrowia?
Miał wiele uwag, ale nie wypowiedział żadnej, delikatnie odsuwając się, żeby Carlisle mógł od niego dziewczynę przejąć. Doktor objął wnuczkę, pomagając jej usiąść tak, żeby mogła wziąć kolejne leki i chociaż posłusznie się temu poddała, widać było, że nie jest zadowolona ze zmiany ramion, które ją podtrzymywały. Cały czas wpatrywała się w Gabriela, jakby chcąc się upewnić, że ten nie skorzysta z okazji i nigdzie nie pójdzie.
– Cały czas tutaj jestem – zapewnił ją kojącym głosem.
Skinęła głową, ale wcale nie wyglądała na przekonaną. Mimo to przeniosła wzrok na swojego dziadka, kiedy podał jej szklankę z wodą i jakieś tabletki.
– Wypij, skarbie – zachęcił ją. – Za chwilę będziesz mogła się położyć – dodał, po czym zerknął na Gabriela. – Macie jeszcze lód? – upewnił się, co chyba znaczyło, że nie był do końca przekonany do tego, czy kolejny lek cokolwiek zdziała.
– Jasne – zapewnił, spoglądając na Nessie; wiedział, że nie lubiła tych okładów, nawet jeśli przynosiły jej ulgę i chociaż odrobinę zbijały szalejącą gorączkę.
Obserwował doktora i wiedział, że próbuje wszystkiego, co tylko przychodzi mu do głowy, ale to wciąż nie zmieniało jednego – to wciąż było za mało. Może i dzięki dzięki tym wszystkim latom doświadczenia był doskonałym lekarzem, ale najwyraźniej ta konkretna choroba wychodziła poza zasięg tych, które miał szanse wyleczyć. To było coś z czym żadne z nich się nie spotkało i wszystko wskazywało na to, że po prostu nie ma skutecznego leku – przynajmniej nie pośród tych, które stosowali ludzie.
Kątem oka zaobserwował, że Renesmee pośpiesznie dopiła wodę – była spragniona – i miał już zaproponować, że przyniesie jej więcej, kiedy doszło go ciche prychnięcie.
Momentalnie spojrzał na przyczajoną pod ścianą Isabeau; już prawie zdążyło niej zapomnieć, przynajmniej do tej chwili.
– Chemia, więcej chemii i lód. To może od razu do kostnicy? Tam tez jest zimno, ale przynajmniej nikt nie będzie jej truł – zadrwiła, kręcąc z niedowierzaniem głową.
Gabriel rzucił jej ostre spojrzenie, tym bardziej, że zauważył, że Renesmee zadrżała i mocniej wtuliła się w obejmującego ją doktora.
– Więc co proponujesz, pani doktor – zapytał, kładąc nacisk na dwa ostatnie słowa. Isabeau nie znała się na medycynie, dlatego lepiej żeby się nie odzywała.
Isabeau uniosła z wyższością głowę.
– Kwiat bzu czarnego. Korę wierzby. Mogę wymieniać całą noc – oznajmiła spokojnie.
Miał ochotę ją wyśmiać, ale w tym momencie nie miał zupełnie nastroju. Chwycił najbliższa wolną poduszkę i po prostu cisnął ją w stronę siostry; chociaż była w stanie jej uniknąć albo pochwycić, pozwoliła żeby miękki materiał uderzył ją w pierś.
– Jestem średnio zainteresowany tym, czego uczą w szkole czarownic – warknął rozdrażniony, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Leki nie pomagają, a ty bredzisz coś o wierzbach? – prychnął, ale bynajmniej nie oczekiwał odpowiedzi.
Poza tym, bardzo chętnie skombinowałby sobie nie tyle korę wierzby, co kilak giętkich witek – chociażby po to, żeby porządnie wychłostać siostrę, zanim palnie coś, czego później mogłaby żałować. Ta perspektywa była bardzo kusząca i prawie udało mu się uśmiechnąć.
Wzruszyła ramionami i odrzuciła mu poduszkę. Złapał ją zupełnie machinalnie i ledwo powstrzymał, żeby znów w nią nie cisnąć – tym razem mocniej, może nawet tak, żeby ścięło ją z nóg. Był w okropnym nastroju, a Isabeau jedynie niepotrzebnie dodatkowo go nakręcała.
– Jak sobie chcecie – rzuciła urażona, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że najrozsądniej będzie się oddalić. Ruszyła w stronę drzwi, ale w progu jeszcze na moment odwróciła się w ich stronę. – Ziele fiołka trójbarwnego też... – zaczęła.
Gabriel cisnął w nią poduszką, ale tym razem uniknęła ciosu, po prostu pośpiesznie zatrzaskując drzwi. Poduszka z głuchym pacnięciem uderzyła o drewno i natychmiast osunęła się na podłogę, tuż przy nich. Gabriel pomyślał, że jedynym plusem jest to, że drzwi otwierały się do środka i Isabeau miałaby przynajmniej tą jedną przeszkodę, gdyby jednak zechciała wrócić.
Powoli wypuścił powietrze z płuc, po czym w końcu na powrót skupił się na Renesmee. Spojrzał na nią, żeby przekonać się, że najwyraźniej była zbyt wymęczona, żeby doczekać końca wymiany zdań z Isabeau – po prostu zasnęła. Uznał, że tak jest nawet lepiej, bo chciał porozmawiać z jej dziadkiem, ale nie wiedział jak zrobić to tak, żeby przy tym jej nie wystraszyć.
Nie miał pewności, jak Carlisle zareagował na uwagi Isabeau, ale z pewnością wyglądał na przygnębionego. Gabriel potrafił to zrozumieć – pewnie jemu było jeszcze trudniej znieść bezradność; co innego było zawieść, kiedy chodziło o zdrowie kogoś obcego, a co innego gdy ceną było zdrowie jego wnuczki. Podejrzewał co prawa, że w obu przypadkach doktor przeżywałby to równie mocno – miał w sobie naprawdę wiele empatii – ale mimo wszystko fakt, że nie potrafił pomóc akurat Renesmee z pewnością dodatkowo pogarszał sytuację.
– W jednym ta mała zołza ma rację: leki nie działają – powiedział w końcu, uciekając wzrokiem z twarzy doktora na pogrążoną we śnie Renesmee.
Zawsze lubił na nią patrzeć – a jeszcze bardziej uwielbiał tworzyć dla niej najpiękniejsze z możliwych snów, byle tylko sprawić jej przyjemność. Nie robił tego, bo chciał żeby odpoczywała, poza tym zdecydowanie ważniejsze było kontrolowanie jej fizycznego stanu. Zresztą szczerze wątpił, żeby przy tak wysokiej temperaturze zwracała uwagę na coś tak trywialnego jak sny.
– Wiem – westchnął Carlisle. – Najgorsze jest w tym to, że właściwie nie mam pojęcia z czym walczymy. Równie dobrze może się okazać, że to jakaś infekcja albo wirus i najskuteczniejsze byłyby antybiotyki, ale nie mam pewności. Mała nie ma powiększonych węzłów chłonnych, dlatego na początku wykluczałem taką możliwość, ale teraz... Cóż, to mimo wszystko wygląda jak grypa – usprawiedliwił się.
Gabriel poczuł, że znów ogarnia go irytacja.
– Więc co robimy? Czekamy? – zapytał, w końcu postanawiając zwrócić uwagę na to, że ma co do tej metody olbrzymie wątpliwości. – Skoro nie wiadomo co to, dlaczego tego nie sprawdzić? – naciskał.
Nie oczekiwał cudu czy jakiegoś olśnienia – chciał mieć przynajmniej chociaż poczucie, że cokolwiek robią. Nawet gdyby miało to sprowadzać się do bezsensownego kartkowania książek albo jakichkolwiek badaniach, które mogłyby coś ustalić.
Doktor pokiwał głową, najwyraźniej biorąc jego słowa pod uwagę. Gabriel zaczął nerwowo uderzać palcami o udo, czując się jeszcze bardziej bezradnie w panującej ciszy. Przynajmniej miał wrażenie, że Renesmee oddycha w miarę lekko, co pozwalało mu chociaż odrobinę się uspokoić – przynajmniej kaszel już tak bardzo jej nie męczył, chociaż kiedy dostawała ataków, cały czas miał wrażenie, że zaraz jakimś cudem wypluje płuca.
– Mógłbym ewentualnie pobrać Nessie krew – odezwał się w końcu Carlisle, ostrożnie dobierając słowa – ale nie obiecuję, że to jakkolwiek nam pomoże, Gabrielu. Zresztą i tak musimy poczekać do jutra, zanim będę miał taką możliwość. Dopiero co dostała leki, więc trzeba odczekać aż znikną z organizmu – wyjaśnił, powoli się podnosząc. – Na razie niech śpi. Zawołaj mnie, gdyby coś się działo – poprosił na odchodne.
Gabriel mruknął coś w odpowiedzi, walcząc ze sobą o to, żeby nie poczuć nadziei. Gdyby sobie na to pozwolił, a badanie nie wniosłoby niczego nowego, później długo przeżywałby rozczarowanie. A Renesmee potrzebowała go silnego, przynajmniej w momentach, kiedy była przytomna – później mógł sobie pozwolić na chwilę załamania.
W tym momencie zresztą był całkowicie pewien tylko jednej rzeczy: zdecydowanie wolałby, żeby nie musieć doktora wołać, chociaż ze swoim chorym szczęściem pewnie i na to nie miał co liczyć.

2 komentarze:

  1. Super . ciekawe czy spróbują tych roślin o których mówiła Isabeau ;>

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja pierwsza myśl po rozdziale 17 to ,,też chciałabym mieć takiego Gabriela''. Naprawdę słodkie jest to,jak opiekuje się Nessie.Tak jak wyżej,też jestem ciekawa czy użyją tych ziół.Może pomogłyby?
    Czekam niecierpliwie na nn i życzę weny.
    Pozdrawiam.Ola.

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa