28.02.2013

Dwadzieścia siedem

Isabeau
– Proszę, proszę... Kogo my tutaj mamy?
Ten głos był ostatnim, który Isabeau miała ochotę usłyszeć, ale zdążyła już przywyknąć do tego, że nic nigdy nie idzie tak, jak zaplanowała. Niechętnie odwróciła się i spojrzała w stronę drzwi, gdzie wciąż w progu stał nie kto inny, jak sam Yves.
Jednego nie można było mu odmówić – był przystojny. Dobrze umięśniony i wysoki, miał brązowe włosy i czarne oczy, które miały w sobie coś drapieżnego. Isabeau wystarczył jeden rzut oka, żeby się przekonać, że pełnia była dopiero co – skóra wilkołaka wciąż była chorobliwie blada i naciągnięta. Przemiany zawsze były męczące, nawet jeśli dzieci księżyca w życiu nie przyznałyby się do tego, że to istne przekleństwo, które nad nimi ciąży. A przynajmniej ta przeważająca większość, którą reprezentowali między innymi Yves i jego podwładni.
Zmrużyła gniewnie oczy, ale wilkołak nic sobie z tego nie zrobił. Przynajmniej przestał się śmiać, ale złośliwy uśmiech nie znikał z jego twarzy, kiedy spacerowym i denerwująco pewnym krokiem, ruszył przez salon.
– O wilku mowa – mruknęła Beau, zerkając wymownie na Carlisle'a.
Ironiczny wydźwięk tych słów jedynie jeszcze bardziej rozbawił wilkołaka.
– Jak zwykle wkurzająca jak diabli – zauważył, przystając w odległości wystarczającej, żeby być poza zasięgiem rąk Isabeau. Nie dlatego, że jej się bał, ale raczej nie chcąc pokusić się o uderzenie jej, gdyby jednak wytrąciła go z równowagi. Bał się konsekwencji, bo skrzywdziłby ją pewnie z prawdziwą przyjemnością. – Miło cię znów widzieć, Isabeau – powiedział z takim naciskiem, że jasne było, jak w rzeczywistości prezentują się jego uczucia.
Isabeau uśmiechnęła się słodko.
– Jak zwykle odpychający – odgryzła się. Spojrzała mu w oczy bez ani cienia lęku. – Miło mi cię... A nie, czekaj. Co ja wygaduję? Jednak nie – zreflektowała się. Zauważyła złośliwy błysk w jego oczach i to ją usatysfakcjonowało. – Nie mam w zwyczaju kłamać.
Spojrzał na nią tak, jakby zamierzał zapytać, czy jest poważna, ale ostatecznie się powstrzymał. Niemal znudzonym wzrokiem rozglądał się po pomieszczeniu.
– Niegrzecznie też jest wchodzić do cudzego domu bez zaproszenia – dodała, zakładając ręce na piersi.
Jego przybycie ją zdenerwowało, to jak wydawał się panoszyć po domu również. Wiedział o tym doskonale i prawdopodobnie właśnie dlatego starał się zachowywać tak, jakby był u siebie.
Patrząc jej w oczy, niemal w bezczelny sposób rozsiadł się na najbliższym fotelu.
– Czyżbyś mnie wyganiała? – zapytał, unosząc brwi. – Gdyby Allegra słyszała, prawdopodobnie umarłaby ze wstydu. Chyba dobre wychowanie jest podstawą czegoś tam, co podobno sobą reprezentujecie – zauważył, wpatrując się w sufit.
Kłamał jak z nut, dlatego nawet się nie przejęła. Jeśli był ktoś równie specyficzny i zdystansowany w swoim zachowaniu, była to właśnie Allegra. I jeśli coś miałoby ją poruszyć, to chyba bardziej obecność wilkołaka w jej salonie.
– Reprezentuję sobą dokładnie to, co powinnam reprezentować – odparła chłodno. Podeszła do fotela i stanąwszy tuż za nim, oparła obie dłonie na oparciu, po czym spojrzała na Yves'a z góry. – A teraz, jeśli łaska, wynoś się z mojego domu. Bardzo korci mnie, żeby skręcić ci kark, dlatego zrób coś dla siebie i rusz szanowne cztery litery, póki jeszcze się nie zdecydowałam – doradziła.
Jego oczy pociemniały, chociaż dawało się to być niemożliwe. Przez moment patrzył się na jej odsłoniętą szyję, po czym przejechał językiem po wargach; od pełni nie minęło znów tak wiele czasu i wciąż miał w sobie więcej z wilka niż z człowieka, dlatego mogła się założyć, że najchętniej zatopiłby zęby w jej gardle.
Nie odsunęła się jednak, nawet wtedy, gdy poczuła jego obrzydliwy oddech.
– A czymże to znów podpadłem ulubienicy dworu, hm? – zapytał. Zazgrzytała zębami, po czym przelotnie zerknęła na Carlisle'a, ale ten jedynie obserwował sytuację, zaniepokojony.
– Zgadnij – syknęła, po czym odepchnęła się i odeszła, wracając pod okno.
Znów poczuła to, co wtedy, kiedy Riley i Derek zaatakowali ją i Cullenów w tunelu – coraz silniejszą złość nad którą nie potrafiła zapanować. Zacisnęła powieki, przerażona tym, że wszystko znów zaczynało emitować czerwoną poświatę, która jednoznacznie dawała do zrozumienia, że w każdej chwili możliwy jest wybuch.
Zacisnęła obie dłonie na parapecie; mięśnie jej drżały, poza tym mogłaby przysiąc, że szyby w oknach delikatnie dygotały. Czuła moc, chociaż jej nie przywoływała i właściwie nie było powodu do tego, żeby jej użyła.
Czuła, że Yves obserwuje ją z satysfakcją.
Wybawienie przyszło samo; usłyszała kroki w korytarzu i miarowe bicie ludzkiego serca. Uniosła powieki i odwróciła się, żeby spojrzeć na uczepioną ręki Esme Sunny. Obie najwyraźniej usłyszały głosy i przyszły sprawdzić, co się dzieje.
– No, no... – Yves zacmokał z dezaprobatą na widok dziewczynki. Mała zadrżała i pośpiesznie schowała się za Esme. – Czyżby prezent się nie spodobał? Jeśli coś jest z nią nie tak, zawsze mogę dopilnować, żeby lepiej się sprawowała – zapewnił.
Isabeau warknęła.
– Ona nie jest rzeczą, tylko dzieckiem! – naskoczyła na niego. – Co za bzdur jej naopowiadałeś? Jest pod moją opieką i nie wiem w ogóle, jakim prawem jej cokolwiek rozkazałeś! – wysyczała, po czym zacisnęła usta w wąską linijkę.
Yves podniósł się niemal z gracją.
– To – powiedział z naciskiem, spoglądając pogardliwie w stronę drzwi – jest dla mnie niewiele więcej warte od zwierzęcia. Powinno się cieszyć, że w ogóle może cokolwiek dla nas zrobić i wciąż żyje. Poza tym, po co brać sobie niewolnika, skoro właściwie nie ma się z niego żadnego pożytku? – zapytał, odwracając wzrok od Sunny, jakby sam jej widok go brzydził.
Nie zwracał nawet uwagi na Cullenów, zachowując się tak, jakby prócz Isabeau w pokoju nie było nikogo innego. Isabeau wiedziała dlaczego – dostrzegł ich złote oczy i wiedział, co to oznacza. Darząc tak wielką nienawiścią ludzi, nic dziwnego, że nie uznawał tych, którzy próbowali się do nich upodobnić. Z nią samą zadawał się chyba jedynie dla sportu i dlatego, że miała jakiekolwiek znaczenie w tym pożałowania godnym mieście.
– Dość! – wrzasnęła z taką złością, że sama nie poznała swojego głosu; Sunny wyrwał się cichy pisk, chociaż prawie nie była tego świadoma.
Jej złość nagle sięgnęła apogeum i już nie miała nad nią żadnej kontroli. Wszystko dosłownie zapłonęły na czerwono, a potem stało się coś, czego z pewnością nie byłaby w stanie przewidzieć.
Dom zadrżał w posadach, jakby zaraz miał się zawalić, chociaż solidna konstrukcja z pewnością nie miała na to pozwolić. Kilka ozdobnych drobiazgów i wiekowa porcelana na jednym z zakurzonych kredensów, pospadało na podłogę i z hukiem rozbiło się na drobne kawałeczki. Jednocześnie poczuła, jak wszystkie odczuwanej do tej pory emocje, uchodzą z niej pod postacią niszczycielskiego wybuchu mocy, która rozeszła się promieniście na wszystkie strony.
Uderzenie mocy powaliło wszystkich z wyjątkiem Isabeau. Najmocniej oberwał Yves – wywrócił się razem z fotelem, właściwie robią fikołka w tył i zostając przez mebel przygniecionym. Z warknięciem zerwał się na równe nogi; jego oczy pałały gniewem.
Okno za Isabeau dosłownie eksplodowało. Odskoczyła i zasłoniła się ramionami, kiedy grad odłamków posypał się do środka. Czuła krew, chociaż wciąż była zbyt oszołomiona, żeby poczuć ból. Drżąc, uniosła głowę, żeby spojrzeć na wilkołaka.
Złość, którą odczuwała, minęła równie szybko, co się pojawiła. Drżenie ustało; w powietrzu było czuć jedynie charakterystyczny powiew świeżości, przypominający ozon po burzy – oczywisty znak, że ktoś użył mocy.
Yves wstał i zrobił kilka kroków w jej stronę.
– Ty durna czarownico! – naskoczył na nią. Spodziewał się wielu reakcji, ale nie czegoś takiego. Sama Isabeau była oszołomiona i ledwo trzymała się na nogach; użycie mocy całkowicie wytrąciło ją z równowagi. – Wydaje ci się, że jesteś nietykalna? Zobaczysz, prędzej czy później moja cierpliwość się skończy, a wtedy nawet cała armia znajomych ci nie pomoże – syknął.
Zacisnął dłonie w pięści i przez moment obawiała się, że zaraz wywiąże się walka, ale ostatecznie Yves się powstrzymał. Spojrzał na nią gniewnie, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia, potykając się o porozrzucane rzeczy i rozrzucając wszystko dookoła.
Nagle zatrzymał się i na moment obejrzał na Isabeau.
– Przyszedłem tutaj jedynie po to, żeby ci powiedzieć, że Dimitr chce cię widzieć jutro o świcie – wyrzucił z siebie, wyraźnie poirytowany tym, że na domiar złego musi spełniać funkcję posłańca.
Zmierzył ją jeszcze wzrokiem, po czym przepchnął się w drzwiach obok Esme i zapłakanej Sunny i w końcu zniknął im z oczu.
Isabeau z westchnieniem spuściła głowę, a potem wyczerpana opadła na kolana.

Siedzieli wszyscy w kuchni, bo ta wydawała się być nienaruszona. Sunny spała na kolanach Esme, owinięta w jakiś koc i względnie spokojna; mieszkała w Mieście Nocy na tyle długo, że zdążyła się do pewnych rzeczy przyzwyczaić i udało się ją stosunkowo szybko uspokoić.
Isabeau siedziała, niemal niewidzącym wzrokiem wpatrując się w Carlisle'a, który próbował usunąć odłamki szkła z ranek na jej ramionach. W domu nie było żadnych opatrunków, poza tym te raczej nie były potrzebne; jeśli tylko rozcięcia byłyby czyste, udałoby się jej je zasklepić już dawno. Nie potrzebne było również nic, czym można byłoby jej odkazić i chociaż doktor doskonale to rozumiał, wiedziała, że i tak czuje się nieprzygotowany.
Wciąż drżała ze złości na samo wspomnienie tego, co się wydarzyło. Nie miała pojęcia, dlaczego tak łatwo straciła nad sobą panowanie ani jakim cudem udało jej się wyzwolić moc, która była zdolna wywołać małe trzęsienie ziemi, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Tym bardziej, że w przypadku tego drugiego nasuwała się oczywista odpowiedź – to ciąża podwajała jej zdolności, chociaż Isabeau nie sądziła, że aż do tego stopnia.
Przerażające było to, że moc wymykała jej się spod kontroli. Jak wcześniej miała problemy, żeby użyć ją w najbardziej prowizoryczny sposób, tak teraz nawet drobne czynności sprawiały, że była niebezpieczna dla otoczenia. Zorientowała się już, kiedy przypadkiem wywołała gejzer, chociaż jedynie chciała się rozgrzać, ale żeby aż zdemolować dom i to przez takiego idiotę jakim był Yves?
Poczuła ból w ramieniu i syknęła zaskoczona. Carlisle machinalnie ją przytrzymał, żeby się nie ruszała i spojrzał na nią przepraszająco.
– Przepraszam. Ten jest trochę głębiej i muszę go wyjąć – usprawiedliwił się, zwracając się do niej z łagodnością, którą zwykle rezerwował dla Nessie.
Machnęła wolną ręką, dając mu do zrozumienia, że ból jest jej obojętny – po prostu zamyśliła się i trochę ją zdezorientował. Wbiła wzrok w blat stołu, gdzie już znajdowało się kilka pokrwawionych odłamków szkła i westchnęła nieco poirytowana. Sama byłaby w stanie się opatrzyć, gdyby tylko nie czuła się taka wyczerpana i nie bała się, że przypadkiem znów coś zniszczy.
– To był właśnie Yves – skrzywiła się. Postanowiła przerwać ciszę, bo ta zaczynała doprowadzać ją do szaleństwa. – Nie przepadamy za sobą – dodała szeptem, żeby nie ryzykować, że obudzi Sunny.
– Właśnie widzę. – Carlisle aż się uśmiechnął, słysząc to niedopowiedzenie. To tak, jakby stwierdziła, że Edward bywa trochę nadopiekuńczy. – Dobrze się czujesz? – zapytał dla pewności. Oczywiste było, że nie chodzi mu wyłącznie o jej stan fizyczny, ale przede wszystkim psychikę.
Wydęła usta.
– Jak ktoś, kto dwukrotnie dostał szału przez dzieci księżyca – mruknęła nieco rozdrażnionym tonem. – Że też Dimitr nie mógł sobie znaleźć innego posłańca! – wybuchła, unosząc głos, zanim zdążyła się zastanowić, co robi.
– Cii... – upomniała ją Esme i spojrzała pośpiesznie na Sunny, ale ta spała tak głęboko, że nawet się nie poruszyła. – Beau, ciszej... – poprosiła wampirzyca, przeczesując palcami złociste loki dziewczynki, którą najwyraźniej zdążyła już pokochać.
Wywróciła oczami, po czym skorzystała z tego, że Carlisle najwyraźniej skończył i przyciągnęła ręce do siebie, obserwując rozcięcia. Już nie krwawiły, ostatecznie doszła więc do wniosku, że może je zostawić i czekać, aż same się zagoją. Użycie mocy nagle wydało się czymś niebezpiecznym, nawet jeśli przyśpieszała gojenie takich drobnych skaleczeń już niejednokrotnie.
Carlisle krótko na nią spojrzał, ale nawet jeśli zamierzał coś zaproponować, ostatecznie z tego zrezygnował. W zamian postanowił się skupić na kimś innym.
– Kim właściwie jest Dimitr? – zapytał.
Isabeau spodziewała się, że w końcu będzie musiała o nim wspomnieć, dlatego niezbyt długo zastanawiała się nad odpowiedzią.
– Dimitr jest tutaj najważniejszy. Oficjalnie nie mamy króla, ale od biedy można stwierdzić, że spełnia tutaj taką właśnie rolę. To wampir, nieuzdolniony i stosunkowo młody, ale przy tym ma tak niezwykłe zdolności przywódcze i jest na tyle sprytny, że to właściwie rekompensuje wszystko inne. – Wsparła głowę na dłoniach. – Symbol róży do herb dworu. Dimitr i jego harem, mieszkańcy Niebiańskiej Rezydencji, jak zaczęliśmy to miejsce nazywać. Sami zobaczycie dlaczego – zapowiedziała.
– Isabeau... – Carlisle spojrzał na nią z wahaniem. – Nie mamy na to czasu. Nie zapominają, po co tutaj jesteśmy – powiedział, próbując jakoś delikatnie zwrócić jej uwagę na to, że to nie jest wycieczka krajoznawcza.
Jakby w ogóle mogła zapomnieć!
– Przecież wiem – zirytowała się. Wyprostowała się na krześle i dla odmiany zaplotła obie ręce na piersi, nie zważając na ranki. – Myślę o tym cały czas. To, że Dimitr sam mnie zaprosił, wszystko ułatwia, bo i tak ubiegałabym o spotkanie. To mój... To mój przyjaciel – dodała, wahając się przy końcu. Nawet jeśli to zauważyli, nie dali tego po sobie poznać. – Jest jedna osoba, która może nam pomóc, ale nie mam pojęcia, czy wciąż jest w miesicie i gdzie powinnam jej szukać. Dimitr będzie wiedział – wyjaśniła dobitnie, ale wzrokiem uciekała gdzieś w bok.
A więc Dimitr ją zaprosił, kiedy tylko dowiedział się, że wróciła do miasta. Jednocześnie bała się i cieszyła na to spotkanie, sądziła bowiem, że wampir ma jej za złe to, że odeszła... Miał naprawdę wiele powodów, żeby się na nią wściekać i być może nawet nie chcieć jej znać. To, że jednak sam wyszedł z inicjatywą spotkania, było naprawdę dobrym znakiem.
Nie zmieniało to jednak faktu, że sama myśl o spotkaniu przyprawiała ją o mdłości. Nie miała pojęcia, czego się może spodziewać – nie tylko po Dimitrze, ale po sobie samej. W końcu kiedyś, dawno, było między nimi coś...
Nigdy tak prawdziwie nie kochała, a przynajmniej przekonywała samą siebie, że nie jest do tego zdolna. Dlaczego więc zawsze przy Dimitrze była boleśnie świadoma tego, że prawdopodobnie oszukuje samą siebie?
Podniosła się gwałtownie, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że w ogóle wykonała jakikolwiek ruch. Carlisle i Esme spojrzeli na nią pytająco, nieco zaniepokojeni.
Zarumieniła się.
– Ja... Wybaczcie, ale jestem zmęczona. Jutro o świcie pójdziemy do Dimitra, a do tego czasu chciałabym jedynie odrobiny spokoju. Jakby co, dom jest do waszej dyspozycji – powiedziała bezbarwnym głosem, po czym jak gdyby nigdy nic wyszła z kuchni.
W tym momencie chciała być jak najdalej stąd.
Renesmee
Otworzyłam oczy i natychmiast rozejrzałam się dookoła. Gabriel siedział na parapecie, beznamiętnym wzrokiem wpatrując się w okno. W pokoju było ciemno i mimo problemów z koncentracją, uświadomiłam sobie, że ukochany wpatruje się w gwiazdy.
Odchrząknęłam, chcąc być w stanie cokolwiek powiedzieć. Gabriel momentalnie spojrzał w moją stronę; jego twarz w końcu stała się chociaż odrobinę bardziej ludzka, wciąż jednak trudno było ją nazwać normalną. Niepokój nie opuszczał jego spojrzenia już ani na moment, zwłaszcza teraz, kiedy powierzył wszystko Isabeau.
– Dobry wieczór, moje kochanie – przywitał mnie szeptem, wracając do łóżka na którym leżałam. Usiadł na nim ostrożnie, żeby przypadkiem nie obudzić wciąż pogrążonej we śnie Alessi. – Wszystko w porządku? – zapytał mnie, od razu pomagając mi się podnieść, żebym mogła napić się wody.
Potrzebowałam chwili, żeby odpowiedzieć.
– Jest w porządku – zapewniłam.
To było już niemal wyuczone. Gabriel unikał bezpośredniego pytania o samopoczucie, doskonale wiedząc, że mam go dość, ja zaś w odpowiedzi zawsze próbowałam mówić coś, co będzie jednocześnie prawdziwe i uspokajające. Teraz chociażby mogłam stwierdzić, że jest w porządku, bo chociaż wciąż było mi strasznie słabo, jednocześnie nie miałam problemów z oddychaniem, co było dobre.
Pokiwał głową, po czym nachylił się, żeby mnie pocałować; jedynie krótko musnął wargami moje usta i zaraz nachylił się nad Alessią, żeby pogłaskać ją po policzku. Mała bywała przytomna chyba jeszcze rzadziej niż ja, co i mnie niepokoiło.
Spojrzałam na zmartwioną twarz Gabriela i westchnęłam cicho.
– Żałujesz, że też nie pojechałeś – stwierdziłam, wtulając się w niego, kiedy tylko ułożył się obok mnie.
Odgarnął mi włosy z twarzy, po czym ucałował w czoło. Przynajmniej na trochę przestał mnie męczyć, próbując układać mi na czole zawiniątka z lodem, chociaż doskonale wiedziałam, że kiedy tylko zasnę, okład od razu się pojawi.
– Nie żałuję, skoro mogę się tobą opiekować – zaprotestował. – Po prostu niepokoi mnie to, że: primo, nie ma przy was lekarza, a secundo, że wszystko zależy od mojej siostry. Może to głupie, ale nie mogę zapomnieć, że raz już omal cię z jej winy nie straciłem – przyznał, niechętnie wspominając o porwaniu przez telepatów.
Przytuliłam się do niego mocniej, żeby go uspokoić. To było trochę samolubne, że za wszelką cenę byłam gotowa zatrzymać Gabriela przy sobie, ale jak mogłabym pozwolić mu gdziekolwiek pójść? Tym bardziej, że nie było żadnej pewności, że istnieje jakiekolwiek lekarstwo; nie miałam pojęcia ile czasu razem nam pozostało, dlatego zamierzałam wykorzystać każdą sekundę.
– Przepraszam – mruknęłam nieco sennie i rozkaszlałam się, chociaż starałam się to jakoś powstrzymać. Nie chciałam dodawać Gabrielowi powodów do zmartwień.
Spojrzał na mnie tym swoim zatroskanym wzrokiem.
– Ale za co? Za co, najdroższa? – zapytał czule, zamykając mnie w swoich objęciach. – Przecież tutaj nigdzie nie ma twojej winy – przypomniał mi stanowczo.
Twojej też nie, pomyślałam natychmiast i mimo osłabienia, spróbowałam wykorzystać dar. Pierwszy raz od dawna musiałam skorzystać z dotyku, żeby przekazać jakąkolwiek myśl, a i to wydało się dziwnie trudne.
Gabriel spojrzał na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a ja omal nie westchnęłam. Jak wielkim masochistą trzeba być, żeby zaczynać obwiniać się o chorobę?
– To nie masochizm. To miłość – poprawił mnie. – I nie obwiniam się o to, że jesteś chora, ale o bezczynne siedzenie. O to, że nie mogę nic dla ciebie i dla małej zrobić – skrzywił się. – Sama nawet nie wiesz, jakie to frustrujące.
– Obawiam się, że wiem – przyznałam.
W jego oczach pojawiło się zrozumienie, kiedy zauważył, jak zerkam na Alessię. Cały czas wyrywałam się do tego, żeby zajmować się małą, chociaż sama też potrzebowałam opieki. To, że nie mogłam nic dla córeczki zrobić, doprowadzało mnie do szału.
Gabriel spojrzał na mnie, a potem jego usta znów odnalazły drogę do moich ust. Przywarłam do niego mocno, po czym pocałowałam go z takim uczuciem i intensywnością na jakie było mnie w tym momencie stać. Nie obchodziło mnie, jak wiele energii będzie mnie to kosztowało – liczył się sam fakt tego, że byliśmy tak blisko.
A ja chociaż przez chwilę poczułam się lepiej.

1 komentarz:

  1. Wybacz, że długo nie komentowałam, ale ostatnio nie mam na nic czasu, ani chęci.
    Szczerze mówiąc, to bardziej podobają mi się rozdziały z perspektywy Beau, niżeli Nessie. Nie wiem czemu, chyba dlatego, że wydaje mi się ona nieco zbyt idealna. Isabeau jest moją ulubioną postacią od początku "Północy".
    Dlaczego Isę nazywają kapłanką? Nie mam pojęcia, o co może chodzić, dlatego czekam na dalsze rozdziały, może coś tam rozjaśnisz i czegoś sie domyślę.
    Bardzo podoba mi się miejsce, w którym są teraz Cullenowie wraz z Beau. Takie inne od reszty opowiadań. ^^
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa