16.01.2013

Sto czterdzieści trzy


Renesmee
Nadmiar doznań i ból, który zdawał się emitować z każdej komórki mojego ciała, dosłownie mnie poraziły. Otworzyłam oczy i machinalnie chciałam nabrać powietrza do płuc, kiedy uświadomiłam sobie, że coś zalega mi w gardle. Zdezorientowana spróbowałam rozejrzeć się dookoła i zamarłam, próbując jakoś zapanować nad plątaniną myśli; kręciło mi się w głowie, dlatego dopiero po kilku chwilach uporządkowałam sobie wszystko.
Respirator? Nie byłam pewna, czy to odkrycie bardziej mnie zdziwiło czy raczej przestraszyło. Przez moment nie miało to dla mnie sensu, po chwili jednak przypomniałam sobie, jak Gabriel tłumaczył mi, że Isabeau uprosiła Michaela o zorganizowanie kilku rzeczy, który mogły się przydać, gdyby coś poszło nie tak. Zaczynałam się wręcz zastanawiać, czy siostra Gabriela drugi raz przypadkiem nie widziała, jak umieram, nie miałam jednak teraz siły i chęci, żeby się nad tym zastanawiać; najważniejsze było to, że w końcu się obudziłam.
Dłuższa chwila minęła, zanim moje tęczówki przywykły do słabego światła lampki, która paliła się w pokoju. Starając się ignorować rurkę w gardle, która zaczynała przyprawiać mnie od odruch wymiotny i atak paniki, w miarę możliwości rozejrzałam się dookoła, próbując pewne rzeczy ustalić. Po pierwsze, z pewnością już nie byłam w pokoju, który posłużył za salę porodową; leżałam w swoim łóżku, w swoim pokoju, co odpowiadało mi bardziej niż stół operacyjny. Po drugie, z pewnością już nie płonęłam; wszystko mnie bolało, ale było to jedynie echem cierpienia, które spowodował jad – dokładnie tak, jak po ataku Jane.
Gabriel miał rację – nie czułam się jak wampir, poza tym moje serce biło, co potwierdzało ciche, ale irytujące pikanie innej maszyny, którą zorganizował Michael. Swoją drogą, Isabeau musiała być naprawdę przekonująca, skoro skłoniła go do tego, żeby zdobył te wszystkie rzeczy. Przy najbliższej okazji musiałam podziękować jej albo samemu zainteresowanemu – temu drugiemu po raz kolejny, bo chociaż przez niego wylądowałam w przeszłości, już któryś raz z kolei zawdzięczałam mu to, że udało mi się wybrnąć z opresji. Pojawiał się i znikał, za każdym razem bez ostrzeżenia – irytujące, ale naprawdę dużo mu zawdzięczałam.
Przestałam o tym myśleć, przypominając sobie rozmowę z Gabrielem, zanim zostałam brutalnie wyrwana ze snu i zmuszona do przebudzenia się. Alessia. Tak, teraz najważniejsze było to, żebym zobaczyła ją jak najszybciej i zrobiła... No, po prostu zrobiła cokolwiek, co mogłoby jej pomóc, nawet jeśli nie miałam pojęcia co. Carlisle wydawał się być bezsilny, więc co dopiero mówić o mnie, ale naprawdę mnie to nie obchodziło. Musiałam coś zrobić, byleby pomóc małej – co prawda jeszcze nie wymyśliłam żadnego sposobu na to, żeby rozwiązać ten problem, ale to nie było istotne. Teraz jedynie chciałam ją zobaczyć.
Chciałam kogoś zawołać, ale rurka, która do tej pory pomagała mi oddychać, utrudniała mi wydobycie z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Jęknęłam w duchu, zaraz jednak wzięłam się w garść, bo przecież nie byłam całkowicie bezsilna. Miałam przynajmniej nadzieję, że znajdę w sobie dość siły, żeby zdołać przekazać swój telepatyczny krzyk Gabrielowi albo że przynajmniej tata usłyszy moje myśli, zanim jednak zdążyłam cokolwiek zrobić, zorientowałam się, że nie jestem sama.
Gabriel wspominał, że nie może przy mnie siedzieć tyle, ile by chciał i że równie często opiekuje się mną Carlisle, skoro nie mieli pojęcia, czego się po moim stanie spodziewać, ale wcześniej po prostu nie zauważyłam stojącego przy oknie doktora. Unikałam patrzenia w tamtym kierunku, bo światło drażniło moje przywykłe do ciemności tęczówki, a jakby nie patrzeć, anemiczne światło poranka było mimo wszystko dość jasne, by mnie drażnić.
Teraz jednak już nie miałam problemu z rozglądaniem się dookoła i niejako ulżyło mi, kiedy zobaczyłam dziadka, chociaż ten jeszcze nie zorientował się, że jestem przytomna – wyglądał na zewnątrz, więc nie patrzył na mnie. Jeszcze bardziej podirytowana rurką w gardle, spróbowałam odchrząknąć; w efekcie po prostu się zakrztusiłam i zaczęłam kaszleć, efekt jednak był taki sam, bo zwróciłam na siebie uwagę i wampir w ułamku sekundy znalazł się przy mnie.
– Już, już, Nessie. Za chwilę to wyjmiemy – obiecał z wyraźną ulgą, dobrze wiedząc, że jest mi niewygodnie. Kiedy w końcu mogłam samodzielnie oddychać, w pierwszej chwili rozkaszlałam się jeszcze bardziej; nabrałam haust powietrza i po prostu mnie zemdliło, jakoś jednak nad tym zapanowałam, bo po prostu nie miałam czym zwymiotować. – Jak się czujesz, skarbie? Nie wiesz nawet, jak się martwiliśmy – powiedział zmartwiony, sprawdzając wyniki na tych wszystkich monitorach do których byłam podłączona.
– Gabriel mi powiedział – przyznałam i skrzywiłam się; głos miałam w opłakanym stanie, słaby i zachrypnięty. – Co to właściwie miało być? Isabeau ma rację, to niczyja wina – zaczęłam, zamierzając zapewnić go, że nie mam mu niczego za złe, póki pamiętałam, musiałam jednak urwać, żeby złapać oddech.
– Gabriel ci powiedział? – powtórzył zaskoczony, zaraz jednak chyba zorientował się, co mam na myśli. – Ach... Dlaczego to mnie nawet nie dziwi?
– Nieważne, zresztą. Istotne, że gdyby nie jad, wcale... – Nie skończyłam, bo zupełnie niepotrzebnie spróbowałam usiąść i jęknęłam z bólu. – Nic mi nie jest. Co z Alessią? Co z moją córką? – zapytałam, nagle zaczynając panikować.
– Leż, Nessie. Przynajmniej tyle zrób dla mnie i nie próbuj się ruszać – upomniał mnie pośpiesznie, zaciskając dłonie na moich ramionach i zmuszając mnie do tego, żebym znowu opadła na poduszkę. – Żyjesz, ale nie zmienia to faktu, że właściwie nie wiedzieliśmy, co się stanie, kiedy podałem ci jad. Wczoraj już sam nie wiedziałem, co powinienem zrobić, skoro przemiana nie dawała żadnych efektów. Wcześniej omal nie umarłaś...
– Tak, tak. Dwa razy – przerwałam zniecierpliwiona. Doktor westchnął, chyba odrobinę podirytowany gadatliwością Gabriela. – Nie rozumiem. Nie jestem wampirem? – zapytałam, chociaż gdybym była w pełni nieśmiertelną z pewnością nic by mnie nie bolało.
Carlisle'owi chyba odpowiadało, że jak na razie mógł uniknąć tematu Alessi i tego, czy powinien się obwiniać. Zanim odpowiedział, sprawdził kroplówkę do której byłam podłączona i chyba coś mi podał, bo ból stał się zdecydowanie bardziej znośny; poczułam się lepiej.
– Sam nie wiem, co o tym myśleć. Jedynym plusem jest to, że jad z pewnością cię uzdrowił. Nie ma nawet śladu po ranie na szyi, a przecież to jedyna substancja, która w pozostawia blizny – wyjaśnił w zamyśleniu. – Może to jakiś system obronny twojego organizmu. Jesteś w połowie nieśmiertelna, więc twoja wampirza natura zneutralizowała jad do tego stopnia, że uleczył fizyczne obrażenia, ale nie zniszczył tego, co upodabniało cię do człowieka. To ciekawe – przyznał; teraz, kiedy miał pewność, że jestem cała, mógł skupić się na bardziej naukowej części tego, co się ze mną działo.
Nie mogłam stwierdzić, że żałuję, że nie jestem wampirem. Oczywiście, brałam pod uwagę, że tak to się może skończyć, ale perspektywa bycia w pełni nieśmiertelną mnie przerażała. To, że mogłam uniknąć stania się żądną krwi wampirzycą było warte nawet tego, żeby pocierpieć.
Miałam wrócić do tematu Alessi, kiedy doszedł nad jakiś hałas na korytarzu, a potem Gabriel wpadł do pokoju tak bardzo rozemocjonowany, że wcale nie zdziwiłabym się, gdyby przypadkowo wyważył drzwi do pokoju. Zamarł na chwilę, kiedy nasze spojrzenia się spotkały i przekonał się, że naprawdę się obudziłam, po chwili jednak dopadł do mojego łóżka. Carlisle usunął się, żeby zrobić mu miejsce, Gabriel chyba tego jednak nawet nie zauważył.
– Nigdy więcej... Nigdy... Co to, do cholery, było? – wykrztusił w końcu, a ja podświadomie wyczułam, że chodzi mu o to, w jaki sposób zniknęłam. – Omal nie dostałem zawału!
Uśmiechnęłam się i wydało mi się, że wszyło mi to całkiem dobrze.
– Spadłam z nieba – odparłam po prostu. – Tyle razy przyrównywałeś mnie do anioła. Teraz przynajmniej będzie w tym chociaż odrobinę prawdy – stwierdziłam, czując, że rozpływam się pod jego spojrzeniem.
– Bardzo śmieszne – skrzywił się. – A niech cię, dziewczyno. Zanim cię poznałem, wydawało mi się, że o mocy wiem już wszystko.
Uniosłam brwi; nawet to zabolało, jakoś jednak powstrzymałam grymas, bo Gabriel już i tak był wystarczająco zdenerwowany.
– Mam przez to rozumiesz, że żałujesz, że mnie spotkałeś? – zapytałam prowokacyjnym tonem. – Jeśli tak, droga wolna. Twoje samotne, uporządkowane życie czeka...
Nie zdołałam dodać ani słowa więcej, bo przerwał mi pocałunkiem. Na moment zapomniałam o bólu, kiedy jego usta odnalazły drogę do moich – pierwszy pocałunek od momentu, kiedy odzyskałam świadomość, o niebo lepszy od tego, w świecie snów. Udało mi się objąć go ramionami za szyję i nawet lekko uniosłam biodra, żeby być bliżej, Gabriel jednak oprzytomniał i delikatnie acz stanowczo odsunął mnie od siebie, zmuszając, żebym się położyła.
Oboje dyszeliśmy ciężko. Usta miałam spuchnięte od pocałunków, zaraz też poczułam się speszona tym, że Carlisle był świadkiem naszej wylewności. Nie miałam nic przeciwko okazywania uczuć publicznie, ale to wychodziło mimo wszystko poza pewne granice. Jakby tego było mało, poczułam ogień pożądania, co było dziwne, bo tak obolała nie powinnam była marzyć o niczym innym, prócz odpoczynku.
– Moje śliczne kochanie, następnym razem... – zaczął, ale postanowiłam mu przerwać:
– Następnym razem rodzę naturalnie. Koniec. Kropka – oświadczyłam pod wpływem impulsu i roześmiałam się, widząc minę Gabriela i dziadka. Nie dziwiło mnie, że teraz mieli drżeć na połączenie mojego imienia ze słowem „ciąża”. – Albo zawsze możemy zostać przy dwójce – zapewniłam, żeby ich uspokoić. Raptownie też spoważniałam. – Co z Alessią?
Carlisle spojrzał na Gabriela z niejaką naganą, co chyba znaczyło, że o stanie małej zamierzał mi powiedzieć dopiero wtedy, kiedy będę w lepszej formie. Ja jednak byłam wdzięczna ukochanemu, że był ze mną szczery, miałam bowiem prawo wiedzieć, co dzieje się z moim dzieckiem. Rozumiałam „dobro pacjenta” i tym podobne, ale nie chciałam, żeby coś tak istotne było przede mną ukrywane.
– Dopiero co byłem u małej – zapewnił mnie Gabriel. – Ali śpi – dodał, ale po sposobie w jaki zacisnął usta jasne było, że wcale nie jest lepiej. Żyła, co było najistotniejsze, ale w każdej chwili mogło stać się coś, czego żadne z nas by sobie nie wybaczyło. – Damien jest z Esme i Isabeau. Obie go rozpieszczają, ale on wie, że coś jest nie tak. Jest bystry, nawet nie wiesz jak, poza tym jest bardzo podobny do ciebie – powiedział, zmieniając temat; na jego ustach zamajaczył blady uśmiech.
– Wiem o tym. Zanim się zaczęło, miałam cię zawołać, bo we śnie zobaczyłam jego i Alessię. Małej udało się go przyprowadzić... – Raptownie urwałam. – Chcę ją zobaczyć.
Znów jedynie na siebie popatrzyli i wiedziałam już, że mi odmówią. Jasne, byłam słaba i na myśl o jakimkolwiek ruchu, chciało mi się płakać i ułożyć się do snu, tym razem jednak miałam motywację, żeby zrobić na przekór temu, co czułam. Zanim ktokolwiek zdążyłby mnie powstrzymać, jakimś cudem usiadłam i spojrzałam ostro na obu nieśmiertelnych.
– Dziadku, sam powiedziałeś, ze jad zagoił wszystkie rany. Jestem zmęczona, nie umierająca – przypomniałam, nie zamierzając odpuścić. – Chcę zobaczyć Alessię. Bo skąd mam mieć pewność, że to nie jest jedyna okazja, żebym to zrobiła? – zapytałam i tym samym trafiłam w sedno sprawy, bo Carlisle nie mógł mi dać gwarancji, że mała przeżyje.
Spojrzał na mnie bezradnie, po czym z westchnieniem uległ i zajął się odłączaniem mnie od całej aparatury, która do tej pory przytrzymywała mnie przy życiu.

Jedno mogłam powiedzieć o Alessi z całą pewnością – była równie śliczna, co wtedy, kiedy widziałam ją po raz ostatni. Przez dwa dni, które minęły od porodu, strasznie schudła i kiedy ją zobaczyłam, miałam wrażenie, że się spóźniłam i maleńka nie oddycha; dopiero kiedy jakimś cudem wyswobodziłam się z objęć trzymającego mnie na rękach Gabriela i z trudem dopadłam do inkubatora, w którym była mała, z ulgą odkryłam, że klatka piersiowa Ali unosi się nieznacznie, chociaż oddech miała słabiutki.
Przyłożyłam palce do szkła, które otaczało moją córeczkę i nagle po prostu się rozpłakałam, uświadamiając sobie swoją bezsilność. Zamarłam przy inkubatorze, wpatrując się w bladą twarz małej; ledwo trzymałam się na nogach i czułam się słabo, nie zamierzałam jednak ruszyć się z miejsca – Gabriel musiałby mnie chyba siłą zawlec z powrotem do łóżka. Nie zrobił tego, naturalnie,a po prostu podsunął mi krzesło. Opadłam na nie, nagle tracąc siły i nie będąc w stanie samej utrzymać pionu.
Boże, moja mała córeczka... Straciłam całe dwa dni, walcząc o przeżycie, podczas gdy ona powoli umierała z głodu! Czułam się okropnie, nie mogąc zrobić nic, żeby jej pomóc. Wydawała mi się taka drobna i krucha w inkubatorze, podłączona do czegoś, co chyba miało dać znać, gdyby nagle przestała oddychać albo jej serce stanęło. Nie byłam pewna – ledwo widziałam jej twarzyczkę, bo obraz cały czas rozmazywał mi się od łez, które napływały mi do oczu.
– Nie mogę jej przytulić, prawda? – zapytałam, obracając się w stronę Gabriela, który przez cały czas obserwował mnie w milczeniu.
– W inkubatorze jest bezpieczna – wyjaśnił mi łagodnie, podchodząc, żeby mnie objąć. – Kochanie, coś wymyślimy – zapewnił i chciał dodać coś jeszcze, ale uciszyłam go spojrzeniem.
– Proszę, nie składaj mi żadnym obietnic – upomniałam go. – Gabrielu, dobrze wiem, jak to wygląda. I wiem też, że jeśli coś się stanie, nigdy sobie nie wybaczysz, że złamałeś obietnicę. Dlatego proszę, nie pocieszaj mnie w ten sposób – ucięłam, spoglądając mu w oczy.
Westchnął, ale skinął głową i ucałował mnie w czoło. Przymknęłam oczy, chcąc chociaż na moment zapomnieć o tym, co dzieje się z Alessią i doznać ukojenia w ramionach ukochanego.
– Może przynajmniej obiecam ci, że się nie poddamy? – zaproponował cicho; na tę obietnicę mogłam się zgodzić, bo i ja za wszelką cenę zamierzałam jej dotrzymać. – A więc się nie poddamy – powiedział stanowczo.
– Nie poddamy – zgodziłam się, wyplątując z jego ramion i ponownie odwracając się w stronę inkubatora.
Dotknęłam palcami chłodnej szyby i w tym samym momencie Alessia się poruszyła. Chwilę później zatrzepotała powiekami i spojrzała wprost na mnie, swoimi czekoladowymi oczkami. Zamarłam – nie ja jedna zresztą, bo mała również patrzyła na mnie w taki sposób, że mogłabym przysiąc, że doskonale zdawała sobie sprawę kim jestem.
A potem wyciągnęła rączkę w stronę szyby, jakby chciała mnie dotknąć. W tamtym momencie serce mi omal nie pękło i się nie rozpłakałam, bo tak bardzo pragnęłam móc ją dotknąć; nie mogłam. Wolno było mi co najwyżej patrzeć, wyjęcie z inkubatora bowiem mogło być dla Alessi niebezpieczne. Chociaż zrobiłabym wszystko, byleby choć przez kilka minut móc potrzymać córeczkę na rękach, zdecydowanie ważniejsze było dla mnie jej życie, dlatego musiałam sobie tej przyjemności odmówić.
– Tak, słoneczko. Ja też cię pamiętam – zapewniłam ją cicho, starając się zapanować nad łzami. Może miała zaledwie dwa dni, ale wiedziałam dobrze, że pół-wampiry rozwijają się zdecydowanie szybciej. Poza tym nie była głupia, a ja nie chciałam pozwolić, żeby widziała, jak płaczę. – Pamiętam... – Odwróciłam się w stronę Gabriela. – Muszę stąd wyjść, proszę...
Spojrzał na mnie czule i bez wahania wziął mnie na ręce. Obejrzałam się jeszcze na moment na Alessię, żeby z ulgą przekonać się, że znów zasnęła. Może lepiej, nie miałam już takich wyrzutów, że ją zostawiam.
– Tak jest od jakiegoś czasu. Może lepiej, bo oszczędza siły – pocieszył mnie Gabriel. – Chcesz wrócić do łóżka, czy mam zabrać cię na dół? – zapytał. – Jeśli chciałabyś zobaczyć naszego synka...
– Oczywiście, że chcę – obruszyłam się, speszona tym, że nawet kilku minut nie poświęciłam na myślenie o Damienie. Jego siostra była chora, ale to niczego nie usprawiedliwiało; mały w końcu nie był winny temu, że Alessia nie przyjmowała krwi ani zwykłego jedzenia. – Aha, mógłbyś poprosić dziadka, żebym mogła się przenieść do sali porodowej? Mogę spać nawet na tym cholernym stole, jeśli dzięki temu będę bliżej małej – oświadczyłam, udając, że nie widzę jego pełnego zwątpienia spojrzenia.
Zgodził się, być może dla świętego spokoju, a mi ulżyło, bo jakby nie patrzeć, była to obietnica – jak nic miał jej dotrzymać. Jak na razie przestałam o tym myśleć, skupiając się przede wszystkim na tym, że muszę wyglądać na silną, kiedy już znajdziemy się w salonie. W końcu miałam zobaczyć Damiena i zamierzałam się z tego cieszyć – w końcu wcześniej cierpiałam przez to, że dziadek nie dał mi go zobaczyć.
W salonie byli wszyscy, ale prawie nie zwróciłam uwagę na swoich bliskich. Zmusiłam Gabriela, żeby pozwolił mi stanąć na nogi; wciąż byłam obolała, ale nie zupełnie o tym nie myślałam, wpatrzona w drobną istotkę, którą Esme trzymała na rękach.
Podobnie jak Alessia, Damien miał czekoladowe oczy, chociaż jego tęczówki bardziej przypominały te moje. Oczy małej dodatkowo otaczała ciemna obwódka, więc były bardziej czarne niż czekoladowe, mój synek jednak zdecydowanie odziedziczył kolor po mnie. Podobnie było z włosami, które miały miedziany odcień – dokładnie jak loki moje czy Edwarda. Rysy twarzy miał łagodne i tutaj również przeważały moje geny, chociaż idealny krój warg jak nic zawdzięczał swojemu ojcu.
– Nareszcie, Nessie. – Esme rozpromieniła się, kiedy zobaczyła, że jestem cała i zdrowa. – Martwiliśmy się o ciebie, kochanie.
Słyszałam jej słowa, ale jakoś nie potrafiłam się zmusić do tego, żeby się nimi przejąć albo cokolwiek odpowiedzieć. Podeszłam jeszcze bliżej, nie odrywając oczu od swojego synka.
– Mogę go potrzymać? – poprosiłam niemal natychmiast, kiedy znalazłam się na tyle blisko, że wystarczyło żebym wyciągnęła ręce, by móc dotknąć babci i chłopca, którego trzymała.
Jedynie się uśmiechnęła, bynajmniej nie dziwiąc się mojej niecierpliwości. Kiedy podała mi dziecko, przejęłam je z taką wprawą, jakbym robiła to wiele razy wcześniej. Początkowo bałam się, że jestem jeszcze zbyt słaba i przypadkiem go upuszczę albo zrobię mu krzywdę, kiedy jednak drobne ciałko zaciążyło mi w ramionach, wiedziałam już, że moje obawy są bezpodstawne.
Damien spojrzał na mnie z zaciekawieniem. Podobnie jak Alessia, doskonale wiedział kim jestem i wydawał się być zadowolony. Chociaż miał zaledwie dwa dni, nie miał większych problemów, żeby trzymać się prosto; wyglądał jakby miał już kilka miesięcy, chociaż ciężko było mi stwierdzić ile dokładniej. Jeśli chodziło o wygląd, nie był tak słabiutki i przeraźliwie słaby, jak jego bliźniaczka – z ulgą stwierdziłam, że przynajmniej on jest okazem zdrowia.
– Moje maleństwo... – rozczuliłam się, pozwalając, żeby synek wtulił policzek w zagłębienie mojej szyi. Zakołysałam nim delikatnie, czując się zaskakująco lekko, co zdarzyło mi się po raz pierwszy od momentu, w którym dowiedziałam się o złym stanie Alessi.
Wtedy poczułam ból. Jęknęłam zaskoczona i nieznacznie odsunęłam Damiena od swojej piersi, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że mały spróbował mnie ugryźć; jedynie zahaczył ząbkami o moją skórę, ale czułam, że to wystarczyło, żeby popłynęła krew. Byłam przyzwyczajona, że ktoś ze mnie pije, poza tym tak obolała, że prawie nic nie poczułam – mały po prostu mnie zaskoczył.
Słysząc mój jęk, momentalnie znaleźli się przy mnie niemal wszyscy – Gabriel, Edward i zaniepokojony Carlisle. Chwilę później podeszła do mnie również Esme; jedynie Isabeau ze znudzoną miną obserwowała nas z boku.
– Jest głodny – stwierdziła babcia, kiedy podobnie jak wszyscy zorientowała się, że nic się nie stało. – Daj mi go, Nessie. Nakarmię go – zadecydowała i chciała zabrać mi dziecko, ale cofnęłam się o krok.
– Nic się nie stało. Sama chcę to zrobić – zaprotestowałam, wzmacniając uścisk wokół Damiena i przyciskając go do piersi. – Przecież mama z chęcią cię nakarmi, skarbie – zagruchałam, a potem – najnaturalniej w świecie – przycisnęłam wargi do rudych włosów małego.
Esme jedynie się uśmiechnęła i skinęła głową. Pozostali również momentalnie się rozluźnili, Gabriel zaś natychmiast zaproponował, że pójdzie do kuchni po krew. Usiadłam na kanapie, bo mimo wszystko nie byłam jeszcze w szczytowej formie, czule spoglądając na ułożonego na moich kolanach Damiena.
Gabriel przyniósł mi butelkę, wypełnioną krwistym płynem. Kiedy byłam mała, musiałam mieć solidny kubek z czegoś, czego nie byłabym w stanie przegryźć, mój synek jednak najwyraźniej był jedynie zainteresowany zawartością naczynia, a nie smakiem gumowego smoczka czy plastiku. Z uśmiechem podsunęłam mu butelkę; radośnie otworzył buzię, po czym zaczął pić. O tak, Damien zdecydowanie nie miał problemów z przyswajaniem pokarmu.
Obserwując małego, miałam właśnie pomyśleć o tym, że jeszcze wszystko będzie dobrze, kiedy nagle na piętrze rozległ się przeraźliwy pisk aparatury, jednoznacznie świadczący o tym, że bardzo się pomyliłam.
A potem uświadomiłam sobie, że jedno malutkie serduszko właśnie się zatrzymało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa