16.01.2013

Sto czterdzieści


Renesmee
Powoli wracałam do siebie, chociaż bardzo nie chciałam się obudzić. Tym razem umysł nie był dla mnie łaskawy i aż nazbyt wyraźnie pamiętałam, co wstrząsnęło mną tak bardzo, że straciłam przytomność. Momentalnie zapragnęłam płakać i wić się z bólu, żądając, żeby ktoś natychmiast mnie zabił, byłam jednak tak wyczerpana, że z frustracją musiałam się pogodzić z tym, że w żaden sposób się nie poruszę.
Ale to może nawet lepiej. Nie byłam w stanie otworzyć oczu, co wcale mi nie przeszkadzało, chociaż zdecydowanie bardziej zadowolona byłabym, gdyby okazało się, że jestem zbyt wyczerpana, żeby myśleć. Niestety, nie mogłam sprawić, żeby znów stracić przytomność, ale miałam nadzieję, że to po prostu stan przejściowy – że znów uda mi się odpłynąć, a wtedy więcej się nie obudzę.
Odeszły. Chociaż nie odważyłam się otworzyć oczu, żeby się o tym przekonać, przecież wiedziałam, co się stało. Czym innym mogłaby być krew, gdyby nie sygnałem tego, że poroniłam? Straciłam je, tak po prostu i już nic nie dało się zrobić. Jedynym sposobem, żeby być z nimi, była śmierć i to właśnie jej nade wszystko pragnęłam, ale byłam również świadoma, że żadne z moich bliskich się nade mną nie zlituje i mnie nie zabije.
Świadomość wracała nieubłaganie i byłam coraz bardziej świadoma swojego ciała. Wszystko mnie bolało, ale było to jedynie efektem licznych ran i siniaków, których dorobiłam się podczas porwania. Brzuch już mi nie dokuczał, ale co z tego, skoro najprawdopodobniej wrócił do normalnego rozmiaru? Byłam niemal absolutnie pewna, że kiedy już stało się jasne, że... poroniłam, Carlisle po prostu musiał zrobić mi zabieg – przecież nie mogły zostać wewnątrz mnie, poza tym podejrzewałam, że krwotok mógłby mnie zabić.
A więc szkoda, że tego nie zrobił, pomyślałam zmęczona. Otępienie, w które wpadłam, powoli mijało i byłam coraz bardziej przytomna. To odkrycie zaczęło przyprawiać mnie o atak paniki, bo za nic w świecie nie chciałam się ocknąć. Nawet wisząc pomiędzy rzeczywistością, a snami czułam się lepiej, niż gdybym musiała zmierzyć się z tym wszystkim, znów zacząć żyć.
Wyrwał mi się cichy jęk. Ktoś poruszył się po mojej lewej stronie, a potem poczułam czyjeś ciepłe palce na policzku. Znów jęknęłam i w końcu udało mi się poruszyć, kiedy spróbowałam się odsunąć. Ktokolwiek mnie dotykał, chciałam żeby dał mi spokój. Albo zlitował się i po prostu mnie zabił – teraz i tak było wszystko jedno, czy będę żyła, czy umrę.
– Mów za siebie – usłyszałam podenerwowany głos. – Moje najdroższe kochanie, wiem, że mnie słyszysz. Spróbuj, proszę, otworzyć oczy – nalegał właściciel tego niebiańskiego barytonu, który owijał się wokół mnie i zdawał się dodawać mi siły. Tak wiele emocji... – Już wszystko jest dobrze, naprawdę – przekonywał, nie przestając muskać palcami mojego policzka.
Jak mogłabym się opierać? Jak mogłabym odmówić temu, który nazywał mnie swoim kochaniem, aniołem, skarbem? Chociaż wciąż nie byłam gotowa na zmierzenie się z rzeczywistością, w końcu zmusiłam swoje ciało do współpracy i jakoś udało mi się unieść powieki. Zamrugałam nieprzytomnie, próbując odzyskać wzrok; twarz Gabriela stała się wyraźniejsza, a ja zorientowałam się, że chłopak nie tyle głaska mnie po policzkach, co zbiera moje łzy. Więc jednak mogłam płakać.
– Tak, moja śliczna, tak... – pochwalił. Wyraźnie mu ulżyło, zaraz też podniósł mnie lekko, przystawiając mi do ust naczynie z czymś, co po pierwszym zupełnie machinalnym łyku, rozpoznałam jako krew. Momentalnie wyplułam płyn i odwróciłam głowę, nie pozwalając mu podać sobie więcej. – Nessie, cii... Wszystko jest w porządku. Wypij, to dobrze ci zrobi – powiedział pośpiesznie, zaskoczony moją gwałtowną reakcją.
Spróbował mnie przytrzymać i raz jeszcze podsunął naczynie, ale tym razem szarpnęłam się zdecydowanie gwałtowniej, omal nie wytrącając mu go z rąk. Zaklął pod nosem, ale nie dlatego, że był na mnie zły – raczej po prostu go zaskoczyłam.
– Nie chcę, nie będę tego pić – załkałam, teraz już po prostu dając upust swoim emocjom. Rozszlochałam się i byłam nawet gotowa z nim walczyć, kiedy znów spróbował wziąć mnie w ramiona. To jak nic były zaczątki histerii. – Po co? Już nie mam po co...
– Musisz się wzmocnić, żeby poczuć się lepiej – powiedział bezradnie, trzymając się w bezpiecznej odległości, ale nie dlatego, że się mnie obawiał. Martwił się raczej, że przypadkiem sama zrobię sobie krzywdę. – Już się nie zbliżam. Spokojnie... Nie szarp się, bo wyrwiesz kroplówkę i Carlisle będzie musiał podłączyć ci nową, a tego nie lubisz – upomniał mnie, kiedy zdezorientowana zaczęłam rozglądać się dookoła, bo coś zablokowało moją rękę.
Oczywiście, mogłam spodziewać się, że ocknę się popodpinana do różnych rurek, mających pomóc mi wrócić fizycznie do zdrowia. Ciąża mnie wyczerpała, poza tym po zabiegu...
Po zabiegu...
Znów się rozszlochałam, po czym wyciągnęłam ręce w stronę Gabriela, pragnąć żeby mnie przytulił. Zareagował bez wahania i dopadłszy do mojego łóżka, objął mnie zdrowym ramieniem i ucałował w czoło. Zaczął mnie uspokajać, ale obojętnie jak wiele kojących słów by powiedział, nic nie miało sprawić, żebym poczuła się chociaż trochę lepiej. Bo to były tylko słowa.
– Co się dzieje? Już wszystko dobrze... – zapewnił mnie po raz nie wiadomo który. Kłamał, tego byłam absolutnie pewna; to jedno zdanie coraz bardziej doprowadzało mnie do szału i ostatecznie nie wytrzymałam.
– Przestań! W tej chwili przestań! – wykrzyknęłam tak, że chyba usłyszeli mnie wszyscy w promieniu kilku kilometrów. – Nic nie będzie dobrze! Jak możesz tak mówić, kiedy one... Kiedy one...
Nie potrafiłam wypowiedzieć tej myśli na głos.
– Ty myślisz...? – Gabriel nagle coś sobie uświadomił i to odkrycie nim wstrząsnęło. Jego twarz złagodniała. – Moja śliczna, to nie tak. Posłuchaj mnie, proszę... – zaczął. Nie byłam w stanie się uspokoić, podobnie jak wtedy, kiedy odkryłam krew na swoich palcach, dlatego na moment zamilkł. – Pomóż mi – westchnął, zwracając się do kogoś, kogo nie zauważyłam.
W tym samym momencie poczułam się dziwnie słaba i senna. Osunęłam się w ramionach Gabriela, ten zaś pomógł mi ułożyć się na łóżku. Kiedy walcząc z sennością rozejrzałam się dookoła, dopiero wtedy zauważyłam, że moje krzyki ściągnęły dziadka. Zaraz też zrozumiałam, dlaczego nagle zrobiło mi się słabo – doktor właśnie kończył wstrzykiwać jakiś środek do jednej z rurek, którą miałam podpiętą.
– To tylko łagodny środek na uspokojenie, Nessie – wyjaśnił mi, odkładając strzykawkę. – Już dobrze. Oddychaj spokojnie – doradził mi, próbując ocenić, czy przypadkiem nie zrobiłam sobie krzywdy, kiedy wpadłam w panikę. – Co się stało? Coś cię boli? – zmartwił się, kucając przy mnie.
Czy coś się stało? Czy oboje z Gabrielem postradali zmysły? Jak mogli w ogóle pytać albo zapewniać, że wszystko jest w normie? Czy nic nie czuli po tym, co się stało, czy może zamierzali zrobić ze mnie wariatkę, próbując wmawiać mi, że żadnej ciąży nie było? Różne scenariusze przychodziły mi do głowy, coraz bardziej niedorzeczne, ale po prostu nie miałam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Czułam się zdradzona, poza tym robiłam wszystko, byleby lek uspokajający nie zadziałał usypiająco.
– Wszystko źle zinterpretowałaś, moja kochana – zwrócił się do mnie czule Gabriel, jakby nagle coś sobie uświadamiając. – Nikt nie robi z ciebie szalonej. Po prostu wszystko jest dobrze – zapewnił, a kiedy nabrałam powietrza do płuc, żeby znowu zacząć krzyczeć, ujął moją dłoń i położył mi ją na brzuchu. – Zobacz, sama zobacz, kochanie. Myślałem, że się zorientowałaś... – wytłumaczył mi pośpiesznie, ale ja prawie go nie słuchałam, bo teraz naprawdę doznałam szoku.
Przez moment pomyślałam, że naprawdę z tego wszystkiego zwariowałam – bo pod palcami wcale nie poczułam płaskiego brzucha, ale znajomą wypukłość. Oddech na moment mi przyśpieszył, a potem zwolnił, niewidzącym wzrokiem zaś wpatrywałam się w przestrzeń. W głowie wirowało mi nie tyle z powodu środka uspokajającego, ale od nadmiaru myśli i sprzecznych emocji.
Bałam się odchylić kołdrę i dokładniej się sobie przyjrzeć w obawie, że ta cudowna chwila okaże się iluzją.
Zarówno Gabriel, jak i Carlisle musieli dostrzec moje obawy. Dziadek uspokajająco pogłaskał mnie po głowie, Gabriel zaś zrobił coś, czego ja się bałam – po prostu zmusił mnie, żebym spojrzała na dolną część swojego ciała. Kiedy na własne oczy zobaczyłam rysującą się pod pościelą wypukłość, drżącymi dłońmi odchyliłam kołdrę, a potem obiema rękoma objęłam swój brzuch, wciąż nie mogąc uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.
Po policzkach pociekły mi łzy, nagle też poczułam się bardzo zmęczona. Jednocześnie czułam ulgę i nieopisaną radość, kiedy przekonałam się, że wszystko faktycznie jest dobrze, z drugiej jednak strony nic już nie rozumiałam. Zagubiona i wystraszona, spojrzałam na siedzących przy mnie nieśmiertelnych, chcąc jakichkolwiek wyjaśnień.
– Ale... Ale ja przecież... – załkałam, po czym pokręciłam głową; przecież bolało i było tyle krwi. – Przecież...
– Spokojnie, Nessie. Spokojnie... – upomniał mnie dziadek, głaskając mnie po policzku. – Jeśli mam ci cokolwiek wyjaśnić, musisz się uspokoić. Maleństwa drugiego razu mogą nie przeżyć – przyznał. Ta wiadomość zadziałała chyba lepiej, niż gdyby nafaszerował mnie jeszcze większą ilością leków, bo tym bardziej spróbowałam nad sobą zapanować. Zaczęłam głęboko oddychać, w myślach niczym mantrę powtarzając jedno, jedyne zdanie. One żyją, one żyją... – Właśnie, skarbie – pochwalił mnie, widząc, że moje ciało znacznie się rozluźniło. – To wszystko przez stres. Dużo przeszłaś, często się denerwowałaś... Wysiłek, który włożyłaś, próbując uciec i później też miał wpływ na to, co się stało – wyjaśnił.
Spojrzałam na niego niemal błagalnie.
– Ale nic im już nie grozi, prawda? – zapytałam słabym głosem, starając się nie wytrącić z rytmu w jakim nabierałam powietrze do płuc.
– Było bardzo blisko... – przyznał cicho. – Podejrzewam, że częściowo odkleiło się łożysko. To nic groźnego – zapewnił pośpiesznie, widząc moją minę. Wiedziałam przecież, że bez łożyska dzieci miały się udusić. – Gabriel zawołał mnie w porę. Ciężko było cokolwiek zdziałać bez badań w szpitalu, ale jakoś się udało. To czasami się zdarza, częściej po wypadkach. Bardzo możliwe, że podczas ucieczki uderzyłaś się albo upadłaś, a efekty ukazały się teraz. Tak czy inaczej, Alessia i Damien już są bezpieczni – powtórzył stanowczo. – Gdyby doszło do najgorszego, trzeba byłoby wywołać poród już teraz, ale nie wiem, jakie mogłoby to mieć konsekwencje – zastrzegł. – Wiesz dobrze, jak szybko się rozwijają. Każdy dzień jest istotny, więc gdybyś urodziła przedwcześnie, różnie mogłoby się skończyć. – Na moment urwał, pozwalając przyswoić mi wszystko to, co usłyszałam. – Obawiam się, że będziesz musiała leżeć już do samego końca, Renesmee. Najbezpieczniej jest, kiedy śpisz, ale nie wydaje mi się, żeby śpiączka farmakologiczna była konieczna. Ale nie chcę widzieć cię inaczej, jak leżącą w łóżku, dobrze?
Pokiwałam głową, nawet zbytnio się nad tym nie zastanawiając. Gdyby trzeba było, pozwoliłabym rozerwać się na pół, byleby zapewnić dzieciom bezpieczeństwo. Leżenie w łóżku nie było czymś wymagającym, tym bardziej, że poród był kwestią czasu, więc tym bardziej powinnam była odzyskiwać siły.
Istotniejsza była dla mnie inna rzecz, która nagle do mnie dotarła i dosłownie mnie poraziła. Gdyby nie Carlisle, po prostu by umarły. Właściwie może już dawno stałoby się coś złego, gdyby dziadek przez całą ciążę się mną nie opiekował. Byłam mu wdzięczna, nawet więcej – sama nie byłam w stanie słowami opisać tego, co w tym momencie czułam.
I gdyby Gabriel nie przyszedł, kiedy zawołałam. Gdyby natychmiast nie zareagował...
– Przysięgam, że jeśli teraz się popłaczesz i zaczniesz nam dziękować, osobiście znajdę dla ciebie coś, co uśpi cię na przynajmniej tydzień – zagroził Gabriel, uśmiechając się drapieżnie. W ten sposób skutecznie rozluźnił atmosferę. – Przecież dobrze wiesz, że nie tylko tobie na maluchach zależy – przypomniał.
– Gabriel ma rację – zgodził się Carlisle, uśmiechając się do mnie. – Odpoczywaj, skarbie. Poza tym naprawdę powinnaś napić się krwi, zamiast rzucać nią po pokoju – dodał, a ja spąsowiałam. Sama nie wiedziałam, co w tamtym momencie we mnie wstąpiło. – Tym bardziej, że nie tylko ty potrzebujesz się zregenerować – dodał, a mnie coś w jego słowach zaniepokoiło.
– Coś się stało? – zapytałam, spoglądając na dziadka w taki sposób, żeby wiedział, że odmawiając odpowiedzi na moje pytanie, jedynie sam powodował, że znów zacznę się denerwować.
– Kochanie... – Westchnął, wyraźnie zaskoczony tym, że się zorientowałam. – To nic takiego. Po prostu badając cię, zauważyłem coś istotnego. Mianowicie to, że Damien jest silniejszy – wyjaśnił.
Zamarłam z dłonią na brzuchu. Miałam przez to rozumieć, że mojej małej Alessi groziło większe niebezpieczeństwo? Przecież kiedy widziałam ją w snach, wydawała się taka silna i zdrowa...
– Damien w niewielkim stopniu na niej żeruje, dlatego powinnaś dostarczać obojgu krwi – wtrącił się Gabriel. – To nie jest jakiś wielki problem. Poza tym Isabeau w końcu się do czegoś przydała i pomogła nam wyposażyć salę porodową lepiej, niż mogliśmy sobie wyobrażać – dodał.
– Co masz na myśli? – zapytałam zaintrygowana. Niestety, rok w którym się znajdowaliśmy raczej nie był daleko posunięty, jeśli chodzi o rozwój medycyny. – Gabriel, no... – ponagliłam go.
– Przycisnęła Michaela i zmusiła go do tego, żeby zorganizował nam trochę nowoczesnego sprzętu – wyjaśnił z entuzjazmem. – Między innymi inkubator, gdyby dzieciaki tego potrzebowały i jeszcze kilka drobiazgów, gdyby coś poszło nie tak z tobą – dokończył; poznałam po głosie, że wolałby zdecydowanie, żeby żaden z tych gadżetów się nie przydał.
– Raczej będę potrafił to obsłużyć – zapewnił doktor. – Wszystko będzie w porządku, tym bardziej przy takim zabezpieczeniu – dodał z entuzjazmem, nachylając się żeby ucałować mnie w czoło. – Sama widzisz, że wszystko jest w porządku. Poza tym coś ci pokażę – zaproponował nagle, wstając i wychodząc na moment.
Wrócił ze swoją lekarską torbą, kiedy zaś spojrzałam na nią nieco zaniepokojona, uśmiechnął się do mnie uspokajająco i wyjął stetoskop. Myślałam, że będzie chciał mnie dla pewności zbadać, ale się pomyliłam – to mnie podał fonendoskop, kiedy zaś spojrzałam na niego zdezorientowana, z westchnieniem sam mi go założył, chłodną końcówkę przykładając do mojego brzucha.
Momentalnie zmartwiałam, słysząc mocne, miarowe bicie dwóch serduszek, które jednoznacznie rozwiało moje obawy, jeśli chodziło o stan dzieci. Przez chwilę po prostu słuchałam, a potem przeniosłam wzrok na Carlisle'a. To, czego doświadczałam, poruszyło mnie równie mocno, co moment, w którym poczułam emocję i obecność swoich dzieci.
– Słyszysz? Musisz teraz jedynie leżeć i wszystko będzie dobrze – powiedział spokojnie, a mnie nie pozostało nic innego, jak po prostu mu uwierzyć.

Dwa dni później czułam się całkiem dobrze, ale nie wyrywałam się do wstawania – nikt i tak by mi nie pozwolił. Nie mogłam nawet sama usiąść albo ruszyć się do łazienki. Gabriel z premedytacją wykorzystywał mój stan, żeby nosić mnie na rękach i wyręczać we wszystkim, co było w jego zasięgu.
Piłam więcej krwi, niż zazwyczaj, żeby lepiej dochodzić do siebie i wzmocnić dzieci. Carlisle właściwie nie odstępował mnie na krok, cały czas będąc w pobliżu, tym bardziej, że trudno było mu określić w którym momencie zacznę rodzić. Co gorsze, sam od dłuższego czasu nie polował, przez co ostatecznie nie wytrzymałam i wręcz zażądałam, żeby wraz z Esme i Edwardem wyszedł się posilić. Oczywiście napotkałam się z protestem, ale miałam najlepszy z możliwych argumentów, których sam mi dostarczył – miałam unikać stresujących sytuacji, więc ostatecznie mi uległ.
Tym razem to Gabriel miał ze mną zostać – już nic nie zmusiłoby go, żeby zostawić mnie pod opieką kogokolwiek innego. Isabeau również miała iść, żeby w razie potrzeby posłużyć za pośrednika – gdybym gorzej się poczuła i potrzebna byłaby interwencja lekarza, Gabriel miał podesłać jej telepatyczną myśl, a ona miała już się postarać, żeby wszyscy jak najszybciej wrócili.
– Spokojnie, braciszku. Tego nie da się spieprzyć – zapewniła go Beau z filmowym uśmiechem, kiedy już mieli wychodzić.
Oczywiście nie obyło się bez kilku rad, bo doktor nie był chętny mnie zostawiać. Gabriel przypomniał mu, że przecież sam studiował medycynę i przez jakiś czas pomagał mu w szpitalu, co Carlisle'a nieco uspokoiło. Stwierdził nawet, że wydaję się być na tyle stabilna, że wcale nie zaszkodzi, jeśli Gabriel przeniesie mnie do salonu, żebym cały czas nie leżała w jednym miejscu.
Kiedy w końcu poszli, nawet się ucieszyłam. Mieliśmy z Gabrielem cały dzień dla siebie, co mi odpowiadało, tym bardziej, że od momentu, w którym omal nie straciliśmy dzieci, byłam cały czas pod obserwacją dziadka i nie mieliśmy jakoś okazji, żeby pobyć sam na sam. Teraz zamierzałam to wykorzystać, ufnie więc wtuliłam się w ukochanego, rozluźniając się, kiedy zaczął na gitarze wygrywać mi znajome melodie.
Nie planowałam tego, ale w którymś momencie po prostu zasnęłam. Właściwie nic mi się nie śniło, a przynajmniej niczego takiego nie pamiętałam, kiedy jednak otworzyłam oczy, jedno uporczywe wspomnienie nie dawało mi spokoju. Wciąż leżałam w salonie, Gabriel zaś chyba wyszedł do kuchni – wyczuwałam go stamtąd – szybko więc doszłam do siebie; rozbudzona, ułożyłam się wygodniej, próbując zmusić swój nieco zmroczony umysł do współpracy.
Resztki snu przybrały na ostrości, a ja poczułam, jak ogarnia mnie radość. Tak, jednak śniłam! Tym razem znów przyszła do mnie Alessia – pierwszy raz od kilku dni, co chyba znaczyło, że również czuła się lepiej. A najlepsze w tym wszystkim było to, że tym razem nie była sama!
W tamtym śnie, stanęła przede mną z uroczym uśmiechem, trzymając sobie rączki za plecami. Kiedy z radością przybliżyłam się, żeby ją przytulić, tuż zza niej wyjrzał toczny chłopczyk, którego mocno trzymała za rękę. Tym razem wiedziałam, że to nie jest zwykły sen, dlatego od razu zrozumiałam, że mała była na tyle silna, że udało jej się przyprowadzić Damiena, tak jak czasami Gabriel zabierał w świat fantazji mnie. Mogłam przytulic ich oboje i właśnie wtedy się obudziłam.
Alessia wdała się w Gabriela, Damien jednak był bardzo podobny do mnie. Miał łagodne rysy twarzy, czekoladowe oczy (kolejne pokolenie przejęło je po Belli – mama miała być dumna) i rudą czuprynkę. Byłam tak zachwycona i oszołomiona, że nie zdołałam wypowiedzieć ani jednego słowa, czego trochę żałowałam, ale liczyłam, że taka okazja jeszcze się pojawi.
Czule pogłaskałam dłońmi brzuch. Moje maleństwa! Kiedy je zobaczyłam, dopiero wtedy naprawdę poczułam się pewnie. Skoro Alessia zdołała się pojawić, już nic nie mogło im grozić.
Z uśmiechem odczekałam jeszcze chwilę, napawając się tym, co zobaczyłam we śnie, po czym zdecydowałam się podzielić tym z Gabrielem. Po zapachu, który czułam z kuchni wiedziałam, że ukochany właśnie zajęty jest przygotowywaniem czegoś smacznego do jedzenia dla siebie i dla mnie, byłam jednak zbyt przejęta, żeby cierpliwie czekać na jego powrót. Ja musiałam mu wszystko opowiedzieć już.
Otworzyłam usta, żeby go zawołać, kiedy nagle poczułam oszałamiający ból w podbrzuszu. Zgięłam się wpół, mocno trzymając za brzuch i ledwo łapiąc oddech, to jednak nie był koniec – kolejne uderzenie ze środka sprawiło, że miałam wrażenie, że zaraz pęknie mi kręgosłup albo coś rozerwie mnie od środka.
– Gabriel! – zawyłam, chociaż zdecydowanie nie w tym celu, co pierwotnie planowałam; ciężko dyszałam, próbując powstrzymać się przed tym, żeby nie zacząć krzyczeć i płakać z bólu.
Chłopak wpadł do salonu tak gwałtownie, że omal nie potknął się o własne nogi. W ułamku sekundy znalazł się przy mnie.
– Co się dzieje? – zapytał. – Oddychaj. Co się dzieje, mi amore? – zapytał zdenerwowany.
– Boli... – załkałam i jakby na potwierdzenie swoich słów, wrzasnęłam, kiedy poczułam silniejszy niż wcześniejsze uderzenia skurcz. – Chyba... Chyba się zaczyna – uświadomiłam sobie nagle, całkowicie oszołomiona tym odkryciem.
Gabriel wyglądał, jakby miał zaraz z wrażenia zemdleć, szybko jednak wziął się w garść. Nie zastanawiając się ani chwili, momentalnie porwał mnie na ręce i biegiem ruszył w stronę schodów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa