29.01.2013

Cztery

Gabriel
Cudownie, pomyślał poirytowany Gabriel, po czym od niechcenia obrócił się na pięcie, żeby móc spojrzeć wprost na znudzona twarz Drake'a. Nieśmiertelny nawet nie próbował się przed nim kryć, teraz po prostu stojąc kilka metrów dalej i uśmiechając się w nieco złośliwy sposób...
A może raczej drapieżny, bo to chyba było najlepsze określenie na wyraz twarzy, który najczęściej przybierał Drake Devile.
– Polowanie? – zapytał, nie przestając się uśmiechać. – Wydawało mi się, że od jakiegoś czasu gustujesz w jeleniach... No, ewentualnie rudzikach – dodał, celowo kładąc nacisk na ostatnie słowo; specyficzny ton też nie był przypadkowy.
Rudziki, no tak. To było w stylu Drake'a, chociaż poczucie humoru nie można było mu nie uznać. Był denerwujący i nawet w tym momencie Gabriel miał ochotę porządnie mu przyłożyć – za samo to, że śmiał w jakiejkolwiek formie wspominać o Renesmee – ale w ostatnim czasie w Drake'u było coś dziwnego i nie był pewien, czy chce wplątać się w jakiekolwiek kłopoty związane z telepatami. Najlepiej chyba było po prostu odejść, całkowicie chłopaka ignorując.
– Proponuję ci wrócić do swojego nudnego życia, w którym największą radość daje kradzież książki – rzucił Gabriel, nie mogąc się jednak powstrzymać, po czym bez pośpiechu zaczął się wycofywać. – Mam lepsze zajęcia, a wydaje mi się, że miałeś zniknąć z Seattle, razem ze swoimi barankami – dodał, nagle sobie o tym przypominając.
Co Drake tutaj jeszcze robił? Kiedy widzieli się trzy dni wcześniej – a pamiętał o tym dobrze, bo został nieźle sponiewierany i upokorzony – telepata stwierdził, że ma wszystko, czego potrzebuje, a Cullenowie i Licavoli go nie interesują. Gabriel był przekonany, że cała grupa wyniesie się z okolicy i będą mieli spokój, dlatego tym bardziej nie wiedział co sądzić o tym, że teraz ponownie wpadł na Drake'a – który na dodatek prawdopodobnie go śledził, bo co mógłby robić w tym miejscu? Poza tym jakie są szansę, że dwóch nieśmiertelnych zupełnie przypadkiem trafi w jedno miejsce i to w mieście tak dużym, jak w przypadku Seattle?
Gabriel zdwoił czujność i wysłał na wszystkie strony myśl sondującą, ale odzew był negatywny – jedynymi nieśmiertelnymi w okolicy byli Drake i on. Przynajmniej miał pewność, że to nie pułapka, ale wolał się upewnić.
– To co robię i gdzie chodzę, to nie twoja sprawa, Gabrysiu – odpyskował Drake, bez pośpiechu pokonując dzielącą ich odległość.
A potem, jak gdyby nigdy nic, wyminął Gabriela i zaczął się oddalać, nawet się za siebie nie oglądając. Gabriel stał oszołomiony, bo to było ostatnim, czego się spodziewał. Drake szedłby za nim, żeby zagadać i tak po prostu się oddalić? Niekoniecznie, ale jeśli ich spotkanie faktycznie byłoby przypadkiem, wciąż pozostawało pytanie o to, co Devile robił w okolicy.
Coś było na rzeczy i Gabriel musiał skorzystać z okazji, żeby się dowiedzieć co. Oczywiście, jak długo telepaci dawali spokój jego rodzinie, ich działania średnio go interesowały, ale mimo wszystko... Tak właściwie to nie miał pojęcia na czym stoi i czego powinien się po Drake'u spodziewać.
Szybkim krokiem ruszył za Drake'm, bez trudu się z nim zrównując. Devile spojrzał na niego kątem oka, ale się nie zatrzymał.
– O co tak właściwie ci chodzi? – zapytał wprost Gabriel, żeby przerwać ciszę.
Nie dało się ukryć, że był rozczarowany, bo sądzić, że Drake powie mu przypadkiem coś więcej na temat swoich planów. Poza tym wciąż nie mógł darować mu tego „Gabrysia” – gdyby Isabeau się dowiedziała, nie miałby życia.
– O nic. – Drake uniósł brwi. – A powinienem się interesować tobą albo kimkolwiek innym? Tak swoją drogą, co u naszej drogiej Isabeau? – zapytał nagle, uśmiechając się w sposób, który Gabrielowi wcale się nie spodobał.
– Odwal się od mojej siostry – warknął, nie zamierzając rozwijać tematu. Isabeau była kolejnym powodem dla którego miałby chęć skręcić Drake'owi kark; wspominając o niej, chłopak jedynie go drażnił. – I nie kłam. Nie jesteś tutaj przez przypadek – naciskał, wymijając telepatę i zastępując mu drogę.
Drake zmierzył go wzrokiem, po czym westchnął, zupełnie jakby miał do czynienia z wyjątkowo natrętną muchą albo innym insektem. Odsłonił nawet olśniewająco białe zęby i warknął ostrzegawczo, ale Gabriel nie zamierzał ruszyć się z miejsca.
– Oj Gabrysiu, Gabrysiu – zacmokał z dezaprobatą – igrasz z ogniem. Być może byłem ciekaw, a może po prostu cię wyczułem i przyszedłem sprawdzić, co tutaj robisz. Jakby nie było, to nie twój interes – uciął, uśmiechając się. – Tak samo nie przypominam sobie, żeby jakiekolwiek prawo zabraniało mi przebywania w Seattle, a może i w samym Forks, gdyby naszła mnie taka ochota. Niczego nie knuję przeciwko tobie i reszcie twojej rodziny, dlatego przestań zrzędzić i daj mi święty spokój – dodał, z każdym kolejnym słowem powoli tracąc humor.
Gabriel wciąż stał, nie zamierzając odpuścić i mierząc wzrokiem Drake'a. Być może i telepaci nie planowali niczego przeciwko niemu i pozostałym, ale nie zmieniało to faktu, że im nie ufał – zwłaszcza Devile'owi, który omal nie zabił jego ukochanej i dzieci. No i siostry, a poza tym niemożliwie ją zranił, chociaż obiecali nigdy o tym nie wspominać. Miał wiele powodów, żeby Drake'a nienawidzić, a tym bardziej mu nie ufać.
Poza tym naprawdę nie wierzył, że Drake wpadł na niego przypadkiem. Coś musiało stać za tym, że pałętał się akurat w miejscu, w którym znalazł się Gabriel. I to na dodatek był sam – tym bardziej prawdopodobne, że coś planował.
Drake się skrzywił.
– Dobrze, zaczynasz mnie już denerwować – oznajmił, mrużąc gniewnie oczy. – Albo w tej chwili zejdziesz mi z oczu, albo ci w tym pomogę – zagroził.
Gabriel przywykł do takich gróźb, dlatego jedynie uśmiechnął się w złośliwy, prowokujący sposób. Wyprowadzenie Drake'a z równowagi nie było czymś, czego by się obawiał, poza tym – o ile pamiętał – mieli rachunki do wyrównania. Tym razem nie zamierzał dać się zaskoczyć i Drake'owi pokonać, wręcz przeciwnie.
– Sam tego chciałeś – westchnął rozdrażniony Drake.
Wtedy zaatakował i rozpętało się piekło.
Isabeau
Isabeau otworzyła oczy. Czuła się lepiej niż przed kilkoma godzinami, kiedy ocknęła się po raz pierwszy – przynajmniej w sensie fizycznym, bo na stan jej psychiki wciąż miało wpływ na tyle dużo czynników, że dobre samopoczucie było po prostu niemożliwe. Poza tym przebudzenie oznaczało grę, miała bowiem do ukrycia naprawdę wiele i to było trudne.
Bez pośpiechu wstała, po czym podeszła do szafy, żeby zarzucić na siebie swój ulubiony, biało-złoty szlafrok. Chciała przejrzeć się w lustrze, ale przypomniała sobie, że przecież je stłukła, odłamki zaś zostały sprzątnięte nie wiadomo kiedy i przez kogo. Westchnęła, po czym przeczesała włosy palcami i ruszyła w stronę drzwi, dochodząc do wniosku, że plan spędzenia reszty życia w pokoju jest marny i z góry skazany na niepowodzenie.
Musiało być koło południa, a przynajmniej tak jej się wydawało. Nie przywykła do spania do późna, dlatego wypadek z lustrem i to, że po wyjściu Gabriela znów poszła się położyć, całkiem ją rozstroiły, pozbawiając poczucie czasu. Kolejny powód żeby wstać i spróbować się rozbudzić, zanim całkiem przestawi jej się zegar biologiczny.
Carlisle najprawdopodobniej był w pracy, bowiem w salonie zastała jedynie pozostałych Cullenów i swoich bratanków. Renesmee, Edward i Alessia siedzieli przy fortepianie; wampir wygrywał coś, co najwyraźniej bardzo podobało się zarówno jego córce, jak i rozochoconej wnuczce. Siedząca na kolanach Nessie Ali wręcz wyrywała się do instrumentu, raz po raz wciskając na oślep kolejne klawisze, czym w dość ciekawy sposób ubarwiała melodię. Damien, który najwyraźniej nie odziedziczył pociągu do muzyki, a przynajmniej na razie go nie okazywał, siedział na podłodze, obserwowany przez Esme i bawił się czymś, co Isabeau rozpoznała jako zestaw sztućców.
Kiedy tylko weszła, wszyscy momentalnie podnieśli głowy. Alessia wyswobodziła się z objęć mamy i lekko się potykając, podbiegła prosto do ciotki.
– Beau – ucieszyła się i zanim dziewczyna się obejrzała, musiała wyciągnąć ręce, żeby pochwycić bratanicę. Przytuliła ją. – Długo spałaś – poskarżyła jej się, przekrzywiając lekko główkę i uważnie obserwując jej twarz.
– Ale już nie śpię, księżniczko – zapewniła, pierwszy raz tego dnia nie musząc się nawet wysilać, żeby się uśmiechnąć. – A gdzie Gabriel? – zapytała nieco zdezorientowana nieobecnością brata. Bez pośpiechu podeszła do kanapy, wpatrując się głównie w Renesmee.
– Jeszcze nie wrócił – odpowiedziała i widać było, że jest lekko zaniepokojona. – Znając jego, próbuje mnie nastraszyć, ale mnie to nie bawi – stwierdziła, krzywiąc się nieznacznie. – Nic ci nie jest? – dodała po chwili.
Isabeau jedynie się uśmiechnęła, co miało znaczyć mniej więcej tyle, że jest równie złośliwa i pełna energii, co zwykle. Podrzuciła lekko Alessię, która pisnęła z radości, po czym mocno zacisnęła ramionka wokół szyi swojej opiekunki, żeby ta nie ponowiła manewru.
– Pokaż mi coś – poprosiła, wyraźnie łaknąc uwagi.
Prośba małej wydawała się idealną okazją do zrekompensowania jej tego, że ją obudziła, Isabeau zresztą potrzebowała sposobu na to, żeby zająć czymś myśli. Skinęła głową, po czym posłała Renesmee olśniewający uśmiech.
– Porywam naszą księżniczkę, jeśli nikt nie ma nic przeciwko – zapowiedziała, kierując się w stronę schodów.
– Ja chyba nie mam – przyznała Nessie, spoglądając na nią pytająco, ale Isabeau nie zamierzała tłumaczyć jej, czego zamierza nauczyć jej córkę. – Martwię się o Gabriela – usłyszała jeszcze, ale ta wypowiedzieć już raczej nie była skierowana do niej, dlatego ją zignorowała.
Ona również zaczynała się martwić o brata, chociaż prawdopodobnie nie miała powodu. Gabriel potrafił doskonale o siebie zadbać i Isabeau była tego świadoma. Poza tym Renesmee prawdopodobnie miała rację w tym, że próbuje ją nastraszyć – to było jak najbardziej w stylu obdarzonego specyficznym poczuciem humoru Gabriela. Pewnie miał się pojawić bez ostrzeżenia z pomysłem na ciekawą rozrywkę dla swojej ukochanej i dzieci, a potem...
Cóż, tak czy inaczej, Gabriel z pewnością był cały. Możliwe też, że patrolował okolicę, bo w ostatnim czasie był nieco nadwrażliwy w tej kwestii, ale wcale jej to nie dziwiło. Wszyscy wciąż byli pod wpływem emocji, które nagromadziły się przez ostatnie tygodnie, Isabeau była jednak pewna, że z czasem napięcie opadnie, kiedy przekonają się, że telepaci naprawdę odpuścili. A przynajmniej taką miała nadzieję, bo o pewnych rzeczach nie tak łatwo było zapomnieć.
Chociażby o Layli. Nie dało się ukryć, że kiedy Drake ją wystawił i uciekła, Isabeau miała nadzieję, że siostra jakoś się przełamie i zdecyduje wrócić do rodzeństwa. Tym bardziej, że pomogła im uratować Renesmee i opiekowała się nią, kiedy – jeszcze w ciąży – porwali ją telepaci. Ale mijał kolejny dzień i Isabeau zwątpiła w to, czy siostra kiedykolwiek naprawdę wróci do siebie. Zmieniła się i ta zmiana była wyraźna i bolesna dla wszystkich, ale co mogli na to poradzić? W tej kwestii byli całkowicie bezsilni i mogli jedynie czekać.
Jedną ręką przytrzymując Alessię, otworzyła drzwi do swojej sypialni. Posłała dziewczynce uśmiech, po czym posadziła ją na swoim łóżku i podeszła do okna, żeby starannie zaciągnąć wszystkie zasłony. W pomieszczeniu zapanował przyjemny półmrok, który ani trochę nie przeszkadzał Ali – mała nie należała do bojaźliwych.
Isabeau bez pośpiechu wróciła do łóżka i usiadła na nim po turecku. Alessia obserwowała ją uważnie, wyraźnie podekscytowana. Beau od jakiegoś czasu pokazywała jej różne sztuczki związane z używaniem mocy, uważając, że to najlepszy moment na to, żeby Alessia się uczyła. Damienowi też planowała pokazać to i owo, ale to w jego siostrze dostrzegała bratnią dusze i to na niej się skupiała. Może wyglądało to nieco nieuczciwie, ale przecież to, co pokazywała Alessi, nie wiązało się z obroną – walki zdecydowanie lepiej miał nauczyć swoje dzieci Gabriel i Isabeau nie zamierzała się do tego wtrącać.
Ale do innych spraw i owszem, bo to był jeden z obowiązków, który przyjęła po matce. Co prawda już nie była... No cóż, nie wracajmy do przeszłości – liczyło się, że zamierzała przekazać Alessi to, co jej matka jej, kiedy była w wieku bratanicy.
– Co ci się stało? – Głos Alessi wyrwał ją z zamyślenia. Mała wpatrywała się w opatrunki na nadgarstkach Isabeau.
– Wpadłam na lustro – wyjaśniła spokojnie, uśmiechając się, żeby podkreślić, że nic ją nie boli. – To nic, czym powinnaś się przejmować – zapytała.
– Wszyscy byli smutni. Ja też – przyznała Alessia, nie odrywając wzroku od bandaży. – Dlaczego nie poprosisz Damiena, żeby to naprawił? – zapytała nagle i chociaż było to dziecinne pytanie, Isabeau uświadomiła sobie, że sama nie wpadła na coś tak oczywistego.
Uśmiechnęła się blado do Alessi.
– Może później. Teraz miałam ci coś pokazać – przypomniała.
Faktycznie nie zamierzała o nic Damiena prosić. To było jeszcze dziecko, które wykorzystywanie zdolności na pewno w jakimś stopniu męczyło, a ona nie widziała powodu, żeby chłopczyka męczyć własną głupotą. Rany były dobrze opatrzone, a za kilka dni Isabeau sama miała być w stanie przyśpieszyć ich gojenie się. Poza tym, po co robić Carlisle'owi konkurencję już teraz?
Oczywiście moce Damiena przede wszystkim zachwycały, nie zawadzały. Doskonale wiedziała, że doktor jest zafascynowany zdolnościami swojego prawnuka, a i sam Damien wydawał się być z nich zadowolony. Isabeau już teraz wiedziała, że między tą dwójką już teraz wywiązywała się specyficzna więź – podobnie jak pomiędzy nią a Alessią, która najwyraźniej ją uwielbiała.
Chociaż naturalnie nie dało się tego porównać do tego, co bliźnięta łączyło ze sobą i naturalnie rodzicami. Isabeau nawet nie zamierzała próbować z tym konkurować – jej brat, Damien i Renesmee zawsze mieli mieć pierwszeństwo, jeśli chodziło o względy Alessi.
Jeśli mowa o Ali, mała wciąż wpatrywała się w nią wyczekująco, wyraźnie zaciekawiona, dlatego Isabeau doszła do wniosku, że najwyższa pora przejść do rzeczy. Spojrzała na bratanicę, po czym delikatnie się uśmiechnęła.
– Lubisz podróżować w snach, prawda, skarbie? – zapytała i od razu zorientowała się, że doskonale dobrała temat, bo Alessia uśmiechnęła się rozpromieniona.
– O, tak – zapewniła, aż skacząc na łóżku, żeby okazać swój entuzjazm. – Czasami zaglądam do mamy albo Damiena – przyznała wesoło.
Isabeau pokiwała głową. Wnikała do snów Renesmee i Damiena, bo ich znała najlepiej. Nessie ukazywała się jeszcze przed narodzinami, z bliźniakiem zaś łączyła ją oczywista więź – dlatego zawsze była w stanie odnaleźć ich aury. Ale nigdy nie wnikała do snów Gabriela czy Isabeau i właśnie to stanowiło dobry materiał do pokazu.
– Twój tata też potrafi wnikać sny. Ja też, chociaż Gabriel jest w tym zdecydowanie lepszy. Ale to twoje zdolności są najpotężniejsze – zapewniła, tym samym sprawiając, że na ustach Alessi znów pojawił się szeroki uśmiech. Poza tym była zafascynowana i dumna, ale nie tylko z siebie; Isabeau czuła, że cieszyła się, że ma niezwykłych bliskich.
Nie kłamała zresztą, kiedy zapewniała Alessię, że jest z nich najlepsza. Po prostu była pewna, że dar małej opiera się wyłącznie na kontroli snów i prędzej czy później okaże się, że znacznie wykracza poza umiejętności jej czy Gabriela. Może się myliła, ale przecież Alessia jeszcze jako płód potrafiła wnikać w sny, podczas kiedy zwyczajni telepaci musieli długo się tego uczyć. Coś było na rzeczy – Isabeau była tego pewna równie mocno, jak tego, że na drugie imię ma Allegra.
– Chcę ci pokazać, jak podróżować w krainie snów tak, żebyś mogła odnaleźć każdego, kogo tylko zapragniesz – oznajmiła, chociaż pozornie mogło to brzmieć zdecydowanie zbyt skomplikowanie dla dziecka, które wyglądało na jakiś trzy latka.
Ale Alessia nie była zwykłym dzieckiem; była zdecydowanie inteligentniejsza i bystra, dlatego w odpowiedzi na słowa Isabeau ochoczo pokiwała główką. Nie spuszczała oczu z ciotki, a jedynym wyrazem tego, że czuje się nieco niepewnie był sposób, w jaki nawijała czarny kosmyk na palec. Renesmee czasami zachowywała się podobnie, chociaż chyba sama nie była tego świadoma.
Nie mówiła już nic, a jedynie ułożyła się na łóżku. Alessia zaraz zrobiła to samo i zwinęła się przy niej w kłębek, wyraźnie podekscytowana. Isabeau nawet nie musiała jej mówić, że muszą zamknąć oczy – mała zrobiła to instynktownie i Beau właściwie musiała nieco przyśpieszyć, żeby się z nią zrównać. Opuściła powieki i wyrównała oddech, starając się wprowadzić w stan pomiędzy jawą a snem, który pozwoliłby jej osiągnąć to, czego chciała.
Gabriel był w tym zdecydowanie lepszy, poza tym Isabeau trochę nie mogła się skoncentrować, w końcu jednak jej się udało. Czuła obecność Alessi i to jej się uczepiła, prowadząc bratanicę i ostatecznie doprowadzając do stanu, w którym obie znalazły się pośrodku nicości. Ciemność była wszędzie, ale nie przerażała – a przynajmniej Isabeau tyle wywnioskowała po minie Alessi, która zaczęła się bawić, próbując zrobić fikołka w powietrzu, kiedy przekonała się, że grawitacja jej nie obejmuje.
Ali..., pomyślała Isabeau, tym samym sprowadzając bratanicę na ziemię. Dziewczynka podfrunęła do niej, uśmiechając się. To dopiero początek. Niby nic tutaj nie ma, ale to nieprawda. Od ciebie zależy, jak będzie w tym miejscu, wyjaśniła telepatycznie, bo ta forma komunikowania się była najodpowiedniejsza dla tego miejsca.
Alessia zrozumiała momentalnie, bo zanim Isabeau się obejrzała, ciemność rozmyła się i wylądowały na kwiecistej łące, pełnej kolorowych roślin i motyli – miejsce, które wyobrazić mogło sobie jedynie dziecko. Isabeau uśmiechnęła się, zachwycona niewinnością wyobrażeń pół-wampirzycy, po czym z uznaniem skinęła głową.
Właśnie, pochwaliła. Możesz tak zmieniać każdy sen, nie tylko swój, ale przecież to wiesz. Chciałabym pokazać ci coś innego, zapowiedziała, wyciągając rękę w stronę Alessi. Miała bez wahania ujęła jej dłoń; Isabeau ufała nade wszystko. Kiedy ludzie śpią, to tak jakby ich duszę unosiły się w tym świecie. Ty musisz po prostu potrafić do nich dotrzeć, wyjaśniła. Wiesz czym jest aura, opowiadałam ci o tym. Teraz tylko musisz ją sobie wyobrazić... O, twój tata chociażby zawsze wizualizuje sobie coś takiego, powiedziała i pstryknęła palcami.
Znów znalazły się pośrodku nicości, ale tym razem usianej świetlistymi punktami, które przypominały gwiazdy. Różnokolorowe, mniejsze i większe punkty, zdawały się pulsować, w powietrzu zaś unosił się cudowny dźwięk, lepszy niż jakakolwiek muzyka. Czyste dźwięki były istnym rajem dla ucha i zarówno Isabeau, jak i Alessia na moment zamarły, urzeczone.
W końcu jednak Beau wzięła się w garść.
Każda gwiazda to czyjś sen, wyjaśniła, mówiąc najprościej i bardziej obrazowo. I każda z nich wydaje swoją indywidualną melodię. Teraz wydaje ci się to niemożliwe, ale z czasem nauczysz się rozpoznawać poszczególne dźwięki, tak jak i znasz nasze głosy. Jeśli spróbujesz wniknąć w którąkolwiek z gwiazd, wnikniesz i w sen. Jeśli zaś nauczysz się melodii, będziesz mogła ją zanucić i wtedy zawsze odnajdziesz tę osobę – jej aura sama do ciebie przyjdzie.
Alessia była oczarowana i zafascynowana, dlatego Isabeau postanowiła dać jej się trochę pobawić i oswoić z sytuacją. Małej nic w tym miejscu nie groziło, poza tym nie mogła się zgubić i Beau z czystym sumieniem oddaliła się, dając dziecku trochę prywatności. Posuwała się do przodu, pozwalając żeby cudownie dźwięki aur ją uspokajały i wręcz hipnotyzowały, kiedy nagle...
Znajomy dźwięk pojawił się nagle i dosłownie sparaliżował. Oszołomiona, zaczęła nucić, wciąż mając nadzieję, że się pomyliła i tej aury tutaj nie ma, ale wtedy dostrzegła mleczną, połyskującą odrobiną złota gwiazdę, która posłusznie kierowała się w jej stronę.
Isabeau zamarła, absolutnie pewna jednej rzeczy.
Gabriel wpakował się w kłopoty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa